piątek, 30 grudnia 2016

Studium w metalu

Nudzi mi się. A jak mi się nudzi, to zaczynam analizować. *widownia wstrzymuje oddech, gotowa na analka jakiejś głupiej książki* I naszło mnie na analizę mojego uwielbienia dla robotów, cyborgów i wynalazców. *widownia wydaje z siebie jęk zawodu* I w sumie okazało się, że tak naprawdę to od najmłodszych lat czułam sympatię do postaci w tym stylu i Viktor wcale nie był pierwszy. A zaczęło się od...

1. Diodak i Wolframik
Aww, nostalgia. Zaczytywałam się w komiksach o Kaczorze Donaldzie przez całe dzieciństwo, a jak parę lat temu znalazłam stertę zakurzonych numerów na strychu, straciłam resztę dnia na lekturze. Moją ulubioną postacią (która miała dość mało czasu antenowego - niedługo okaże się, że to standard w przypadku lubianych przeze mnie bohaterów...) zdecydowanie był wynalazca Diodak wraz ze swoim robocikiem. Gdybym w tamtych czasach miała internet i znała zjawisko fanfików, pewnie bym ich trochę naprodukowała na temat tej dwójki, bo historyjek wymyśliłam miliony. I żadnej nie pamiętam. :c

2. Inspektor Gadżet i Dr Claw
Stanowczo odmawiam nazywania Doktora Claw jego spolszczonym nazwiskiem: Klauf. Za to jeśli kiedykolwiek doczekam się kota, totalnie nadaję mu imię Szalejot. Sama nie wiem, kogo tu powinnam wyróżnić bardziej. Za szczyla, oczywiście, najbardziej kibicowałam Gadżetowi, choć już wtedy mroczny antagonista budził u mnie bardziej ciekawość niż strach. Zdaje się, że w nowszych kreskówkach wychodzi na to, że Claw też jest cyborgiem, niemniej jednak laur pierwszeństwa należy się ciamajdowatemu inspektorowi, z helikopterem w głowie, którego zawsze mu cholernie zazdrościłam.

3. Andrew ("Człowiek przyszłości")
The uncanny valley levels are too high! AAA!!!
...A mimo to, w dzieciństwie to był mój ukochany film i oglądałam go zawsze jak tylko leciał na HBO. Żeby było śmieszniej, kiedy próbowałam go obejrzeć jakieś 10 lat później, umarłam z nudów. Niemniej, sam koncept pozostaje bliski memu serduchu: robot, który rozwija ludzkie uczucia i pragnie zostać człowiekiem, ze wszystkimi zadami i waletami takiego dealu. Co prawda ja preferuję motyw transformacji w odwrotną stronę (no bo serio, kto przy zdrowych zmysłach chciałby zmienić się w człowieka, ugh), ale założenie, że można pokochać robota/androida pozostaje. I mi się podoba.

Po tych trzech (czterech?) panach, na długi czas uległam propagandzie natury mówiącej, że MASZYNY SOM ZUEEE! a DRZEWKA SOM DOBLEEE! Więc śpiewałam "Kolorowy wiatr", bujając się w hamaku pod gruszą i karmiąc swoje NanoPuppy (jej, oddałabym fortunę za działające NanoPuppy, niebieskie, takie jak miałam w dzieciństwie *_*), a na WizjiTV oglądałam walki robotów (ten program był zajebisty). Lecz cóż, wkrótce wrodzone instynkty zaczęły brać górę, a ja - rzygać na samą myśl o ekooszołomach przekreślających wszystkie technologie i osiągnięcia ludzkości. Znaczy, jasne, nadal lubię przyrodę et cetera, ale porzuciłam te wszystkie gniewne myśli o rzuceniu cywilizacji i zamieszkaniu w lesie, bo to głupota i tyle. Ludzie, maszyny są ZAJEBISTE. Gdyby ten ekopierdolec przeszedł mi wcześniej, pewnie poszłabym studiować robotykę (i bym epicko wszystko oblała i skończyła tu gdzie teraz, czyli w szkole dla dorosłych na tech-wecie, ale ćśś). Niemniej, następnym cyborgiem, którego pokochałam i który na dobre rozpoczął moją manię był...

4. Viktor, the Machine Herald
Viiiktooor... Jego backstory zainspirowało mnie do przemiany jednego starego opka w powieść i nadania mu większej głębi - stali bywalcy blogaska mogą się domyślać, że chodzi o Tyrcia. Ale nawet pomijając to i jego badassowy wygląd, i wszystko inne, za co go uwielbiam, jest jeszcze jedna rzecz, którą się raczej z nikim nie dzieliłam do tej pory. Otóż jego gadaninę o "glorious evolution" przyjęłam za swoje motto. Jeśli coś we mnie szwankuje - a szwankuje duuużo rzeczy - "destroy, then improve". Idzie mi to jak po grudzie, ale hej, staram się.

5. Generał Grievous
Jeśli miałabym znaleźć postać, do której jak ulał pasowałoby określenie "maszyna do zabijania", to z pewnością byłby to Grievous. Zachwyca mnie to, że mimo swoich rozmiarów i ogromnej wagi, jaką zapewne posiada, jest tak cholernie zwinny i skuteczny. A trzeba pamiętać, że NIE jest użytkownikiem Mocy. No i dość smutne backstory pogłębia moją sympatię do niego. I ta maska kaleeshów...
No i żal dupkę ściska, że w filmie i serialu Clone Wars (tym w CGI) został przedstawiony tak nijako... więc w tym przypadku, źródłem zachwytów są głównie komiksy.

6. HK-47 (Knights of the Old Republic)
Hm, co to ja mówiłam o maszynach do zabijania...? HK-47 z miejsca został moim ulubionym towarzyszem w KotORze i szlag mnie trafiał, że nie jest jedną z opcji do romansu. Ok, czaję, nie wszyscy muszą być tak walnięci jak ja i chcieć się przytulać do droidów-asasynów, ale CZEMU DO WYBORU BYLI TYLKO NADĘTA BASTILA I BUCOWATY CARTH?! Jak ja ich obojga nienawidziłam! Wybrałabym nad nimi HK-47 nawet gdyby miał zamiar strzelić mi w łeb!
(Tu Winky ma nadzieję, że wszystkich graczy KotORa ogarnęła zbiorowa amnezja i nie pamiętają questa o droidzie, który chciał uciec od swojej napalonej właścicielki).

6. Adeptus Mechanicus
Wynalazcy, cyborgi, czciciele maszyn... Choć za cholerę nie jestem w stanie ogarnąć wszystkich niuansów tego uniwersum, to estetycznie robi mi bardzo. A miecz łańcuchowy to najbardziej epicka broń wymyślona przez ludzkość!

7. Flavius (Skyforge)
Jeden z najnowszych nabytków. Flavius na pewno jest wynalazcą. Czy cyborgiem? Ciężko powiedzieć: te ręce niby wyglądają na mechaniczne, ale równie dobrze to mogą być zwykłe, hm, rękawice...? W każdym razie, gra nie oferuje żadnego potwierdzenia dla tej teorii. Tak czy siak, Flavius jest słodki. :3 W stu procentach skupiony na swoich odkryciach naukowych, niby sympatyczny, ale w sumie to bardziej cyniczny i z postawą "mhm, tak, fajnie, jeszcze tu jesteś?".

8. K-2SO
Trochę się wahałam, czy go załączyć, bo jasne, jest świetny i go uwielbiam, ale mam wrażenie, że to próba zrobienia drugiego HK-47. No, ale dobra, niech będzie. K-2SO też jest słodki. I duuuży. Duuuże maszyny są fajne. Zwłaszcza jak strzelają sarkazmem.

No i tyle, no i cześć.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Hello darkness my old friend

Zastój za zastojem... Jakoś nie mam ochoty tu pisać. Niby mam co i czasem nawet mam wenę, i mam pełno pozaczynanych notek w narzędziach bloggera, ale za każdym razem dochodzę do wniosku, że nie, to nie działa.

Sama nie wiem, jak jest. Jak zwykle: raz dobrze, raz źle, nihil novi sub sole. Zmieniło się to, że mam W KOŃCU diagnozę i pracę, która nie sprawia, że codziennie idąc do niej modlę się o to, by potrącił mnie samochód. Serio, w poprzedniej byłam bliska całkowitego załamania nerwowego, powrót do niej po urlopie w Anglii to był koszmar. No i teraz pracuję w lecznicy weterynaryjnej, głównie zajmuję się sklepikiem zoologicznym, ale też ogarniam burdel i przyuczam się do zawodu. I niby mogłabym opowiedzieć, jak wygląda ta praca i zarzucić jakimiś ciekawymi anegdotkami, ale... nie mam ochoty. Zarzucam na bieżąco na fejsie i na więcej nie mam siły.

Wyszło, że jestem neurotykiem. Mówiąc w skrócie: gorzej znoszę stres. A ponieważ stresują mnie takie pierdoły, jak konieczność otworzenia do kogokolwiek gęby, to ten, no, zajebiście. Tak, tak, chodzę na terapię. Cudów nie ma. Jak już mi się zaczyna wydawać, że udało mi się coś zwalczyć i jest lepiej, to zaraz się okazuje, że jednak nie, albo coś innego dowala ze zdwojoną siłą. A inni ludzie machający na moje problemy ręką z nieśmiertelnym "inni mają gorzej" są tak jakoś umiarkowanie pomocni.

Lubię moją pracę, ale szkoła w co drugi weekend i pracujące soboty sprawiające, że mam czasem jeden dzień wolnego w miesiącu mnie wykańczają. W robocie nie mogę się doczekać powrotu do domu, a jak już wrócę... to nie wiem, co robić, bo nic mi nie sprawia przyjemności. Ani gry, ani filmy, ani twórcze zajęcia, a im mniej powiem o czytaniu książek, tym lepiej.


To jest Ripley. Ripley jest mieszanką srokacza olbrzyma i baranka miniaturki, przez co ma jedno ucho na Maroko, a drugie na Kaukaz. Puchacz zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, mimo że jak Ripley dorośnie, to będzie pewnie ze dwa razy większa od niego. Teraz mam dwa puchostwory do pocieszania. Niestety, Ripley nie dość, że jest przebrzydłym szczochem i psują, to jeszcze jest sprytnym szczochem i psują i musiałam zbudować Alcatraz dla królików. Koniec z budzeniem się z nabzdyczonym Puchacidłem na piersi. :c

niedziela, 2 października 2016

Antyporadnik: Jak NIE robić zbroi na cosplay

Pisałam jakiś czas temu, że chcę zrobić cosplay mojej postaci z Amberu. No więc prace w tym kierunku ruszyły, w sumie to kostium jest już na wykończeniu, poza zorganizowaniem sensownego miecza (kupiłam jeden, treningowy, ale okazał się być, kurde, dwuręczny i prawie tak wielki jak ja, i nie mam jak go zainstalować przy pasie) i tuniką, którą zamówiłam w Płaszczu i Sukni ponad miesiąc temu, ale uparcie mnie ignorują i nie odpowiadają na moje uprzejme ponaglenia, mimo że widzę, że je czytają, EKHEM, EKHEM. Główny problem nastręczał napierśnik. Na początku nosiłam się z zamiarem zamówienia stalowego, żeby był ładny i w ogóle, ale doszłam jednak do wniosku, że pff, robiłam już całą zbroję z pianki EVA, więc sam napierśnik nie powinien być wiele trudniejszy od tego, no i jestem już bogatsza o tamto doświadczenie. Co może się nie udać?

Dużo.

W formie pseudo-antyporadnika przedstawię wam cały proces twórczy. Enjoy!

Komedia w X krokach:
Winifreda robi napierśnik z pianki EVA

Na początek potrzebna jest forma. W tym celu należy szczelnie owinąć Winifredę folią spożywczą, a następnie obkleić szarą taśmą. Specjalnie założyła gruby stanik z push-upem, a cyc i tak wyszedł płaski. Oh well, pomyślała Winifreda, jak będę formować piankę na gorąco, cyc i tak zrobi się większy. Aby coś z tego cyrku wyszło, należy przeglądając się w lustrze, markerem nakreślić kontur napierśnika, zrobić to na tyle szybko, by nie zemdleć z niedotlenienia, a następnie rozciąć formę i się z niej wydostać (nie uszkadzając pięknego, nowego stanika).


Trochę mierzenia, trochę nieudolnych prób zachowania symetrii i włala - pattern gotowy do wycięcia. Pytanie do pro-cosplayowiczów: JAK wy to wycinacie z tej pianki nożem do papieru?! Jak ja próbuję, to tnę wszędzie, tylko nie wzdłuż linii!


Co to jest? Jak tego używać? Czy powinien z tego lecieć siwy dym? D:
Po całym dniu szukania odpowiedniego przedmiotu, na którym mogłabym uformować piankę tak, by nadać jej wypukłość na cycki, doszłam do wniosku, że najlepsze w tym celu będą moje kolana. Podmuchać z opalarki, poczekać, aż pianka będzie gorąca, mocno naciągać na kolanach, powtarzać do usranej śmierci lub do uzyskania w miarę zadowalającego efektu ("w miarę" to w tym przypadku słowo-klucz).

Ten klej jest polecany do klejenia nim pianki EVA. Okazało się, że ssie pałę. Albo nie umiem go używać, na jedno wychodzi. Wracam do Kropelki.

Tu zdałam sobie sprawę, że koncertowo spieprzyłam - piankę trzeba naciągać, by wszystko się zmieściło tam, gdzie powinno, bo jak nie... to skończysz z dziurami w cycach i trzeba będzie wszystko rozrywać.

Na tym etapie straciłam pewność, czy to, co odrywam sobie z palców to wciąż Kropelka czy już moja skóra. Ale katastrofa względnie naprawiona, więc dobrze jest.

No, to robimy przymiarkę ozdobnych pierdolników. :3 Zapowiada się całkiem, całkiem... Ciekawe, co spieprzę w następnej kolejności.

Tu zdałam sobie sprawę, że używanie pisaka do rysowania konturów na piance to ZŁY pomysł.


Wszystko przyklejone i nawet jackalope ma nosek. :3 Powinnam była skorzystać z ostatniej okazji i jeszcze uformować te-te dynksy, co na ramiona idą, żeby bardziej przylegały do ciała, ale dupa, teraz będą piać.

Kolejnym krokiem jest pokrycie wszystkiego kilkoma warstwami wikolu, żeby powierzchnia była ładna, gładka i lśniąca. Jak mi to wyszło - widać na powyższym obrazku... Oczywiście musiałam zacząć od przedniej części i tam pierwsza warstwa wyszła mi idealnie, ale każda kolejna - coraz gorzej i nijak nie byłam w stanie tego naprawić. Przy części plecowej stwierdziłam "fuck it" i nałożyłam tylko jedną warstwę. 
Tu prace stanęły na jakieś trzy tygodnie, bo okazało się, że kupiłam nie farbę w sprayu, tylko jakiś lakier i to na dokładkę gówniany i w odpustowym kolorze, o czym poinformowali mnie dobrzy ludzie z grupy cosplayowej na fejsie. Okazało się, że kupienie tego, o co mi chodzi, graniczy, kurde, z cudem - w najbliższych budowlanych tylko ten szajs, co go kupiłam i NIC więcej. Więęęc musiałam poczekać, aż nadarzy się okazja, by pojechać do Łodzi... Nie bez trudu, udało mi się kupić srebrny spray tej samej firmy, której mam lakier samochodowy (podobno trzeba kupować specyfiki tej samej firmy, bo wtedy lepiej się trzymają). 40, kutfa, złotych za puszkę farby, chyba kogoś popitoliło.

Coraz bliżej święta... :3 Oczywiście, mimo że się starałam, jak mogłam, nie udało mi się zamaskować śladów pędzla przy malowaniu złotą farbą. Dżizas.

Ostatni krok: montowanie pasów, rzepów i takich tam. Cudem odnaleziony glue gun był zbawieniem, dzięki niemu wszystko się trzyma i nie sprawia wrażenia, jakby miało ochotę się rozlecieć, a szczerze mówiąc, miałam obawy, że tak właśnie będzie. No więc mnóstwo przyklejonych do zbroi włosów, kilka poparzeń i wiele bluzgów później...

NAILED IT.
Kinda. 
Sorta.
Wyglądam grubo.
Ale kurde, to jest ZBROJA, to ma zapewnić przeżycie, a nie miejsce na wybiegu.
Co nie?
Co nie...?

UFFF. No, więc idealnie toto nie wyszło, do doskonałości mu baaardzo daleko, ale i tak jestem zadowolona. Cosplay progress: 75%. :3 Do zobaczenia na Pyrkonie.