piątek, 11 stycznia 2019

Cóż...

Podsumowanie ostatnich dwóch miesięcy:

1) Przyjęli moje opko do antologii "Fantazmaty 3".
2) Depresja weszła tak mocno, że wylądowałam na miesięcznym zwolnieniu.
3) Wyrzucili mnie z roboty.
4) W sprawie wydania "Boga Maszyny" odzewu brak.

Ad 1: Rzeczone opko to poprawione po raz tysięczny opowiadanie o smoku, które było w moim pożal się borze ebooku. Wciąż nie udało mi się wymyślić mu sensownego tytułu, więc będę o tym myśleć przy procesie redakcji. Który nie nastąpi prędko, bo premiera jest przewidziana na rok 2020... Żałuję, że nie wysłałam go wcześniej, wtedy może załapałoby się do antologii "Dragoneza" o smokach. Ale to i tak jakiś sukces.

Ad 2: Największą winę zrzucam na pracę, w której atmosfera zrobiła się tragiczna. Dzień w dzień w drodze do niej ryczałam jak bóbr. Próbowałam wręcz doprowadzić do wypadku, w którym na przykład złamałabym nogę i w ten sposób mogłabym uniknąć przychodzenia do roboty i mieć legitny powód, bo przecież depresja to nie choroba. Jak opowiedziałam psychiatrze o wszystkim, co myślę, to wyglądała, jakby chciała mnie w trybie natychmiastowym wysłać do szpitala, ale skończyło się na zwolnieniu. W tym czasie doszłam do wniosku, że nie ma co tu się dłużej męczyć i trzeba się wynosić jak najprędzej, bo NAPRAWDĘ wyląduję w szpitalu. Różne możliwości rozważałam, ale mimo rozsyłania CV, nie było większych widoków na nową pracę, więc zdecydowałam się po prostu wrócić po zwolnieniu i zobaczyć, co dalej. No i zobaczyłam...

Ad 3: W dniu, w którym wróciłam ze zwolnienia, zawołała mnie kadrowa. Przyszła też kierowniczka działu hodowlanego. Już wiedziałam, o co chodzi. Kadrowa wręczyła papiery. Kierowniczka wpatrzona w stół, udaje, że mnie tu nie ma, słowem się nie odzywa. Żadnego powodu, żadnego uzasadnienia. Od razu poszłam do mojego kierownika i było dokładnie, jak się spodziewałam: on nie miał o niczym zielonego pojęcia. Nikt mu nie powiedział o planach wypierdolenia pracownicy z jego działu - i to takiej, która do tej pory miała dobrą opinię. Później mi powiedział, że dyrektor się buldoczył, ze chorować to można pięć dni. I wiecie, co jest najśmieszniejsze? Że, oczywiście, to była przykra sytuacja, ale czuję głównie ulgę. Kiedy zaczęłam tę pracę, naprawdę ją kochałam, przez półtora roku lubiłam do niej przychodzić. Potem nastąpił jakiś dziwny przełom, sytuacja stała się tragiczna, nikt nas nie szanował, dysproporcje w ilości pracy były niesamowite, oczekiwania rosły i  wciąż rosną, i to nie w tym kierunku, w którym powinny, priorytety zeszły na kompletne bzdury. Część z was wie lub może się domyślać, gdzie pracowałam. Jeśli chcecie szukać tam zatrudnienia, mówię wam stanowcze: nie. Nie róbcie tego, nie póki rządzą tam ci sami ludzie. Czyli skończone chuje.

Ad 4: Mija już piąty miesiąc, od kiedy rozesłałam tę powieść. Tydzień temu wysłałam maila z uprzejmym zapytaniem, czy wszystko doszło i czy jest zainteresowanie. Przyszła tylko jedna odpowiedź - odmowna. Niby wciąż zostały wydawnictwa, w których pokładałam największe nadzieje, ale dochodzę do wniosku, że nie powinnam była ich sobie robić w ogóle. Przez chwilę rozważałam jedno wydawnictwo, które ma bardzo przyjazny autorom system przyjmowania i oceny nadsyłanych tekstów, ale czytałam i słyszałam od bezpośrednich zainteresowanych bardzo słabe opinie na temat umów, promocji i ciągnącego się w nieskończoność procesu wydawniczego. Może i nie powinnam się zrażać, ale z drugiej strony nie wiem, czy warto się w to pchać. Oczywiście, najpierw bym wprowadziła wszystkie poprawki, które przyszły mi do głowy w ciągu tych ostatnich pięciu miesięcy, ale... nie chcę. Nie widzę w tym zbytniego sensu. I tak, wiem, nie poddawaj się, próbuj do skutku, Rowling wiele razy odrzucali (nienawidzę tego argumentu) i wszystkie te truizmy, które sama wkładałam w usta bohaterów mojej powieści.

Zabawne, jak szybko nastrój i nastawienie może się zmienić z "haha, yay, I don't care!" w "fuck... I don't care about anything anymore".

Przepraszam. Naprawdę chciałabym napisać coś w bardziej optymistycznym tonie, ale nie daję rady.

poniedziałek, 19 listopada 2018

...and in the end it doesn't even matter

Chciałabym móc powiedzieć, że jest dobrze, ale nie jest.

Jeden z moich królików, młodszy, niedawno umarł mi na rękach. Nie chcę się rozpisywać na temat tego, co mu się stało. Tak czy siak mam to potworne poczucie, że nie zrobiłam wszystkiego, co tylko mogłam, by go przed tym uchronić. Tęsknię za nim, za jego wielkimi uszami, mięciutkim noskiem i ciepłym czółkiem. Chciałabym go przytulić i już tak zostać, albo tak odejść.

Straciłam też zupełnie całą pasję do pisania. Od paru tygodni nosiłam się z zamiarem naparzania opowiadaniami w konkursy i antologie, w te wszystkie Fantazmaty i tego typu inicjatywy, nawet podjęłam się udziału w NaNoWriMo. Co do tego ostatniego, bardzo szybko doszłam do wniosku, że to jest zwyczajnie durne i bez sensu, bo tylko utrwala złe nawyki, czyli lanie wody i pisanie tak, by stuknęła jak największa liczba wyrazów, byle się wyrobić z dziennym minimum. Próbowałam pisać drugi tom "Boga Maszyny", ale... nie czuję tego. Straciłam pasję do tej powieści, do tych postaci. Nawet nie cieszą mnie komisze z nimi, które powoli napływają. Wszystko straciło sens. Gdyby jakieś wydawnictwo się odezwało, że są zainteresowani, to nawet by mnie to nie ucieszyło. Może wręcz załamało jeszcze bardziej, bo to by oznaczało, że muszę dokończyć ten drugi tom, a nie mam do tego w ogóle serca. Za cztery dni miną przepisowe trzy miesiące, po których milczenie oznacza brak zainteresowania, więc nadzieję i tak już straciłam. Mam poczucie, że ta powieść to było najlepsze, na co mnie stać, ale to wciąż jest gówno.

Ilya, żona głównego bohatera
Kikki's Art & Illustration

Tak nie mogłam się go doczekać i co? I gówno. Jest przepiękny, uwielbiam go i podziwiam autorkę za niesamowity talent, ale... nie potrafię się z niego cieszyć. Nic mnie nie cieszy.

W pracy też jest źle. Na ten temat tym bardziej nie chcę się rozpisywać, ale w każdym razie marzę o zwolnieniu albo złamaniu nogi, albo żeby zebrać się na odwagę i po prostu stamtąd odejść.

Mam poczucie, że nigdzie nie pasuję. Nie powinnam opiekować się zwierzętami ani w domu, ani w pracy. Z pisania też gówno wychodzi i nie wierzę już, by mogło się to kiedykolwiek zmienić. Nic mi się nie udaje. Robię wszystko, nie potrafiąc niczego. Nie zliczę, ile "słomianych zapałów" w różnych dziedzinach zaliczyłam.

Chcę tylko... położyć się. Spróbować wreszcie wyspać. Nie martwić się życiem, pracą, niczym. Czy to jest w ogóle możliwe? Tak się da?

Dwubiegunówko, już mam dosyć fazy depresyjnej. Przestaw się na manię. Plz.

piątek, 19 października 2018

...

Niestety, nie mogę znaleźć autora.

Tak z grubsza.

Od dwóch miesięcy nieustannie czekam. Pocieszam się rzeczami, na które też muszę czekać. Dlaczego ja to sobie robię?

Spoko, przejdzie mi, zawsze przechodzi. To jest w sumie najgorsze, że kiedy zaczyna mi się epizod depresyjny, nawet bardzo silny, to wciąż potrafię myśleć racjonalnie, wiem, że to minie, że nie mogę podejmować decyzji, których mogłabym żałować (albo już nigdy niczego nie żałować), że znam siebie, znam przyczyny tego stanu, znam powody, które ten stan pogarszają, wiem, że pracuję nad sobą... ale to nie zmienia tego stanu. Po prostu nie. Dopóki sam nie minie. W mniejszym lub większym stopniu wspomagany lekami.

Nie jest fajnie.