piątek, 28 lipca 2017

ŻYJĘ

Tak w sumie to nie podobał mi się ten krab, ale ćśś.

Nie wiem, czy ktokolwiek dotarł do erraty na końcu drugiej części wetanalizy (credit: Kura), ale w każdym razie: MAM PRACĘ W ZOO!

Bez grama przesady: to najlepsze, co przydarzyło mi się w życiu. Wcześniej miałam dwie prace. Pierwszą był staż w przychodni alergologicznej jako recepcjonistka i to był istny KOSZMAR. Ja, skrajna introwertyczka z fobią na odbieranie telefonów, wrzucona do recepcji przychodni, w której dziennie przewijało się bez mała 100 osób i wszystkie z własnym wachlarzem żądań. Przez ostatnie dwa miesiące byłam tak skrajnie zestresowana, że dzień w dzień dręczył mnie nieustanny ból brzucha i pochodne temu atrakcje, a kiedy wróciłam z tygodniowego urlopu zdrowotnego, usłyszałam, że wzięłam sobie wolne bez powodu, a one tu mają zapierdol. Bez komentarza...

No, więc ten, tragedia i trauma do końca życia. Druga moja praca miała być tą zbawienną, bo w lecznicy weterynaryjnej, a więc w końcu coś pokrewnego obecnie wyrabianemu zawodowi (technik weterynarii). Z początku nazywało się, że mam być tylko panią sklepikową i w wolnych chwilach miałam być przyuczana do zawodu. Wkrótce okazało się, że mam jednocześnie panować nad sklepem zoologicznym, wszelką dokumentacją weterynaryjną (księga leczenia, księgi hodowlane, zaświadczenia o szczepieniach, faktury i masa innych), zwierzętami zatrzymanymi na obserwację, psami z hotelu, zapisywaniem pacjentów, a wkrótce nawet PRZYJMOWANIEM pacjentów mimo braku jakichkolwiek uprawnień - a nawet gdybym już była technikiem, to bez nadzoru lekarza nie wolno mi zrobić NIC!!! podczas gdy takie praktyki w tym miejscu były normą. A na koniec usłyszałam, że jestem do dupy i nawet sprzątać nie umiem. Kurtyna.

A teraz... mam pracę marzeń.

Jestę zookeeperę. <3

To było jak podróż do alternatywnego świata. Przez pierwszych kilka tygodni nie mogłam uwierzyć w to, że życie może być tak... dobre, i wciąż byłam zdołowana, niepewna i płacząca po kątach. Ale kiedy w końcu do mnie dotarło, że to się dzieje naprawdę, że mam pracę, w której czuję się dobrze, w której ludzie są świetni i dogaduje się z każdym, nawet z ludźmi o skrajnie odmiennych poglądach, w której czuję się spełniona, a przełożeni CHWALĄ mnie za to, co robię... odżyłam. Do tego stopnia, że mimo skrajnego braku czasu, wróciłam do różnych zajęć, które porzuciłam w depresji. Wróciłam do pisania mojej powieści. Od marca natrzaskałam ponad 150 stron, staram się pisać przynajmniej jedną dziennie i robię to z przyjemnością. Praca w zoo jest bardzo męcząca, zwłaszcza w sezonie letnim, kiedy jest pełno zwiedzających (w większości debili karmiących zwierzęta cukierkami i ładujących łapy i śmieci do wybiegów), a my mamy dyżury od 7:30 do 19:00, i jasne, ciągle budzę się o tej piątej z myślą: "Ugh, nie chce mi się", ale czuję się tam tak dobrze, że wszystkie te minusy nie mają najmniejszego znaczenia.

Pracuję na małpiarni - a właściwie w sekcji, w skład której wchodzi małpiarnia, małe ssaki i jeden z pawilonów ptaków oraz sowy i orzeł stepowy, ale ja robię głównie na małpiarni. Przed rozpoczęciem kariery zookeepera (że też nie ma ładnego słowa na to w języku polskim... albo pielęgniarz zwierząt albo opiekun zwierząt, za długie i niejednoznaczne) miałam nadzieję na wiwarium, gdzie dwa lata temu robiłam wolontariat, ale koniec końców dobrze się stało, bo tu też jest zajebiście. Tonę w gównie, 50% dnia pracy to sprzątanie, 40% to krojenie warzyw i owoców, a pozostałe 10% to cała reszta, ale nie zamieniłabym tej pracy na żadną inną. Karmienie lemurów to, oczywiście, najlepsza część dnia (zwłaszcza, kiedy pogoda brzydka, zwiedzających nie ma i nie trzeba się wysilać na przemówienia do publiczności), długi proces zaprzyjaźniania się z koczkodanem Funiem, zakończony tym, że ten buc teraz skacze mi po ramieniu i kładzie stopy na czole (a jaki był zdziwiony, kiedy zobaczył moje tatuaże, macał, wąchał i nie mógł ogarnąć, co to jest! <3) to wspaniałe doświadczenie, a pancernik Klusek, robiący karierę w mojej rodzinie swoją słodkością, to istny hicior.

BĘC

Żeby opisać wszystkie zajebiste doświadczenia z zoo, musiałabym poświęcić na to całą książkę. Notabene, mam zamiar - ale może jak będę mieć staż dłuższy niż pół roku. Póki co, skupiam się na moim magnum opus, które wciąż nie ma tytułu: o wynalazcy, który ma ambicje zostać bogiem. Zmieniłam mu imię, bo lektura "Dziecka Gwiazd. Atlantydy" uświadomiła mi istnienie słowa "tyrpać", więc Tyrpator został spaczony w moim umyśle na wieki. Teraz jego imię to Tagard. Blabla, nieważne. Na chwilę obecną mam 184 strony, wątki mi się mnożą, fabuła się wydłuża, nie wiem, czy to dobrze, ale pisze mi się dobrze, więc nie pozostaje nic innego, jak utrzymać ten trend i zweryfikować efekty.

Nadal zdarzają mi się epizody depresyjne, kiedy bez wyraźnego powodu budzę się smutna i tak mi już zostaje na kilka dni, albo zestresuję się czymś i ryczę z tego powodu przez tydzień. Ale zdarzają się o wiele rzadziej i o wiele łatwiej mi je przezwyciężyć.

Bum siakalaka, kurde!

piątek, 10 lutego 2017

Zdechło to zdechło, na uj drążyć temat, czyli analiza "Poczekajki" okiem miłośnika zwierząt, część 2/2

Pretensjonalny tytuł kolejnego rozdziału rozpoczyna się następująco:
O zaginionej kobrze z dwunastki
HMM, NO CIEKAWE, JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE KOBRA UCIEKŁA Z KLATKI.
Dziwne jest w tym jedynie to, że tylko jedna, a nie wszystkie siedemdziesiąt sześć.

Najdroższy Amre!
Ależ się dzisiaj działo... Main Gott,
MAIN?! Jeżu w borze, czy ta idiotka (i bohaterka, i aŁtorka) może się pogrążyć jeszcze bardziej?
Ekhem, przepraszam, zapominam się, że miałam się skupiać na zwierzęcym aspekcie. To trudne, jak widać.

Czarna pantera — jak zwykle płuca, tak właśnie brzmiał fachowy wpis skreślony ręką Plamy, kierownika hodowli, w urzędowym dokumencie, jakim była Księga leczenia zwierząt (zwana potocznie Księgą skarg i zażaleń). Westchnęła. Jaga — jej ulubienica — znów miała zapalenie płuc...
Teraz Patrycja zdążała ku wybiegowi pantery, by potwierdzić precyzyjną diagnozę Plamy i zastanowić się, jakim lekiem tym razem (a wypróbowała już niemal wszystkie) będzie do biduli strzelać.  
A może byś się tak zainteresowała, DLACZEGO pantera ustawicznie choruje na zapalenie płuc? Nawet w dzisiejszych czasach i wśród ludzi zapalenie płuc to nie jest takie hop-siup, na to MOŻNA umrzeć. ZWŁASZCZA, jak się ma pod ręką tylko konowała-idiotkę, która najwyraźniej tylko udaje weterynarza i „strzela” (dosłownie i w przenośni) w zwierzęta losowymi lekami, nie interesując się w ogóle, co jest PRZYCZYNĄ takiego stanu rzeczy!
Poza tym, diagnozę wydał ksiunc Plama, li tylko popatrzywszy na panterę, bo nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek pozwolił mu do niej podejść i zbadać. Z opisów, jakie dostajemy, nie widać ŻADNYCH objawów: ani kaszlu, ani wydzielin, no nic po prostu, kot leży i macha ogonem. Nikt nie przeprowadził żadnych badań mających na celu potwierdzenie diagnozy głupiego KSIĘDZA, a mimo to wielka pani weteryniorz ładuje w nią kolejne leki i się dziwi, czemu nie działają. 

— Ponoć nieźle pani sobie radzi z tym zwierzyńcem. Andrzej bardzo panią chwali jako lekarza.

Wyżej stoi, że Patrysia idzie potwierdzić diagnozę, tak? No, to przyszła, pośliniła się na widok przystojnego Gabryjela, panterę zaszczyciła spojrzeniem i od razu poszła po leki i strzelbę.

Patrycja też miała dość.
— Wiesz co, Kuba — zmrużyła oczy, patrząc na miotającą się po klatce panterę i usiłującego wcelować w nią pomocnika — następnym razem chcę wiedzieć, co tak naprawdę leczę. Gdy tylko ją wyciągnę z tego zapalenia podamy Jadze narkozę i zrobimy komplet badań. Łącznie z rentgenem.
A może zrobisz to TERAZ?! Nie no, nie wierzę po prostu! To już któryś raz z kolei, kiedy pantera jest chora i NADAL nie miała zrobionych żadnych badań?! Ok, czaję, z półdzikimi drapieżnikami to nie jest takie proste, trzeba uśpić i w ogóle, ale... skoro już TERAZ wiesz, że ma nawracające chujwieco, bo tak naprawdę NIE WIESZ, czy zapalenie płuc, to zrób kompleksowe badania TERAZ!!! Bo do następnego razu pantera może się przekręcić! Nie, wiecie co, spoiler, właśnie tak się stanie: PANTERA SIĘ PRZEKRĘCI. Gratulacje dla wielkiej pani doktor! Jest najlepszym lekarzem weterynarii ever! Animal Planet powinno nakręcić program o jej działaniach i puszczać go codziennie o 9:00 i 17:30!

Kuba nacisnął spust. Strzykawka śmignęła w powietrzu i wbiła się w zad zwierzęcia, w ułamku sekundy detonując swą zawartość. [Znaczy co, wybuchła?] W następnym ułamku została wyrwana z wściekłością i zmiażdżona w panterzych zębach.
— Następna z głowy. Na same strzykawki wydamy fortunę — westchnął zootechnik.
Ona chyba naprawdę nie wie, że zootechnik i technik weterynarii to dwa kompletnie różne zawody. Co prawda zootechnicy też się uczą różnych praktycznych rzeczy typu inseminacja, ale zdecydowanie nie robią tego wszystkiego, co technicy weterynarii.
Po drugie: kolejne zwierzę zżerające to, czego nie powinno zżerać i kolejny raz zostaje to zbyte machnięciem ręki...
Co do samych strzykawek-lotek, wyczytałam, że mogą być sterylizowane w autoklawie (bez igieł, oczywiście), a więc są wielorazowego użytku. Dokopałam się tylko do amerykańskich cen: od 16 do 44 dolców za JEDNĄ strzykawkę. Więc tak, strata może boleć. I właśnie dlatego nie robi się tego na środku wybiegu, tylko w miejscu, w którym łatwo w zwierzę wycelować, a strzykawkę potem strącić i odzyskać... Popatrzcie, jak to robią ludzie na tym filmiku. Mała przestrzeń, mięsko na zachętę, zastrzyk z dmuchawy, kijem odzyskujemy strzykawkę, mięsko w nagrodę. Patrysia, ogromna miłośniczka wielkich kotów, nawet nie pomyślała o tym ostatnim...

Blabla, gabinet w zoo nie ma aparatu rentgenowskiego i Patrysia kombinuje, gdzie zawiezie panterę na zdjęcie. Hej, taki pomysł... wypożyczcie przenośny! Tak, istnieją przenośne aparaty rentgenowskie! Ten podlinkowany na samej górze jest przeznaczony też dla koni, więc pantera spokojnie się załapie w polu widzenia. 

Jedyny aparat rentgenowski znajdował się w klinice doktora Lewandowskiego, który przez długie lata zajmował się zwierzętami w zoo, ale z braku czasu i rozrastającej się prywatnej praktyki musiał zrezygnować z zoologicznych pacjentów. Nadal jednak służył Patrycji pomocą i wsparciem w trudniejszych przypadkach. To właśnie doktora Lewandowskiego stawiał dziewczynie za wzór Ten-Którego-Nikt-Nie-Lubi, gdy chciał ją wkurzyć.
To ten sam doktorek, którego ksiunc Plama na początku powieści opisywał jako konowała...?


Patrycja wiedziała, czego technik się obawia. Dzikie koty, oprócz wielu innych właściwości, równie dziwnych, miały i tę, że były nieobliczalne i budziły się z narkozy w zupełnie nieoczekiwanych momentach. Minutę wcześniej znarkoryzowane tak, że ani łapką, ani pazurkiem, już za moment wstawały zwarte i gotowe, by ruszyć w świat i pożreć wszystko, co stanie na drodze.
Powiem szczerze, że ciężko mi to zweryfikować. W lecznicach udało mi się zaobserwować li jedynie, że niektóre zwierzaki ciężko utrzymać pod narkozą i w trakcie zabiegu mogą zacząć machać łapkami i piszczeć, ale nie było żadnej reguły, że tylko koty albo tylko mopsy czy coś. Co organizm to inna reakcja i tyle. Google i Youtube nie potwierdzają aŁtorkasinej tezy, nigdzie ani słowa o tym, że duże koty = kłopoty z uśpieniem. Wydaje mi się, że wymyśliła to sobie tak o, by było dramatyczniej: pantera się budzi w trakcie transportu i wgryza się w rękę zootechnika, ach, ta akcja, ten dramat!
Co jest za to interesującą ciekawostką, to że koty domowe (i z tego, co widzę na youtubie, niektóre duże koty również) pod narkozą nie zamykają oczu. Dlatego trzeba je w trakcie zabiegu zakraplać, żeby nie wyschła rogówka. 

Patrycja doświadczyła tego, gdy przenosili jaguara z jednej klatki (mieszczącej się w jednym końcu ogrodu) do drugiej (mieszczącej się w przeciwległym końcu oczywiście). Kot spał niczym niemowlę, gdy kładli go na noszach i okrywali brezentem. Chrapał słodko przez większość drogi i nagle chrapanie przerodziło się w podnoszące włosy na głowie warczenie. Patrycja, trzymając dłoń na klatce piersiowej zwierzęcia, wyczuła tę wibrację — od koniuszków palców po cebulki włosowe.
— O kurna — sapnęła. — Budzi się!
Czterej pielęgniarze [TECHNICY WETERYNARII, DO KA NĘDZY!!!] dźwigający stupięćdziesięciokilogramowego kota jak jeden mąż puścili nosze i odskoczyli na bezpieczną odległość. [Hyc o podłogę, jaguar kurwa bęc... *ma ochotę coś rozerwać na strzępy ze złości*]  Jaguar zaczął już podnosić głowę, a cała kawalkada znajdowała się pośrodku Ogrodu. Nic, tylko zaraz zeskoczy z noszy i zwieje. A wtedy... Wtedy... będzie... gorąco.
Taa... nie. Nawet gdyby się podniósł natychmiast po obudzeniu, byłby wciąż na tyle pijany, że daleko by nie poszedł i dużej krzywdy nikomu nie zrobił. 

Na szczęście Patrycja trzymała w drugiej ręce strzykawkę z narkozą. Wbiła się, niemal nie patrząc gdzie, byle w kota, i zwierzę po chwili opadło na nosze.
No tylko popatrzcie, jaka ona dzielna, jaka wspaniała, jak zimną krew potrafi zachować... *rzyg*

— Muszę to zrobić — powiedziała. — Wkurza mnie to badanie przez kraty z odległości pięciu metrów.
Patrzenie na zwierzę z odległości pięciu metrów przez kraty to nie badanie.

— Pani doktor, proszę patrzeć pod nogi. Zginęła kobra.
Stanęłam jak wryta.
— Jak to zginęła? Zdechła?!
— Żeby zdechła... Zniknęła. W dwunastce brakuje jednej kobry.
Ciekawe, jak je policzyli w tej jednej klatce pełnej wijących się nieustannie węży...

Rozejrzałam się w panice, omiotłam wzrokiem ściany i sufit (zupełnie, jakby kobra mogła udawać Spidermana),
A wiecie, że mogłaby? Nie pełzać po suficie, ale wleźć gdzieś wysoko. Swego czasu czytałam czyjeś wyznanie w internecie, że zwiała mu zbożówka – gatunek naziemny. Po jakimś tygodniu wunsz spadł właścicielowi na głowę, kiedy otworzył drzwi.

po czym schyliłam się, by sprawdzić pod klatkami, czy tam nie czai się gotowy do ataku gad.
Okej, czyli WSZYSTKIE zwierzęta w wiwarium siedzą w klatkach, i to najwyraźniej stojących na nóżkach jakichś. I kto wie, czy to nie jest część wystawowa, nigdzie nie jest napisane, że nie.

— Nie, nie, tutaj wszędzie szukaliśmy. Ma pani surowicę?
Cholera wie, pomyślałam brzydko.
Brawo...
Ej, nie, w sumie dobrze, jak ją dziabnie, to większa szansa, że w końcu umrze i przestanie wysyłać Bogu ducha winne zwierzaki na tamten świat.

— Paprycja, my wyłapiemy kobry z dwunastki, a ty zawieziesz je na rentgen. Okej?
— Kurczę, a po cholerę? Mam sprawdzać, czy nie są w ciąży, czy co?
— Nieee, czy nie zeżarły tej brakującej.
A po cholerę rentgen w tym celu? Raz, że do sprawdzenia ciąży służy USG, dwa: żeby sprawdzić, czy wąż coś ostatnio zeżarł (przyjmuję, że rzecz zdarzyła się w ciągu ostatnich 24 godzin), wystarczy na niego spojrzeć, względnie pomacać. No chyba że ten zjedzony wąż był młody i trzy razy mniejszy od innych, ale nic nam o tym nie wiadomo, więc mamy pełne prawo przypuszczać, że dorosły wunsz zjadł drugiego dorosłego wunsza (co nastręczałoby mu pewnych problemów, w końcu długość podobna, a wunsze, jak wiadomo, połykają ofiary w całości). A jeśli ostatnie karmienie było jakiś czas temu: inne węże będą miały – surprajz – puste brzuszki! Więc tym łatwiej wymacać, że któryś ma pełny i jest tak jakby grubszy. Matko borska, naprawdę, przecież wąż to nie pies, że nie wiadomo, czy nie zjadł gumowej kaczuszki, po wężu widać, czy ma coś w środku, małe dzieci już o tym wiedzą, choćby z lektury „Małego księcia”!

No i nie wspominając o tym, że ci ludzie zdają sobie sprawę, że trzymanie ponad siedemdziesięciu węży w jednej KLATCE może się skończyć kanibalizmem, a mimo to nic z tym nie robią...

Aha, no jasne. Jak chcieli, tak zrobiłam. Z fiolką surowicy w kieszeni i Agą, beztrosko wymachującą trzema kobrami zapakowanymi do bawełnianych woreczków, pojechałam na drugi koniec Zamościa do zaprzyjaźnionej lecznicy, na prześwietlenie.
Wait, dlaczego tylko trzema? To jakieś inne kobry od tych siedemdziesięciu sześciu? Były trzymane osobno? MOŻE BY TAK PODAĆ O TYM JAKĄŚ INFORMACJĘ DLA CZYTELNIKÓW?!
No i tak, bawełniany woreczek brzmi jak zajebisty pomysł do przewożenia jadowitych węży. O istnieniu faunaboxów aŁtorkasia pewnie nie słyszała w swej owocnej karierze.
I jeszcze jedno! Druga słodka idiotka WYMACHUJE workiem z wężami. Jeśli wcześniej nie były wkurwione jak dziki rex, to teraz z pewnością są. I czy muszę przypominać o takich pierdołach, jak narażanie na stres i urazy?

Rentgen był zajęty. Siedziały jak na szpilkach w poczekalni, trzymając na kolanach poruszające się niemrawo białe bawełniane woreczki.
I jeszcze na kolanach je trzymają, brawo.

— Słuchaj, one nie użrą przez materiał? — zapytała szeptem Patrycja.
— Co ty myślisz, że ja kobry codziennie na rentgen targam? Pracuję na gadach miesiąc dłużej od ciebie... — odparła Aga również szeptem. — Spoko, dowiemy się jak użrą.
*wali łbem w ścianę*
ZDROWY ROZSĄDEK. Słyszałyście o czymś takim?!

Patrycja zbladła i położyła „bagaże" na podłodze.
— Bierz na kolana, bo zmarzną! — warknęła Aga.
Właśnie dlatego powinnyście były wpakować je do przenośnego terrarium, z termoforem albo innym źródłem ciepła w środku, wy tępe pindy!!! O tym, że mogą kogoś dziabnąć przez bawełniany woreczek, nie wspominając!

— Już wolę żeby zmarzły... — odrnruknęła Patrycja, ale posłusznie wzięła kobry na kolanka.
Miłość do zwierząt wylewa jej się uszami.

— Pamiętaj: jeżeli nagle wrzasnę majtnę kobrami o ścianę i zacznę sinieć, będziesz miała trzy minuty na podanie surowicy. Potem padnę trupem — dorzuciła mściwie.
Okej. Nie mamy żadnej informacji na temat tego, JAKI dokładnie jest to gatunek kobry (oczywiście...), ale biorąc pod uwagę, że to aŁtorkasia, stawiam, że myśli, że istnieją góra dwa (albo uważa, że to jeden i ten sam, nie zdziwiłabym się), czyli kobra królewska i indyjska (okularowa). Działanie jadu kobry królewskiej obejmuje:
– porażenie centralnego układu nerwowego,
– ból na całej powierzchni ciała,
– zaburzenia widzenia,
– zawroty głowy,
– senność,
– paraliż,
– śpiączkę,
– śmierć w wyniku porażenia mięśni oddechowych, kwadrans do pół godziny od ukąszenia.
Działanie jadu kobry indyjskiej jest bardziej gwałtowne, obejmuje paraliż mięśni prowadzący do niewydolności oddechowej, nagłe zatrzymanie krążenia. Śmierć: od kwadransa do dwóch godzin od ukąszenia.
Stawiałabym raczej na kobrę okularową, choć też nie za bardzo. Zatem siedzą sobie w poczekalni zwykłej lecznicy weterynaryjnej, z trzema osobnikami jednego z najniebezpieczniejszych węży na świecie, odpowiedzialnego za większość śmierci od ukąszeń węży w Indiach, w bawełnianych woreczkach na kolankach.
One proszą się o to, by ktoś zginął. Pół bidy jak one, ale w każdej chwili może do nich podejść ciekawski bachor albo czyjś pies... Mało to ludzi, którzy nie uznają za stosowne pilnować swoich podopiecznych? I tragedia gotowa...

Korpulentna niewiasta z lewej, tuląca kwadratowego ratlerka, pochyliła się z ciekawością ku siedzącym sztywno dziewczętom.
— A co panie tu mają? Chomiczki? — Sięgnęła do tasiemki jednego z woreczków, najwidoczniej chcąc zajrzeć do środka.

Patrycja osłupiała. Aga była przytomniejsza — trzepnęła pańcię po ręce i rzekła grobowym głosem:
— Kobry, dobra kobieto, cholernie jadowite kobry.
Szum rozmów ucichł jak nożem uciął. Ratlerkowa pani dwie dziewczynki z królikiem i pan z rottweilerem gapili się z otwartymi ustami to na Agę, to na woreczki.
Pańcia nagle się roześmiała:
— Dobry żart!
Roześmiały się też z ulgą dziewczynki, królik i pies. Tylko pan rottweilera nadal patrzył na woreczki.
— One... one pełzają... — wyjąkał nagle. — Chodź, Brutus! — poderwał się z miejsca. — Zaszczepimy cię innym razem. Spieszę się do pracy.
— Filon wcale nie ma zapalenia gruczołków — oznajmiła pańcia ratlerka, patrząc przed siebie, po czym wymaszerowała z poczekalni w ślad za rottweilerem.
— Ty nie idziesz dzisiaj na angielski? — Jedna z dziewczynek szarpnęła drugą za rękaw.
— Idę! — Wstały obie, ruszając pospiesznie do wyjścia.
— Ej, dzieciaki, królika zabierzcie! — krzyknęła za nimi Aga. — Ale wrażenie zrobiłam — zachichotała, gdy poczekalnia zaświeciła pustkami.
*wzdycha ciężko, bo na nic więcej jej nie stać*

Kobra na zdjęciu wygląda jak ryba: takie zwinięte w precelek ości nawleczone na kręgosłup. Zabij mnie, ale nie znalazłabym ani płuca, ani serca, ani nawet pojedynczej nerki
Friendly reminder, że z tą wiedzą, której brakiem ta kretynka właśnie się chwali, zdążyła przeprowadzić operację na wężu.

W miejscu, gdzie normalne zwierzę ma szyję, wąż ma ogon, w miejscu, gdzie zwierzę ma brzuch, wąż ma nadal ogon; jak możesz się spodziewać: w miejscu, gdzie wszystko inne ma ogon, wąż na szczęście też ma ogon.
Niespodzianka: bardzo łatwo odróżnić, gdzie u węża zaczyna się ogon. Wystarczy spojrzeć na ODBYT. Tak, ta rurka pusta w środku ma odbyt.
Ale och, czego ja się czepiam, przecież to Element Komiczny jest... tylko wiecie, jakoś tak mało śmieszny jest. I chyba wiem dlaczego... BO OSOBA, KTÓRA WYGŁASZA TE BZDETY, JEST JEDNOCZEŚNIE OPISYWANA JAKO GENIALNY WETERYNARZ!

Jedyne, co wypatrzyłabym w tym czarno-białym galimatiasie, to drugi waż. Niestety, szóstej kobry — zaginionej w czeluściach którejś z tych pięciu — nie znalazłam.
Pardon my French, ale kurwa mać, ile tych kobr w końcu jest?! Najpierw była mowa o siedemdziesięciu sześciu, potem na rentgen wiozą trzy, a teraz się okazuje, że tak naprawdę to ich jest tu PIĘĆ?! Aż wróciłam do wcześniejszego cytatu, ale jak byk stoi, że wiozą TRZY kobry! Wygląda na to, że aŁtorkasia, oprócz tego, że pisać, nie potrafi nawet liczyć! I nie mówimy o całkach, mówimy o wyliczaniu: raz, dwa, trzy! Nie, aŁtorkasia nie umie nawet tego!

Po drodze usłyszałam o wszystkich przypadkach ukąszeń pracowników przez jadowite węże. Raz, na przykład, opiekunka jadowitych miała bliskie spotkanie trzeciego stopnia z grzechotnikiem. Gdy zawieźli biedaczkę (razem z surowicą) na pogotowie, pogotowie rozbiegło się w panice po kątach, a kobietka siedziała w poczekalni z puchnącą radośnie ręką i odpływała w niebyt. Wreszcie Plama bohatersko podał biedaczce antidotum
Zacznę od działania jadu grzechotnika teksaskiego (o wiedzę o istnieniu innych gatunków aŁtorkasi nie podejrzewam):
– niszczenie komórek,
– niszczenie erytrocytów,
– destrukcja tkanek mięśniowych,
– paraliż,
– rozległy krwotok,
– zimny pot,
– opuchlizna,
– nekroza tkanek (24-72h po ukąszeniu),
– wymioty,
– duszności,
– obniżenie tętna mogące prowadzić do śpiączki,
– śmierć w wyniku niepodania antytoksyny lub podania jej zbyt późno.
A teraz wyobraźcie sobie, że ktoś z takimi objawami (niekoniecznie wszystkimi) wpada do szpitala i wiadomo, że ukąsił go grzechotnik, i... nikt nic nie robi, mało tego, lekarze UCIEKAJĄ na jego widok. I surowicę musi podać mu jebany KSIUNC.
Poza tym, niezłe to zoo, kobry, grzechotniki, ciekawe, co jeszcze... Póki co wygląda na to, że gadziarnia składa się wyłącznie z jadowitych węży, pytonów i żółwi morskich.

myślisz, że nie ma w tym nic bohaterskiego? Mylisz się, Kochany, bo gdyby kobietka była uczulona na surowicę, zeszłaby śmiertelnie, a Plama zaraz po niej — na zawał i wyrzuty sumienia.
Akurat jad grzechotnika jest w stanie wykończyć i bez uczulenia: patrz wyżej.

Cóż, od jutra ćwiczę na ludzkich ochotnikach iniekcje dożylne i systematycznie sprawdzam termin ważności surowic.
Tak? I co będziesz tym ludzkim ochotnikom wstrzykiwać dożylnie? Powietrze, żeby ich zabić?

Cały personel zaś przeszukuje Ogród, patrząc pod nogi.
Sorry, ale dupa, nie znajdziecie tego węża, póki kogoś nie zabije (a i wtedy szanse są takie sobie). Jak by była zima, to jeszcze można by mieć nadzieję, że nie wypełzł poza budynek, a jak wypełzł, to i tak zamarznie. Ale mamy w książce pełnię lata, mógł uciec WSZĘDZIE, każdą możliwą dziurą. To szukanie igły w stogu siana.

PS Właśnie zadzwoniła Aga. Muszę streścić Ci tę rozmowę, bo o mało się nie posikałam ze śmiechu.
Aga: Paprycja, czy musisz mieć badania z tych próbek, co je dzisiaj do laboratorium wieźliśmy?
Ja: Muszę.
Aga: Czy to naprawdę było coś ważnego? Nie możesz pobrać jeszcze raz?
Ja: To była wątróbka małej alpaki, której się wzięło i zdechło zaraz po urodzeniu. Cholera wie, co w niej siedziało. Pobrać jeszcze raz nie mogę, bo alpaka jest już skremowana.
Aga: Na krem ją przerobiłaś? (chichocząc głupio)
Ja: Tak. Odmładza o dziesięć lat. Co się stało z próbkami?
Aga: Wiesz... Zaparkowaliśmy pod sklepem i podczas załadunku materaców zgubiliśmy je.
Ja: Materace?
Aga: Nie! Próbki! Ale się nie irytuj! Znaleźliśmy...
Ja: Uff... Całe szczęście.
Aga: Nie ciesz się jeszcze. Były pod kołami naszego samochodu. Chyba po nich przejechaliśmy, jak Józek cofał.
Ja: (milczę).
Aga: Jesteś tam? Słuchaj, torebka się trochę rozdarła, ale wątróbka alpaki nadal w niej była, tylko... trochę bardziej płaska. Właściwie to... no wiesz: całkiem rozplaskana. No dobra, będę szczera: w płynie. Zawieźliśmy ją tam, gdzie kazałaś, i kobietka w laboratorium dała słowo, że coś z tego wykrzesze. Ale jak nie wykrzesze to...?
Ja: (zwijam się ze śmiechu).
I jak tu nie uwielbiać tej pracy?
Hahahahaha, umierające zwierzęta, nieodpowiednie obchodzenie się z próbkami ich wnętrzności prowadzące do ich zniszczenia, hahaha, o Boże, zatrzymajcie tą karuzelę śmiechu...

Czy tylko ja mam dojmujące uczucie żenady przy lekturze tych „Elementów Komicznych”?

Patrysia jedzie samochodem ze złym Łukaszem, który ją podrywa, w trakcie przejażdżki trąbi na pięknego Gabryjela na koniu, koń zrzuca jeźdźca, towarzyszący im pies wpada pod samochód, Patrysia rzuca się na ratunek.

Wielki kudłaty owczarek leżał na boku, pierś unosiła się w szybkim, płytkim oddechu. Z rozbitego nosa ciekła krew. Dziewczyna spraw, dziła puls. Serce pracowało. (...) Podała psu środek powstrzymujący krwawienie i drugi — przeciwstrząsowy. Wbiła się dożylnie i podłączyła psa do kroplówki.
Czemu podała środek powstrzymujący krwawienie? Nie wie, czy ma krwotok wewnętrzny, nawet nie sprawdziła śluzówek, wiemy tylko, że krew cieknie z ROZBITEGO NOSA. Powinno ją za to zmartwić, że pies leży i się nie rusza – to może wskazywać na uraz kręgosłupa. Szybki, płytki oddech może oznaczać uraz żeber.
W celu dokładniejszego zanalizowania tego fragmentu, skontaktowałam się z moim nauczycielem, który jednocześnie jest weterynarzem. Wciąż czekam na odpowiedź, ale jeśli leci z nami inny wet, może się podzielić przemyśleniami na temat poczynań Patrysi. :)

Pies poruszył się, zaskomlał i otworzył oczy. Patrycja odetchnęła głęboko i otarła łzy ulgi wierzchem zakrwawionej dłoni.
Za wcześnie na świętowanie. Wciąż nie wykluczyliśmy urazów kręgosłupa i żeber.

— Nesia. Co z nią? Co z moim psem?
— Jest trochę potłuczona. Jeśli pan pozwoli, zabiorę ją do domu i...
— Nigdzie jej nie zabierzesz! — syknął. - Nie tkniesz więcej mojego psa!
Tak, zabierzesz rannego psa do domu i co zrobisz, w tej rozpadającej się ruderze? Nie masz gabinetu, nie masz narzędzi, nie prowadzisz własnej praktyki lekarskiej, więc nie masz pozwolenia na posiadanie leków, które mogą być ci potrzebne. A jeśli Gabryjel słyszał o twoich wyczynach w zoo, to popieram całym serduchem jego agresywną reakcję.

— Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła. Musi mi pan uwierzyć. — Podniosła na mężczyznę proszące spojrzenie, lecz odwrócił wzrok. - Proszę pozwolić zająć się Nesią. Jestem dobrym lekarzem, zrobię wszystko...
Może to pieszczotliwe zdrobnienie, którym sam nazywał psa, sprawiło, że twarz mężczyzny złagodniała.
- Wiem, że jest pani dobrym lekarzem i że zrobi pani wszystko.
Nie! Nie rób tego, nie oddawaj jej psa! Ona nawet nie ma gabinetu, na litość Boga i narodów! Niech go odwiezie do najbliższej lecznicy, ale niech nie próbuje go leczyć w domu!

Patrycję olśniło. O Boże! Ten głos! Te włosy! Już wiedziała, dlaczego nieznajomy wydawał się jej przez cały czas nie do końca nieznajomym. Te on rysował portret Jagi w zoo! To on przyjaźnił się z Dyrektorem! Przejechała przyjaciela szefa! To koniec. Straci ukochaną pracę...
Kobieto, twój kochaś, do którego tak wzdychasz, prawie zabił psa i spłoszył konia, na którym siedział jeździec, a ty się martwisz o SIEBIE? Irracjonalność twojego myślenia stawia cię w jeszcze gorszym świetle, bo nawet nie TY spowodowałaś wypadek, ale to nie przeszkadza ci w martwieniu się wyłącznie o własny tyłeczek, co? A może to dlatego że tak naprawdę zdajesz sobie sprawę, że tylko szkodzisz tym zwierzętom i się boisz, że w końcu wszyscy przejrzą na oczy?

Gabryjela zabiera pogotowie, Patrysia i Łukasz zawożą do jej rudery psa, a koń zostaje przy drodze, uwiązany do drzewa. Łukasz robi Patrysi „takiego wała” i wykręca się od powiezienia jej z powrotem, więc ta idzie kilka kilometrów do konia na pieszo, żeby wierzchem wrócić do domu.
*wzdycha ciężko*
Zostawili konia samego przy drodze, w upalny dzień (Patrysia idzie po „szosie rozgrzanej do czerwoności”; boso lazła czy co?). Samochody, złodzieje, inne zwierzęta, których koń mógłby się wystraszyć, o ryzyku udaru słonecznego nie wspominając... A co tam! Niech se leży, nic mu nie będzie!
No i wraca wierzchem na koniu, który jest „stary jak węgiel kamienny”, ale z jakiegoś powodu nadal się na nim jeździ. Takie niewinne pytanko... czy ta cizia UMIE jeździć konno? Bo żadnych informacji na ten temat do tej pory nie dostaliśmy...

Dopiero pod sam koniec wymuszonej przejażdżki stary koń pokazał, kto tu rządzi: na rozwidleniu dróg nagle ściągnął amazonkę przez łeb. Patrycja padła na wznak. Niby piach na drodze nie był twardy, ale poczuła ten upadek w każdej komórce ciała. Koń spokojnie nad nią przeszedł. Spojrzał za siebie, jakby sprawdzał, czy były jeździec żyje, i poczłapał dróżką skręcającą w prawo — ku wznoszącym się za lasem wzgórzom.
Patrycja zaś, wypatrując gwiazd na słonecznym niebie, podniosła się z trudem i jęcząc, i klnąc na przemian, powlokła do Chatki.
Pozwoliła koniowi samemu iść w pizdu do lasu i sama wróciła do domku. Nie mając pojęcia, czy koń dotrze do domu i czy będzie się miał kto nim zająć. My wiemy, że Gabryjel mieszka sam (żony-szajbuski nie liczę, bo ona jako te wszystkie dzieci z horrorów, tylko stoi w powłóczystych sukniach i się lampi), więc nawet jeśli koń jakimś cudem trafi cały do domu, to nie będzie miał kto go rozsiodłać (odparzenia od siodła gotowe), nakarmić, napoić etc, bo pan domu pojechał do szpitala i kto wie, kiedy wróci (Patrysia zawiązała mu dramatyczny bandaż na głowie, może ma wstrząs mózgu?).
Ta pindzia jest jeszcze mniej odpowiedzialna od mojej poprzedniej... *w porę zatkała sobie usta* 

Dziad borowy, ten, co przysłał do Patrysi hodowcę z jerseyką, przychodzi do niej z chorym psem, który wcześniej zjadł kiełbasę, którą ktoś podrzucił psu Patrysi.

— Co jest Kajtkowi? — zapytała, zmieniając temat.
- Krwawi z przodu i z tyłu — zafrasował się staruszek, pochylając się tym razem nad swoim własnym psem. Jakby na potwierdzenie jego słów chudym ciałkiem psiaka wstrząsnęły gwałtowne torsje. Patrycja zmarszczyła brwi. Raz, na szczęście tylko raz, spotkała się z podobnym przypadkiem. Jeśli rozpoznanie jest trafne...
Było trafne. Kajtek odszedł zaraz potem i było to niełatwe umieranie.
— Otruli mi Kajtusia...
Patrycja, sama płacząc z bezradności i żalu, patrzyła na rozpacz Dziadka. Trutka na szczury, której psiak się nałykał, nie dała pani doktor żadnych szans.
Ugh, jak to jest beznadziejnie napisane... 
W każdym razie, dość szybko po zjedzeniu psiak zszedł, ale ok, pewnie to się zdarza przy dużej ilości (choć ile mogło być tej trutki w kiełbasce?).

Dział ptaków zgłosił okulałego bażanta złocistego — obejrzałam łapkę wyrywającego się rozpaczliwie pacjenta, spojrzałam w niebo, by wymyślić jakąś ładną diagnozę, i zaaplikowałam kilka zastrzyków.
Rentgen? Badanie palpacyjne, czyli po ludzku mówiąc, omacanie kończyny? A kto by sobie zawracał głowę takimi pierdołami, jak można diagnozę zmyślić, a leki podać podług własnego widzimisię? 
aŁtorkasiu, czy ty NAPRAWDĘ nie zdajesz sobie sprawy z tego, co piszesz?

O dziwo, oprócz zwyczajowego „Pyton albinos nadał nie je!", był tylko jeden wpis w Księdze skarg i zażaleń: „legwan ma coś na nosie ", Lubię taką precyzję... Ponieważ miałam dobry humor, dopisałam wołami: „Ludzie! Księga skarg i zażaleń jest dokumentem państwowym! Proszą o używanie języka fachowego!
Przyganiał kocioł garnkowi, dziuniu, która zmyśla diagnozy i wpisuje bzdury po łacinie, żeby nikt się nie połapał, że na leczeniu zwierząt to się znasz jak aŁtorkasia na pisarstwie.

(natychmiast ktoś odpisał — to znaczy Plama, nie ktoś — w tej samej Księdze: „Droga Pani Doktor, gdy zacznie pani wpisywać diagnozy w ludzkim języku, a nie w suahili, my zaczniemy używać jezyka fachowego". Złośliwa bestia. Odpisałam, że używam łaciny, a nie suahili).
Przepraszam, ale żenometr mi zaraz jebnie...

Patrycja niespiesznie ruszyła wzdłuż terrariów ku temu zajmowanemu przez rodzinę legwanów.
Więc jednak istnieją tu terraria! Skoro tak, dlaczego do tej pory w kontekście mieszkań dla gadów, słyszeliśmy wyłącznie o klatkach? To NIE są synonimy, kurtyzana mać!

Pani Lucia, pielęgniarka jadowitych
TECHNIK WETERYNARII!!! Będę to podkreślać tak długo, aż dotrze!

Przez parę chwil Patrycja dokonywała dogłębnej diagnozy przez taflę grubego na palec szkła — tu, w Ogrodzie, mogła jedynie pomarzyć o badaniu lekarskim, jakie zlecało się psu czy kotu w lecznicy. Mierzenie temperatury? Sprawdzanie węzłów chłonnych? Oglądanie spojówek? Zapomnij!
Akurat z gadami jest względnie łatwo. Cechuje je taki mamtowdupizm, że badanie nie nastręcza aż takich trudności. Choć jasne, zdarzają się agresywni agenci, którzy syczą i szykują się do dziabania, jak tylko się trąci kijek, na którym leżą (pamiętam cię, ty bucowaty rhynchophisie boulengeri!), ale na pewno badanie jest o wiele łatwiejsze niż w przypadku chędożonego LWA.

Po pawilonie kręcili się zwiedzający, a personel nie przepadał za odłapywaniem zwierząt w obecności gości. Zaraz w „Codzienniku Zamojskim" ukazywały się listy do redakcji, że w zoo znęcają się nad zwierzętami i należy zamknąć nie tylko tych sadystów, lecz także wszystkie ogrody zoologiczne w Polsce.
No i w tym wypadku by akurat dobrze zrobili...

Skutek był taki, że legwan został wyciągnięty z terrarium na oczach zachwyconej widowni. Widownię tę stanowiło ze dwudziestu pierwszoklasistów na wycieczce szkolnej (bo raczej nie na wagarach). Dzieciaki zbiegły się i otoczyły zwartym kręgiem trójkę aktorów, to jest panią Lucię, Patrycję oraz legwana w roli głównej. Przedstawienie się rozpoczęło: pani Lucia, zaciskając z niezadowołeniem usta, usiłowała zniewolić wyrywające się zwierzę, Patrycja w nieco drżącej dłoni dzierżyła oręż — skalpel i dwie strzykawki z lekami, a legwan jak to legwan — wyrywał się...
Właśnie dlatego takie zabiegi przeprowadza się przed otwarciem zoo. Mało tego, niektóre pawilony są otwierane później, niż cały ogród; tak było tam, gdzie robiłam wolontariat. Zoo od dziewiątej, wiwarium od dziesiątej. Dawało nam to dość czasu, by od siódmej trzydzieści zrobić obchód, w razie problemów dryndnąć do weterynarzy, że coś jest nie halo (tak, a nie, że sobie wpisują w książeczkę i lekarz dowiaduje się o problemach osobiście, dopiero jak przytaszczy cztery litery do pawilonu bór wie kiedy!) i ogarnąć część wystawową, żeby było ładnie i czysto. Spokojnie można to było zrobić BEZ widowni. A jak już się zdarzyło jak powyżej, to przecież można iść z zabiegiem na zaplecze... Przecież machanie skalpelem i wściekłym legwanem to zagrożenie również dla zwiedzających!
W naszym zoo były przecudnej urody legwany fidżijskie, które z koleżanką ochrzciłyśmy Księżniczka i Księciunio. Były najsłodszymi gadami na świecie, które jadły banany z ręki i ochoczo chciały wejść na głowę. Minus był taki, że miały SZPONY JAK BRZYTWY i jak Księciunio się przespacerował po gołej ręce, to zupełnie niechcący robił teksańską masakrę piłą mechaniczną. I tu pytanie: czy którakolwiek z obsługujących legwana z cosiem na nosie kobiet założyła jakieś grube rękawice? Cóż... JEDNA z nich na pewno nie...

wyciągnęła rękę w stronę wijącego się legwana i... Zwierzę kłapnęło szczękami. Dwa palce zniknęły w jaszczurzej paszczy. Dzieciarnia wydała zgodne „oooch". A Patrycja...
Gdyby wykazała się hartem ducha i poczekała, aż opiekunka uwolni przytrzaśniętą kończynę, skończyłoby się może na dwóch rankach. Ale dziewczyna odruchowo wyszarpnęła dłoń z paszczy lwa. I to był jej błąd. Na twarze aktorów i widzów trysnęła krew.
Nie skończyłoby się na dwóch rankach. Miałam zarzucić zdjęciem, ale nie będę gorszyć nieproszona, zamiast tego łapcie linka z ładnymi opisami (trigger warning: KREEEF). Krótko mówiąc, może się skończyć duuużą ilością szwów.
Ale ta krew tryskająca na twarze to już nie jest hiperbolizacja, to jest przeskakiwanie chędożonego rekina...
Z ropniem u legwana nie zrobiła nic, tylko wbiła na oślep igłę i podała leki. Jakie? A cholera wie!

Potem, czując się jak umierający żołnierz, który spełnił swój patriotyczny obowiązek, powlokła się, znacząc drogę przemarszu kroplami purpury, do gabinetu Plamy, gdzie, jak pamiętała, wisiała najbliższa apteczka.
W każdym pawilonie, na każdym dziale, MUSI być w pełni wyposażona apteczka. Konieczność łażenia z otwartymi ranami po całym zoo, pełnym zwiedzających, to skandal.

Patrysia mdleje, cholera wie dlaczego. Na widok krwi? No, to zajebista z niej weterynarz...

— Tak lepiej. Zdezynfekujemy, a potem zabandażujemy.
— Dyrektor zniknął z jej poła widzenia, ale zaraz znów się pojawił. — Trochę zaboli — uprzedził i...
„Trochę?!", chciała wrzasnąć, gdy chlusnął na otwartą ranę jodyną.
Jodyny nie leje się na otwarte rany, to raz.
Dwa, legwany mają zęby jak piranie, a ta kretynka wyszarpnęła jej palce z pyska. Nie ma takiej opcji, że nie jest wymagane szycie. Tu nie wystarczy chlusnąć jodyną (na otwartą ranę, Dziżas) i owinąć bandażem, tu trzeba lecieć kłusem zapierdalającym na pogotowie.

— Jak mi aligator dłoń poszarpał, sam sobie szyłem i proszę — podetknął Patrycji rękę pod zasmarkany nos — nawet śladów nie ma.
Okej, może dyrektor ma jakieś doświadczenie lekarsko-weterynaryjne, może z jakiegoś powodu ktoś mu pozwolił SAMEMU szyć sobie rękę... Ale NIE MA TAKIEJ OPCJI, żeby po ugryzieniu ALIGATORA nie został mu żaden ślad. Skoro ugryzł tak, że było potrzebne szycie, to samo to zostawiłoby blizny, a on jeszcze na dokładkę sam to sobie szył! JEDNĄ RĘKĄ!

Gdy, słaniając się, dotarłam do mojego gabinetu, pod którym parkuję forda, Kuba już czekał z nićmi chirurgicznymi, mając widać nadzieję na udzielenie mi fachowej pomocy, czyli założenie szwów.
(...)
Gdy Kudłaty chwycił mnie za ranną kończynę i zerwał bandaż... chyba zemdlałam.
Od dwóch dni jestem na zwolnieniu. Ręka boli mnie cała, od czubka naderwanych palców do łokcia. Piotrek, chirurg z karetki, szprycuje mnie zastrzykami („za późno się zgłosiłaś, serdeńko ") — więc boli mnie także dupsko.
Widzisz, tak się kończy nieprawidłowa kolejność działań w leczeniu. Może byś tak wyciągnęła wnioski?!
Poza tym, zwolnienie z powodu kilku szwów na dwóch palcach? 

PS Pieprzonemu legwanowi zaczęło się poprawiać. Oby zdechł.
Obyś TY zdechła, durna cipo.

Kolejny żenujący Element Komiczny: Patrysia opowiada przyjaciółce bzdury na temat tego wydarzenia: że legwan był wielki jak krokodyl, że trzymało go czterech chłopa, że kąsał pięć razy, a ona w stanie śmierci klinicznej trafiła do szpitala, a jej przyjaciółka – hihihi! – jest taką głupią blondi, że we wszystko wierzy i szlocha nad losem Patrysi.

Patrysia, idąc przez wieś, zauważa sąsiadkę topiącą małe kotki w wiaderku. Zabiera ostatnie żywe kociątko razem z kocicą. Tyle dobrego, ale jak zaraz przeczytam, że nalała kotce mleka do miski...

Wierzę natomiast, że lew uderzeniem łapy miażdży kark zebrze. Wcale nie musi używać zębów, by zabijać.
Jeśli chodzi o człowieka, to pewnie nie, ale co do zebry, to właśnie tak zabijają: zębami, NIE pazurami. Chwytają zębami gardło i duszą, póki zebra nie zejdzie. Reszta stada w tym czasie już zaczyna się zajadać.

Patrysia próbuje pobrać krew nieprzytomnej tygrysicy, ogoliła jej już obie łapy i nadal nie może się wbić w żyłę, aż w końcu...

Ja naprawdę musiałam pobrać tę cholerną krew! — uczyniłam więc krok kamikadze: wbiłam się w żyłę na szyi, którą ma każdy zwierzak
I to już bez golenia, bez odkażania, bez niczego. A wokół stoi ekipa telewizyjna i filmuje jej niekompetencję... tylko po to, by zaserwować Element Komiczny w postaci mdlejącej redaktorki i kamerzysty zaraz po niej. No boki zrywać.

wbiłam się w żyłę na szyi, którą ma każdy zwierzak (chyba nawet wąż — rurka pusta w środku).
A ty nadal z tą rurką? Czemu tak bardzo podkreślasz swój debilizm? To nie było śmieszne nawet za pierwszym razem!

— Czarne pantery, pani doktor — zaczęła — są najgroźniejszymi z kotów drapieżnych, bo za cel swego życia obierają: upolować człowieka. Taką mają ambicję: dopaść i uszkodzić. Jeden jedyny raz oparłam się o kraty klatki przy podnoszeniu drzwiczek. To były ułamki sekund, nie wiem, kiedy kot zaatakował, nie zauważyłam ruchu. W jednej chwili leżał po drugiej stronie klatki, rozkosznie rozwalony na słoneczku, w następnej orał mi pazurami przedramię. — Tu pokazała blizny... Głębokie i paskudne. Źdźbło trawy jakoś tak samo wypadło mi z ręki. Ale już nazajutrz karmiłam Jagę trawą jak zwykle.
Ach, ach, no popatrzcie tylko, pantera-ludożerca je naszej cudownej Patrysi z ręki, a ona się wcale nie boi, ach, ach...
I gówno prawda z tym polowaniem na ludzi, ale dobra, to pogląd innej osoby.

Jak już wspomniałam, z Jagą łączyły mnie więzy sympatii — jednostronnej — i gdy dwa tygodnie temu ujrzałam ją chorą, zasmarkaną i ciężko dyszącą, postanowiłam wreszcie zdiagnozować to coś, to jest zbadać kocicę naprawdę, a nie z odległości pięciu metrów i to przez kraty.
NO WRESZCIE. Ale zaraz się okaże, że i tak za późno.

Wiesz, to wydaje się takie proste, wydać polecenie: „Dziś kładziemy Jagę". W rzeczywistości to cała akcja, na którą zebrało się ośmiu ludzi: pielęgniarze
TECHNICY. WETERYNARII.

Plan był taki: kładziemy Jagę, po czym jadę z nią na rentgen do lecznicy (notabene przez całe miasto), a drugi samochód z wszelkimi materiałami, które pobiorę (krew, wydzielina z nocha i co tam chcę) jedzie w tym samym czasie do zaprzyjaźnionego szpitala, gdzie na cito zrobią badania, tak bym niewybudzonemu kotu mogła zrobić to, co będzie trzeba.
To jest najbardziej poroniony plan ze wszystkich poronionych planów, o jakich w życiu słyszałam. Wszystko – wszystko! – czego potrzebują, mogą przywieźć na miejsce, do swojego gabinetu, zamiast taszczyć przez pół miasta nieprzytomną panterę i srać ze strachu, że się wybudzi. Na upartego nawet aparaty do morfologii i biochemii mogą ściągnąć, to nie jest duże, więc kwestia transportu na pewno nie byłaby problemem, do obsługi też można kogoś zgarnąć, choć każdy (albo prawie każdy) technik się tego teraz uczy na praktykach. O przenośnym rentgenie już pisałam, więc nie będę się powtarzać. Aha, właśnie, napisałam w poprzedniej części, że akcja dzieje się w czasach prefacebookowych, bo wydawało mi się, że ten gniot był wydany sto lat temu, ale okazało się, że pierwsze wydanie przypada na rok 2008 – a piszę o tym teraz dlatego, że jest jeszcze kwestia wywołania zdjęcia. Ciężko mi się dokopać do tej informacji, ale wygląda na to, że już wtedy istniała możliwość otworzenia zdjęcia na komputerze, bez konieczności wywoływania zdjęcia w specjalnym aparacie. Ale ok, nie wiem na pewno, może niekoniecznie w Polsce, może to było wtedy za drogie dla większości lecznic, bla bla. W każdym razie, mogli to zrobić na mnóstwo innych sposób, niezakładajacych jeżdżenia po mieście z panterą...

Kocica dostała w dupsko dosyć niską dawkę narkozy (zawsze przecież mogłam dorzucić), zamknęliśmy drzwi, co by sobie przysypiała spokojnie, i oddaliśmy się pogawędkom. Po trzech minutach poszłam sprawdzić, jak się ma moja ulubiona pacjentka. Wchodzę na zaplecze, patrzę, a tu moja Jaga leży z sinym jęzorem na wierzchu, wytrzeszczonymi oczyma i... dusi się. Tylko rzężenie słychać.
Gratulacje za zostawienie pacjenta bez opieki.

I teraz Amre, zagadka: co w tej sytuacji robi doświadczona weterynarka ogrodu zoologicznego? Odpowiedź: nic.
Żartujesz, prawda? Zwierzę się dusi, a ty uważasz, że nie powinnaś robić NIC? Myśl! Dusi się, ma siny język, co jej jest? Zadławienie? Wstrząs anafilaktyczny? Raczej to drugie, bo właśnie dostała zastrzyk, więc... RUSZ DUPĘ! Adrenalina domięśniowo, coś na rozszerzenie oskrzeli, zaraz może być potrzebny masaż serca, ruchy, ruchy!

A co zrobiłam ja? Wpadłam do klatki (z żywą panterą, która to całe życie poluje na człowieka, przypominam), zostawiając drzwi otwarte, padłam na kolana, chwyciłam głowę kota w objęcia i — o wstydzie! — zalewając się łzami, zaczęłam błagać:
— Jaga, nie umieraj! Jaga, nie umieraj!
Na szczęście Jaga umarła.
Huh, coś sporo filmików w tej analizie, co? Cóż, tylko nieokiełznana furia w wykonaniu Kylo jest w stanie zilustrować moje uczucia do tej sceny. A gifów w dobrej jakości nie znalazłam. Sorry not sorry.
Czy muszę wyliczać, co jest nie tak w tym obrazku? Nie? Dobrze. Przejdźmy dalej.

Kuba posłusznie podetknął jej pod nos kawał ligniny. Patrycja mogła wrócić do sekcji.
— No i zobacz, facet, czym ona niby miała oddychać? Raczysko zeżarło jej całe płuca.
Rzeczywiście, większą część klatki piersiowej pantery zajmował nowotwór, zwierzę zaś oddychało strzępkiem wielkości Patrysinej dłoni. Nie miało szans na wyleczenie, co trochę — trochę — pocieszyło zabójczynię.
KURWA NO NIE
A PIAĆ OD NOWA
Wiecie, rak to nie jest coś, co wyrasta z wtorku na środę. To w niej rosło miesiącami, może latami. Nikt wcześniej nie pomyślał o głupim badaniu krwi, z którego już by można zacząć się czegoś w tym temacie domyślać? Czy mieli zamiar jej ustawiczne problemy z oddychaniem ciągle zbywać machnięciem ręki? Cóż, Patrysia miała, biorąc pod uwagę fakt, że nie zleciła badań OD RAZU, tylko ślepo uwierzyła w diagnozę ksiundza, że musi zapalenie płuc! Na tym etapie już by jej i tak nie uratowała, ale mogła przecież bohatersko zdecydować o skróceniu jej cierpienia – przecież to poważna decyzja, a tu na dokładkę podejmowana na temat cennego przedstawiciela gatunku (w ogóle ciekawostka i wiadomość dla aŁtorkasi: NIE ISTNIEJE taki gatunek jak „czarna pantera”, to określenie stosowane wobec wielkich kotów z rodzaju panthera [np. jaguar, lampart] dotkniętych melanizmem). Tak ładnie można by opisać ten dylemat! Ale nie, najlepiej zrobić z wielkiej pani weterynarz idiotkę, która zamiast zwierzęta leczyć, to je błaga, żeby nie umierały.

— Cieszę się, że panią widzę całą i zdrową — tymi słowami przywitał Patrycję Pierwszy Po Bogu. — Pani wyczyn przejdzie do historii tego Ogrodu. „Jaga nie umieraj, Jaga nie umieraj". Że też mnie przy tym nie było...
Patrycja poderwała głowę. W oczach Dyrektora ujrzała, owszem, dezaprobatę, ale i iskierki rozbawienia.
Dlaczego...? Dlaczego tym w tym ksioopku nikt nie zachowuje się jak racjonalna istota ludzka...?

— Kiedyś sam miałem takiego ulubieńca. Lwa. Wychowałem go na butelce. Chodził za mną po całym Ogrodzie, krok w krok, jak pies. — Dyrektor uśmiechnął się do wspomnień, a Patrycja, widząc oczyma duszy tę scenę: mężczyznę z drepcącym obok potężnym lwiskiem, aż westchnęła w zachwycie.
— I co się z nim stało? Został w Szczecinie? — wiedziała, że Dyrektor tam właśnie wcześniej pracował.
— Nie. — Twarz mężczyzny spochmurniała. — Otruli mi go.
Kto „otruli”? I dlaczego? Ta historia się prosi o porządne backstory, żeby móc się odpowiednio popastwić nad jej bezsensownością.

— Nie zwolni mnie pan, prawda? — miauknęła błagalnie.
Pokręcił głową.
— Byłbym głupcem, gdybym to uczynił
Właśnie nie! Właśnie WTEDY byś głupcem nie był! Zwolnij ją, póki ma na sumieniu tylko panterę i całe akwarium żółwi, BŁAGAM!

Patrysia już, już się ma dowiedzieć, jaką dostanie karę, gdy zjawia się Deus ex machina w postaci Gabryjela i rozgrywa się wielka drama, nad którą nie będę się pochylać, bo jest głupia jak stołowe nogi i nie dotyczy tematu analka. W każdym razie, Patrysia ucieka i kary nie dostaje.

— Czy pani doktor zna się na krowach? (...)
Cóż, jak przystało na wiejskiego oraz zoologicznego lekarza, Patrycja znała się na wszystkim.
BOOOŻEEE...

Podczas gdy dwaj mężczyźni w ponurym milczeniu wieźli ją bezdrożami do pacjentki, ona zdążyła przeczytać rozdział o cesarskim cięciu u krów, koni oraz kóz i owiec na wszelki wypadek.
Czyli tak się zna na wszystkim, że uczy się po drodze do pacjenta, no, spoko. O tym, że cięcie cesarskie może w ogóle nie być potrzebne, nawet nie pomyślała.
Okej, to nie jest nic złego ani nawet niecodziennego, że lekarze weterynarii niektóre tematy muszą sobie doczytać, po to mają na zapleczu półki uginające się od podręczników, by z nich korzystać, ale... Ona mimo tego uważa się za eksperta. I zabiera się do leczenia, nie mając zielonego pojęcia o NICZYM.

— Przodowanie pośladkowe.
— Co?! — Franek wytrzeszczył oczy.
— Znaczy dupą cielak idzie — przetłumaczył Janek.
— Aaaa... — rozległo się chóralnie, a wszyscy pokiwali głowami ze zrozumieniem.
— Trzeba ciąć — orzekła Patrycja.
Nie trzeba od razu ciąć. Trzeba to najpierw spróbować obrócić cielę do odpowiedniej pozycji. To się da zrobić, naprawdę. No, ale łatwiej od razu rżnąć...

— Gówno tam, niech zdychają. Babie kroić nie dam. — Splunął i chciał wyjść, gdy zatrzymało go spokojne:
— Zapłacisz pan, gdy operacja się uda. Jeśli nie, ja zapłacę: i za krowę, i za cielaka.
I czym za to zapłacisz? Cały kredyt przepierdzieliłaś na remont swojej rudery, własną krowę i dojarkę dla niej, o dalszym utrzymaniu parzystokopytnej nie wspominając. Rzuciłaś taką ofertę, to teraz rolnik zwietrzy frajerkę i zaśpiewa sobie wygórowaną cenę – i co zrobisz?
Ach, no ale o czym ja mówię, przecież to oczywiste, że operacja się uda...

— A doktorowa cesarkowała już kiedyś? — zapytał nieśmiało Janek.
— Asystowałam.
Nie pozwoliłabym jej. Obdzwoniłabym całe województwo w poszukiwaniu innego weterynarza.

Patrycja uśmiechnęła się lekko, znieczuliła okolicę cięcia, odkaziła, poczekała, aż środek znieczulający zadziała, po czym zmówiła w myślach zdrowaśkę, wzięła głęboki oddech i... jednym pociągnięciem skalpela rozcięła krowie brzuch.
Tego się nie robi jednym cięciem, do ka nędzy. Kolejno rozcina się kolejne powłoki, żeby nie rozwalić naczyń krwionośnych i wszystkiego w środku. W ten sposób można rozcinać co najwyżej TRUPY przy sekcji. 

Trysnęła krew.
Byś rozcinała jak trzeba, to by nie tryskała...

Jeden z pomagierów padł jak długi.
Ludzie naprawdę nie są tak wrażliwi, by przy każdym popisie pani dochtór mdlała połowa z nich. A już zwłaszcza rolnicy, którzy sami często zabijają kurki czy świnki na obiad. No ale trzeba podkreślić, jakie te chłopy wrażliwe, a Patrysia dzielna... choć sama na widok WŁASNEJ krwi straciła przytomność dwa razy.

Patrycja, ignorując obelgę, wskazała z niejaką uciechą czarną klacz żującą owies w boksie obok. Hania, nic nie rozumiejąc, patrzyła przez jakiś czas to na przyjaciółkę, to na konia i wreszcie... zrozumiała.
— Niee... Nie wierzę... Nie rób mi tego! Zamieniłaś forda na...?!
— Zawsze marzyłam o rasowej klaczy. Czarnej jak noc.
Tak. Patrysia, nie śmierdząca ani groszem, ani rozumem, sprzedała samochód i kupiła rasową arabkę. I trzyma ją tam, gdzie rasową krowę: w oborze grożącej zawaleniem. Mogłabym znowu zapytać, za co będzie kupować siano i paszę. Mogłabym znowu zapytać, gdzie będzie wypuszczać klacz na pobieganie i popas. Mogłabym znowu zapytać, czym opłaci kowala. Mogłabym zapytać, kto będzie doglądał tego wesołego inwentarza, kiedy ona pół dnia spędza w zoo, do którego musi dojeżdżać kawał drogi autobusem. Ale wiecie co? Nie zapytam. Bo wiem, że aŁtorkasia ma w dupie, że wykreowała swoją bohaterkę na skrajną idiotkę, nieodpowiedzialną i zarozumiałą na tyle, by wierzyła w swoją wspaniałość, z którą nijak nie da się sympatyzować. I to sprawia, że i ja mam to wszystko w dupie.

Hanka wywróciła oczami.
— I co z nią robisz?
— Uprawiam seks.
Chyba już ustaliliśmy, że żarty o zoofilii są nieśmieszne?

Patrysia wsiada na swój nowy nabytek, nabytek wyrywa do galopu, zapier...nicza tak przez całą wieś wte i nazad, i na koniec zwala Patrysię z siodła przed pubem. Czyli wychodzi na to, że Patrysia NIE umie jeździć konno. Ktoś, kto naprawdę umie obchodzić się z końmi, potrafiłby zapanować nad koniem, który wyrywa się pod nim do galopu.

Pociągnęła Łukasza za sobą i pognała do Chatki, gdzie pod płotem grzecznie czekała czarna klacz.
Aha, czyli klacz sobie sama wróciła do domu, a Patrysia, jak zwykle, nie przejęła się w ogóle swoim inwentarzem szwędającym się swobodnie po wsi.

Na imprezie integracyjnej bizon grzęźnie w błocie. 

Patrycja bez słowa odwróciła się na pięcie i pognała do ambulatorium po strzelbę. Za chwilę miała zrobić coś, czego absolutnie robić nie było wolno.
W przypadkach naprawdę dużych zwierząt używamy środka, który je kładzie, w małych dawkach i dosyć szybko. Nie po piętnastu minutach, a po trzech (filmy, na których zwierzę po oddaniu strzału pada na pysk, należy między bajki włożyć, chyba że na tych filmach podają mu coś, czego ja nie znam). Ten cud-specyfik ma jedną wadę. Hmm... Poważną wadę. Jest śmiertelnie niebezpieczny dla człowieka. Wystarczy, że zakłujesz się igłą, którą nabierałeś immobilon, a schodzisz śmiertelnie.
WOAH, research. Owszem, Immobilon jest śmiertelnie niebezpieczny dla ludzi i owszem, draśnięcie igłą może wystarczyć, by zabić. Ale. Mam kilka wątpliwości.
Primo, czy naprawdę sytuacja naprawdę wymaga użycia tak niebezpiecznego środka, również dla zwierzęcia? Nie dzieje się nic strasznego, bizonowi ugrzęzły tylko nogi, nie tonie w gęstym bagnie, może swobodnie oddychać. Spokojnie mogliby poczekać na działanie innego anestetyku, nawet i pół godziny.
Secundo, dobrze zwierzowi podać coś na uspokojenie, żeby zredukować mu stres, ale po co od razu go kłaść pokotem? Przecież kawał nieprzytomnego cielska będzie jeszcze trudniejszy do obsługi, jakby bizon był przynajmniej trochę przytomny, to zawsze mógłby „pomóc” sobie i innym, choćby przebierając nóżkami i próbując wyjść z błocka o własnych siłach.
Tertio, czy cizia ma na podorędziu antidotum? Narcan, M5050? Nie gwarantują cudownego ozdrowienia, ale znacznie zwiększają szanse na przeżycie do czasu znalezienia się pod profesjonalną opieką medyczną.
  
Legendy, które krążą o tym leku, sprawiają, że lekarz nigdy nie tknie fiolki, jeśli nie ma w zasięgu ręki drugiej — z odtrutką. A w wielu ogrodach jest wymóg, że musi asystować lekarzowi ktoś, kto w przypadku kontaktu z tym zajzajerem będzie na tyle przytomny, by umierającemu w drgawkach i z pianą na ustach (tak właściwie nie wiem, jak się na to umiera, wiem, że szybko) wbić się dożylnie i podać antidotum. W moim też był taki obowiązek. Sama go wprowadziłam.

A skoro wprowadziłam, to na chwilę mogłam wyprowadzić, no nie?
Ma antidotum, wie, że od niego może zależeć jej (albo czyjeś!) życie, ale mimo to nie bierze go ze sobą, bo nie.
Patrycjo, jesteś głupia i zasługujesz na to, by umrzeć.

— Łukasz! — Mój towarzysz, który przed chwilą się zmaterializował, oglądał z obrzydzeniem (ale i z fascynacją) zdechlaki przygotowane do porannej sekcji.
Wait, what? Czy mam przez to rozumieć, że dzień w dzień w tym zoo umiera tyle zwierząt, że co dzień rano czeka cała kupka przygotowana do sekcji?
Odebrało mi mowę tak z deczka...

Patrysia daje strzykawkę z odtrutką (jedną, a podawać należy 2-3 ml w odstępach co 2-3 minuty...) kolesiowi, który nawet nie będzie obecny przy akcji z bizonem.

Ja na sukienkę narzuciłam fartuch, szpilki zamieniłam na kalosze, przewiesiłam sobie strzelbę przez ramię i pognałam na wybieg. Zgromadzeni dookoła mężczyźni z obsługi parsknęli na mój widok śmiechem. Spojrzałam na siebie skonsternowana.
— Wygląda pani jak dziecko wojny.
Jak mnie to wkurza, że powtarzają się tu całe frazy. Dwa razy Patrysia „wbijała się nieważne gdzie, byle w zwierzę”, parę innych podobnych zdań też mi się rzuciło w oczy, a ten tekst z dzieckiem wojny z kolei pojawił się w „Grze o Ferrin” (dlaczego ja to pamiętam?), którą to „Grę o Ferrin” Patrysia pisze na laptopie... Tak, w tym michalakowersum Patrysia jest autorką Ferrinu.

No tak, palmerka sięgała mi od ramienia po kostki, bo ja krótka jestem, obijając się o te ostatnie boleśnie.
Wtf is palmerka? Nawet Google nie wiedzą. Brzmi, jakby chodziło o strzelbę, więc zajrzałam do słowniczka łowieckiego (tak, mam takowy na półce, acz wiekowy), ale też nic. Albo jakiś kosmiczny anachronizm, albo nie wiem co...
[EDIT] Babatunde Wolaka umie googlać lepiej ode mnie i odkrył, że chodzi o strzelbę Palmera

— Gryplan jest taki: wy odganiacie, my przeciągamy pasy, żeby podczepić gadzinę pod ciągnik, Patrycja w razie czego strzela.
W razie czego? Więc zamierzają wszystkie te operacje robić na w pełni przytomnym, wystraszonym bizonie, a jak by się zaczął rzucać, to mu, kolokwialnie mówiąc, obuchem przez łeb, żeby nie utrudniał? I ma strzelać w kierunku, w którym stoją ludzie, mimo że w sumie to ona nie potrafi strzelać? Co ci ludzie mają w głowach?!

Bizonka leżała spokojnie, tylko po wielkich oczach widać było, jak bardzo jest przerażona.
— My z Piotrkiem ją uniesiemy, Darek spróbuje przeciągnąć pas — wydał rozkazy Plama.
Waga dorosłego bizona amerykańskiego waha się między 450 a 1000kg, także ten, powodzenia z tym unoszeniem.

Nagły krzyk z góry: — Uciekajcie! Lecą! — sprawił, ze serce zamarło jej w pół uderzenia. Gnało na nich stado bizonów.
Dlaczego nie zostały gdzieś zamknięte przed rozpoczęciem akcji? MUSI istnieć jakaś zagroda albo stajnia, albo coś takiego, choćby po to, by ułatwić pracownikom bezpieczne sprzątanie wybiegu. Bizon to nie krowa, nie musi mu się podobać, że ktoś mu łazi po terytorium i może zrobić poważną krzywdę. No, ale bez tego nie byłoby akcji...

Patrycja...
Patrycja mogła tylko stać jak słup soli i ogromniejącymi oczyma wpatrywać się w galopującą śmierć.
Słyszała krzyki:
— Na Boga, uciekaj!
— Co ona robi?!
— Uciekaj, kobieto!
Ale nie mogła uciekać.
Mogła tylko patrzeć.
Boże, niech jej nikt nie ratuje, niech ją stratują...

Wtem ktoś wyszarpnął strzelbę z jej objęć, a potem stanął między nią i szarżującymi bizonami. Holender [boski Gabryjel] strzelił, prawie nie celując. Amre... może w filmie miało się to prawo zdarzyć, ale nie w prawdziwym życiu. Bizon dostał prosto między oczy... Stanął jak wryty — a wraz z nim stanęły i samice — i tak stał długą chwilę, zezując na czerwony frędzel znaczący strzykawkę — wyglądał przekomicznie z tym pomponikiem na czole — może w innej sytuacji bym się uśmiała, ale... w tej straciłam poczucie humoru.
Hm, ciekawe, czy strzał między oczy podziałałby lepiej lub gorzej. 

— A ty — rzucił przez ramię do Patrycji — jesteś tak głupia czy tak odważna?! Uciekaj, kretynko!
— Nie mogę — wykrztusiła przez zaciśnięte gardło.
— Kalosze mi wessało.
— Co?! — W pierwszej chwili nie zrozumiał, wywarczała więc:
— Kalosze mi błoto wessało. Nie mogę się ruszyć.
Na wybiegu bizonów robi się takie błoto, że grzęzną w nim ludzie i zwierzęta, i nie mogą się wydostać. Dlaczego nikt z tym nic nie robi?

Dalej to już była bułka z masłem: po kilkunastu próbach przeciągnęliśmy pitolone pasy pod pachami bizonki, ciągnik wywlókł zwierzaka z błota i... mogłam wracać na ognisko.
Akcja wyciągania konia, który ugrzązł w błocie, trwała dobre trzy godziny. Bizon waży dwa razy więcej. Ale nie, szast-prast i gotowe, akcja ratunkowa instant, nikt się nawet nie zmartwił jego losem.

Miała jedynie tyle sił witalnych, by dowlec się z Wiedźmą na tę cholerną łąkę. Tam, zamiast przybić krowę palikiem i wracać do Chatki, by wypatrywać Amrego, dopełzła do cienia rzucanego przez rachityczną gruszę i, opierając się o pień, zaczęła pleść wianek z koniczyny.
No ale przybiła ten palik czy nie?!
Okej, więc dowiadujemy się, że wyprowadza krowę na jakąś daleko położoną łąkę. Czyja to łąka? Dogadała się z właścicielem, czy zobaczyła, że ładna trawka, to se tu będzie krówkę przyprowadzać? Jak mój sąsiad miał kiedyś krowy, to byliśmy umówieni, że niech sobie chodzą po naszej łące, one się najedzą, trawy nie trzeba będzie strzyc i wszyscy są zadowoleni. Ale tyle razy było podkreślane, że nikt tu biednej Patrysi nie lubi, że wyobrażam sobie, iż właściciel łąki kazałby sobie słono płacić za wypasanie na niej krowy...
No i gdzie w tym wszystkim kara arabka? Ona nie jest nigdzie wyprowadzana, wypuszczana, żeby pobiegała? Palikiem konia nie przytwierdzi do ziemi, potrzebuje jakiejś ogrodzonej działki. No więc? Koń ma tylko stać i pięknie wyglądać, co?

Rozespana Haneczka, która cała w przezroczystych tiulach i koronkach, stanęła w drzwiach Chatki, przeciągając, i ziewając rozkosznie, nagle oprzytomniała, widząc przyjaciółkę zaprzęgającą do wozu drabiniastego swą rasową klacz.
Kara klacz czystej krwi arabskiej.

Wóz drabiniasty.
Borze, ty widzisz i nie szumisz...

Patrycja dopięła sprzączkę chomąta. Koń wierzgnął, trafił w dyszel i się zdziwił.
Koń ewidentnie nieprzyzwyczajony do zaprzęgu, wpychany na siłę w chomąto. Świetny pomysł. Wielka miłośniczka i znawczyni koni, proszę państwa.

— Będziemy zwozić siano.
— Zołzą?
— Zołzą. — Takie imię nosiła Sheridana od czasu pamiętnej galopady, zakończonej iście kaskaderskim szczupakiem przez płot, pierwszej i ostatniej w karierze jej pani. Więcej Patrycja ryzykować życiem nie zamierzała. — Niech chociaż do tego się przyda ten darmozjad.
Głupi kuń nie chce łagodnie nosić swojej pańci, by ta mogła w zwiewnych sukniach pozować na tle zachodzącego słońca, to głupi kuń będzie woził siano wozem drabiniastym. Jak bym była poprzednim właścicielem i to zobaczyła, zażądałabym natychmiastowego zwrotu.

Zołzo, wio! — Klepnęła klacz w zad, a ta parsknęła wściekle i chciała oddać uderzenie, ale kopyto ponownie nadziało się na dyszel wozu. Obejrzała się zdumiona, by w następnej chwili swoim zwyczajem wyrwać z kopyta, ale tym razem się nie dało. Wóz był za ciężki i nie chciał skakać przez płot. Koń, istota o mózgu nie większym od mandarynki, doszedł do wniosku, że w tej sytuacji najlepiej... się położyć.
No patrzcie, jakie te konie głupie! Przyczepisz takiemu pierwszy raz w życiu coś wielkiego, ciężkiego i hałasującego, żeby się mu ciągnęło za zadem, a on nie wie, co z tym fantem zrobić! Hohoho, konie się nadają tylko do wyglądania ładnie!

Patrycja przekręciła kluczyk i bizonem [traktorem] szarpnęło do przodu tak wściekle, że dziewczyna wyrżnęła mostkiem w kierownicę.
Jeśli pojazd wyrwał do przodu, to ona powinna polecieć do tyłu...

Jadą po siano na łąkę. Nie wiadomo czyja łąka, czyje siano, ot, przyjechalim, to wzięlim.

Tukanka chorowała od kilku tygodni. Gdzieś na początku kariery Patrycji w zamojskim zoo nagle przestała latać. Siedziała na brzegu baseniku, gapiła się w przestrzeń rozmarzonym spojrzeniem (po prawdzie wyglądała, jakby się naćpała) i nic. Opiekunka odłowiła zwierzaka, Patrycja obadała, obejrzała, osłuchała. Na jej oko ptaszydło było zdrowe. Co by tu, cholera, wymyślić, żeby ładnie brzmiało w Księdze leczenia zwierząt, i co by tu wymyślić, żeby — na oko i zdrowe zwierzę — było jeszcze zdrowsze?
*ciężkie westchnienie*
Może byś tak ją ZBADAŁA? Ptak jest osowiały, kiedy jest CHORY. Obejrzyj go dokładnie! Jest wychudzony czy wręcz przeciwnie? Ma wszystkie pióra? W jakim stanie? Czy na dziobie jest jakaś wydzielina? Czy na nóżkach widać coś niepokojącego? Czy kuper ma czysty? Czy oczy są mętne, przymknięte? Czy oddech jest regularny? SPRAWDŹ TO!

- Nic nie mówię, pani doktor, ale to ginący gatunek. Bezcenny!
Nie znalazłam żadnego gatunku tukana, który byłby zagrożony wyginięciem. Jedynie andotukan niebieski ma status „bliski zagrożenia”, ale to wciąż nie czyni z niego ginącego gatunku.

Nad tukanką pracowałam więc bardzo intensywnie: zastrzyki, masaże (ta nie lata, tamta nie chodzi... zmówiły się, czy co?), nawet homeopatię uskuteczniłam i dziś już od progu doniesiono mi, że — alleluja!—siedzi na gałęzi obok swego małżonka, cała szczęśliwa i latająca. Jestem wielka!
Nie zbadałaś ptaka, nie ustaliłaś diagnozy, tylko waliłaś lekami na chybił-trafił i zastosowałaś HOMEOPATIĘ, i uważasz się za geniusza? Matko borska, chroń moje zwierzaki przed takimi lekarzami...

Leczyłam niedowłady tych jej nóżek [pigmejki] tygodniami. Dostała cały galeon leków, doustnie i domięśniowo. Wymasowałam ją tak, że mogłabym pracować jako masażystka pigmejek (może się przekwalifikuję, jak mi pacjenci będą głowę po nocy za często zawracać). Nikt, powtarzam: nikt nie wierzył, że mi się uda. Ja sama też nie. Gdy więc powoli zaczęła łapinami poruszać, zdobyłam kolejny punki w oczach Plamy. Nawet Dyrektor to zauważył i udzielił mi ustnej pochwały trzeciego stopnia. Dziś był ostatni zastrzyk. Pigmejka chodzi. Jutro jedzie do Warszawy.
Całe jej leczenie to po prostu liczenie na cud. Pigmejce też nie zrobiła żadnych badań, a przecież równie dobrze mogło się okazać, że ma uszkodzony rdzeń kręgowy i nie pomogą jej żadne masaże ani „galeony” (aŁtorkasiu, galon to nie to samo, co galeon) leków.

Aha, napomknęłam o nowym gatunku: żółwiu bezgłowym. Jeszcze bardziej niż kobr nienawidzą tu żółwi, które ciągle nam ktoś ze zwiedzających do terrarium podrzuca — rozumiesz: ludzik kupuje sobie ślicznego żółwika wielkości pudełka zapałek, a tu naraz urasta bydlę do wielkości talerza. Co z takim zrobić? Zanieść do zoo i, gdy nikt nie patrzy, wrzucić do baseniku z żółwiami. Tyle ich się tam kotłuje, że nikt różnicy nie zauważy.
Wiecie o tym i nic z tym nie robicie? I akwaria cały czas stoją otworem przed zwiedzającymi?! Przecież mogą tam wrzucić wszystko, włącznie z jedzeniem, żeby nakarmić żółwika, o innych niebezpiecznych przedmiotach, które zwierzęta mogłyby połknąć i się nimi zadławić, nawet nie wspominając!

No nic, to problem hodowlanki, nie mój. Moim było, jak pamiętasz, tuczenie biedaków na śmierć (kurczę, tak tu dobrze karmią te zwierzaki, że sama się chyba pod taką stołówkę podepnę...). Po zapoznaniu się z kolejnym rozdziałem Leczenia zwierząt egzotycznych w weekend i krótką, acz zwycięską bitwą, najpierw z Agą, potem z Kierownikiem, zmniejszyłam liczbę karmień. Na wątrobę zdychać przestały, za to dziś Aga już z daleka machała do mnie śmierdzącą reklamówką.
— No niee... Nie mów, że to żółw... — wyjęczałam.
Przytaknęła radośnie. Uwielbiała patrzeć, jak za pomocą tępej piły, klnąc straszliwie, usiłuję dostać się do środka przyszłej popielniczki.
— To nowy gatunek — Aga zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu — „żółw bezgłowy".
Faktycznie. Z głodu zeżarły mu głowę! Kanibale przebrzydłe! Chyba jednak, ku satysfakcji Kierownika, zwiększę im dawkę pokarmu. Wolę, żeby zdychały na wątrobę, niż zżerały sobie łby.
Właśnie dostałaś jasny sygnał na temat tego, że problemem może nie być ILOŚĆ pokarmu, ale RODZAJ. Zjadły mięso. Może dlatego, że potrzebują mięsa? Ale nie, co se będziemy głowę zawracać, niech wszystko wraca i niech będzie po staremu, przynajmniej będę wiedzieć, na co zdychają...
*płacze ze wściekłości*

Właśnie dostałam telefon z zoo: tukanka spadła z gałęzi i — nim ktoś to zauważył — utopiła się w baseniku wielkości nocnika. No comments. Normalnie: no comments!
I naprawdę jesteś tak zapatrzona w siebie, że nie domyślasz się, że to może być TWOJA wina? Wpakowałaś w nią arsenał leków, które mogły dać chwilowe złudzenie poprawy, ale potem nastąpiło gwałtowne pogorszenie, bo nawet nie zainteresowałaś się, CO jest przyczyną jej złego samopoczucia, nie wykryłaś choroby, nawet nie próbowałaś jej leczyć.
Patrysiu, umrzyj.

PS Zapomniałabym: znalazła się zaginiona kobra. W klatce obok. Aga akurat stała przy niej, gdy nadeszłam, cała zdziwiona i uradowana, że wreszcie nie muszę na gadach patrzeć pod nogi.
— Słuchaj, jak ona to zrobiła?! — wykrzyknęłam, gapiąc się na kobrę.
Aga uniosła palec w górę i odrzekła z powagą:
— Teleportacja.
Nie teleportacja, tylko niewłaściwe warunki przechowywania. Kobry w klatce, ja nie mogę...

Jak zwykle umarłam ze śmiechu.
Nie rób nam fałszywej nadziei.

— Czym ty ją myjesz? — zapytała przyjaciółkę w zamyśleniu mydlącą Wiedźmę.
— Płynem do kąpieli dla niemowląt. Truskawkowym. Czasem mandarynkowym. Na malinowy jest uczulona.
Bez komentarza, było w poprzedniej analizie, nie będę się powtarzać, do aŁtorkasi i tak nie dotrze.

Dzisiaj byłam razem z reprezentacją naszego Ogrodu w Lublinie na obchodach którejś tam rocznicy czegoś tam.
Jaka zainteresowana życiem zoo...

On mnie przepytuje na okoliczność gadów (siłą rzeczy stałam się ogólnopolską specjalistką od wszystkiego, co beznogie),
Jeżu, paręnaście stron temu osobiście przyznałaś, że nie masz pojęcia, gdzie węże mają jakie narządy wewnętrzne, a mimo tego masz CZELNOŚĆ uważać się za OGÓLNOPOLSKĄ SPECJALISTKĘ OD GADÓW?!

— Zdejmują sobie wszystkie szwy, jakich byś im nie założyła. Ostatnio próbowałem u tygrysicy. Szyłem ją trzy razy... — zwiesił głos.
— I co? ! co?
— Stoisz na niej.
Spojrzałam w dół. Stałam na pięknej tygrysiej skórze. W pierwszej chwili mnie zamurowało, w następnej popłakałam się ze śmiechu. Chyba staję się bezduszna...
Nie wydaje mi się, by to było legalne... A na pewno jest bardzo creepy: lekarz, który oprawia swoich pacjentów? Brr. Horror jakiś.

PS Pigmejka zdechła w tej głupiej Warszawie. Na zapalenie płuc.
Patrzcie państwo, jak to się dzieje, że KAŻDE zwierzę, którego się tknie Patrysia, na 95% i tak umiera, nawet jeśli pojawi się chwilowa poprawa?

— Mam dla pani złe wieści, pani doktor — przywitał ją od progu Pierwszy Po Bogu. Faktycznie musiały być złe, bo tak zafrasawanego widziała Dyrektora podczas swego pobytu tutaj tylko raz — gdy wyprawiła niechcący na tamten świat parę unikatowych żab, traktując ich akwarium środkiem żabobójczym (o czym na opakowaniu nie raczyli wspomnieć).
Wybaczcie przerost gifów na komentarzami, ale już mi po prostu słów brakuje.

Okazuje się, że urząd miasta nie wyraża zgody na etat dla lekarza weterynarii w zoo. Tam też chyba coś niezłego palą... W każdym razie, nie ma etatu = nie ma kredytu, więc Patrysia jest w dupie. Chociaż jeden kredyt już dostała i zdążyła go przepierdolić na remont... Chodzi o ten sam czy inny? Argh, nie znam się na tym i jestem tak wkurzona, że nie mam ochoty jeszcze robić researchu w sprawach urzędowych, walić to, wybaczcie.

Zafrasowani ruszyli w stronę wybiegu dla lam, gdzie jedna z nich zaczęła właśnie rodzić. Ani pani doktorowej, ani kierownikowi hodowli specjalnie się z tego powodu nie spieszyło, bo zwierzęta w zoo, tak jak na wolności, zazwyczaj radziły sobie same i z narodzinami, i ze śmiercią.
Aha, czyli żadnej opieki, w żadnym przypadku. Żreć dać, kupy sprzątnąć i tyle. Zdechło? Zrobić sekcję, bez wyciągania wniosków.
Na jakiej podstawie ten ogród jeszcze stoi? Zwłaszcza, od kiedy pracuje tam Patrysia?

— A propos miśka — zaczął Plama — w klatce Mordercy znów znaleźliśmy ludzki palec.
— Nie! — wykrzyknęła. Niedźwiedź brunatny, którego tak jak kobr nienawidziło całe zoo, nie od parady zwany był Mordercą. Lubował się w urywaniu zwiedzającym palców: podchodził taki durny człeczyna do klatki z misiem, podawał mu ciasteczko albo kukurydzianego chrupka, a misio, zamiast za ciasteczko, łapał za palec i ciągnął dotąd, aż...
I nie podjęto w związku z tym ŻADNYCH środków ostrożności? Mimo że, jak za chwilę można przeczytać, takich wypadków zoo ma średnio dwa rocznie? I NIKT Z TYM NIC NIE ROBI?!
Element Komiczny: palec należał do górala tak pijanego, że nie zgłosił się po urwany palec. Ha. Ha. Ha.

Holender szarpnął ją za sobą w chwili, gdy w bronę uderzył drugi piorun, a nawałnica przetoczyła przez podwórko psią budę — na szczęście bez zawartości, bo Pandapies ewakuowała się widać już wcześniej.
Trwa koszmarna nawałnica, pioruny co chwilę walą w żelazną bronę (którą ta kretynka sama kazała postawić na słupie wysokiego napięcia, bo booocian miał na niej zamieszkać), a ona zostawiła psa na dworze?! Nogi z dupy powyrywać to mało!

Offtop: podziwiajcie kunszt języka Michalakowej.
W kremowym atłasie, koronkach i perełkach Patrycja wyglądała... Wyglądała... No. Wyglądała.

Sheridana przestępowała niecierpliwie z nogi na nogę, kładąc uszy po sobie i gryząc wędzidło. I jej udzielił się nastrój tych dwojga.
— Weź chociaż moją Astę — poprosił cicho. — Ten koń jest niebezpieczny...
— Poradzę sobie — odparła takim tonem, że umilkł, a potem wsiadła na grzbiet czarnej klaczy i strzeliła szpicrutą.
Koń parsknął, skoczył do przodu, ale ponowny świst szpicruty i chlaśnięcie prosto w słabiznę, a potem wściekłe szarpnięcie wodzami, tak że klacz uderzyła niemal pyskiem we własną pierś, pokazały zwierzęciu, kto tym razem tutaj rządzi. Jej pani nie była już tym słodkim, łagodnym stworzeniem, które można było zrzucić przed byle płotem. Była wiedźmą, a wiedźmy nie należało drażnić.
A bądź sobie wiedźmą i uważaj się za nie wiadomo jaką zimną sucz, ale nie wyładowuj swojej złości na zwierzętach!

Codziennie zmuszam się do wstania z łóżka, oporządzania Wiedźmy (po Zołzie, którą zostawiłam uwiązaną do płotu togo parszywca, przepadł wszelki ślad)
Ot, kuń był, kunia ni ma. Na uj drążyć temat. Pal sześć, że kosztował tyle, co jej samochód, o takich pierdołach jak to, że to żywe stworzenie, któremu mogła stać się krzywda, nie wspominając.

Patrysia trafia do szpitala psychiatrycznego. W KOŃCU. Chociaż to powstrzyma ją od zabijania zwierząt!
Niestety, szybko z niego wychodzi. 

— Ja chciałem tylko powiedzieć...
Wiem, co chciałeś powiedzieć, Piaskowy Dziadku, pomyślała znużona. Czytałam twój wpis: Pyton albinos zdechł. Zawiodłam nawet głupiego węża.
— Ten pyton-albinos... — Kierownik umilkł, przełykając Z trudem. — To był ginący gatunek, ale... pani była cenniejsza. Nawet od niego.
Pozwólcie, że zarzucę moim ulubionym cytatem z książki „Felidae” (polecam).
„Nie jestem, Bóg mi świadkiem, zwolennikiem postępowania w stylu Rambo, ale bywają w życiu problemy, które można rozwiązać tylko w jeden sposób: zamknąć oczy i strzelać!”


Koniec, bomba, kto lubi Michalak ten trąba.
O rany, to było trudniejsze niż myślałam. Brnięcie przez gnój, jakim jest twórczość aŁtorkasi to NIE jest łatwe zajęcie. Wybaczcie nadmiar bluzgów i wykrzykników, ale przy niektórych fragmentach naprawdę puszczały mi nerwy.

Dlatego na odtrutkę, chciałabym polecić dwie książki o zawodzie weterynarza, oparte na faktach, które są DOBRE.

James Herriot „Jeśli tylko potrafiły mówić” (i cała reszta cyklu)
Absolutna klasyka prozy weterynaryjnej. Sir James Herriot ma niesamowity dar opowiadania i każdy najmniej interesujący aspekt swojej pracy potrafi opisać jak fascynującą przygodę. A nad fragmentami o krowiej macicy i maści dla świni popłakałam się ze śmiechu w pociągu.


Luke Gamble „Wet. Moi wspaniali dzicy przyjaciele”
Gamble z urokiem, ale nie bez odrobiny goryczy przybliża nam zawód weterynarza w naszych czasach. Jest i śmieszno, gdy przykleja sobie mysz do palców klejem tkankowym, i straszno, gdy w wybucha epidemia pryszczycy i musi znieść psychiczny ciężar konieczności uśmiercania tysięcy zarażonych zwierząt. 


Na koniec jeszcze słowo wyjaśnienia. Czemu umieściłam tę analizę na tym blogu, a nie na Czarnych Owcach? Cóż, nie chciałam reaktywować tamtego bloga, bo nie mam ani czasu, ani ochoty znów regularnie bawić się w analizowanie. To był jednorazowy wyskok i tyle (chyba że kiedyś mi odbije na tyle, by się wziąć za drugi i trzeci tom tego gówna). Teraz wracam do zamieszczania tu swoich smętów i kiepskich opek. ;P

Także ten, no. Papa! Dzięki, że wpadliście!

[ERRATA!]
Zgadnijcie, kto właśnie dostał pracę w zoo. :D No więc muszę przy tej okazji poruszyć temat tych aŁtorkasinych pielęgniarzy. W książce, w kontekście, byłam przekonana, że chodzi jej o asystentów WETERYNARYJNYCH, a to, owszem, musieliby być technicy weterynarii, a nie żadni pielęgniarze. Teraz dowiedziałam się, że na papierku zawód opiekuna zwierząt w zoo nie nazywa się opiekun zwierząt, tylko właśnie PIELĘGNIARZ zwierząt. Oczywiście, język polski sprawia aŁtorkasi niewiarygodne trudności i np. w poprzedniej części węża trzymali i pielęgniarze, i opiekunka zwierząt, więc w zasadzie nie wiadomo, kto jaką w końcu pełni rolę, ale jednak pojawił się tu jakiś przebłysk wiedzy, więc nie pozostaje mi nic innego, jak zwrócić aŁtorkasi honor. Troszeczkę.



czwartek, 2 lutego 2017

Machnę coś po łacinie i nikt się nie jorgnie, czyli analiza "Poczekajki" okiem miłośnika zwierząt, część 1/2

Myśl o napisaniu takiej analizy chodziła mi po głowie już od dłuższego czasu, tak naprawdę to od kiedy pierwszy raz przeczytałam gniota, jakim jest „Poczekajka” Katarzyny Michalak AKA aŁtorkasi. Brednie na temat zwierząt, jakie w nim wypisywała, doprowadzały mnie do białej gorączki. Wprawiało to w stupor tym większy, że Michalak chwali się swoim wykształceniem weterynaryjnym...

Postanowiłam w końcu przysiąść nad tym tekstem właśnie pod tym kątem: okołoweterynaryjnym. Przy czym z góry informuję: nie jestem lekarzem, dopiero kończę szkołę policealną na kierunku technik weterynarii. Zdarzyło mi się za to odbyć wolontariat w ogrodzie zoologicznym, a ponieważ główna bohaterka podejmuje w takowym pracę, z pomocą posiadanej wiedzy, literatury i wujka Google myślę, że jestem w stanie spuścić tej książce srogi łomot.

Nie ma sensu, bym analizowała całą książkę od deski do deski – tego dokonała już na swoim blogu Królowa Matka, więc jeśli nie znacie fabuły „Poczekajki”, polecam najpierw zapoznać się z jej nierenalizą” w trzech częściach. Ja tymczasem skupię się tylko na fragmentach bezpośrednio dotyczących zwierząt.

Enjoy!



Patrycja w rewanżu nakupowała ptasich mleczek — paniom w prezencie i sobie na śniadanioobiadokolację, bo zrobiło się nieco późno, gdy ruszyła w drogę powrotną do Poczekajki. Po drodze opędzlowała połowę pudełka, drugą połową dzieląc się z przygodnie spotkanymi kawkami. Mijająca Patrycję kobieta na rowerze prychnęła: „Tym miastowym to się we łbie przewraca. Do czego to podobne, żeby wrony czekoladą karmić!”. Patrycja uśmiechnęła się, zmieszana, a potem, gdy kobieta zniknęła za zakrętem, z tym większą przyjemnością rzucała kawkom kawałki czekoladek.
Czekolada jest silnie trująca dla ptaków. Zawarta w niej teobromina powoduje u nich biegunkę i wymioty, uszkodzenie centralnego układu nerwowego i śmierć. Oczywiście, im bardziej „mleczna” czekolada (to jest z mniejszą zawartością właściwego kakao), tym mniejsze szanse zatrucia, jednakże ptaki są małymi stworzeniami i ilość czekolady, po której pies czy kot by się co najwyżej oblizały, ptaka może zabić. Praktykująca pani weterynarz powinna DOSKONALE zdawać sobie sprawę, że karmienie jakichkolwiek zwierząt czekoladą może się skończyć tragicznie.

Mówi ksiądz Plama, opowiadający Patrysi o tym, czym się zajmuje.
— Żyrafę Matyldę. W naszym zoo. Ja zootechnikę też kończyłem i kierownikiem hodowli w zamojskim zoo jestem — dodał, jakby to wszystko tłumaczyło. — Ten konował, co był ostatnio — miesiąc na szczęście — nie wiedział, co Matyldzie zaaplikować, a mnie to na niewydolność serca wygląda, więc jej naparstnicy podrzucam.
Więc w zoo leczeniem zwierząt zajmuje się ksiądz, który kiedyś tam zootechnikę (która mało ma wspólnego z weterynarią) kończył i żyrafie, która wydaje mu się, że ma niewydolność serca, aplikuje naparstnicę. Roślinę ozdobną, z grubsza trującą, choć, jak wiadomo, lekarstwo od trucizny różni się tylko dawką. Nie znam się na ziołach, ale po szybkim researchu dowiedziałam się następujących faktów:
naparstnica jest jedną z najbardziej niebezpiecznych roślin leczniczych,
– jest wykorzystywana do leczenia nerwic i niewydolności serca, ale niewłaściwa dawka może bardzo łatwo zabić – poprzez zatrzymanie akcji serca,
– leki z naparstnicy są dostępne wyłącznie na receptę,
z uwagi na wysoką toksyczność unika się jej stosowania w ziołolecznictwie,
– do leczenia wykorzystuje się wysuszone, sproszkowane liście.
W tekście nie pojawia się informacja, w jakiej formie ksiunc „podrzuca” nieszczęsnej żyrafie zielsko, więc czytelnik musi wierzyć na słowo, że nie luzem, świeżo zerwane, jako napar podawany per rectum albo jeszcze inaczej. I jak wylicza odpowiednią dawkę? Obchodzi go w ogóle taki drobiazg, czy wali do oporu licząc na to, że egzotyczne zwierzę się nie przekręci? I po czym właściwie stwierdza, że to, co dolega żyrafie, to akurat niewydolność serca, po czym mu to „wygląda”? Zbadał jej krew, zrobił EKG, osłuchał chociaż, czy po prostu stanął, popatrzył i wydał osąd? Niewydolność serca, bez żadnych badań, łatwo pomylić z czymś innym, pierwsze objawy są mało jednoznaczne: mała ruchliwość, senność, szybkie męczenie się, kaszel, biegunka... Ach, po grzyb szukać weterynarza-specjalisty od zwierząt egzotycznych, ksiunc mówi, że niewydolność serca, to niewydolność serca, niech sobie ładuje w żyrafę trującą roślinę na kilogramy! I ktoś taki jeszcze ma jeszcze czelność wyzywać innych od konowałów?

Praca w zoo była dla niej szczytem marzeń. Szczytem tak odległym, że nawet głośno się do tego marzenia nie przyznawała. Przerzucała w klinice pieski, kotki i chomiki, ale tak naprawdę chciała leczyć zebry z niewydolnością.
No, to zaraz zobaczycie, w jaki sposób Patrysia wykorzystuje swoje nadzwyczajne umiejętności i jak się bierze do „leczenia” egzotycznych zwierząt...

Westchnęła. Była dziewczyną. Żaden normalny zoodyrektor nie zatrudni baby w roli lekarza.
W mojej grupie na techniku weterynarii na początku roku było około dwadzieścia dziewczyn i dwóch facetów, teraz został jeden. Gdzie nie pójdę do lecznicy, tam widzę 90% kobiet; mężczyzn-weterynarzy, których spotkałam przez całe życie, mogłabym wyliczyć na palcach jednej dłoni. Jak byłam na wolontariacie w zoo, do chorego węża (wielkiego boa madagaskarskiego [przepiękna dziewczynka <3]) przyszły dwie kobiety i jeden facet – nie wiem, kto z nich był lekarzem, a kto tech-wetem. Tak więc uwaga wzięta z bardzo głębokiej dupy, mentalność sprzed ładnych kilku dekad.

Po pierwszym zaskoczeniu [dyrektor zoo] zaproponował Patrycji herbatę i wciągnął dziewczynę w niezobowiązującą pogawędkę o ogrodach zoologiczych. Podczas owej ,,niezobowiązującej" wyciągnął z rozmówczyni wszystko, co chciał wiedzieć o jej dotychczasowym doświadczeniu lekarskoweterynaryjnym (całkiem sporym, jak na młody wiek, bowiem zaczęła praktykować jeszcze przed studiami w zaprzyjaźnionej lecznicy)
To nie jest absolutnie nic, co czyniłoby z Patrysi osobę wyjątkową. WSZYSCY lekarze weterynarii (i technicy zresztą też) muszą odbyć wiele godzin praktyk (technik – 160h, lekarz, wg informatora Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu – 560h!!!), nie tylko w lecznicy, ale też w takich przyjemnych miejscach, jak ferma inseminacyjna i rzeźnia. Ba, nawet zdobycie pracy na tym etapie nie jest niczym nadzwyczajnym – przynajmniej tak jest z technikami, ale podejrzewam, że i studenci weterynarii mogą liczyć na jakiś etacik. Oczywiście, student nie będzie mógł robić wiele więcej od wykonywania rozkazów lekarza, bo nie ma uprawnień, ale nawet zatrudniony jako recepcjonista albo „pracownik techniczny” może się uczyć i zdobywać cenne doświadczenie.
[EDIT] Cenny komentarz od Spilled, studentki weterynarii! :)
Teraz pozwalanie studentom na praktykowanie jako pomoc w zakładzie jest możliwe tylko pod warunkiem podpisania umowy o praktyki (oficjalnie, nieoficjalnie i tak chodzimy do zaprzyjaźnionych lecznic, ale grożą im za to konsekwencje ze strony izby lekarsko-weterynaryjnej). Nie ma możliwości zatrudnienia studenta na etat, to jest nielegalne już bardzo. Chyba, że na etat sprzątacza ;)
Nie mam pojęcia jak wygląda wg autorki praktyka jeszcze przed studiami - chyba stojąc pod ścianą i niczego nie dotykając, zezwolenie na zrobienie zastrzyku chociażby to znowu łamanie prawa. Wiadomo, że przepisy nie zawsze są przestrzeganie, ale na chłopski rozum - masz swój gabinet, sygnowany własnym nazwiskiem i wpuszczasz byle gówniarę z liceum, żeby poćwiczyła iniekcje na Twoich pacjentach? Akurat będziesz miała pecha, w tym miejscu zrobi się ropień i w najlepszym wypadku stracisz klienta a w najgorszym prawo do wykonywania zawodu. Nawet przy założeniu, że ćwiczyła w gabinecie tatusia to raczej nie powinna tego wpisywać do CV ;)


oraz zoologiczno-weterynaryjnym (zerowym, jeśli nie liczyć wycieczek do zoo w charakterze zwiedzającej).
— Dużo czytałam — zapewniła Dyrektora żarliwie, bo bardzo pragnęła zostać tu już na zawsze, to znaczy nie w jego gabinecie, ale w Ogrodzie. — Czytałam o leczeniu gadów. I świnek morskich!
Niech ten cytat i fakt, że po takim tekście Patrysia DOSTAŁA pracę głównego (i jedynego) lekarza weterynarii w ogrodzie zoologicznym, mówią same za siebie...

— To dobrze — pokiwał głową — mamy tu sporo świnek morskich.
W pierwszej chwili myślała, że z niej kpi, ale nie — był śmiertelnie poważny. No, może nie tak śmiertelnie; w oczach miał uśmiech.
— Na karmę — wyjaśnił, nim zdążyła się stropić. — Dla gadów.
Primo: na wolontariacie w zoo byłam w wiwarium, czyli, wiecie, domku dla gadów. Wszystkie były karmione myszami, szczurami, kurczakami, rybami, większe gatunki mogłyby dostawać króliki martwe, bo to jest raz, że bezpieczniejsze dla gadów (ofiara drapieżnika, mimo że jest ofiarą, też może się bronić i poważnie go zranić), dwa – bardziej humanitarne dla tak zwanej „karmówki”. Nasze zoo zamawiało już martwe, mrożone, ale wiem, że gdzieniegdzie zwierzęta są humanitarnie zabijane na miejscu. Za to w życiu nie słyszałam o hodowaniu świnek morskich na karmę dla gadów, na pewno nie w zoo. Z szybkiego googla wynika, że to się zdarza, ale szczury, kurczaczki i króliki są o wiele tańsze i bardziej dostępne.
Secundo: och jejku, biedna Patrysia, ona tu przyszła leczyć zebry i pantery, a oni ją tu głupimi, nudnymi świnkami morskimi straszą. Notabene: też zwierzętami egzotycznymi (ciekawostka: królik w weterynarii też uchodzi za zwierzę egzotyczne!).

— Chyba nie boi się pani węży? — Dyrektor zajrzał ciekawie w pociemniałe źrenice dziewczyny i sięgnął do terrarium stojącego w rogu gabinetu.
— Nie, no skąd! - odparła, pilnując, by głos jej nie zadrżał. W życiu nie miała w rękach węża i wcale nie pragnęla mieć. To zimne, oślizgłe... nagle znalazło się na kolanach Patrycji. Dzielnie powstrzymała okrzyk zgrozy i odruch ucieczki.
Dziwne, że NIGDY do tej pory pani weterynarz nie zdobyła nigdzie wiedzy o tym, że węże nie są „oślizgłe”. Skóra gadów, w przeciwieństwie do płazów, nie wytwarza śluzu. To nie jest wiedza tajemna, dostępna wyłącznie na studiach i kursach specjalistycznych. To wiedza na poziomie podstawówki. To znaczy, że łgała jak z nut, kiedy mówiła, że dużo czytała o leczeniu gadów.

Decyzje zostały podjęte i wprowadzone w życie w tempie natychmiastowym. Z gabinetu Dyrektora wypadła, dzierżąc w dłoniach umowę na okres próbny.
I ona tam tak poleciała na rozmowę o pracę, bez żadnego umówienia się z dyrektorem, prosto ze szpitala, żadnego CV, świadectwa pracy... której jeszcze nawet nie rzuciła. Więc umowa w nowej pracy już podpisana, a poprzednia co? Jeszcze nawet nie poinformowała szefa o swoich planach i tak naprawdę nie dostajemy żadnej informacji na ten temat. Zobaczymy ją jeszcze tylko, jak melduje o wszystkim matce, ale stopy nie postawi w swoim dotychczasowym miejscu pracy. Równie dobrze możemy uznać, że po prostu przestała tam przychodzić i nikt się tym faktem nie zainteresował (mimo że została określona jako „wiceszefowa”).

Hanka przerywała manicure, znaczyło, że jest naprawdę poruszona.
— I co ty tam będziesz robiła? W bierki grała?
Patrycja posłała przyjaciółce pełne urazy spojrzenie.
— Nie wiem, czy pamiętasz, ale jestem lekarzem weterynarii i to całkiem niezłym.
Wrzucam to w ramach „cytatu, który później mocno ugryzie tę teorię w dupę”.

— Och — Patrycja machnęła niefrasobliwie ręką — bizon to jak większy pies, tygrys jak kot, a anakonda — tu opuściła ją wena twórcza — anakonda... no... jak chomik, tyle że bez łap.

Mały offtop od tematów okołozwierzęcych...
— Zamordują cię w tym lesie albo, co gorsza, zgwałcą — sapnęła Hanka, ale już bez przekonania.  Patrycja tylko się uśmiechnęła. Doprawdy, priorytety Hanki bywały mało zrozumiałe.
No bo gwałt to samo dobro, jak Michalak przekonuje w swoich powieściach. W jednej książce zua antagonistka została porwana i wielokrotnie zgwałcona, i to ją wyleczyło z bycia podłą suką (nie pamiętam, która to była książka, ale prawie na pewno czytałam o tym na blogu Królowej Matki), a w takim „Ferrinie” rozpisywała się na temat tego, jak to Gabriela (córka głównej bohaterki) z jednego wymiaru jest o tyle gorsza od Gabrieli z innego wymiaru, która została zgwałcona przez własnego ojca, Sellinarisa, bo ta pierwsza tego nie doświadczyła i nie zahartowało to jej duszy. Zresztą, macie cytat, smacznego. Za zarzygane biurka nie odpowiadam.

„Wychowana w czasach pokoju i dobrobytu, otoczona miłością i opieką, nie zaznała cierpienia ani gwałtu, który zahartowałby serce i umysł dziewczyny, a teraz kobiety. Rozpieszczana przez matkę i Karina, darzona chłodną miłością, ale jednak miłością Sellinarisa, otoczona uwielbieniem poddanych, którzy pamiętali w niej wybawicielkę ze słynnej Smoczej Przepowiedni była... nijaka.
Może w poprzednim życiu, gdy faktycznie ocaliła Ferrin przed smokami, miała charakter i osobowość wiedźmy - tego Sirden, sprowadzony tu z innego Wymiaru, nie mógł wiedzieć, znał tylko opowieści - te jednak wytrawił ogień smoczych płuc, lanorscy gwałciciele i mordercy z Przeklętej Wyspy, wreszcie - skutecznie jak nikt inny - sam Sellinaris.
K. Michalak „Pani Ferrinu

— Kompromitacja? O czym ty mówisz?! Nie wyjeżdżam do Irlandii na zmywak! Będę jednym z nielicznych specjalistów...
— ...w zoo — dokończyła matka jadowitym tonem.
Pff... wy wiecie, jakie wymagania musi spełniać opiekun zwierząt, tak zwany zookeeper, i jakie za to dostaje pieniądze człowiek w takim wrocławskim zoo? To już od jakiegoś czasu nie jest robota dla byle ciecia z pośredniaka (choć nie wszędzie jeszcze płaca jest równie światowa). A co dopiero lekarz weterynarii specjalizujący się w egzotycznych gatunkach! Toż to prestiż na całą Polskę!
To znaczy dla takiego weta, który faktycznie ma wiedzę na ten temat, a nie konowała pokroju Patrysi...

Patrysia spędza pierwszą noc w swojej świeżo zakupionej ruderze.
Przytuliła głowę do poduszki, gotowa wypełnić trzy Zet, zamknęła oczy i... czyjeś ciche, szybkie kroki po dachu sprawiły, że usiadła z wrażenia. (...) Znów! Jakby nad ich głowami przebiegł krasnoludek! Rany boskie, czyżby mieli tu krasnoludki? A może to włamywacz liliput? Liliput gwałciciel?! (...)
Patrycja siedziała do świta ze wzrokiem utkwionym w pociemniałym ze starości suficie, jedną dłonią zaciśniętą na zgasłej świecy, drugą na pogrzebaczu, mamrocząc: „Dwa staje się ilością, a trzynaście jedenaście", czy coś równie bezsensownego, a małe, bose stopki tupały i tupały...
Nawet największa idiotka świata, całe życie mieszkająca w penthousie w centrum metropolii, zwierzątka oglądająca tylko w kolorowych czasopismach, po przeprowadzce na wieś domyśliłaby się, że to jakieś polno-leśne żyjątko wesoło popitala po strychu, a nie, cholera jasna, LILIPUT GWAŁCICIEL. Nawet małe dziecko nie byłoby tak głupie. Zdaje się, że okazuje się później, że to kuna, ale serio, jak Bory Tucholskie kocham... Myszy. Szczury. Kot sąsiada. Ptaszek z rannym skrzydełkiem. NAPRAWDĘ nie przyszło jej do głowy, że to któreś z nich mogło spowodować hałas? Pani weterynarz?! I zamiast olać i poczekać z interwencją do rana, ze strachu nie może zmrużyć oka?! SERIO?!
Ja wiem, że to miał być Element Komiczny, tylko że on wcale, kurwa, śmieszny nie jest!

Wąż to taka rurka pusta w środku, przemknęło jej przez myśl.
Noż kuźwa, rzeczywiście...
Gdybym była weterynarzem piszącym książkę o innym weterynarzu... prędzej bym umarła z zażenowania, niż pozwoliła sobie wciskać takie myśli do głowy bohaterki. Spędziłabym na researchu więcej czasu niż potrzeba, byleby tylko nie napisać debilizmów. Ale aŁtorkasi takie pierdoły nie stoją na drodze do bycia pisarkom bestseleruf...

Gdy tylko przekroczyła próg gadziarni i stanęła jak urzeczona przed pierwszym z pacjentów, usłyszała od Kierownika krótkie:
— Nie je.
Po pierwsze: czemu każdy pracownik zoo jest opisywany wielką literą?! To doprowadza mnie do szału niemal tak, jak aŁtorzy i aŁtoreczki opek „fantasty” piszący nazwy ras typu elf, krasnolud czy niziołek wielkimi literami!
Secundo: pozwolę sobie na anegdotkę. :D Jak robiłam praktyki w lecznicy, zdarzył się wyjątkowo nudny dzień, kiedy przez cztery bite godziny nie przyszedł żaden pacjent, i wszystkie byłyśmy zaspane, wynudzone jak mopsy i rozkojarzone. Przyszedł do mnie sms od lubego i mówię do dziewczyn:
– Ej, wąż nie chce jeść, podajcie diagnozę.
– Może jest głodny...?
:)

— Od pół roku nie je — sprecyzowała opiekunka. Ramiona same Patrycji opadły. Właściwie to wszystko jej opadło.
— To jak on żyje?! — zdziwiła się zdziwieniem czysto ludzkim, a nie lekarskim. — Karmimy go na siłę — wyjaśnił Kierownik — ale wolałbym, żeby sam zaczął jeść.
Lekarz weterynarii, twierdzący, że dużo czytał o chorobach gadów, który dziwi się, że wąż nie je i żyje...
No to spieszę z wyjaśnieniami: węże mogą nie jeść bardzo długo. Nawet pół roku, choć tak długi okres źle się odbije na ich zdrowiu i kondycji. Na tym polega ich tryb życia: zeżrą całą mysz/szczura/kurę/sarenkę, trawią ją jakiś czas i potem są syte na kilka tygodni, zależnie od gatunku i wielkości. WETERYNARZ, nawet bez specjalizacji, powinien o tym wiedzieć. A jak nie wie, to nikt nie powinien mu dawać chorego węża do ręki!

— No, facet — zmrużyła zielone oczy, patrząc na węża — albo ja, albo ty.
Pyton (Kierownik chyba też) znienawidził mnie od pierwszego wejrzenia. A ja — między Bogiem a prawdą — wcale mu się nie dziwię. Od pół roku, co parę dni łapano go za łeb, wyciągano z miło ogrzanej klatki, ciskano na zimną kamienną podłogę i zaczynano się znęcać na wszelkie możliwe sposoby. Na dzień dobry sondowanie żołądka z podaniem leku o konsystencji i barwie biegunki (o smaku się nie wypowiem, bo nie próbowałam). Potem kilka zastrzyków. Tak od serca. A co jeden to boleśniejszy. Na do widzenia pobranie wymazów z najróżniejszych otworów cielesnych. Sama bym siebie na miejscu pytona znienawidziła...
Ja wiem, że ten fragment ma na celu zdyskredytować dotychczasowego lekarza i pokazać, jaka to Patrysia nie jest mądra i bystra, ale omg. Co parę dni sondowanie żołądka? Bolesne zastrzyki (czyli, jak mniemam, drażniące, a nie bolące tylko dlatego że igłą podawane)? Wymazy? Co parę dni? Ok, więc wunsz miał robione badania o wiele częściej niż potrzeba. Czy coś z tych badań wynika? Sondowania i wymazu nie robi się ot tak, żeby zwierzątko pomęczyć, to ma na celu sprawdzenie, czy coś jest nie tak w pobranym materiale, czy wszystko wygląda, jak należy. Nikt nie pokazał Patrysi wyników tych badań? Skoro były robione od pół roku co kilka dni, te papiery muszą się walać po całym ogrodzie!
I jeszcze... Pyton był wyciągany z miło ogrzanej KLATKI?! Gady się trzyma w TERRARIACH! Ze SZKLANYMI szybami! Albo z pleksi, nieważne, ale NIE W KLATKACH!!! Pomijając kwestię utrzymania odpowiedniej temperatury i wilgotności, o możliwości UCIECZKI nie wspominając, weźcie to na chłopski rozum: wąż w zoo, w klatce, i małe dziecko pchające paluchy do środka... Zajebisty pomysł! No po prostu genialny! Nic dziwnego, że wąż od pół roku nie je, jak przebywa w skrajnie nieodpowiednich warunkach i jest chronicznie zestresowany!

Po chwili jednak otrząsnęła się i pochyliła nad pytonem. Trzymany przez trzech pielęgniarzy i opiekunkę zwisał smętnie pół metra nad ziemią.
Nie pielęgniarzy, tylko techników weterynarii. No chyba że zoo zatrudnia ludzkich pielęgniarzy do pomocy weterynaryjnej...
Poza tym, wąż, który trzymany przez ludzi „zwisa smętnie”, a nie się wije i próbuje wydostać, to martwy wąż.

Nowo mianowana pani doktor pochyliła się z ciekawością nad rozwartą paszczą. Zawsze myślała, że wąż to taka rurka pusta w środku, a tu proszę: ma i tchawicę, i przełyk. Całkiem podobny do rozciągniętego na parę metrów jamnika, któremu odjęło łapy. Ciekawe, jak się toto leczy...
Jeżu drogi, zabijcie ją, póki ona nie zabiła całego inwentarza zoo.

Pyton zebrał się w sobie i wystrzelił jak sprężyna, za nic mając uwieszonych u jego ciała trzech mężczyzn.
Że ona jest kretynką to rozumiem, ale że trzech ludzi od lat pracujących przy gadach, trzymających tego biednego węża do szeregu badań, które miał co parę dni, nie wiedziało, że trzeba go trzymać tuż za łbem, to mi się w głowie nie mieści. Bo żeby wąż mógł „zebrać się w sobie i wystrzelić jak sprężyna”, to musi mieć możliwość wygiąć szyję w tą charakterystyczną eskę, czyli przybrać postawę agresywną. Gdyby ktoś go trzymał jak trzeba, nie miałby takiej możliwości. No chyba że by się wyrwał, ale nie ma o tym ani słowa.

Celował w moją dłoń i nie wierzę, że brał ją za świnkę morską (kurczę, nie mam tak owłosionych dłoni). Nie. On brał ją za to, czym była. I miał szczere chęci pożreć mnie w całości, od tej ręki poczynając.
Węże zaczynają połykać ofiarę, zaczynając od głowy. Pomijając niektóre kretyny, które wolą od dupy strony. ;D
Bajdełej: tak, narracja w tym fragmencie sobie przeskakuje od pierwszoosobowej do trzecioosobowej, bo czemu by nie.

Do teraz nie wiem, jakim cudem zdążyłam cofnąć dłoń.
Właśnie dlatego do badania przytomnych drapieżników używa się narzędzi. Nawet Steve Irwin nie pakował wężom gołych paluchów do paszczy. Żeby otworzyć pysk wielkiego pytona (swoją drogą, dokładnej nazwy gatunku nie dane nam poznać), dobrze by było mieć grube rękawice i coś do rozwarcia paszczy, np duże metalowe pęsety – właśnie tak wyposażeni byli lekarze, którzy przyszli podać tej ogromnej boa lek do pyska, kiedy byłam na wolontariacie.

No i w końcu nie dowiadujemy się, jakie leczenie zastosowała wielka pani dochtór Patrysia, specjalistka od egzotycznych zwierząt. Za to poznajemy innych pacjentów...

— Jakby to był kot, to miałby coś więcej niż ogon — mruknęła, pochylona nad Księgą leczenia zwierząt, do której usiłowała wpisać pierwszych pacjentów: pytona, makaka z czymś dziwnym na tyłku
Z czym dziwnym? Odleżynami? Ropniem? O to, jak próbuje tajemnicze „coś” wyleczyć, nawet nie będę pytać...

— Hej tam! — Czyjś głos, dobiegający z podwórka, odwrócił uwagę Fachowca od przybijania piątki. — Zamawiał ktosik krowę z dostawą do domu?
Rany Boskie! Jaka krowa?! przemknęło Patrycji przez myśl. Wypadła przed dom. Wprawdzie wspomniała Dziadkowi, że chętnie napiłaby się co rano mleka prosto od krowy, bo Sklepikowa nadal była obrażona, ale to była ot, taka uwaga, rzucona mimochodem, a nie żadna samospełniająca się przepowiednia!
Owa przepowiednia stała teraz uwiązana do płotu, żując w zamyśleniu pąki pnących róż, i patrzyła na Patrycję przepastnymi oczyma rasowej dżersejki. Wyglądała wypisz wymaluj jak krówka z kreskówki Disneya. Beżowa, długorzęsa, sarniooka. Czy takim oczom można odmówić? Wprawdzie cena, jaką zaśpiewał sobie hodowca rodowodowej żywizny, przyprawiła Patrycję po raz drugi tego dnia o palpitację serca, wprawdzie nie bardzo było gdzie nowej mieszkanki ulokować, bo stareńka obora groziła wzorem Chatki zawaleniem, a w kuchni letniej we trzy mieszkać nie będą, mimo to Patrycja nie oparła się pokusie posiadania — nie wiadomo tylko, czy mleka, czy krowy.
Okej, po kolei.
Patrysia, faktycznie, wyznała dziadowi, że chciałaby „krówkę mleczną”. Dobry sąsiad zatem przysłał do niej rodowodową jerseykę, wartą co najmniej dobrych 5 tysięcy, mimo że dobrze wie, jak wygląda sytuacja finansowa kretynki. Czyli źle.
Krówka, żeby mogła dawać mleko, musi regularnie rodzić cielaczki. Rozumiem, że z braku buhaja, Patrysia będzie regularnie bulić sąsiadom za możliwość pokrycia? Ależ skąd! W powieści jej nowy nabytek daje mleko jak maszyna do kawy stojąca na uniwerku, bez byka, bez cielaka, ot, taka to zajebista krowa.
Nawet nie chce mi się wypowiadać na temat tego, jak skrajną nieodpowiedzialnością wykazuje się ta słodka idiotka, przygarniając KROWĘ, doskonale zdając sobie sprawę, że nie może jej zapewnić podstawowych warunków bytowych, to jest:
– schronienia przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi,
– pożywienia (Patrysia mieszka w ruderze w środku lasu, nie ma tu żadnej łąki, żadnej trawy, a na siano, pasze etc jej zwyczajnie nie stać),
– zabiegów pielęgnacyjnych (korekcja racic, środki dezynfekujące do wymion – wszystko kosztuje!),
– ruchu (ogrodzenia nie ma, ino chałupa i las, więc co, luzem po lesie ją będzie puszczać?),
– opieki weterynaryjnej... W czasie praktyk może i widziała krowę, może nawet jakiejś dotknęła, ale przypomnijcie sobie, jak ona leczy JAKIEKOLWIEK zwierzęta. Poza tym, znów, to wszystko kosztuje, a Patrysia nie ma na wyłączność pełnego wyposażenia gabinetu weterynaryjnego.
Poza tym, oczywiście, to nie mogła być bardziej wydajna mlecznie holsztyńsko-fryzyjska, musiała być najpiękniejsza krówka na świecie jerseyka...
[EDIT] Parę osób przypomniało mi o kilku sprawach. Primo: krowa mogła się niedawno wycielić, więc w takim wypadku mogłaby dawać mleko jeszcze przez kilka miesięcy. Secundo: niekoniecznie buhaj, bo istnieje jeszcze inseminacja. Tertio, co mi samej przyszło do głowy: Patrysia równie dobrze mogła próbować doić zasuszoną krowę, nie mając o tym zielonego pojęcia. ;)

Krowa zjada Patrysi telefon, haha, Boże, jak śmiesznie.

Patrycja dała sobie spokój z odreagowywaniem i zajęła się rozpakowywaniem nowiutkiej akumulatorowej dojarki.

Kretynizmów ciąg dalszy... Raz, że kolejny wydatek rzędu kilku tysięcy złotych (najtańszy aparat na Allegro, używany: 1000zł), dwa... po kiego pioruna jej dojarka dla JEDNEJ krowy? No po kiego?! Nie wspominając o tym, że dla krowy, która, z braku cieląt, w życiu by mleka nie dała, ale cóż, najwyraźniej się bez sensu czepiam!?

Włączyła dojarkę, sprawdziła ssanie i zręcznie — tak jak ją uczono na zajęciach z mleka — podłączyła zwierzę do urządzenia.
Krowa stała spokojnie, czekając widać na odpowiednią chwilę. Ten pozorny spokój uśpił czujność Patrycji i w tym właśnie momencie... Zwierzę wierzgnęło w bok, trafiając swą panią w kolano, i wyprysnęło na podwórze, ciągnąc za sobą warczącą cicho i groźnie dojarkę. Tłumek wydał kolejne „Ooooch", dżersejka zaś runęła przez uchyloną furtkę prosto w las.
Właśnie dlatego skrajnie nieodpowiedzialni ludzie powinni się trzymać z daleka od zwierząt. Bo to nie był wypadek losowy, który mógł się zdarzyć każdemu: kretynka doskonale zdaje sobie sprawę, że nie ma gdzie i jak dobrze trzymać krowy, a mimo to upycha biedne zwierzę do obory grożącej zawaleniem i nawet nie zadbała o jakiś uwiąz, o zamknięciu furtki czy zorganizowaniu porządnego ogrodzenia czy nawet głupiego pastucha nie wspominając.

W almanachu na temat weterynarii zoologicznej dobrnęła właśnie do rozdziału o małpiatkach, a ten temat interesował ją bardzo — od tygodni leczyła sparaliżowaną małpkę, używając więcej magii niż leków, bo na niedowład nóżek prędzej cud pomoże niż medycyna konwencjonalna.
Ani słowa o badaniach przeprowadzonych przez nieomylną panią doktor: jakieś RTG, nic... Dupa, jak spojrzenie na zwierzaka nie pomaga, to już tylko magia pozostaje.

Teraz też sparaliżowana pigmejka leżała na piasku wyściełającym dno klatki i pogryzała kawałek winogrona.
Owoce utytłały się w piasku, małpka je zjadła, zapchała sobie piachem jelita i zdechła, the end.
Zwierzę na obserwacji powinno mieć podłoże z czegoś, co a) łatwo uprzątnąć, b) można na nim zaobserwować wygląd wydzielin, c) NIE POGORSZY JEGO STANU.

— Co ona taka cicha? — indagowała Aga. — Zwykle, gdy ciebie widzi, to nawet my na gadach słyszymy.
— Dzisiaj jest dzień fizjoterapii. Wiesz: masaż erotyczny i solarium.
Żarty o zoofilii są takie śmieszne...

— Dobra. Rezygnuję. Niosę ci żółwia na sekcję. — Pomachała Patrycji przed nosem torbą, której zawartość woniała podejrzanie. — I pytona na cesarkę. — Podniosła ramię, na którym zwinięty był wąż.
Patrycja spojrzała z odrazą na śmierdzącą coraz bardziej reklamówkę.
— Żółw: zwyrodnienie tłuszczowe wątroby.
Aga się roześmiała.
— Jasnowidz jakaś czy co?
— Nie, Agatko — odparła słodko Patrycja. — Każdy żółw, którego zwłoki mi przynosisz, ma otłuszczoną wątrobę, bo je przekarmiacie.
I co, nikt z tym nic nie zrobił? Regularnie znoszą jej do gabinetu martwe żółwie i nie podjęto ŻADNYCH kroków, by żadne więcej nie umierały? Ten dialog brzmi tak, jakby Patrysia pierwszy raz powiedziała na głos, co jest przyczyną zgonów, więc... co, do tej pory machała ręką z myślą „zdechło to zdechło, na uj drążyć temat”? Nie zarządziła żadnych zmian w diecie ani nic? *przeklina długo i szpetnie*
Poza tym, z tego, co udało mi się wyczytać, żeby żółw nabawił się śmiertelnego otłuszczenia wątroby, musiałby być nie tyle przekarmiany, co karmiony czymś, czego jeść nie powinien. Np mięsożerny żółw musiałby mieć dietę złożoną w 90% z owoców. NIKT w całym wiwarium nie zainteresował się, jaka dieta jest odpowiednia dla poszczególnych gatunków?!

A tego kroić nie będę, bo pływa.
— To wodny żółw. Musi pływać.
— Źle się wyraziłam: on w środku pływa, jest w stanie płynnego rozkładu. Przyniosłaś mi żółwia w płynie. A ja uprzedzałam, że przyjmuję tylko świeże trupy. Nie będę go kroić.
Och, jaka mimoza, nie zrobi sekcji zwierzęcia, bo brzydko pachnie... Słuchaj, ty tępa pindo, to jest twój ZASRANY OBOWIĄZEK, choćby i miało się pięćdziesiąty raz okazać, że przyczyna zgonu jest taka sama, jak przy poprzednich czterdziestu dziewięciu. Jesteś WETERYNARZEM, nie ma, że boli. Moja poprzednia szefowa opowiadała, jak musiała zrobić sekcję zwłok dzików, które od tygodnia gniły w stawie, żadnej taryfy ulgowej nie było. Tak więc zakasuj rękawy i DO ROBOTY.

— A co z nią? — wskazała pytonkę.
— Jajek znieść nie może — właściwie to dobrze, po cholerę nam następne pokolenie pytonów? — ale męczy się biedaczka.
W ogrodach zoologicznych istnieje coś takiego, jak wymiana zwierząt. Jeden ogród da drugiemu pytony, a tamten w zamian – żaby. Albo sprzedadzą te pytony/żaby. Taki jest między innymi cel ogrodów zoologicznych, zwłaszcza w przypadku zwierząt zagrożonych wyginięciem. Narodziny to zawsze jest powód do radości i nikt nie stęka, że łojeeezu, znowu aksolotle się rozmnożyły, co my z tym tałatajstwem zrobimy, nie ma gdzie tego upchać... Nie wspominając o tym, że MOGĄ i MUSZĄ kontrolować, które zwierzę zaciąży i żeby przypadkiem nie ze swoim rodzeństwem albo rodzicem.
Poza tym, ta laska tak sobie łazi po ogrodzie z tą pytonką w bolesnym połogu, narażając ją na stres i urazy...

Ciekawostka dla zainteresowanych: filmik z cięciem cesarskim przeprowadzonym na wunszu.

Kolejny offtop:
— To taka tam grafomania...
— Skąd wiesz? Wydawca ci odrzucił?
Patrycja się roześmiała.
— Wydawca? Nikomu tego nie posyłałam! Polonistka w liceum powiedziała, że jestem grafomanką. Nigdy z żadnego wypracowania nie dostałam więcej niż trzy z minusem. 
A to akurat jest święta prawda i fakt wyjęty wprost z życia aŁtorki, o którym lubi wspominać w kontekście „ha! pokazałam jej, podłej hejterce, niszczycielce marzeń!”. I w świetle tego zaczynam odczuwać silny niepokój o pacjentów Michalakowej, kiedy jeszcze była weterynarzem...

— Wiem, o czym mówisz... — Aga pokiwała głową, zawijając zszytą pytonkę w bawełniany koc, by wężowi po operacji było cieplej. Wyszły przed ambulatorium
Inkubator...? Nic...? Fragment każe nam myśleć, że po prostu zawinęły nieprzytomnego węża w kocyk i zostawiły tak na stole... podczas gdy zwierzęcia pod narkozą NIE WOLNO zostawiać bez zabezpieczenia/poza zamknięciem ani na sekundę.
Poza tym, ja rozumiem, że dla każdego jest pierwszy raz, ale operacja na wężu, na gadach w ogóle, to nie jest takie hop siup. Skąd Patrysia wiedziała, jaka jest odpowiednia dawka narkozy? Podała ją iniekcyjnie czy wziewnie? Jeśli to pierwsze, poniosła spore ryzyko, bo gady źle znoszą narkozę i wziewna jest o niebo bezpieczniejsza. Nie umierała ze stresu, że zwierzę się nie wybudzi i zostanie pociągnięta do odpowiedzialności? Nie bała się kroić zwierzęcia, co do którego jeszcze parę dni wcześniej była przekonana, że jest rurką pustą w środku?!

— Przyprowadziłem zgubę — rzekł miękko, wskazując Wiedźmę, która za wszelką cenę usiłowała zagarnąć jęzorem cholewę jego buta.
— Moja krowa — skonstatowała Patrycja niezbyt mądrze
Więc krowa uciekła i Szalenie Odpowiedzialna Patrysia pozwoliła jej się włóczyć po lesie i wsi cały dzień, kiedy ona była w pracy, i ani pół myśli nie poświęciła drogiej, rodowodowej krowie, która mogła w tym czasie zrobić sobie krzywdę na tysiąc sposobów. Mój były hodował krowy, jedna z nich padła, bo chciała się napić wody z rowu; wpadła, nie mogła się wydostać i się utopiła – W PŁYTKIM ROWIE MELIORACYJNYM. Jak widać, o wypadek szalenie łatwo, nawet przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności. A ta idiotka nie podjęła ŻADNYCH. To cud, że to zwierzę jeszcze żyje albo ktoś go nie ukradł.

— Mam do ciebie prośbę. — Dziadek zignorował te pozory niechęci.
— Już ja znam te twoje prośby — mruknął Holender w odpowiedzi. — Mam uratować kolejną chabetę. Zgadłem? wiesz, ile mnie kosztuje utrzymanie tych bydlaków?
— Daj spokój, Gabrielu, przecież ty je kochasz.
Jakby się kto pytał, to Gabriel ostatnio był opisywany jako największy miłośnik koni na świecie, i vice versa: konie były największymi miłośnikami Gabriela, słuchały się go, wpatrzone z wyrazem bezbrzeżnej miłości na pyskach, bla bla... No, to właśnie wyłazi z niego ta cała „miłość”.
Ale przynajmniej wydaje się być bardziej odpowiedzialny od Patrysi, która na pewno bezzwłocznie by przygarnęła konika, mimo że jej na to nie stać ani nie ma warunków, ale tylko rasowego... ups, spoiler.

Samych kobr gnieździ się na zapleczu siedemdziesiąt sześć sztuk (po cholerę nam tyle kobr?) i nie wiadomo, co z nimi zrobić — żadne normalne zoo tego badziewia nie chce od nas wziąć nawet za dopłatą, bo żeby mieć kobry czy inne jadowite, trzeba mieć w zanadrzu i surowicę przeciwko ich jadowi, a surowica pochłania miliony złotych. No,setki. I trzeba je wszystkie karmić, sprzątać i w ogóle, a spróbuj włożyć rękę do klatki z siedemdziesięcioma sześcioma kobrami.
KLATKA Z SIEDEMDZIESIĘCIOMA KOBRAMI.
*wstała, wyszła na dwór, wsadziła głowę w hałdę śniegu, wróciła, usiadła*
Ok, już jestem spokojna.
Gratulacje dla opiekunów, że trzymali razem samce i samice i dopuścili do tak masakrycznego rozmnożenia. To i fakt, że teraz efekty tego działania są trzymane w jednej *głęboki wdech* klatce to poważne znęcanie się nad zwierzętami. Te węże, stłoczone w małej *głęboki wdech* klatce, nie dość, że srają na siebie, to pewnie jeszcze zagryzają się nawzajem, może nawet zjadają – bo w takiej kupie ciężko zapanować nad tym, który osobnik dostał myszę, a który nie, nie wspominając o agresji wynikającej ze stresu w związku z przebywaniem w takich warunkach. Właśnie dlatego na zapleczu obowiązuje zasada: samce osobno, samice osobno, i w większości przypadków: KAŻDY WĄŻ OSOBNO. 
Nie wspominając o tym, że kobry wsadzone do *głeboki wdech* klatki NATYCHMIAST by z niej pouciekały. Więc gdyby ta książka miała cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, zoo zostałoby pociągnięte do odpowiedzialności za niedopilnowanie 76 jadowitych węży, które dały dyla i stanowią zagrożenie dla lokalnej fauny i ludności.

Ten-Którego... [kierownik herpetarium] jest zatem na każdym moim obchodzie i podważa każdą diagnozę, opinię tudzież ordynację leków.
No pojąć nie mogę, dlaczego!

— Nie je od kilku dni — zagaiła Aga.
— Nooo... — mruknęła Patrycja, dogłębnie badając żółwia oczyma przez ową szybę.
— Zdechnie, jak nie zacznie jeść.
— Nooo...
— Sama też bym przestała żreć i zdechła, gdybym miała pływać w takich zlewkach.
— No? — Pani doktor nagle się ożywiła. Każde światełko w tunelu, które rozjaśniłoby pomroczność jej umysłu, było cenne i pożądane. Każda wskazówka mogła poprowadzić do zwycięstwa. — Co masz na myśli, mówiąc „zlewki"?
— To żółwie akwarium jest strasznie duże, jak widzisz. Wymiana wody na czystą, dosalanie jej, odpienianie i tak dalej kosztowałoby majątek, więc przy okazji wymiany w akwariach morskich, zlewamy ją z tamtych akwariów do karetty, a w nich wymieniamy na nową. I mamy połowę kosztów z głowy.
— A żółw karettuje w zlewkach i właśnie ogłosił strajk głodowy — podsumowała Patrycja.
— Nooo...
*bezradnie wali łbem w blat*
Zoo, które dopuszcza się takich zaniedbań, w trymiga wypełniłoby się obrońcami zwierząt, dziennikarzami Polsatu i inspektorami weterynaryjnymi, a głównym hashtagiem na ich fanpejdżu byłby #tematdlauwagi. Oczywiście, akcja się dzieje w czasach prefacebookowych, ale i bez mediów społecznościowych taki ogród zoologiczny nie postałby długo. Ale to jeszcze nic... patrzcie na reakcję Wielkiej i Najmądrzejszej na Świecie Pani Doktor.

Ha! Miałam rozpoznanie: zatrucie czymśtam (żeby ładnie wyglądało nagryzmoliłam coś po łacinie, tylko nieczytelnie).
A lekarz weterynarii, który obejmie stanowisko po tym, jak tą debilkę w końcu wyleją, zajrzy do księgi leczenia i zobaczy diagnozę: „ciężkie zatrucie stabat mater dolorosa”...
Więc tak: nie wie, czy zwierzę faktycznie się czymś zatruło, dowiedziała się tylko, że pływa w zlewkach z innych akwariów. Nie zrobiła żadnych badań, tylko popatrzyła na niego przez szybkę. Mimo to, wpisała w księdze leczenia, że przyczyną jest zatrucie, ale ponieważ nie wiedziała czym, wpisała bzdury po łacinie, bo przecież to wieś, tu ludzie głupi, łaciny nie znają, nikt się nie jorgnie!

W zaleceniach dla gadziarni wpisałam: wymieniać wodę na CZYSTĄ (tu podwójne podkreślenie).
I zaczęło się piekło.
Najpierw wezwał mnie na dywanik Ten-Którego-Nikt-Nie-Lubi, by zapytać, czy wiem, co piszę, na jakie koszty narażam jego dział, i czy rzeczywiście zbadałam pacjenta na tyle dokładnie, by ordynować takie zalecenia.
O ile złość kierownika o podniesienie kosztów przez – zgrozo! – zapewnienie zwierzęciu PRAWIDŁOWYCH i niezagrażających jego zdrowiu warunków do życia jest faktycznie głupia, o tyle oskarżanie Patrysi o brak jakichkolwiek badań – jest bardzo, ale to bardzo uzasadnione... Kto wie, może zna łacinę?

koszty mnie nie interesują, tylko zdrowie powierzonych mi zwierząt, a pacjenta zbadałam dokładnie, naocznie i przez szybę.

I środki finansowe na odsalanie, czy tam dosalanie, zostały skądś wytrzaśnięte.
A Patrysia-kretynka nigdy się nie zainteresowała, czy gatunek, który leczy, jest słodko- czy słonowodny...

Dziewczyna, wyglądająca raczej na uczennicę liceum niż panią doktor, nucąc miłym dla ucha, dźwięcznym głosem Ląly, aj mister ląly, mydliła... krowę. Dżersejka, znana w całej okolicy z podłego charakteru, stała nad podziw spokojnie, wsłuchana — tak jak teraz i on — w aj hew nołbady ooł majn oooooołn. Dookoła unosił się zapach truskawkowej piany.
Używanie ludzkich szamponów – zwłaszcza takich mocno zapachowych i z innymi udziwnieniami – dla zwierząt może się skończyć łojotokiem, infekcjami skóry, alergią, swędzeniem...

Sięgnęła po różową butelkę. Ręka trafiła na nicość. Krowa zaś spojrzała na właścicielkę wielkimi zdziwionymi oczyma. Z nozdrza zwierzęcia uniosła się banka mydlana. A potem druga.
— Wiedźmo, jesteś debilką — oznajmiła uroczyście Patrycja.
Słodka na pierwszy rzut oka dżersejka okazała się upiorem, z satysfakcją pożerającym wszystko, co niejadalne (telefon komórkowy: sztuk 2; trzepaczka druciana: pół sztuki — sama rączka; kalosze: sztuk 3 — jak na razie; sznur do bielizny: 3 metry + spinacze: ilość nieodgadniona).
I jaka była reakcja Patrysi na to wszystko? Widzieliśmy tylko scenkę zjedzenia telefonu, pani doktor nie zareagowała WCALE. Od tamtej pory krowa zeżarła wszystko powyższe, ale nie dowiadujemy się, czy nastąpiły próby wydobycia z jej wnętrzności tych skarbów. Choćby DRUCIANEJ TRZEPACZKI, która może krowie poprzebijać narządy wewnętrzne!!!

Patrycja pobiegła do kuchni, sięgnęła na półkę z lekami po jakiś odpieniacz
Jakiś odpieniacz. Bo krowa puszcza bąbelki nosem, więc dostanie „jakiś odpieniacz”, no logiczne przecież, no.
Z opisu wynika, że krowa wchłonęła całą butelkę szamponu. Grozi jej zatem zatkanie przewodu pokarmowego, plastikowa butelka jest spora i soki żołądkowe sobie z nią nie poradzą (jeśli butelka w ogóle do nich dotrze, a nie zatrzyma się w połowie przełyku). Nie wspominając o samym szamponie. Wygooglałam skład losowego szamponu truskawkowego dla dzieci (takiego użyła Patrysia):
– dietanoloamid, silne działanie alergenne, niebezpieczny dla kobiet w ciąży,
– kokamidopropylobetaina, może przesuszać skórę wrażliwą,
– lecytyna, zagęstnik,
– substancje zapachowe, alergenne, mogą być silnie drażniące i toksyczne,
– bronopol, substancja silnie uczulająca, może uwalniać formaldehyd, przez co działać toksycznie i rakotwórczo, nie jest zalecany w kosmetykach dla dzieci (no popatrzcie, a w takim właśnie się znajduje!), niebezpieczny dla kobiet w ciąży,
– alkohol lanolinowy, uczulający,
– kwas cytrynowy, drażniący.
Oczywiście, stężenie wszystkich powyższych składników jest bezpieczne dla ludzi przy stosowaniu na skórę... ale obawiam się, że zwierzę, które wydudliło całą butelkę szamponu, mogłoby dostać co najmniej niezłej sraki, o innych konsekwencjach (np wzdęciu żwacza, dość niebezpiecznym zjawisku) nie wspominając.

Ale zaraz wzięła się w garść i dzielnie pozwoliła się wsadzić bokiem na grzbiet Ofira. Łukasz usiadł za dziewczyną objął ją w pasie i mocno przycisnął do siebie. Cmoknął na zwierzę, a ono ruszyło żwawym stępem.
Dwóch dorosłych ludzi na koniu rasy arabskiej. Araby to raczej filigranowe konie, góra 155cm w kłębie, wykorzystywane głównie w skokach, ujeżdżeniu, wyścigach... Wsadzenie na takiego dwóch dorosłych osób, z czego jedna to rosły, dobrze umięśniony facet, i zmuszanie go do jazdy w terenie, podchodzi pod znęcanie się nad zwierzętami.
[EDIT] O użytkowym wykorzystaniu arabów przepisałam na szybko info z wiki i nie zagłębiałam się w temat, ale jedna z Czytelniczek zwróciła uwagę na fakt, że do skoków i ujeżdżenia to jednak nie bardzo. ;) #kajamsię






I to na razie tyle. Miałam plan rozprawić się z całą książką na raz, ale okazało się, że debilizmów jest tu więcej, niż mi się wydawało i raz, że anal robi się za długi, dwa: od takiego stężenia głupoty trzeba odpocząć. Ciąg dalszy zapewne w przyszłym tygodniu. Stay tuned!