piątek, 19 października 2018

...

Niestety, nie mogę znaleźć autora.

Tak z grubsza.

Od dwóch miesięcy nieustannie czekam. Pocieszam się rzeczami, na które też muszę czekać. Dlaczego ja to sobie robię?

Spoko, przejdzie mi, zawsze przechodzi. To jest w sumie najgorsze, że kiedy zaczyna mi się epizod depresyjny, nawet bardzo silny, to wciąż potrafię myśleć racjonalnie, wiem, że to minie, że nie mogę podejmować decyzji, których mogłabym żałować (albo już nigdy niczego nie żałować), że znam siebie, znam przyczyny tego stanu, znam powody, które ten stan pogarszają, wiem, że pracuję nad sobą... ale to zmienia tego stanu. Po prostu nie. Dopóki sam nie minie. W mniejszym lub większym stopniu wspomagany lekami.

Nie jest fajnie.

środa, 19 września 2018

Plany

Wysłałam powieść do dziewięciu wydawnictw. Jedno już odpisało, że dziękują, ale nie, czego i tak się po nich spodziewałam, więc no hard feelings. Czego się za to NIE spodziewałam, to że na widok tego maila, wciąż nieotwartego... dostanę totalnego ataku paniki. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Momentalne uderzenie gorąca, ból brzucha i kłucie w sercu, trzęsawka jakbym już umierała na Parkinsona, niekontrolowany płacz. Dwubiegunówka dwubiegunówką, ale tu się zadziałało coś nowego i chyba nie muszę mówić, jak bardzo mnie to wystraszyło. Więc tak będzie za każdym razem? W obliczu czegoś takiego, może to faktycznie lepiej, że większość zastrzega, że brak odpowiedzi oznacza odmowę.

*wzdech* No, ale dobra, wszyscy mi mówią, że powinnam o tym zapomnieć, nie myśleć, wyluzować. Oczywiście to jest absolutnie niemożliwe, bo choćbym napierdzielała cały dzień w Monster Hunter World, i tak cały czas myślę o tym i co kwadrans odświeżam pocztę, i schizuję, że a co jeśli trafi do spamu, jeśli nie dojdzie, jeśli przypadkiem wyrzucę itp. Staram się sobie poprawiać humor komiszami (mój portfel nie lubi tego, ale on nie ma nic do gadania), choć ostatni najwyraźniej zaginął na poczcie i dostarczył mi kolejnego źródła wkurwu i stresu. Jest taki PIĘKNY, a jebana poczta go ZGUBIŁA. Jeszcze nie minęło 14 dni roboczych, ale jeśli do tego czasu nie dojdzie, składam reklamację. Z doświadczenia wiem, że zwracają kwotę wartości przesyłki taką, jak im powiem, ale ku*wa mać, to nie zmieni faktu, że NIE MAM MOJEGO OBRAZU. DLA KTÓREGO JUŻ MAM MIEJSCE NA ŚCIANIE. Normalnie pojadę do tego Poznania (gdzie został nadany) i im wydrę go z gardła, a jeśli i tam go nie będzie, to chyba bombę podłożę.



Czy wy to widzicie? Czy wy to, kurde, widzicie?! Jak oni mogli mi to zgubić?! #bojkotowaćjebanąPocztęPolską #wyższośćdigitalinadtraditionalami

W sumie chciałam się wstrzymać z tą notką, by pokazać jeszcze trzy inne komisze - na których będzie Ilya, czyli żona Tagarda, a także Tagard-san i ChibiTag, ale cholera wie, kiedy wszystko będzie gotowe i do mnie dojdzie, a ja jestem cholernie niecierpliwa i chcę już napisać tę notkę, więc ten, no, trudno.

*wzdech po raz wtóry* No, ale w ogóle nie o tym chciałam pisać. To miała być notka dla odwrócenia uwagi od tego całego syfu, a wyszło jak zwykle, brawo ja. Chciałam napisać to i owo o innych planach pisarskich, jakie mam. Oczywiście, cały czas realizuję plan co najmniej jednej strony dziennie drugiego tomu „Boga Maszyny”, czyli „Kalekiej Bogini”, ale oprócz tego obmyślam szczegóły i zapisuję fragmenty tego, co mi przyjdzie do głowy. Wolę nie zaczynać pisać regularnie innych powieści, bo wtedy to już chyba w ogóle oszaleję i trzeba mnie będzie zamknąć w psychiatryku. Zatem plany są takie, kolejność przypadkowa, tytuły robocze.

1) „Dukt i Runa”, powieść wodnikowowzgórzowa, którą od zawsze chciałam napisać, ale nie miałam pomysłu na bohaterów, setting i w ogóle historię. Będzie opowiadać o zającu i wilczycy, która oszalała z rozpaczy po stracie szczeniąt i zmusza zająca do pomocy w odnalezieniu ich. Rzecz się dzieje w świecie postapo, w którym ludzie wymarli, prawdopodobnie na skutek epidemii, ale to jeszcze jest do ustalenia. Będzie naturalistycznie, ponuro i potwornie smutno. Mam już w głowie kilka scen, do napisania których aż mnie ręce świerzbią.

2) „Kroniki Mistrza Chaosu”, czyli rozwinięcie w powieść opka „Czarnoksiężnik, który mówił Ny”, które możecie przeczytać w moim pożalsięboże zbiorze opowiadań, do pobrania w menu po prawej. W skrócie: utrzymana w luźnym tonie opowieść o czarnoksiężniku, Mistrzu Iluzji, który źle przywołał demona i ten przeklął go w taki sposób, że niezależnie od rzucanego czaru, efekty są całkowicie losowe, od różowego deszczyku po przywołanie tytana wielkości łańcucha górskiego. Początkowo miał to być zbiór opowiadań, które już zaczęłam pisać, mam ich cztery i piąte napoczęte, ale doszłam do wniosku, że zbiory opowiadań ssą i trzeba się za to wziąć na poważnie. Trochę się obawiam, czy nie wyjdzie z tego standardowy gniot rodem z Fabryki Słów, bo pisałam to ładnych parę lat temu i lektura tego dzisiaj przyniosła mi właśnie takie skojarzenia, ale spoko, JA tu rządzę i to ogarnę.

3) MMO Project, coś, do czego zainspirowały mnie te wszystkie opowieści o bohaterach żyjących/uwięzionych w świecie gier MMO. Strasznie drażni mnie identyczna klisza: że bohater jest przegrywem w realu, a w grze bogiem i generalnie merysujką. Zamierzam odwrócić ten schemat: bohaterka będzie graua w gre VR, która jest BEZNADZIEJNA. Nudna, pozbawiona fabuły, trudniejsza od Dark Soulsów i Cat Mario razem wziętych, z kilkoma instancjami na krzyż, które trzeba robić po milion razy, z tragicznym systemem walki, levelowania i czym tylko, pay to win, z idiotycznymi żeńskimi zbrojami pokroju płytówki na szpilkach... ale uprze się, że musi grać, bo w grę wchodzi turniej, na wygranie w którym jej bardzo zależy, do tego stopnia, że zawala studia, zawala kontakty towarzyskie, zawala generalnie całe życie i równolegle rozgrywają się dwie dramy: w grze i w realu właśnie. Muszę jeszcze dopracować szczegóły tej sprawy. Mam z tym jeszcze jeden dość istotny problem: jakiego języka używać, czy nie bać się żargonu graczy i bluzgów, co będzie naturalne, a na co przychylniej patrzyłby wydawca.

4) Magical Girl Project, na razie bardziej w formie marzenia niż faktycznych planów. Chciałabym napisać coś o magical girls w poważnym tonie, jak Madoka, Magical Girl Raising Project czy Magical Girl Site. Na razie nie mam sensownych pomysłów na ten temat.

5) Fantasy Vet Project, czyli opowieść o weterynarzu od magicznych stworzeń. Tak, wiem, „Dziewiąty Mag” jest o tym, tylko że, pardon my French, „Dziewiąty Mag” jest chu*owym gniotem. Na razie pewna jest jedna rzecz: że bohaterką będzie kobieta. Nad całą resztą wciąż myślę i żadnego pomysłu nie jestem pewna, a największy problem sprawia mi setting. Nie chciałabym osadzać tego w jakiejś sztampowej krainie fantasy, czasy pseudowiktoriańskie zalatywałyby trochę „Historią naturalną smoków” (która, swoją drogą, bardzo mnie rozczarowała). Nie chcę osadzać tego w naszym świecie, bo nie lubię alternatywnej historii w rodzaju „czasy napoleońskie, tylko ze smokami” (cykl Naomi Novik też trochę rozczarował i w zasadzie smoki były jedynym plusem, a na „Językach węży” zwyczajnie umarłam z nudów). Cóż, generalnie jest to projekt, który bardzo chcę napisać i równie bardzo nie mam na niego (jeszcze) sensownego pomysłu. Ale intensywnie myślę.

Póki co, to wszystkie plany. Gdyby udało mi się zrealizować wszystkie (i przez „zrealizować” mam na myśli „wydać”), byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

A teraz proszę trzymać kciuki, powoli mija pierwszy miesiąc od zaspamowania wydawnictw i mój pierdolec przybiera na sile, bo jeszcze trzy do ośmiu, zanim mogę mieć jakąkolwiek nadzieję na odpowiedź.

niedziela, 22 lipca 2018

Hm

Skończyłam pisać powieść, jakby się kto pytał. Już z miesiąc temu. Teraz robię jej już trzecią falę poprawek, w tym całkowite zmiany odnośnie niektórych scen czy kolejności wydarzeń. Fora i grupy dla wannabe pisarzy pełne są wpisów o tym, jak to nikt nie lubi poprawiać swoich dzieł, bo to tak, jakby bić własne dziecko, to straszne, męczące, okropne i tego typu bzdety. W moim przypadku okazało się, że to uwielbiam. Nie dość, że robię ten tekst lepszym, kierując się opiniami innych, to jeszcze mogę się nad nim znęcać bez najmniejszych skrupułów względem autora, bo nikt nie ma w dupie moich uczuć bardziej niż ja. ❤

Hm, no i w sumie... tyle. W zasadzie to nie, nie tyle, ale sama nie wiem, czy powinnam tu o tym pisać. Ograniczmy się do tego, że strasznie chciałabym, by udało się to wydać (w NORMALNYM wydawnictwie) i boję się, co będzie, jeśli nikt nie zechce tego zrobić. Załączył mi się taki trochę syndrom Glorii Tesch czy tam innej aŁtoreczki i marzę o tym wszystkim, co mogłoby się wiązać z wydaniem. No, może bez theme parku. I filmu, nie przesadzajmy z filmem. Choć byłoby super. Ale bądźmy realistami. W każdym razie... ech, szlag by to wszystko trafił.

Już wiem, co to znaczy zżyć się ze swoją opowieścią, z jej bohaterami. To jednocześnie piękne i straszne. Nawet nie wiem, jak to opisać, by nie zabrzmieć jak jakaś pretensjonalna, nawiedzona aŁtorkasia. Włożyłam w tę powieść całe serce, więcej niż sądziłam na początku, że włożę. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek napiszę coś takiego, szczerze wątpię. Ci bohaterowie... ech, nie wiem, nie potrafię tego opisać. Kocham ich... i chciałabym, by inni też pokochali. Jeśli mi się to nie uda, to chyba mi serce pęknie, bo to będzie oznaczać, że dałam dupy jako bard, którym całe życie chciałam być.

Mam wrażenie, że tak bardzo rzygam moim entuzjazmem względem tej powieści, że poodstraszałam ludzi, nawet tych, którzy z początku reagowali pozytywnie. W sumie zrozumiałe, bo i kogo to obchodzi, ale wciąż trochę... przykre.

Ech.

Zamówiłam kolejnego komisza, u Allantiee. Wyczaiłam ją na Pyrkonie i z miejsca pomyślałam: O BORZE TUCHOLSKI, PRAGNĘ. Jak to ja, bałam się zagadać i przemogłam się dopiero na ostatnią chwilę. Ale może nawet lepiej wyszło, komisz na Pyrce byłby robiony na szybko, a tak to będzie dopracowany i idealny. Nie mogę się doczekać.

Postanowiłam zrobić cosplay Tagarda, głównego bohatera znaczy. W wersji gender swap, bo nie chce mi się bawić w ukrywanie cycków, lol. Jest już gotowy w 99%, muszę w zasadzie jeszcze tylko zdecydować, czy bawić się w peruki (jedna wygląda **ujowo, druga całkiem-całkiem, trzecia utknęła w Chinach), czy olać to i być platynowym Tagiem (a właśnie, ufarbowałam się na biało jako ta Siostra Bitwy, yasss). W sumie trochę szkoda, by ten kostium się marnował w szafie przez 360 dni w roku, w których nie będę na konwentach (nie mówiąc o tym, ile hajsu wywaliłam na frak... i całą resztę w sumie), więc zastanawiam się nieśmiało: a może by tak jakiś LARP...? Jest tylko jeden problem: już od ładnych pięciu lat zabieram się do larpowania jak pies do jeża i wciąż się boję. Okej, sesji RPG też też się bałam, a teraz to kocham i wymiatam w odgrywie postaci, ale TO JEST CO INNEGO. To jest jak AKTORSTWO. I to na dokładkę IMPROWIZOWANE. I wokół jest PEŁNO LUDZI, którzy PACZĄ. Innymi słowy: jeden wielki STRES. Więęęc pewnie nic z tego nie wyjdzie. No cóż.

No to tak to wygląda bez peruki. Pies not included.

Zobaczyłam te pierścienie na Pyrkonie
i wykupiłam wszystkie, lol.

A tak jeszcze z innej beczki... Zrobiłam sobie trzy microdermale na klacie. Jestem cyborgiem. ❤❤❤

Tłuste kłaki, dermale i wredne wampiry,
aka sajmiri wiewiórcze. Nie dajcie się
zwieść ich uroczemu wyglądowi...

No, to tyle w sumie.