niedziela, 25 grudnia 2011

Kradzieje pomysłów

To doprawdy frustrujące. Naprawdę, czasem człowieka może trafić szlag. Oj, zaraz, ale dzisiaj Boże Narodzenie, a ja zaczynam tak ni przypiął, ni przyłatał. 


Z wielu moich wad jedną z upierdliwszych jest brak zdolności komunikacyjnych na poziomie rozmowy face to face, ze szczególnym uwzględnieniem składania życzeń. Cóż... Życzę Wam miłego odpoczynku od nudnej, szarej rzeczywistości, fantastycznych pomysłów i spełnienia najdzikszych marzeń! (Tak, ja też nie dostałam pod choinkę smoczego jaja...)

Formalności za nami, wracamy do meritum. No więc: bardzo was nie lubię, przebrzydli kradzieje pomysłów!

Imaginujcie sobie: jesteś młodym człowiekiem pełnym planów na przyszłość (tia...) i idealistycznych marzeń. Największe z nich: chcesz zostać pisarzem. Płynnie wysławiałeś się w wieku 2 lat, pół roku później zacząłeś stawiać pierwsze literki, jeszcze przed pójściem do zerówki smarowałeś całe tomy komiksów o przygodach antropomorficznej Kotki (jej, byłam utajonym furry i nawet o tym nie wiedziałam), lat mając 7 zaczynasz pasjami pisać opowiadania o zwierzątkach i skrupulatnie umieszczasz je w kartoniku z napisem „Samodzielne ksiąrzki”, dalej toczy się lawinowo i po 13 latach masz na koncie ponad 1000 stron tzw. „wprawek”, w tym dwie pożałowania godne powieści (których z sentymentu nie pozbędę się nigdy). Myślisz, że możesz startować do różnych wydawnictw - nie udaje się, masz depresję cyklicznie co miesiąc, ale się nie poddajesz. Wpadasz na wiele ciekawych pomysłów... i nagle zdajesz sobie sprawę, że ktoś ci je perfidnie kradnie!

Najgorsze jest to, że nawet nie można tego nazwać prawdziwą kradzieżą ani plagiatem - bo zwyczajnie nikt o twoich pomysłach nie wiedział, bo i nie miał prawa wiedzieć - nikomu ich nigdy nie zdradziłeś albo „złodziej” zwyczajnie nie miał jak się dowiedzieć, że ty wcześniej wpadłeś na ten sam lub podobny pomysł. No i teraz nie możesz już wykorzystać swojego pomysłu, bo to ciebie nazwą plagiatorem i złodziejem. I gdzie sprawiedliwość? Ni mo!

Według mnie gadanie o tym, że „wszystko zostało już napisane” i nie da się już napisać niczego nowego wynika tylko z potwornego lenistwa wyobraźni lub jej braku. Nie chcę tu jednocześnie udowadniać, że akurat ja mam superoryginalne pomysły, bo zapewne gówno prawda, ale przynajmniej się staram i nie spoczywam na laurach, wmawiając sobie bardzo wygodnie, że po prostu nie da się napisać nic nowatorskiego. Jak na kulturoznawcę-literaturoznawcę jestem raczej mało oczytana (na BiblioNetce ledwie 334 oceny książek, buhuhu, dlaczego ja tak powoli czytam?), więc może nie potrafiłabym dokładnie ocenić, na ile dane motywy są wyeksploatowane, ale czy to znaczy, że oklepanym motywom nie można dać oryginalnej otoczki? Taki na przykład „Z Mgły Zrodzony”- fabularnie nic nadzwyczajnego, ale system Allomancji zamiast ciągle tych samych czarów-marów... bomba! To jest właśnie coś nowego. Nie do wszystkich pisarzy chyba dociera ta idea, z uwagi na to, jak bombardują nas nie tyle utartymi schematami, co identycznymi gadżetami: kule ognia, zaklęte miecze, średniowieczny bestiariusz... Co w tym oryginalnego? Sama lektura może zacząć być ciekawa dzięki sposobowi, w jaki została napisana, ale nowatorskości z pewnością nie można by jej zarzucić.

W sumie to chyba odeszłam od tematu... Tak się kończy lanie wody. Nie umiem się porządnie rozpisać na jeden temat, ZAWSZE moje myśli powędrują w zupełnie innym kierunku. Sorry.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Realia kontra ja

Okej, na spokojnie, bez emocji. 

Podsumowując wzorce podsuwane przez media (głównie media), aprobowane przez rodzinę i ogólnie akceptowane społecznie, tworzy się pewien obraz kobiety w dzisiejszych czasach doskonałej. Po drugiej stronie barykady stoję sobie taka ja. Patrzę, widzę, ino nie dowierzam. Bo według tych standardów powinnam być dokładnie taka:


A więc powinnam być: żyjącą w świecie mody kobietą sukcesu o figurze seksbomby, uwielbiającą zakupy ze stadem przyjaciółek i wyzwoloną erotycznie nimfomanką, która owija sobie hordy facetów wokół palca. Pomijając fakt, że wiele tych stereotypów się wzajemnie wyklucza, mam tylko jedno pytanie. 


W moim otoczeniu wygląda to tak: jak nie zdasz studiów, to nie masz przyszłości. Jak nie pracujesz w zawodzie, to jesteś nikim. I jak ja mam tu teraz powiedzieć, że nie czuję się na siłach kończyć studia i że niezależnie od wykształcenia nie przeżyję całego życia na jednym i tym samym stanowisku? Bo to prawda (to drugie), dzisiaj to sobie uświadomiłam. Jestem stała w uczuciach tylko w związku, wszystko inne prędzej czy później mi się znudzi i zapragnę czegoś innego. Nie będę mieć tej samej pracy przez pół wieku i to jest fakt, bo zwyczajnie nie wytrzymam. I nie przeszkadza mi to. Naprawdę. Nie chcę całego życia spędzić w jednym miejscu. Jasne, ciężko znaleźć nową, zadowalającą posadę, może trafi mi się taka praca, że nie będę chciała jej rzucać, ale to wszystko tylko gdybanie. Jak się zatem wpisuję w stereotyp kobiety sukcesu? W ogóle.

Kwestia kolejna, krótko i na temat. W dupie mam modę. Ubieram się w co chcę i jak chcę, i żaden zniewieściały stylista nie będzie mi wmawiał, co się powinno nosić, a czego nie. Od łażenia po sklepach głowa mnie boli i nie mam bandy przyjaciółek do plotkowania przy filiżance obrzydliwego napoju za 20zł (serio, nie kupujcie gorącej czekolady w Coffe Heaven, kompletna strata pieniędzy). To nie dla mnie.

Next. Dlaczego kobieta seksowna to tylko taka, która na co dzień wygląda wyzywająco? Nie odbiegam zasadniczo od tego typu kobiety, która lubi ładnie wyglądać, ale dlaczego ładnie musi się równać: jak ostatnia suka z dzielnicy czerwonych latarni? Pończochy to dla mnie element bielizny stricte erotyczny, taki, którego NIE pokazuje się na ulicy, dekolt nie musi zasłaniać tylko sutków, a stringi wystające znad spodni to zwyczajna wiocha. Dla mojego chłopaka mogę i chcę wyglądać seksownie, ale w domu, w pociągu i na uczelni... nie, to mi nie pasuje. Nie lubię, kiedy obcy faceci gwiżdżą i rzucają uwagi na mój temat, nie odbieram tego jako komplement, szczególnie kiedy ograniczają się tylko do „niezła dupa” i „wyruchałbym”. Nie jestem obiektem do „ruchania” i STANOWCZO nie podoba mi się postrzeganie mnie jako taki. 

Ostatnia sprawa: kobieta wyzwolona seksualnie. Kolejne „NIE” na mojej liście. Lubię seks. Naprawdę bardzo lubię seks. Różne sposoby i wszystkie pozycje. W tych sprawach nie jestem typem grzecznej dziewczynki z rączkami skromnie splecionymi na kolankach. Ale czy to musi oznaczać, że chcę to robić z każdym, im więcej tym lepiej, żeby było się czym pochwalić przed moimi równie „wyzwolonymi” koleżankami? Filmy wrzeszczą radośnie: TAAAK! a znajome w liceum wytrzeszczały oczy na wieść, że w tym wieku JESZCZE byłam dziewicą. Ja mówię o liceum, a wiem, że teraz w gimnazjum być dziewicą to obciach. O tempora, o mores. 

Na dobrą sprawę ta notka jest wyjaśnieniem, dlaczego nie lubię „Seksu w wielkim mieście”, a „Gotowe na wszystko” to dla mnie najbardziej kretyński serial, jaki w życiu widziałam. Gdyby nie fakt, że... nie wiedzieć czemu, przejmuję się tym wszystkim jak głupia.

Ale zmilczę. Miało być bez emocji, a już czuję, jak znowu we mnie wzbierają te negatywne.

niedziela, 20 listopada 2011

Nieżycie

We built a tower of stone
With our flesh and bone
Just to see him fly
But don't know why
Now where do we go?
Stargazer „Rainbow”

Co tydzień, w każdą niedzielę wieczorem tak samo nie dowierzam, że jutro już poniedziałek i od nowa zacznie się uczelniana rutyna. Niby jestem WRESZCIE na kierunku, który mi się podoba, mam zajęcia, które lubię i nie muszę uczyć się dupereli tak astronomicznych, że zęby bolą (R.I.P. język starocerkiewnosłowiański). Ale wciąż dręczy mnie ta pieprzona niepewność: czy to aby na pewno to? Czy odnajdę się po tych studiach? Będę wiedzieć to, co chciałam wiedzieć? Będę pracować tam, gdzie chcę pracować? Na to ostatnie pytanie najbardziej nie da się odpowiedzieć, bo już nawet nie wiem, gdzie chcę pracować. Ludzie wokół nie pomagają. Gdy mówię im, że studiuję kulturoznawstwo, pierwsze, co słyszę, to: „A co po tym będziesz robić?” Och, no cóż, prawdopodobnie polować na mamuty. 

Jest jeszcze jedna sprawa, dość prozaiczna. Mnie się już zwyczajnie nie chce uczyć. Zaczęłam mieć dość w gimnazjum, wraz z pierwszymi bezsensownymi przedmiotami, w liceum rzygałam nauką, maturę zdawałam bardziej na intuicję niż wiedzę, a teraz... teraz to ja chciałabym już coś faktycznie ROBIĆ. I to nie charytatywnie. Mam 20 lat i swoje potrzeby, o sfinansowanie których nie wypada lub nie chcę prosić rodziców... u których wciąż mieszkam. Szukam dorywczej pracy, ale od dwóch miesięcy nic z tego nie wychodzi, jak zwykle. Tak więc własne pieniądze mam okazyjnie, trochę na urodziny, trochę na Boże Narodzenie. A moja wewnętrzna disneyowska księżniczka śpiewa: więcej chcę! I dotyczy to nie tylko pieniędzy.

Where is your star?
Is it far, is it far, is it far?
When do we leave?
I believe, yes, I believe
Stargazer „Rainbow”

Chciałabym móc zrobić coś po prostu. Po prostu znaleźć ciekawą pracę. Po prostu spakować walizki i wyjechać. Po prostu zamieszkać z moim chłopakiem. Po prostu zwiedzić świat. Po prostu... żyć tak, jak chciałabym żyć. Obecnie to całe życie mam wrażenie, że wszyscy wszystko mogą, tylko mnie z jakiegoś powodu nie wolno. Jakby wolnej woli starczało mi tylko do zdecydowania, co zrobić z rzeczy, które mam pozwolenie zrobić, ze szczególnym uwzględnieniem tego, co muszę. Czasem zastanawiam, jak by to było, zachować się jak Christopher McCandless, zostawić cały swój dobytek za sobą, ruszyć w świat i - tak jakby - zacząć żyć od nowa. Choć wolałabym zamieszkać z ukochanym, zarabiać na pisaniu, jeść wszystko, na co tylko przyjdzie nam ochota (a nie to, co podadzą rodzice z nakazem zjedzenia wszystkiego), mieć dużo zwierzaków i kochać się całymi dniami. Jasne... dream on. 

Ta stagnacja doprowadza mnie do szału. Boję się, że kiedyś te wszystkie tłumione emocje we mnie wybuchną i rozwalę cały dom jak zepsuty bojler, w którym zbyt długo gromadziło się ciśnienie. Przez tyle lat wciąż to samo, ciągle niesamodzielna, uzależniona od wszystkiego i wszystkich... Mam już tego dość. CHCĘ. ZACZĄĆ. ŻYĆ. 

niedziela, 13 listopada 2011

Fantastyczna parada

Mili Państwo, dziś odcinek nietypowy, bo łamiący pierwszą zasadę moralności, którą od wczesnego dzieciństwa wpajali nam rodzice: nie sądź książki po okładce. Otóż zamierzam sądzić nie tyle książki, co ich okładki, skupiając się na literaturze fantasy. Nie ma co ukrywać, że jednym z czynników skłaniających do zakupu danej lektury jest właśnie okładka - nie na pierwszym ani nawet nie na drugim miejscu, ale zbadanie tego wpływu mogłoby być ciekawym tematem pracy magisterskiej. Sama należę do osób, które lubią się otaczać pięknymi rzeczami, a książki nie stanowią tu wyjątku; jestem uzależniona od kupowania książek (a potem nie mam ich kiedy przeczytać, bo czytam dość powoli...), a im ładniej się prezentują na półce, tym lepiej. Miałam sporządzić w celu dzisiejszej notki toplistę, ale szybko doszłam do wniosku, że po prostu nie byłabym w stanie poukładać wybranych przeze mnie okładek w ponumerowanej kolejności od najładniejszej do najbrzydszej, bo podobają mi się wszystkie. Tak więc przedstawiam... listę. Po prostu

LISTĘ NAJPIĘKNIEJSZYCH OKŁADEK FANTASY
W KOLEJNOŚCI PRZYPADKOWEJ

Adrian Tchaikovsky, cykl „Cienie pojętnych”
Jeszcze nie miałam okazji zapoznać się z tą serią osobiście, ale znając mojego chłopaka, długo nie potrwa, nim da mi wszystkie tomy z rozkazem „MASZ TO PRZECZYTAĆ”. Nie wiem nic poza tym, że rzecz się tyczy jakichś owadoludzi, ale okładki prezentują się co najmniej intrygująco. Są klimatyczne, utrzymane w jednolitym stylu, bez drastycznych zmian. Tom pierwszy („Imperium czerni i złota”) wygląda najgorzej, co jest zapewne winą tego, że - no cóż - wyszedł jako pierwszy i ilustracja nie została odpowiednio dopieszczona, jak na przykład „Ścieżka skarabeusza”, moja ulubiona z tej szóstki. Wybija się także tom zerowy, „Pancerni”; to może być już bardziej zrozumiałe, choć i tak irytujący jest fakt, że twarz tej postaci jest już nagle doskonale oświetlona, w przeciwieństwie do wszystkich innych.

Andrzej Pilipiuk, cykl „Kuzynki”
Zwykle dział z polską fantastyką omijam wzrokiem, kręcąc głową w zniesmaczeniu spowodowanym kompletnym brakiem wyobraźni zarówno pisarzy jak i twórców okładek (wszystko jak jeden mąż tak samo mroczne i ponure). Ale gdy zobaczyłam najnowsze wydanie „Kuzynek”... szczęka na podłodze. Te okładki są wprost przepiękne. I wiecie, co jeszcze powiem? Że ten cykl na dobrą sprawę nie zasługuje na tak piękne wydanie. Czytałam „Księżniczkę”- nie jest ani tragiczna, ani genialna, jest po prostu nijaka. Czytasz i zapominasz, co przeczytałeś. Ale słowo daję, jak kiedyś nie będę miała co zrobić z pieniędzmi, kupię wszystkie trzy tomy tylko i wyłącznie dla okładek.

Anne McCaffrey, cykl „Jeźdźcy smoków z Pern”
Kolejny cykl, który sam w sobie nie jest zachwycający. Nawet jako miłośniczka smoków muszę powiedzieć, że byłby o wiele ciekawszy, gdyby z każdego tomu wyciąć 3/4 gadaniny o sprawach, które czytelnika obchodzą mniej niż zeszłoroczny śnieg, a zostawić same momenty, w których coś się faktycznie dzieje. Bo jak już się dzieje, to potrafię się nawet rozpłakać, jak nad śmiercią złotej smoczycy w jednym z początkowych tomów. Co zaś się tyczy okładek: nie wszystkie ilustracje są ładne („Śpiew smoków” jest tak szkaradny, że oczy bolą od patrzenia), ale seria w całości wygląda naprawdę przyzwoicie. Podoba mi się logo autorki i czcionka czytelna nawet w pomniejszeniu takim, jak podaję tutaj. Pierwszych pięć tomów już zdobi moją półkę, pozostałych trzynaście... czeka, aż będzie mnie na nie stać.

C.S. Lewis, cykl „Opowieści z Narnii”, wydanie Media Rodzina z 2005 r.
Narnia miała wiele wydań. Pierwsze jest szkaradne, najnowsze filmowe wciskające siedem części w jeden tom - zbyt nieporęczne i niemal pozbawione ilustracji. Czy TO wydanie ma ilustracje - nie wiem, gdyż mam, niestety, filmowe właśnie, ale kiedyś wymienię je na lepsze. Okładki wydania z roku 2005 są po prostu śliczne, tchnące całą narnijską magią. Lew Aslan pojawia się na każdej, choć w nienachalny sposób, co doskonale oddaje jego udział we wszystkich opisanych przygodach. Ze strony grafików był to zapewne zabieg bardziej stylistyczny niż metaforyczny, ale nawet jeśli wyszedł przypadkiem - efekt jest świetny.

Catherynne M. Valente, cykl „Opowieści sieroty”
W te dwie książki wyposażę się kiedyś na pewno, jako miłośniczka baśni. Okładki są subtelne, spokojne, idylliczne, a jednocześnie jest w nich - szczególnie w drugiej - obietnica jakiejś tajemnicy, którą warto odkryć. Przywodzą na myśl „Baśnie z tysiąca i jednej nocy” i przez wielu recenzentów cykl jest do nich porównywany. Czy słusznie - mam nadzieję się wkrótce przekonać.

Licia Troisi, cała twórczość
Naprawdę, patrzę na te okładki i jestem zachwycona. Ilustracje są piękne, zwłaszcza „Wojen Świata Wynurzonego” i „Dziedziczki smoka”. Można by się przyczepić, że w stylu są mainstreamowe, a czcionka Dark11 jest nadużywana w ostatnich latach, ale hej, nie jestem hipsterem, żeby nienawidzić tego całego tak zwanego mainstreamu z powodu samego faktu istnienia. Okładki są ładne i basta. Jedyne, co mi się w nich nie podoba, to wprost mikroskopijny rozmiar tytułów poszczególnych tomów. „Wojny świata wynurzonego”, ok, ale który tom i jak on się właściwie nazywa?! Trochę głupio opisywać książki „Kroniki świata wynurzonego... ta pomarańczowa”.

Naomi Novik, cykl „Temeraire”
Pierwszy tom już czeka na półce na swoich kolegów. Powieść sama w sobie ma pewne mankamenty, ale jednak wciągnęła mnie jak diabli, a skoro książka wciąga (i występują w niej smoki), dlaczego jej nie lubić? Tym bardziej, że okładki są bardzo przemyślane w swym wyglądzie. Tylko jedno mnie zastanawia... Dlaczego tom „Języki węży” został w Polsce wydany z wężami na okładce, podczas gdy oryginalnie były na nim - tak jak na wszystkich poprzednich - smoki? Rozumiałabym, gdyby w poprzednich tomach tytuły też odnosiły się do okładek, ale mimo że słowo „smok” pojawia się w tytule tylko pierwszego tomu, a smoki występują na wszystkich okładkach, to, no cóż, CZEGOŚ TU NIE ROZUMIEM. Tym bardziej, że węże wyraźnie różnią się stylem rysunku od smoków, choć na tej miniaturze nie widać tego dobrze.

Philip Pullman, cykl „Mroczne materie”
Tu dla odmiany seria dość nierówna. Pierwszy tom jest zachwycający, lecz po dwóch kolejnych okazuje się, że im więcej tajemnic zostaje odkrytych, tym gorzej. Ale by uniknąć spoilerów, skupmy się na kontemplacji samych okładek. Podobają mi się głównie z powodu występujących na nich zwierząt i ich hipnotyzujących spojrzeń. Te książki wręcz szepczą: „Przeczytaj mnie...” Choć według mnie byłoby lepiej, gdyby na każdej z nich była daimona (czyli dusza człowieka przybierająca postać zwierzęcia) - schemat psuje niedźwiedź polarny Iorek Byrnisson, a dopasowanie kolorystyczne to kiepskie wytłumaczenie, bo jakoś nie widziałam zbyt wielu zielonych kotów. 

Steven Brust, cykl „Vlad Taltos”
Jak na współczesne standardy, w których okładki muszą mieć odpowiednio dużo efektów błysku zrobionych w Photoshopie, okładki opowieści o Vladzie Taltosie to zapewne nic szczególnego. Mnie się jednak podobają z uwagi na ich prostotę i elegancję... a przynajmniej pierwsze trzy tomy, bo dwa kolejne nie są już takie zachwycające. Raz, że drastycznie zmienia się styl rysunku, dwa - mają zbyt kolorowe tła. Kurde, pierwsze tomy w ogóle nie mają tła, a potem nagle zaczynają mieć. To nie prezentuje się dobrze. A jednak mimo wszystko zamieściłam te okładki na mojej liście. Dziwny jest ten świat, jak by powiedział Niemen.

Glen Cook, cykl „Czarna Kompania”
Kolejna seria, którą znam tylko z widzenia i rekomendacji chłopaka - a to drugie oznacza, że prędzej czy później uda mi się z nią zapoznać. Zadziwiający jest fakt, że okładki strasznie mi się podobają, mimo tego, że są dość mroczne, a wprost nienawidzę nachalnie mrocznych okładek. Mają taką miłą różnicę w porównaniu do polskiej fantastyki, że coś na nich widać. Nie jest to niejednolita ciemna masa pełna powykręcanych członków i surrealistycznych paszczęk pełnych ostrych zębów, tylko dobrze widoczne postaci w dynamicznym, ciemnym - a dzięki temu klimatycznym - otoczeniu. Polscy ilustratorzy powinni brać przykład z tej serii.



Na dziś to już koniec. Zapewne za jakiś, dość długi czas (bo mnie się zwyczajnie mało co podoba) sporządzę kolejną listę najpiękniejszych okładek, ale w międzyczasie czuję się w obowiązku stworzyć jeszcze listę najgorszych okładek powieści fantasy. Łatwe to nie będzie, bo mam ochotę dokładnie opisać i wykpić niemal wszystkie z fantastyki polskiej, ale postaram się, by nie ograniczyło się to jeno do wylewania pomyj i skrytego żalu „Dlaczego wydają takie barachło, a mnie nie chcą”. Mam nadzieję, że jeśli komuś chciało się to czytać, bawił się równie dobrze jak ja, pisząc.

niedziela, 6 listopada 2011

Mad world

Notka bardzo spontaniczna i zapewne niewiele mniej chaotyczna. Pisząc posta na śmiechawkowym forum stwierdziłam, że w ostatnim czasie moje życie ogranicza się do czekania. Chwilę nad tym pomyślałam i doszłam do wniosku, że na dobrą sprawę całe moje życie ogranicza się do czekania. Czekania na dorosłość. Na skończenie szkoły jednej, drugiej, trzeciej.  Na wakacje. Na święta. Na pierwszą miłość. Na chłopaka. Na lepszego chłopaka. Na przyjazd ukochanego. Na tramwaj. Na pociąg. Na koniec zajęć. Na koniec studiów. Na czas dogodny do realizowania planów, marzeń. Czekam, czekam i czekam, i... i to się już naprawdę zrobiło nudne. Przerażająco nudne. 

Z jednej strony żałuję, że w prawdziwym życiu nie ma opcji ultra fast forward jak w Simsach. Z drugiej - nie wiem, czy byłby to taki dobry pomysł. Gdybym spróbowała przewinąć nudne fragmenty mojego życia, nagle by się okazało, że puf, już czas umierać. Nic się w nim nie dzieje, kompletnie nic, a gdy wpadam na entuzjastyczny pomysł urozmaicenia go, zaraz jest tłumiony przez reakcję otoczenia. Chcę sama sobie uszyć ubranie - No co ty, chyba nie zamierzasz chodzić w czymś takim. Chcę wziąć namiot, rozbić gdzieś w nad pobliską rzeczką mały obóz i pobyć tam przez kilka dni, by oderwać się od rzeczywistości - Odbiło ci, nie poradzisz sobie, no i co ty tam będziesz robić? Chcę sprzedawać ręcznie robione poduszki - Daj spokój, nikt tego nie kupi, zrób ty lepiej coś pożytecznego. I tak dalej, i tym podobne. Więc robię to, co inni: chodzę na studia, jem obiadki w domu i gram na komputerze simsami, których życie jest o wiele ciekawsze od mojego.


Sama przestaję wiedzieć, czego chcę i o czym marzę. Aż do klasy maturalnej zarzekałam się, że prędzej umrę niż dam się wrobić w robotę w biurze, gdzie siedziałabym po kilka godzin dziennie przykuta do biurka i przewalająca stosy gówno mnie obchodzącej makulatury. Obecnie studiuję kulturoznawstwo i najlepsza perspektywa dla mnie to praca w redakcji jako - najprędzej - korekta. Nie, żeby mi to nie odpowiadało, jestem cięta na byki, z mściwą satysfakcją wypatruję ich w każdej książce i dobrze mi to idzie, ale poniekąd czuję się, jakbym zdradzała własne ideały. O byciu pisarzem zwyczajnie nie mogę myśleć jako o przyszłej pracy, bo w Polsce się z tego nie wyżyje - o ile nie stanę się marketingową dziwką, produkującą masowo chłam kupowany przez miliony, a to by było jeszcze gorsze.

A może problem w tym, że za dużo o tym wszystkim myślę? Może po prostu powinnam zaakceptować to wszystko jako nieodzowne elementy codzienności? Na przystanku liczyć z nudów samochody, egzaminy zaliczać bo nie wypada nie zdać, jeść „zdrową” żywność, kupować rzeczy, których nie potrzebuję za pieniądze, których nie mam, by zaimponować ludziom, których nienawidzę (cytat z kogoś, nie pamiętam kogo)? Może to ma jakiś sens, ta błoga nieświadomość własnej miałkości i nijakości?


Ja tak po prostu nie potrafię. Nie mogę znieść myśli, że jestem tylko jedną z sześciu - prawie siedmiu - miliardów, elementem statystyki. Z jednej strony rozpiera mnie chęć wyróżnienia się, zostawienia po sobie czegoś więcej niż napisu na nagrobku, który i tak nie przetrwa stu lat. Z drugiej - chcę być szczęśliwa po prostu, w sposób, który mnie uszczęśliwia najbardziej, a nie taki, który jest powszechnie akceptowany przez społeczeństwo. A może równie dobrze jedno nie wyklucza drugiego, nie wiem. Tylko co ja właściwie uważam za elementy składające się na szczęście? Mąż, stadko dzieci i szczeniaczków? Nah. Kiedyś, jak jeszcze byłam w idiotycznym związku z człowiekiem, który najbardziej kochał siebie, bardzo chciałam mieć dziecko, bo myślałam, że przynajmniej ono by mnie darzyło bezinteresowną miłością. Teraz jestem z kimś innym... i niczego więcej mi nie potrzeba, a o dziecku myślę jak o intruzie. Więc co, all you  need is love, tatarara? Być może. Ale zwykle wtedy słyszy się teksty: „Łuu, ta to tylko o tym swoim facecie myśli, zero ambicji, uzależniona od niego, blebleble”, i nawet jeśli to nieprawda, to boli i żeby wszystkim udowodnić, że jest inaczej, zaczynam robić rzeczy, na które wcale nie mam ochoty. Kto wie, może gdyby nie presja otoczenia, wcale bym teraz nie studiowała? Może poszłabym na jakieś kursy i otworzyła własną firmę? A może po prostu poświęciłabym wszystko mojej pasji i już teraz moje książki byłyby dostępne w księgarniach?

Nie wiem. Nie mam na nic ochoty. Tylko żeby On mnie przytulił i był przy mnie, gdy obudzę się rano. Tak jak dzisiaj.

czwartek, 27 października 2011

Krytyka Krytyka, co ma sens (choć nie brzmi, jakby miało)

Ostatnio mam przerost weny, ale z grubsza nie na to, co trzeba. Na co trzeba? Na dokończenie przynajmniej dwóch opowiadań do zbioru, który mam zamiar kiedyś, w zamierzchłej przyszłości wydać. A na co mam? Naaa... wszystko poza tym. Na przykład pisanie chaotycznych notek na bloga, bo sama nie wiem, o czym napisać z rzeczy, które mogłabym napisać. Albo na przeglądanie Wiochy. Tudzież maniakalne oglądanie Nostalgia Critica.

O, a propos Nostalgia Critica. Uwielbiam tego gościa. Momentami jego żarty są trochę irytujące, ale głównie śmieję się z nich jak debil, a naprawdę ciężko mnie rozśmieszyć na serio. Jest dobry do tego stopnia, że choć po filmach, które lubię, jedzie jak po łysej kobyle i bezlitośnie miesza z błotem moje dzieciństwo (jak choćby Troskliwe Misie, awww)... wciąż uwielbiam jego recenzje! Mam kilka ulubionych, które oglądam raz po raz od nowa i za każdym razem są śmieszne. Zdecydowanie Doug Walker ma talent do robienia show (wspominając choćby recenzję „Harry'ego Pottera i Insygniów Śmierci”, którą zrobił wraz z przypadkowymi członkami konwentu), potrafi rzucać celne uwagi i wyśmiać je w odpowiedni sposób. 

Wiele osób porównuje go do naszego rodzimego Niekrytego Krytyka... i krew się we mnie gotuje.

Cóż, sam Niekryty przyznaje, że Doug był dla niego jedną z inspiracji. JEDNĄ Z INSPIRACJI?! Wystarczy spojrzeć, jak do każdej recenzji ubiera się Nostalgia Critic, a jak Niekryty Krytyk:


Tutaj można grać w „znajdź różnice” i nie będzie ich wiele. No popatrzmy. Okulary. Ta-część-męskiej-garderoby-która-wygląda-jak-garniak-ale-nie-umiem-jej-nazwać. Biała koszulka. Jasna ściana za plecami. OOO, Niekryty nie ma krawata i kaszkietu! Ale niueee, wcale nie jest podobny, popatrzcie tylko na tę minę, Nostalgia approves.

Secundo, czyli sedno (nie, to nie było tłumaczenie; mimo porażki na polu nauki łaciny na studiach, wiem, co znaczy to słowo), czyli jakość recenzji, poziom żartów etc. U Nostalgii, jak wspomniałam, mamy połączenie (w miarę) rzetelnych recenzji i inteligentnego (głównie) humoru, choć czasem zdarzają się umiarkowanie zabawne akcje typu 20-godzinny maraton rzygania na widok bobasa z „Juniora” ze Schwarzeneggerem. Podczas gdy Niekrytego... Och, Boże, tego się nawet nie da oglądać. Zobaczyłam kiedyś jego filmik o „Sailor Moon” - był tak beznadziejny, że wyłączyłam pod koniec. Dłuuugi czas później rzucił mi się w oczy link do recenzji czegoś innego, nie pamiętam już czego. Pomyślałam: ee, może to była jednorazowa wpadka, ludzie mówią, że on jest taki zajebisty i w ogóle. Zaczęłam oglądać... i nie skończyłam. TAK GŁUPIE TO BYŁO. Ten facet jest sztuczny jak tona plastiku. Niejedna cizia z wiochy.pl jest bardziej naturalna od niego. On właściwie nawet nie robi recenzji, on tylko rzuca tekstami i komentarzami, które są tak wymuszone i wymyślane na siłę, że naprawdę nie wiem, z czego tu się można śmiać. Czepia się rzeczy kompletnie nieważnych, wyjętych z kontekstu, a robi to w sposób tak niestrawny, że po prostu wstyd mi oglądać jego filmiki - mam tak samo z czytaniem książek albo oglądaniem filmów, w których bohaterowie robią z siebie skończonych idiotów.


Puah. Matko. Oby jak najmniej takich „wcale nie zrzynam z kogoś innego” naśladowców. Próżne to nadzieje, bo od kiedy istnieje twórczość, istnieją plagiatorzy. Nienawidzę plagiatorów, nienawidzę... *szybkimi ruchami przesuwa osełkę po ostrzu topora* Ekhem. Cóż, czego mogłam się spodziewać. Zarzucę banałem i powiem, że jaki kraj - taki krytyk. Na szczęście Internet jest miejscem tak cudownym, że mogę sobie nie zawracać głowy jakimiś tam Niekrytymi Ofiarami i w spokoju delektować się widokiem Nostalgii, Chestera A. Buma, Tego Gościa W Okularach i ich pomagierów.

PS A poza tym DOUG JEST PRZYSTOJNIEJSZY!

środa, 19 października 2011

Top 12 villians songs

Oglądałam ostatnio (dość maniakalnie; ach, ta nuda) filmiki Nostalgia Critic i poza odcinkiem o świątecznym He-Manie, jeden zainteresował mnie szczególnie. Mianowicie Top 11 piosenek czarnych charakterów. Lista niezła, przyznaję, ale momentami nieco odbiegająca od mojego gustu. I dlatego też pokusiłam się o zrobienie własnej. Panie i Panowie, oto Moje top 12 piosenek czarnych charakterów z filmów animowanych! Dlaczego 12? Bo lubię być o krok dalej od Nostalgia Critica. ^^

12. Friends on the Other Side - Księżniczka i żaba

Na szarym końcu listy, bo zwyczajnie nie przypadła mi do gustu. Nie przepadam za tymi jazzowo-bluesowo-cokolwiek to jest klimatami, a sama piosenka ma najwyżej dwa fajne momenty. „Księżniczka i żaba” ogólnie nie zachwyciła mnie jakością piosenek. Cóż, przynajmniej animacja stoi na wysokim poziomie.

11. No more Mr Nice Guy - Księżniczka łabędzi
Odsłuchałam tego po raz pierwszy od lat... i zdziwiłam się, jak strasznie to brzmi w wersji polskiej. Dlatego zostańmy przy angielskiej, bo tam villian nie brzmi, jakby musiał dopłacać widzom za to, by go słuchali. Refren wpada w ucho, a i tekst nie należy do najgorszych. Aż samemu ma się ochotę zanucić: No more Mr Nice Guy, not for me!

10. Kiedy stanie się noc - Anastazja

Miałam dylemat, czy lepszy oryginał, czy polska wersja. W końcu polska wygrała dzięki lepszemu wokalowi, choć to i tak nieważne, bo najlepszy jest chór i ORGANY! To jest właśnie piosenka, którą wykładowcy mogą sobie puszczać przed sesją. 

9. Ruber - Magiczny Miecz

Ta-tarata-ta, ta-tarata-ta... Kurde, uwielbiam ten rytm, monotonię i egzaltowany głos. W tym wszystkim jest groza, a do tego ta obłąkańcza nuta... Miodzio.

 8. Mój, mój, mój - Pocahontas

Nie potrafię w żaden sensowny sposób wyjaśnić, czemu ta piosenka tak mi się podoba. xD Po prostu wpada w ucho, tekst jest przemyślanie przetłumaczony, bardzo łatwo go zapamiętać.

7. Gaston - Piękna i Bestia

TYLKO po angielsku! O polskim dubbingu nawet nie ma co wspominać, tak jest tragiczny. Co zaś się tyczy tej piosenki - boska. Gaston jest postacią, której zwyczajnie NIE DA się lubić, a w tej piosence jest wprost doskonałą parodią samego siebie. I use antlers in all of my decorating! Jakby tego było mało, rubaszna melodia nieprędko daje się zapomnieć.

6. Luli, luli laj - Król Lew 2

Okej, tekst nie brzmi najlepiej po polsku. Ale wokal podoba mi się o wiele bardziej od oryginału, no i to Luli, luli laj! Za każdym razem, gdy je słyszę, mam dreszcze. Szczerze mówiąc, bardzo lubię też wersję hebrajską, aż się poważnie wahałam, czy nie umieścić jej zamiast polskiej. Ale nie dało rady, Luli, luli laj zwycięża.

5. The plagues - Książę Egiptu

Generalnie to nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej poza ohmygosh, ohmygosh, ohmygosh. Wszystkie piosenki z „Księcia Egiptu” są wprost genialne, i co dziwniejsze - w większości wersji językowych brzmią tak samo dobrze. Najlepiej chyba po hebrajsku z uwagi na tematykę filmu.

4. Arme Seelen in Not (Poor unfortunate souls) - Mała syrenka

Niespodzianka! Przesłuchałam wiele wersji i z całą stanowczością stwierdzam, że niemiecka z 1989 roku jest najlepsza. Wiedźma brzmi jak wiedźma, z całym złem i dobrodziejstwem czarnomagicznego inwentarza.

3. Z dna piekieł - Dzwonnik z Notre Dame

Nostalgia Critic powiedział wszystko, co można powiedzieć o tej piosence najlepszego. Ja mogę dodać, że wybrałam polską z wersję, bo mam wrażenie, że głos Frolla jest bardziej przesycony dramatyzmem.

2. Przyjdzie czas - Król Lew

Epoka przepychu się skrada po cichu... Tajemniczość, desperacja, fanatyzm - tu jest po prostu wszystko.

1. Dzicy są - Pocahontas

Numer jeden na mojej liście. Wszystkie głosy, cały tekst są świetne. Nienawiść i rozpacz, połączenie dwóch najbardziej fascynujących mnie uczuć w idealnych proporcjach. Nic tego nie pobije!

I to już wszystkie utwory z tej listy. Nie są może w zadowalającej mnie kolejności, ale jak nie poustawiałam tych utworów, i tak mi ciągle nie pasowało, więc po prostu zostawię to jak jest i niech siedzi. This is Chester A. Bum... To znaczy, dziękuję za uwagę, do napisania.

piątek, 14 października 2011

Sorrow again

Bezustanna praca twórcza, ciągłe pisanie wpływa destrukcyjnie, jest wręcz niemożliwe.
Hans Christian Andersen „Baśń mojego życia”

No, to już z grubsza wiadomo, o czym będzie notka. O pisaniu. Nie pisaniu jako takim, gryzmoleniu notatek na wykładach et cetera, ale o pisarstwie. Bo, widzicie, to jest właśnie moja pasja. Przynajmniej tak mi się zdaje. Mam takiego pecha, że za dużo myślę o tym, co robię, a za mało faktycznie robię. A jak myślę, to z reguły nie są to dobre myśli. Jakby gdzieś tam w mojej czaszce mieszkał wredny mały skurwiel, który nie robi nic, tylko szydzi:
Po co pisać o czymś takim, to już było, schemat powielany setki razy do bólu.
Nie masz nawet dobrego pomysłu na początek, na rozwinięcie, na zakończenie.
Źle piszesz.
To brzmi sztucznie.
Tamto jest do bani, wywal to, najlepiej wywal wszystko.
Nic z tego nie będzie.
Zmarnujesz wiele miesięcy na napisanie tego, a jak już skończysz, nikt nie oceni tego dobrze, nikt nie będzie chciał tego wydrukować.
Jesteś głupia, jeśli się łudzisz, że zaistniejesz w świecie pisarzy.
Nie będzie się to podobać nikomu oprócz ciebie.

Po czymś takim nie wiem, czy mogę być pewna, że akurat pisarstwo jest moją pasją, a nie jakimś tam pobocznym hobby. Mam takie niemiłe wrażenie, że nic, kompletnie absolutnie NIC nie robię w życiu na 100%. Trochę rysuję i maluję, ale dzieła sztuki to nie są. Trochę szyję, ale nawet nie wiem, jak się nazywają poszczególne ściegi, a sama umiem robić dwa - brak maszyny do szycia boli. Jeździłam konno, ale teraz boję się odwiedzać stadninę, nie lubię kontaktu z ludźmi, obojętnie jak miłymi i fajnymi. Czytam, ale dość powoli i na Biblionetce mam ocenionych tylko 330 książek (lista przeczytanych przez całe życie; niektórzy w wieku 20 lat mają ich na koncie TYSIĄCE). Kurde, jeszcze nawet nie przeszłam Wiedźmina, a premierę miał, jak byłam wesołą  (?) gimnazjalistką. W porównaniu z innymi wypadam blado na niemal każdym polu. Gdyby to był erpeg i „Pewność siebie” byłaby statystyką, jej poziom wynosiłby u mnie zero. Czy w takim razie powinnam dalej się łudzić, że z tego mojego skrobania kiedyś w końcu coś wyjdzie?

Z pisaniem jest tak, że albo ma się wrodzony talent, albo człowiek desperacko się stara i w końcu się nauczy. Nie ma innej możliwości.
Haruki Murakami

Auć, to chyba znaczy, że tak. 

Muszę w tym momencie nieskromnie przyznać, że nie uważam się za totalne beztalencie. Jednak paradoksalnie przysparza mi to tylko jeszcze więcej frustracji. Wiem, że z pewnego punktu widzenia to niewielkie osiągnięcie, ale NA PEWNO piszę lepiej od takiej Stephenie Meyer. Albo innego Christophera Paoliniego. Tudzież - zarzućmy może kimś bliższym polskim realiom - Andrzeja Ziemiańskiego (oho, zaraz zbiorę potężne baty), którego „Achaja” jest książką tak beznadziejnie denną, że gdyby egzemplarz, który czytałam należał do mnie, ze złości podarłabym go na drobne strzępy - niestety, właściciel mógłby mieć mi to za złe. Czytam polską fantastykę i myślę, że wiem, w czym problem. Wszystkie, powtarzam, WSZYSTKIE książki z tej kategorii są mroczne, ponure, złe, pełne ohydy, gówna, nienawiści i rozkładu, i cechują się tym CAŁE: od treści, przez styl, jakim są napisane, po okładki i ilustracje. NIENAWIDZĘ TEGO. Wystarczająco dużo tego gówna widzę na co dzień przez okno, a gdy biorę do ręki książkę fantasy, oczekuję oderwania od tej nudnej rzeczywistości. I nie chodzi mi o to, że ma być słodko, wesoło i postaci mają śpiewać disneyowskie piosenki, ma po prostu NIE BYĆ tak bezsensownie MHROCZNIE. Zrzygać się od tego idzie! Gdzie w tym wszystkim choć odrobina urozmaicenia? Ni mo. Chciałabym to zmienić, ale... jak? Nikt tego nie będzie chciał, bo to się po prostu nie sprzeda. Nie w Polsce, nie kiedy jest moda na mhrock i wyniosłych bohaterów z pseudocynicznym poczuciem humoru. Może powinnam zebrać trochę kasy, szarpnąć się na dobrego tłumacza i uderzać do zagranicznych wydawnictw? Plan, choć zajebiście ryzykowny, wydaje się bardziej sensowny niż wysyłanie opowiadań do rodzimych redakcji, które przysyłanych tekstów pewnie nawet w ogóle nie czytają, albo przestają, jak zobaczą, że na pierwszej stronie ani razu nie pada słowo „mroczny”.

A wiecie, co mnie najbardziej podnieca, gdy myślę o wydawaniu książki? Ilustracje i fan arty. Matko, tak bym chciała zobaczyć, jak inni sobie wyobrażają to, o czym piszę. No już szczyt marzeń to ekranizacja albo chociaż adaptacja, i tak sobie myślę, że nawet gdyby wyszedł z tego kompletny bubel, to i tak bym była uchachana jak norka, bo mogłabym zobaczyć moich bohaterów w moim świecie w akcji. Kosmicznie! Ale... czy kiedykolwiek przyjdzie mi się tym cieszyć? Chyba nie w tej rzeczywistości. 

niedziela, 9 października 2011

Związek na odległość? Nie widzę przeszkód!

Zacznijmy od krótkiej historyjki wstępnej. Wczoraj przyjechałam na dworzec w oczekiwaniu na przybycie mojego chłopaka. Niezbyt fajne rozkłady jazdy wszystkiego, co tylko możliwe sprawiły, że musiałam sterczeć tam pół godziny, marznąc jak pies, bo nie pomyślałam, że 10 stopni i brak słońca to pogoda wymuszająca co najmniej szalik. Pierwsze dwadzieścia minut spędziłam na łażeniu wte i nazad po peronie, żeby się choć odrobinkę rozgrzać. Wtem usłyszałam czyjś głos - na dokładkę najwyraźniej skierowany do mnie, z uwagi na brak kogokolwiek innego w promieniu dziesięciu metrów - excuse me-ujący i pytający po angielsku, która godzina. Z przejęcia zapomniałam, jak się po angielsku mówi czas (szitafakaołmajgadłaaa) i po prostu pokazałam pytającemu ekranik telefonu, tłumacząc się jak debilka, że zapomniałam, jak to się mówi (to już na szczęście poprawną - mam nadzieję - angielszczyzną). Sam pytający okazał się być mężczyzną na oko 30-letnim, może nawet trochę młodszym, na oko Hindus. Musieliśmy się sobie nawzajem wydać naprawdę znudzeni długim czekaniem, więc po chwili zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. 

Tu mała dygresja - kontakty z obcokrajowcami zawsze wydawały mi się szalenie stresujące i bałam się, że gdyby do jakiegoś doszło, nie potrafiłabym z siebie wykrztusić ani słowa. A tu proszę - rozmowa mi szła jak z płatka, nawet gładziej, milej i mniej stresująco niż z ludźmi, który mówią po mojemu. Naprawdę nie wiem, czego to kwestia.

W każdym razie dowiedziałam się, że on zmierzał do Warszawy do pracy (tak zrozumiałam), a ja powiedziałam, że czekam na chłopaka. Gdy spytał: Good love? ochoczo pokiwałam głową i zapewniłam, że very good. Wtedy opowiedział mi, że jego dziewczyna - właściwie już prawie żona - mieszka w Gdańsku i chwilowo żyją osobno; wzięli już jeden ślub w Indiach, a teraz na wiosnę pobiorą się w Polsce. Kiedy mówiłam, że mnie i mojego chłopaka dzieli 200 kilometrów, nagle wydało mi się to strasznie małą odległością. No bo sami porównajcie. Łódź a Wrocław. Gdańsk a Indie. Kurcze, świat jest niesamowity. Niby zawsze powtarzałam, kiedy jeszcze byłam samotną, zapłakaną nastolatką, że skoro na Ziemi żyje 6 miliardów ludzi, to dlaczego mam się ograniczać do moich najbliższych okolic w poszukiwaniu drugiej połówki? I okazało się, że miałam rację. Uwaga, teraz będzie patetycznie. Jeśli dwoje ludzi naprawdę się kocha, czy parę kilometrów w tę czy inną stronę robi różnicę? I tak, i nie. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Ale może prawdziwe jest stwierdzenie, że:

Odległość czyni z miłością to, co wiatr robi z ogniem, gasi mały, a rozpala wielki.
Roger de Bussy-Rabutin

czwartek, 29 września 2011

Bryku-bryku na koniku

Przy okazji notki o smokach wspominałam o załączających mi się od czasu do czasu fazach na coś, czyli - gwoli przypomnienia - okresach, w których myślę niemal wyłącznie o jednej, fascynującej mnie rzeczy. Zwykle nie kryję się z tym, ale co począć, gdy faza dotyczy rzeczy, o której wstyd się przyznać komukolwiek? I pół bidy, gdyby chodziło o seks (chociaż fazy na seks jeszcze nie miałam; to znaczy nie w tym sensie). Chodzi o coś różowego. Dla małych dziewczynek. 


Widzicie, odkryłam Bellę Sarę już wiele, wiele lat temu, taką właśnie małą dziewczynką będąc, i jedyne, co mogłam robić, to patrzeć i żałować, bo sama gra w sieci jest nudna, ale arty na kartach - przepiękne! Cóż jednak z tego, skoro wtedy była to atrakcja niemal wyłącznie dla mieszkańców nowego kontynentu. A teraz, za parę dni (IT'S THE FINAL COUNTDOWN, TURURURUU-TURURU-TUTU) karty kolekcjonerskie doczekają się swojej premiery w Polsce. Możecie ryknąć rubasznym śmiechem, ale... zamierzam je zbierać.
Haters gonna hate, trudno. Parę lat temu, między pierwszą a drugą klasą liceum, zebrałam pieniądze, przycisnęłam tatę i zakupiłam na eBayu „The voyage of the Basset”, czyli książkę dla dzieci pięknie ilustrowaną przez Jamesa Christensena (z jego obrazów składa się mój szablon i avatar na blogu), na podstawie której powstał film „Wyprawa Jednorożca”. Doszłam po prostu do wniosku, że: 

1) nigdy nie jest za późno na spełnianie marzeń z dzieciństwa,
2) teraz mam pieniądze, których nie miałam za młodu i mogę z nimi robić co mi się żywnie podoba,
3) nie wybaczę sobie NIGDY, jeśli dorosnę na tyle, by gardzić podobnymi przejawami sentymentów.

Ad 3: nigdy nie zrozumiem, dlaczego niektórzy moi rówieśnicy chcą koniecznie, na siłę robić za niesamowicie dorosłych i w związku z tym zgrywają totalnych bufonów, nadużywają słowa „dojrzałość” we wszystkich odmianach i starają się wszystkim wokół udowodnić, jak bardzo są ponad nimi. Sorry, mnie powaga najzwyczajniej w świecie bawi. Owszem, są sytuacje, kiedy trzeba ją zachować, ale postawa och, ależ ja jestem mądry i poważny” w każdej chwili jest po prostu śmieszna. Nie dziwię się, że ktoś taki może chcieć wyśmiać mój zapał do zbierania kart z magicznymi końmi i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko współczuć delikwentowi, bo to by znaczyło, że jest naprawdę smutnym, zgorzkniałym człowiekiem. Albo zwyczajnym chamem i prostakiem, ale to już osobny przypadek. 

Tak więc trwam sobie w swojej słodkiej fazie i zacieszam w tym momencie, że odważyłam się uzewnętrznić na jej temat. Oglądam obrazki, czytam raz po raz informacje na stronie wydawnictwa, by upewnić się, czy premiera aby na pewno jest wtedy, kiedy powiedzieli (w reklamie mówią, że 10 października, a na stronie jest napisane radosne Już w sprzedaży! i Winky baranieje), planuję zakup pierwszych kart i specjalnych koszulek do segregatora. I mam tylko jeden, całkiem poważny problem...

Z kim ja się będę wymieniać?!


wtorek, 20 września 2011

Smutek

Powiem wam, że twórczy człowiek nie ma łatwo. Wpadnie takiemu coś do głowy i ma wielką ochotę swój wielki plan zrealizować. Przychodzi etap intensywnych rozmyślań, planowania i ogólnego podniecenia. No i do tej pory wszystko fajnie. Schody zaczynają się w momencie, gdy pojawią się pierwsze przeszkody, a brak pieniędzy na sfinansowanie przedsięwzięcia wcale nie jest najgorszy.

Zaczęło się od robienia teledysku z filmu „Wyprawa Jednorożca” (mój ukochany film fantasy z dzieciństwa <3). Zapatrzyłam się na stroje bohaterek i stwierdziłam, że też takie chcę. Po bliższym przyjrzeniu się doszłam do wniosku, że nie ma co przeceniać moich zdolności krawieckich i dokładnej rekonstrukcji nie uda mi się zrobić, więc zaprojektowałam coś innego, ale w tym stylu. Lekki, wiosenno-jesienny płaszczyk.


I to by było z grubsza na tyle w tym temacie, ale wtem przypomniałam sobie, że buszując ostatnimi czasy na strychu znalazłam kilka skrawków jakichś materiałów. O mało nie skisłam z radochy, gdy po zmierzeniu wszystkich tych ochłapów okazało się, że jeden jest na tyle duży, że starczy spokojnie nawet na szerokie rękawy. Zasięgnęłam języka w kwestii szycia, zrobiłam nieco dokładniejszy plan wykroju, kupiłam za 3zł poliester na podszewkę. Nie mam niestety maszyny do szycia, a nawet gdybym miała, to nie umiem się tym ustrojstwem posługiwać, więc wszystko będę robić ręcznie. W tym celu przewalam fora i strony o historycznych strojach - bo przecież ludzie nie mieli maszyn do szycia i potrafili zrobić piękne, nierozłażące się w szwach ubrania. Dlaczego mnie miałoby się nie udać?

Wyobraźcie to sobie: uszczęśliwiony człowiek idzie się pochwalić swoimi planami rodzicom. Spodziewa się zdziwienia, oczekuje zainteresowania, słów zachęty, wsparcia. A zamiast tego słyszy: Zamierzasz zrobić CO? Ale to na przebranie na Polcon...? No ty chyba nie chcesz wychodzić w tym na ulicę. Ty wiesz, ile to roboty? To nie takie proste (eee tam?!). Już ty lepiej nie zawracaj głowy, idź do sklepu, poszukaj na Allegro, na pewno znajdziesz taki sam płaszcz (z całą pewnością, biorąc pod uwagę fakt, że sama go zaprojektowałam na podstawie kostiumów z filmu fantasy). A zresztą masz już przecież ładny, czarny płaszcz (gruby. Zimowy).

Można powiedzieć, że łoo, nie mam się czym przejmować, machnąć ręką i robić swoje. I taki mam zamiar, mało tego, zamierzam wspiąć się na szczyt swoich możliwości, żeby wszystkim szczęki opadły. Tylko że... jak tu uwierzyć w siebie, w swoje możliwości? Jak mam iść przez życie z piersią do przodu, skoro cały mój entuzjazm jest tłumiony w zarodku w domu? Bo to nie pierwszy raz. Tak samo było, jak mówiłam o swoich planach robienia i sprzedawania biżuterii, szycia poduszek i jak szyłam peleryny na konwent. Boję się, że to wszystko będzie się podobać tylko i wyłącznie mnie, i nikt tego nie pochwali, tylko wyśmieje - a jak tak się stanie, to i mnie przestanie się podobać, zacznę widzieć same wady i złe strony, i stracony czas. Zaczynam myśleć, że to wszystko było bez sensu i bez sensu jest wszystko, za co się biorę. Dół gotowy i z każdym kolejnym mam coraz mniejszą ochotę wychodzić i próbować czegoś nowego, bo i po co, skoro skończy się jak zwykle, zanim na dobre się zacznie?

Ale uszyję ten płaszczyk. Uszyję go, choćby się waliło, paliło i wbijało mnie młotkiem w ziemię. Uszyję i będę w nim chodzić. BO PO TO WŁAŚNIE CHCĘ GO USZYĆ. Żeby czuć się w nim dobrze, być sobą. Jak mogę być sobą w ciuchach, w których chodzi co druga dziewczyna na ulicy?

środa, 14 września 2011

Get a life!

Mało brakło, a zamieściłabym totalnie angstową notkę, w której wrzucam na League of Legends, na ludzi grających w League of Legends i na najgorsze, na co można trafić, grając w League of Legends: mecz z samymi Polakami, na dokładkę dresami. MA-SA-KRA. Naprawdę lubiłabym tą grę, gdyby miała tryb stuprocentowo solo. Niestety, jest to gra stuprocentowo multi, a ponieważ jestem zbyt nieśmiała i wrażliwa na nazywanie mnie bez powodu noobem czy, cytuję, kurwą jebaną, kończę moją przygodę z LoLem i wszelkimi grami jemu podobnymi.


No i w efekcie i tak zamieszczę notkę, w której wrzucam na League of Legends, ale już nie aż tak angstową, bo główny gniew i żal już się wygotowały. Zacznijmy od krótkiego wyjaśnienia, co to jest League of Legends. Według Wikipedii jest to hybryda cRPG i RTS rozgrywana w trybie multiplayer. Polega na tym, że gracze z dwóch drużyn naparzają się nawzajem celem eliminacji nexusa, czyli głównej bazy drużyny przeciwnej. Im dłużej trwa mecz, tym lepiej, bo można zgarnąć więcej złota, bonusów etc., a co za tym idzie: więcej doświadczenia na koniec, dzięki czemu wzrasta poziom gracza. Im wyższy gracz ma poziom, tym ma lepiej, bo może układać sobie runy dające bonusy w pojedynczych meczach, masteries i takie tam duperele. Poza tym za każdy mecz - nieważne wygrany czy przegrany - zdobywa się punkty, za które można sobie wykupywać runy lub bohaterów. Tych ostatnich jest w LoL kilkadziesiąt i co tydzień są inni do wyboru, chyba że gracz sobie jakichś wykupi - wtedy może nimi grać zawsze niezależnie od rotacji. Grać można na kilka sposobów: dwie misje treningowe, 5vs5, 3vs3, własny mecz z ustaloną przez siebie liczbą graczy lub gra z botami, czyli graczami wirtualnymi. Jednak w każdym przypadku jest to multiplayer. Nawet przy grze z botami wirtualni są tylko przeciwnicy, w twojej drużynie zawsze będą prawdziwi gracze.

I to z grubsza tyle. Teraz przyjrzyjmy się, czym według definicji słownikowej jest gra.

1. «zabawa towarzyska prowadzona według pewnych zasad»

Krótko i na temat. Po co są stworzone gry? Dla zabawy. Z moich obserwacji wynika, że nie do wszystkich użytkowników LoLa (a także innych gier multi) dociera ta idea. Oni nie grają po to, żeby się rozerwać, odpocząć po szkole/pracy czy pobawić się ze znajomymi. Dla nich jedyne, co się liczy, to ranking. Chcą wygrywać wszystkie mecze, być najlepszymi, patrzeć na wszystkich z góry i napawać się swą zajebistością. Jak trafi się taki Nołlajf w drużynie - biada. A jak kilku takich - łolabogarety! Okaż tylko odrobinę słabości, zgiń jeden jedyny raz, a zaraz zostaniesz wyzwany od noobów, idiotów, feederów i Bór raczy wiedzieć, czego jeszcze. Pół bidy, jak Nołlajf nie mówi po twojemu; wtedy jedyne, na co będzie potrafił się wysilić, to parę noobów i mnóstwo fuckowania. Wczoraj miałam okazję się przekonać, jak pięknie potrafią się zachować nasi rodacy. Nie szło mi za dobrze, a przeciwnicy byli wyjątkowo dobrze zorganizowani i często zdarzało mi się zginąć. Więc panowie Nołlajfowie zbluzgali mnie od góry do dołu i grozili raportem za feedowanie - czyli specjalne dawanie się zabić, by przeciwnicy zbierali bonusy. Ręce, nogi i cycki mi opadły, bo w swej naiwności wcześniej nawet nie pomyślałam, że ktokolwiek mógłby chcieć to robić specjalnie. No i człowiek jest bezradny, bo głupoty się nie raportuje, wulgarnego języka też nie, bo i kogo w tym całym Riocie to obchodzi. Jednostki odporne na takie numery machają ręką i grają dalej. Ja nie potrafię. Każdy taki mecz to dla mnie jeden wielki stres. Przed rozpoczęciem zawsze serce mi waliło jak oszalałe i myślałam: Boże, jeśli nie mogę liczyć na uprzejmość, to niech przynajmniej nikt się nie odzywa i zajmuje swoimi sprawami. Niestety, rzadko kiedy nikt się nie odzywa. A najczęściej jak już się odzywa, to nie wynika z tego nic dobrego.


Tak więc moja recenzja League of Legends prezentuje się następująco, że zacytuję Józefa Piłsudskiego:

„Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy”.

sobota, 10 września 2011

When the dragon lies bleeding...

Czasem załączają mi się „fazy” na różne rzeczy. Kiedy jakaś się załączy, myślę niemal wyłącznie o jej przedmiocie, szukam o nim informacji, czytam książki i oglądam filmy, piszę opowiadania, a jeśli mogę - robię o tym teledyski (na użytek, niestety, głównie własny, bo każda próba zamieszczenia ich na youtube kończyła się blokadami konta). Obecnie mam fazę na smoki.

Fascynacja zaczęła się od gry Heroes of Might and Magic III (kto tego nie zna?), a więc jak miałam lat... siedem? Osiem? Coś koło tego. I przez długi czas była podsycana głównie moją wyobraźnią, bo nie znałam i nie mogłam znaleźć żadnych filmów, książek czy gier. Ostatnio miałam w rękach dwie smocze książki i pomyślałam o przeprowadzeniu analizy smoczego wizerunku w różnych tytułach (nie wszystkich, o jakich czytałam, ale tych bardziej interesujących). Kolejność taka, w jakiej mi się przypominają.

Naomi Novik „Smok jego królewskiej mości”
Smoki bardzo fajne, choć nieco się na nich zawiodłam. Z początku, zanim jakiegokolwiek poznajemy, są opisywane jako dzikie i takie, które ledwo da się okiełznać. Potem trafiamy na smoki: szalenie inteligentnego i przyjaznego, głupiego jak stołowe nogi oraz zwyczajnie pierdołowatego, który daje się pomiatać swojemu opiekunowi. Gdzie się podziała cała ta dzikość? Ano jest, ale objawia się tylko w przypadku, gdy opiekunowi grozi niebezpieczeństwo. Nie mają problemów z posługiwaniem się ludzką mową; w zasadzie miałam wrażenie, że nie mają własnej, bo więcej mówią niż ryczą. Jak im się to udaje z taką budową pyska? Nie wiadomo. Smoków są różne rasy, a każda potrafi co innego - jedna zionie ogniem, druga pluje kwasem itd. Generalnie smoki Novik można przyrównać do kilku zwierzęcych stereotypów: są wierne jak psy, hodowane jak konie, groźne jak bawół afrykański (zabijają więcej ludzi niż lwy). Mimo to już czuję, że zapełnię sobie półkę pozostałymi tomami.

Anne McCaffrey cykl „Jeźdźcy smoków z Pern”
Smoków na Pernie są właściwie dwa rodzaje: te właściwe, pod wierzch, i malutkie jaszczurki ogniste będące ich mniej inteligentnymi miniaturami. Również przywiązują się do opiekuna, wybrawszy go po wykluciu podczas ceremonii Naznaczenia. Nie walczą ze sobą nawzajem - coś takiego jest odbierane przez jeźdźców i społeczność weyrów jako tragedię; smoki i jeźdźcy muszą być zjednoczeni, by móc walczyć z Nićmi. Smoki porozumiewają się telepatycznie między sobą i swoimi opiekunami - ale smok nie może porozumieć się w ten sposób z innym jeźdźcem i vice versa. Choć książki są, delikatnie mówiąc, umiarkowanie zajmujące, wprost uwielbiam w nich fragmenty opisujące codzienne życie jeźdźca i jego smoka - rozmowy, wygrzewanie się na słońcu, kąpiele w jeziorze. W sumie jedyne, czego nie lubię w perneńskich smokach, to ich oczy - fasetkowe, takie jak u muchy. Zupełnie mi to nie pasuje do gadziego wizerunku. Ani to, że według autorki najbliższy jej wyobrażeniom obraz został wykreowany przez Colina Saxtona.

Christopher Paolini cykl „Dziedzictwo”
Pominę to, jak mierne są to książki i skupię się na samych smokach. Podobnie jak w obu powyższych przypadkach - smok wybiera sobie jeźdźca, z tą różnicą, że może na niego czekać w jajku przez setki lat. Jego wyglądowi nie mam nic do zarzucenia (proszę nie mylić filmu z książką, ani tym bardziej nie myśleć, że wyobraźnię mam tak słabą, że opieram się na tych szpetnych okładkach), poza tym, że główny smok - a raczej smoczyca - cyklu, Saphira, w trzecim tomie okazuje się największym narcyzem na świecie; przez kilka akapitów zachwyca się, jaka jest piękna i jak piękna musi się wydawać ludziom w dole, i że piękniejszego stworzenia od niej na świecie nie ma... O JEŻU. Aż idzie pożałować, że też potrafi porozumiewać się z ludźmi telepatycznie. Poza tym zionie ogniem i robi różne dziwne rzeczy z magią, nad którymi nie do końca panuje, na przykład zostawia dzieciom dziwne piętna na czołach i robi diamentowe grobowce. Może także, no cóż, wyrzygać pewien klejnot, który zawiera część jej duszy, osobowości czy jak to można nazwać. A kiedy zginie jeździec - smok automatycznie umiera. Hę? U Novik smok - choć rozżalony - żyje dalej, u McCaffrey z rozpaczy popełnia samobójstwo, u Paoliniego... po prostu zdycha. Dla mnie nie ma to najmniejszego sensu. Nic dziwnego, że tak szybko wyginęły; a ludzie w Alagaesii się dziwią, jak to się mogło stać.

Steven Brust cykl „Vlad Taltos”
Na Drakei przez dwa tomy ze smokiem spotkałam się póki co jako symbolem jednego z domów szlacheckich - szczerze mówiąc nie pamiętam, by ktoś tam wspominał, czy smoki jeszcze istnieją czy nie. Skupmy się zatem na jheregu - stworzeniu do smoka podobnemu. Jhereg jest wielkości średniego psa, długości ludzkiej ręki. Nie zionie ogniem, nie posługuje się magią, ale jest bardzo inteligentny, złośliwy i waleczny.  Komunikuje się telepatycznie - i to nie tylko ze swoim opiekunem, bo i nie ma tu czegoś takiego, że on go sobie wybiera. To zwierzątko - kogo zobaczy po wykluciu, tego uważa za mamę (tudzież „szefa”). To zdecydowanie jeden z moich ulubionych wizerunków smoka (czy też stworzenia smokopodobnego).

Ewa Białołęcka „Tkacz Iluzji”
Pożeracz Wiatru jest smokiem, który z miejsca skradł mi serce. Smoki Białołęckiej to mądre, magiczne stworzenia, pokryte futrem (na wysokościach, na których latają jest w końcu bardzo zimno). Są zmiennokształtne i potrafią przybrać wygląd ćmy, psa, a nawet człowieka. Nie ma żadnych reguł, według których miałyby regularnie wchodzić w komitywę z ludźmi. Są z gruntu niezależne i nawet jeśli się z kimś zaprzyjaźnią, łatwo można je obrazić i popaść w nie lada tarapaty. Wielu czytelników pewnie nie może przywyknąć do smoka-sierściucha i wtedy mogę co najwyżej spytać: czy naprawdę nie potraficie sobie wyobrazić tego piękna?

Patrick Rothfuss „Imię wiatru”
Smok pojawia się tam epizodycznie, ale zasługuje na wymienienie. Dlaczego? A z uwagi na swoją odmienność wobec wszystkich powyższych. Jest wielki i niezgrabny, przypomina bardziej ogromnego warana niż skrzydlatą bestię z legend - po prawdzie to on nawet nie ma skrzydeł. Jest stworzeniem naziemnym i żywi się... drzewami. Dzięki temu zionie niezwykle silnym ogniem. Jednak jego przysmakiem jest żywica pewnego drzewa, z której wyrabia się narkotyk. Nie ma się co spodziewać po nim inteligencji choć minimalnie zbliżonej do ludzkiej - to wielka, wstrętna i groźna kreatura. Ciekawa odmiana po tych wszystkich milusich smokach, które dają się ujeżdżać jak kucyki.

Tad Williams, Deborah Beale „Smoki ze Zwyczajnej Farmy”
Choć smoki są już w tytule, w samej powieści nie odczuwam, by pełniły wielką rolę. To znaczy, owszem, pod koniec są dość ważne dla fabuły, ale ogólnie to nikną wśród ogromu atrakcji, jakimi są jednorożce, węże morskie, gryfy czy skrzydlate małpki. Ale jak już się pojawiają, to są bardziej zwierzętami niż towarzyszami - choć z niewyjaśnionych powodów główna bohaterka potrafi odczytać myśli smoczycy, a nawet się z nią porozumieć na prymitywnym poziomie. No i cóż... poza tym, że smoczyca jest ogromna, a samiec w porównaniu z nią - niewielki, wiele więcej powiedzieć o smokach ze Zwyczajnej Farmy nie mogę.

J.R.R. Tolkien „Hobbit, czyli tam i z powrotem”
Smaug jest według niektórych takim smokiem, jakim powinien być smok. Wielki, skrzydlaty, inteligentny, śpiący na kupie skarbów i bardzo, bardzo zły, że ktoś mu chce te skarby odebrać. Tolkienowskie smoki są jednymi z najbardziej zbliżonych do legendarnych pierwowzorów (choć na średniowiecznych obrazach rzadko przekraczają rozmiarami dużego psa - łaa, cóż za straszliwie trudna do pokonania kreatura). Lubią go wszyscy entuzjaści polowań na smoki (i uwalniania dziewic), jednak przyjaciele smoków z pewnością uważają ten wizerunek za krzywdzący. Pozostaje opowiedzieć się po którejś ze stron... albo wyjść z założenia, że w każdym Cieniu jest inny smok i pójść na herbatkę do Amberu.

Na dziś to wszystkie smoki, które chciałam opisać. Jeszcze wiele książek przede mną, więc lista się powiększy i kiedyś zamieszczę drugą część wyliczanki. Póki co, na zakończenie mój ostatni smoczy teledysk. Enjoy.

piątek, 2 września 2011

Cosplay

Ostatnio miałam okazję odwiedzić Polcon - największy polski konwent dla miłośników fantasy i sci-fi. Parę miesięcy wcześniej byłam na Pyrkonie (który nawet odbywał się w tym samym miejscu), więc wiedziałam, czego się spodziewać: ciekawe prelekcje, konkursy, turnieje gier, games room, sprzedawcy, przebierańcy... No właśnie, przebierańcy.
Już od wielu lat podziwiałam na Deviantarcie zdjęcia cosplayowców wszelkiej maści i zazdrościłam im umiejętności, strojów i tego, że mogą zrobić to na zasadzie Ja i mój chłopak/moja dziewczyna przebraliśmy się razem na konwent i jesteśmy zajebiści". Cóż... najpierw nie miałam chłopaka, potem miałam takiego, że olabogarety-jak-to-możliwe-że-byłam-z-kimś-TAKIM i mogłam co najwyżej pomarzyć o jakichkolwiek konwentach, a co dopiero przebraniach. Ze znajomymi też nie miałam ochoty jeździć, bo jestem dość nieśmiałym wilkiem-samotnikiem, a przecież wokół znajomego byłoby całe stado jego znajomych i zginęłabym w tym tłumie. Aż w końcu mój obecny mężczyzna (dalej nazywany Piratem) stwierdził, że tak być nie może i zabrał mnie na Pyrkon. Bawiliśmy się świetnie, więc od razu zaczęłam planować, za kogo mogłabym się przebrać. Przy pomocy Pirata ustaliłam, że będzie to Milva z cyklu o wiedźminie, on zaś zdecydował się na Garretta z serii Thief. I tak pojechaliśmy na Polcon...
 foto: Michał Dagajew

Konwent konwentem. Konkurs konkursem (choć pochwalę się, że wraz ze znajomym Pirata przebranym za wiedźmina zdobyłam trzecie miejsce). Ale spacerowanie w tych przebraniach w biały (upalny...) dzień ulicami Poznania to było właśnie to. Miałam wrażenie, że wreszcie jestem sobą, kiedy tak maszerowałam w rozwiewającej się pelerynie, z opaską na czole i łukiem w dłoni. Zupełnie jakbym nagle przeniosła się do mojego opowiadania, które namiętnie pisałam jako dziesięciolatka, o przygodach moich, mojej siostry i dwóch kuzynek w Świecie Fantazji.


„Wdrapałyśmy się na szczyt wzgórza, skąd mogłyśmy podziwiać pałac Bandalady w całej okazałości. Jasne mury, fantastyczne kształty i konstrukcje, lśniące złote dachy, wokół ogromne jezioro i strome, skaliste pagórki... Nad zamkiem przeleciał rok, swoim skrzekiem poruszając nasze serca. Powiał lekki wiatr, wzruszając liście na drzewach. Pomyślałam, że to miejsce tchnie magią. Nagle poczułam się, jakbym wróciła do domu.”
Tajemnica Bandalady II - wybrane fragmenty napisane od nowa

 Tak, to właśnie to. Parę lat temu wzięło mnie na wspomnienia i niektóre fragmenty (niekoniecznie najlepsze) stustronicowego opowiadania napisałam w znośnym stylu.
W każdym razie możecie być pewni, że jeśli zawitam na kolejne konwenty, to na pewno będę przebrana. Może za bliżej nieokreśloną czarodziejkę, może za hobbita, może za Cthulhu. Ale przebiorę się na pewno, bo dopiero w fantastycznym przebraniu czuję, że istnieję, że życie ma więcej barw od tych, które codziennie widzę przez okno. Fantazja i wyobraźnia ma dla mnie ogromne znaczenie; gdybym w czasie ciągle tej samej drogi na uczelnię nie wyobrażała sobie, że obok pociągu mknie smok, szybko wpadłabym w prawdziwą frustrację. Gdybym tylko miała więcej odwagi, codziennie zakładałabym własnoręcznie szytą pelerynę i skórzane karwasze, nie tylko, by się wyróżnić, ale przede wszystkim dla poprawy własnego samopoczucia. Bo co jest ważniejsze od marzeń?

czwartek, 1 września 2011

Salvete!

To, czego nienawidzę najbardziej. Początek. Zwykle lubię tworzyć nowe postaci w grach (choć w Simsach wolę budować domy), jednak jeśli idzie o napisanie czegoś - łojezusmaria. Ani nie wiadomo co, ani czy ktoś to w ogóle przeczyta. Wpojona grzeczność nie pozwala na nieprzywitanie się, bo to nieuprzejme i w ogóle, zaś wujek Hitchcock powiadał, że należy zacząć od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma rosnąć. Tylko jakie trzęsienie ziemi ja wam tu mogę zaserwować? Trudna sprawa. Może więc po prostu... lećmy z tym koksem.