czwartek, 29 września 2011

Bryku-bryku na koniku

Przy okazji notki o smokach wspominałam o załączających mi się od czasu do czasu fazach na coś, czyli - gwoli przypomnienia - okresach, w których myślę niemal wyłącznie o jednej, fascynującej mnie rzeczy. Zwykle nie kryję się z tym, ale co począć, gdy faza dotyczy rzeczy, o której wstyd się przyznać komukolwiek? I pół bidy, gdyby chodziło o seks (chociaż fazy na seks jeszcze nie miałam; to znaczy nie w tym sensie). Chodzi o coś różowego. Dla małych dziewczynek. 


Widzicie, odkryłam Bellę Sarę już wiele, wiele lat temu, taką właśnie małą dziewczynką będąc, i jedyne, co mogłam robić, to patrzeć i żałować, bo sama gra w sieci jest nudna, ale arty na kartach - przepiękne! Cóż jednak z tego, skoro wtedy była to atrakcja niemal wyłącznie dla mieszkańców nowego kontynentu. A teraz, za parę dni (IT'S THE FINAL COUNTDOWN, TURURURUU-TURURU-TUTU) karty kolekcjonerskie doczekają się swojej premiery w Polsce. Możecie ryknąć rubasznym śmiechem, ale... zamierzam je zbierać.
Haters gonna hate, trudno. Parę lat temu, między pierwszą a drugą klasą liceum, zebrałam pieniądze, przycisnęłam tatę i zakupiłam na eBayu „The voyage of the Basset”, czyli książkę dla dzieci pięknie ilustrowaną przez Jamesa Christensena (z jego obrazów składa się mój szablon i avatar na blogu), na podstawie której powstał film „Wyprawa Jednorożca”. Doszłam po prostu do wniosku, że: 

1) nigdy nie jest za późno na spełnianie marzeń z dzieciństwa,
2) teraz mam pieniądze, których nie miałam za młodu i mogę z nimi robić co mi się żywnie podoba,
3) nie wybaczę sobie NIGDY, jeśli dorosnę na tyle, by gardzić podobnymi przejawami sentymentów.

Ad 3: nigdy nie zrozumiem, dlaczego niektórzy moi rówieśnicy chcą koniecznie, na siłę robić za niesamowicie dorosłych i w związku z tym zgrywają totalnych bufonów, nadużywają słowa „dojrzałość” we wszystkich odmianach i starają się wszystkim wokół udowodnić, jak bardzo są ponad nimi. Sorry, mnie powaga najzwyczajniej w świecie bawi. Owszem, są sytuacje, kiedy trzeba ją zachować, ale postawa och, ależ ja jestem mądry i poważny” w każdej chwili jest po prostu śmieszna. Nie dziwię się, że ktoś taki może chcieć wyśmiać mój zapał do zbierania kart z magicznymi końmi i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko współczuć delikwentowi, bo to by znaczyło, że jest naprawdę smutnym, zgorzkniałym człowiekiem. Albo zwyczajnym chamem i prostakiem, ale to już osobny przypadek. 

Tak więc trwam sobie w swojej słodkiej fazie i zacieszam w tym momencie, że odważyłam się uzewnętrznić na jej temat. Oglądam obrazki, czytam raz po raz informacje na stronie wydawnictwa, by upewnić się, czy premiera aby na pewno jest wtedy, kiedy powiedzieli (w reklamie mówią, że 10 października, a na stronie jest napisane radosne Już w sprzedaży! i Winky baranieje), planuję zakup pierwszych kart i specjalnych koszulek do segregatora. I mam tylko jeden, całkiem poważny problem...

Z kim ja się będę wymieniać?!


wtorek, 20 września 2011

Smutek

Powiem wam, że twórczy człowiek nie ma łatwo. Wpadnie takiemu coś do głowy i ma wielką ochotę swój wielki plan zrealizować. Przychodzi etap intensywnych rozmyślań, planowania i ogólnego podniecenia. No i do tej pory wszystko fajnie. Schody zaczynają się w momencie, gdy pojawią się pierwsze przeszkody, a brak pieniędzy na sfinansowanie przedsięwzięcia wcale nie jest najgorszy.

Zaczęło się od robienia teledysku z filmu „Wyprawa Jednorożca” (mój ukochany film fantasy z dzieciństwa <3). Zapatrzyłam się na stroje bohaterek i stwierdziłam, że też takie chcę. Po bliższym przyjrzeniu się doszłam do wniosku, że nie ma co przeceniać moich zdolności krawieckich i dokładnej rekonstrukcji nie uda mi się zrobić, więc zaprojektowałam coś innego, ale w tym stylu. Lekki, wiosenno-jesienny płaszczyk.


I to by było z grubsza na tyle w tym temacie, ale wtem przypomniałam sobie, że buszując ostatnimi czasy na strychu znalazłam kilka skrawków jakichś materiałów. O mało nie skisłam z radochy, gdy po zmierzeniu wszystkich tych ochłapów okazało się, że jeden jest na tyle duży, że starczy spokojnie nawet na szerokie rękawy. Zasięgnęłam języka w kwestii szycia, zrobiłam nieco dokładniejszy plan wykroju, kupiłam za 3zł poliester na podszewkę. Nie mam niestety maszyny do szycia, a nawet gdybym miała, to nie umiem się tym ustrojstwem posługiwać, więc wszystko będę robić ręcznie. W tym celu przewalam fora i strony o historycznych strojach - bo przecież ludzie nie mieli maszyn do szycia i potrafili zrobić piękne, nierozłażące się w szwach ubrania. Dlaczego mnie miałoby się nie udać?

Wyobraźcie to sobie: uszczęśliwiony człowiek idzie się pochwalić swoimi planami rodzicom. Spodziewa się zdziwienia, oczekuje zainteresowania, słów zachęty, wsparcia. A zamiast tego słyszy: Zamierzasz zrobić CO? Ale to na przebranie na Polcon...? No ty chyba nie chcesz wychodzić w tym na ulicę. Ty wiesz, ile to roboty? To nie takie proste (eee tam?!). Już ty lepiej nie zawracaj głowy, idź do sklepu, poszukaj na Allegro, na pewno znajdziesz taki sam płaszcz (z całą pewnością, biorąc pod uwagę fakt, że sama go zaprojektowałam na podstawie kostiumów z filmu fantasy). A zresztą masz już przecież ładny, czarny płaszcz (gruby. Zimowy).

Można powiedzieć, że łoo, nie mam się czym przejmować, machnąć ręką i robić swoje. I taki mam zamiar, mało tego, zamierzam wspiąć się na szczyt swoich możliwości, żeby wszystkim szczęki opadły. Tylko że... jak tu uwierzyć w siebie, w swoje możliwości? Jak mam iść przez życie z piersią do przodu, skoro cały mój entuzjazm jest tłumiony w zarodku w domu? Bo to nie pierwszy raz. Tak samo było, jak mówiłam o swoich planach robienia i sprzedawania biżuterii, szycia poduszek i jak szyłam peleryny na konwent. Boję się, że to wszystko będzie się podobać tylko i wyłącznie mnie, i nikt tego nie pochwali, tylko wyśmieje - a jak tak się stanie, to i mnie przestanie się podobać, zacznę widzieć same wady i złe strony, i stracony czas. Zaczynam myśleć, że to wszystko było bez sensu i bez sensu jest wszystko, za co się biorę. Dół gotowy i z każdym kolejnym mam coraz mniejszą ochotę wychodzić i próbować czegoś nowego, bo i po co, skoro skończy się jak zwykle, zanim na dobre się zacznie?

Ale uszyję ten płaszczyk. Uszyję go, choćby się waliło, paliło i wbijało mnie młotkiem w ziemię. Uszyję i będę w nim chodzić. BO PO TO WŁAŚNIE CHCĘ GO USZYĆ. Żeby czuć się w nim dobrze, być sobą. Jak mogę być sobą w ciuchach, w których chodzi co druga dziewczyna na ulicy?

środa, 14 września 2011

Get a life!

Mało brakło, a zamieściłabym totalnie angstową notkę, w której wrzucam na League of Legends, na ludzi grających w League of Legends i na najgorsze, na co można trafić, grając w League of Legends: mecz z samymi Polakami, na dokładkę dresami. MA-SA-KRA. Naprawdę lubiłabym tą grę, gdyby miała tryb stuprocentowo solo. Niestety, jest to gra stuprocentowo multi, a ponieważ jestem zbyt nieśmiała i wrażliwa na nazywanie mnie bez powodu noobem czy, cytuję, kurwą jebaną, kończę moją przygodę z LoLem i wszelkimi grami jemu podobnymi.


No i w efekcie i tak zamieszczę notkę, w której wrzucam na League of Legends, ale już nie aż tak angstową, bo główny gniew i żal już się wygotowały. Zacznijmy od krótkiego wyjaśnienia, co to jest League of Legends. Według Wikipedii jest to hybryda cRPG i RTS rozgrywana w trybie multiplayer. Polega na tym, że gracze z dwóch drużyn naparzają się nawzajem celem eliminacji nexusa, czyli głównej bazy drużyny przeciwnej. Im dłużej trwa mecz, tym lepiej, bo można zgarnąć więcej złota, bonusów etc., a co za tym idzie: więcej doświadczenia na koniec, dzięki czemu wzrasta poziom gracza. Im wyższy gracz ma poziom, tym ma lepiej, bo może układać sobie runy dające bonusy w pojedynczych meczach, masteries i takie tam duperele. Poza tym za każdy mecz - nieważne wygrany czy przegrany - zdobywa się punkty, za które można sobie wykupywać runy lub bohaterów. Tych ostatnich jest w LoL kilkadziesiąt i co tydzień są inni do wyboru, chyba że gracz sobie jakichś wykupi - wtedy może nimi grać zawsze niezależnie od rotacji. Grać można na kilka sposobów: dwie misje treningowe, 5vs5, 3vs3, własny mecz z ustaloną przez siebie liczbą graczy lub gra z botami, czyli graczami wirtualnymi. Jednak w każdym przypadku jest to multiplayer. Nawet przy grze z botami wirtualni są tylko przeciwnicy, w twojej drużynie zawsze będą prawdziwi gracze.

I to z grubsza tyle. Teraz przyjrzyjmy się, czym według definicji słownikowej jest gra.

1. «zabawa towarzyska prowadzona według pewnych zasad»

Krótko i na temat. Po co są stworzone gry? Dla zabawy. Z moich obserwacji wynika, że nie do wszystkich użytkowników LoLa (a także innych gier multi) dociera ta idea. Oni nie grają po to, żeby się rozerwać, odpocząć po szkole/pracy czy pobawić się ze znajomymi. Dla nich jedyne, co się liczy, to ranking. Chcą wygrywać wszystkie mecze, być najlepszymi, patrzeć na wszystkich z góry i napawać się swą zajebistością. Jak trafi się taki Nołlajf w drużynie - biada. A jak kilku takich - łolabogarety! Okaż tylko odrobinę słabości, zgiń jeden jedyny raz, a zaraz zostaniesz wyzwany od noobów, idiotów, feederów i Bór raczy wiedzieć, czego jeszcze. Pół bidy, jak Nołlajf nie mówi po twojemu; wtedy jedyne, na co będzie potrafił się wysilić, to parę noobów i mnóstwo fuckowania. Wczoraj miałam okazję się przekonać, jak pięknie potrafią się zachować nasi rodacy. Nie szło mi za dobrze, a przeciwnicy byli wyjątkowo dobrze zorganizowani i często zdarzało mi się zginąć. Więc panowie Nołlajfowie zbluzgali mnie od góry do dołu i grozili raportem za feedowanie - czyli specjalne dawanie się zabić, by przeciwnicy zbierali bonusy. Ręce, nogi i cycki mi opadły, bo w swej naiwności wcześniej nawet nie pomyślałam, że ktokolwiek mógłby chcieć to robić specjalnie. No i człowiek jest bezradny, bo głupoty się nie raportuje, wulgarnego języka też nie, bo i kogo w tym całym Riocie to obchodzi. Jednostki odporne na takie numery machają ręką i grają dalej. Ja nie potrafię. Każdy taki mecz to dla mnie jeden wielki stres. Przed rozpoczęciem zawsze serce mi waliło jak oszalałe i myślałam: Boże, jeśli nie mogę liczyć na uprzejmość, to niech przynajmniej nikt się nie odzywa i zajmuje swoimi sprawami. Niestety, rzadko kiedy nikt się nie odzywa. A najczęściej jak już się odzywa, to nie wynika z tego nic dobrego.


Tak więc moja recenzja League of Legends prezentuje się następująco, że zacytuję Józefa Piłsudskiego:

„Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy”.

sobota, 10 września 2011

When the dragon lies bleeding...

Czasem załączają mi się „fazy” na różne rzeczy. Kiedy jakaś się załączy, myślę niemal wyłącznie o jej przedmiocie, szukam o nim informacji, czytam książki i oglądam filmy, piszę opowiadania, a jeśli mogę - robię o tym teledyski (na użytek, niestety, głównie własny, bo każda próba zamieszczenia ich na youtube kończyła się blokadami konta). Obecnie mam fazę na smoki.

Fascynacja zaczęła się od gry Heroes of Might and Magic III (kto tego nie zna?), a więc jak miałam lat... siedem? Osiem? Coś koło tego. I przez długi czas była podsycana głównie moją wyobraźnią, bo nie znałam i nie mogłam znaleźć żadnych filmów, książek czy gier. Ostatnio miałam w rękach dwie smocze książki i pomyślałam o przeprowadzeniu analizy smoczego wizerunku w różnych tytułach (nie wszystkich, o jakich czytałam, ale tych bardziej interesujących). Kolejność taka, w jakiej mi się przypominają.

Naomi Novik „Smok jego królewskiej mości”
Smoki bardzo fajne, choć nieco się na nich zawiodłam. Z początku, zanim jakiegokolwiek poznajemy, są opisywane jako dzikie i takie, które ledwo da się okiełznać. Potem trafiamy na smoki: szalenie inteligentnego i przyjaznego, głupiego jak stołowe nogi oraz zwyczajnie pierdołowatego, który daje się pomiatać swojemu opiekunowi. Gdzie się podziała cała ta dzikość? Ano jest, ale objawia się tylko w przypadku, gdy opiekunowi grozi niebezpieczeństwo. Nie mają problemów z posługiwaniem się ludzką mową; w zasadzie miałam wrażenie, że nie mają własnej, bo więcej mówią niż ryczą. Jak im się to udaje z taką budową pyska? Nie wiadomo. Smoków są różne rasy, a każda potrafi co innego - jedna zionie ogniem, druga pluje kwasem itd. Generalnie smoki Novik można przyrównać do kilku zwierzęcych stereotypów: są wierne jak psy, hodowane jak konie, groźne jak bawół afrykański (zabijają więcej ludzi niż lwy). Mimo to już czuję, że zapełnię sobie półkę pozostałymi tomami.

Anne McCaffrey cykl „Jeźdźcy smoków z Pern”
Smoków na Pernie są właściwie dwa rodzaje: te właściwe, pod wierzch, i malutkie jaszczurki ogniste będące ich mniej inteligentnymi miniaturami. Również przywiązują się do opiekuna, wybrawszy go po wykluciu podczas ceremonii Naznaczenia. Nie walczą ze sobą nawzajem - coś takiego jest odbierane przez jeźdźców i społeczność weyrów jako tragedię; smoki i jeźdźcy muszą być zjednoczeni, by móc walczyć z Nićmi. Smoki porozumiewają się telepatycznie między sobą i swoimi opiekunami - ale smok nie może porozumieć się w ten sposób z innym jeźdźcem i vice versa. Choć książki są, delikatnie mówiąc, umiarkowanie zajmujące, wprost uwielbiam w nich fragmenty opisujące codzienne życie jeźdźca i jego smoka - rozmowy, wygrzewanie się na słońcu, kąpiele w jeziorze. W sumie jedyne, czego nie lubię w perneńskich smokach, to ich oczy - fasetkowe, takie jak u muchy. Zupełnie mi to nie pasuje do gadziego wizerunku. Ani to, że według autorki najbliższy jej wyobrażeniom obraz został wykreowany przez Colina Saxtona.

Christopher Paolini cykl „Dziedzictwo”
Pominę to, jak mierne są to książki i skupię się na samych smokach. Podobnie jak w obu powyższych przypadkach - smok wybiera sobie jeźdźca, z tą różnicą, że może na niego czekać w jajku przez setki lat. Jego wyglądowi nie mam nic do zarzucenia (proszę nie mylić filmu z książką, ani tym bardziej nie myśleć, że wyobraźnię mam tak słabą, że opieram się na tych szpetnych okładkach), poza tym, że główny smok - a raczej smoczyca - cyklu, Saphira, w trzecim tomie okazuje się największym narcyzem na świecie; przez kilka akapitów zachwyca się, jaka jest piękna i jak piękna musi się wydawać ludziom w dole, i że piękniejszego stworzenia od niej na świecie nie ma... O JEŻU. Aż idzie pożałować, że też potrafi porozumiewać się z ludźmi telepatycznie. Poza tym zionie ogniem i robi różne dziwne rzeczy z magią, nad którymi nie do końca panuje, na przykład zostawia dzieciom dziwne piętna na czołach i robi diamentowe grobowce. Może także, no cóż, wyrzygać pewien klejnot, który zawiera część jej duszy, osobowości czy jak to można nazwać. A kiedy zginie jeździec - smok automatycznie umiera. Hę? U Novik smok - choć rozżalony - żyje dalej, u McCaffrey z rozpaczy popełnia samobójstwo, u Paoliniego... po prostu zdycha. Dla mnie nie ma to najmniejszego sensu. Nic dziwnego, że tak szybko wyginęły; a ludzie w Alagaesii się dziwią, jak to się mogło stać.

Steven Brust cykl „Vlad Taltos”
Na Drakei przez dwa tomy ze smokiem spotkałam się póki co jako symbolem jednego z domów szlacheckich - szczerze mówiąc nie pamiętam, by ktoś tam wspominał, czy smoki jeszcze istnieją czy nie. Skupmy się zatem na jheregu - stworzeniu do smoka podobnemu. Jhereg jest wielkości średniego psa, długości ludzkiej ręki. Nie zionie ogniem, nie posługuje się magią, ale jest bardzo inteligentny, złośliwy i waleczny.  Komunikuje się telepatycznie - i to nie tylko ze swoim opiekunem, bo i nie ma tu czegoś takiego, że on go sobie wybiera. To zwierzątko - kogo zobaczy po wykluciu, tego uważa za mamę (tudzież „szefa”). To zdecydowanie jeden z moich ulubionych wizerunków smoka (czy też stworzenia smokopodobnego).

Ewa Białołęcka „Tkacz Iluzji”
Pożeracz Wiatru jest smokiem, który z miejsca skradł mi serce. Smoki Białołęckiej to mądre, magiczne stworzenia, pokryte futrem (na wysokościach, na których latają jest w końcu bardzo zimno). Są zmiennokształtne i potrafią przybrać wygląd ćmy, psa, a nawet człowieka. Nie ma żadnych reguł, według których miałyby regularnie wchodzić w komitywę z ludźmi. Są z gruntu niezależne i nawet jeśli się z kimś zaprzyjaźnią, łatwo można je obrazić i popaść w nie lada tarapaty. Wielu czytelników pewnie nie może przywyknąć do smoka-sierściucha i wtedy mogę co najwyżej spytać: czy naprawdę nie potraficie sobie wyobrazić tego piękna?

Patrick Rothfuss „Imię wiatru”
Smok pojawia się tam epizodycznie, ale zasługuje na wymienienie. Dlaczego? A z uwagi na swoją odmienność wobec wszystkich powyższych. Jest wielki i niezgrabny, przypomina bardziej ogromnego warana niż skrzydlatą bestię z legend - po prawdzie to on nawet nie ma skrzydeł. Jest stworzeniem naziemnym i żywi się... drzewami. Dzięki temu zionie niezwykle silnym ogniem. Jednak jego przysmakiem jest żywica pewnego drzewa, z której wyrabia się narkotyk. Nie ma się co spodziewać po nim inteligencji choć minimalnie zbliżonej do ludzkiej - to wielka, wstrętna i groźna kreatura. Ciekawa odmiana po tych wszystkich milusich smokach, które dają się ujeżdżać jak kucyki.

Tad Williams, Deborah Beale „Smoki ze Zwyczajnej Farmy”
Choć smoki są już w tytule, w samej powieści nie odczuwam, by pełniły wielką rolę. To znaczy, owszem, pod koniec są dość ważne dla fabuły, ale ogólnie to nikną wśród ogromu atrakcji, jakimi są jednorożce, węże morskie, gryfy czy skrzydlate małpki. Ale jak już się pojawiają, to są bardziej zwierzętami niż towarzyszami - choć z niewyjaśnionych powodów główna bohaterka potrafi odczytać myśli smoczycy, a nawet się z nią porozumieć na prymitywnym poziomie. No i cóż... poza tym, że smoczyca jest ogromna, a samiec w porównaniu z nią - niewielki, wiele więcej powiedzieć o smokach ze Zwyczajnej Farmy nie mogę.

J.R.R. Tolkien „Hobbit, czyli tam i z powrotem”
Smaug jest według niektórych takim smokiem, jakim powinien być smok. Wielki, skrzydlaty, inteligentny, śpiący na kupie skarbów i bardzo, bardzo zły, że ktoś mu chce te skarby odebrać. Tolkienowskie smoki są jednymi z najbardziej zbliżonych do legendarnych pierwowzorów (choć na średniowiecznych obrazach rzadko przekraczają rozmiarami dużego psa - łaa, cóż za straszliwie trudna do pokonania kreatura). Lubią go wszyscy entuzjaści polowań na smoki (i uwalniania dziewic), jednak przyjaciele smoków z pewnością uważają ten wizerunek za krzywdzący. Pozostaje opowiedzieć się po którejś ze stron... albo wyjść z założenia, że w każdym Cieniu jest inny smok i pójść na herbatkę do Amberu.

Na dziś to wszystkie smoki, które chciałam opisać. Jeszcze wiele książek przede mną, więc lista się powiększy i kiedyś zamieszczę drugą część wyliczanki. Póki co, na zakończenie mój ostatni smoczy teledysk. Enjoy.

piątek, 2 września 2011

Cosplay

Ostatnio miałam okazję odwiedzić Polcon - największy polski konwent dla miłośników fantasy i sci-fi. Parę miesięcy wcześniej byłam na Pyrkonie (który nawet odbywał się w tym samym miejscu), więc wiedziałam, czego się spodziewać: ciekawe prelekcje, konkursy, turnieje gier, games room, sprzedawcy, przebierańcy... No właśnie, przebierańcy.
Już od wielu lat podziwiałam na Deviantarcie zdjęcia cosplayowców wszelkiej maści i zazdrościłam im umiejętności, strojów i tego, że mogą zrobić to na zasadzie Ja i mój chłopak/moja dziewczyna przebraliśmy się razem na konwent i jesteśmy zajebiści". Cóż... najpierw nie miałam chłopaka, potem miałam takiego, że olabogarety-jak-to-możliwe-że-byłam-z-kimś-TAKIM i mogłam co najwyżej pomarzyć o jakichkolwiek konwentach, a co dopiero przebraniach. Ze znajomymi też nie miałam ochoty jeździć, bo jestem dość nieśmiałym wilkiem-samotnikiem, a przecież wokół znajomego byłoby całe stado jego znajomych i zginęłabym w tym tłumie. Aż w końcu mój obecny mężczyzna (dalej nazywany Piratem) stwierdził, że tak być nie może i zabrał mnie na Pyrkon. Bawiliśmy się świetnie, więc od razu zaczęłam planować, za kogo mogłabym się przebrać. Przy pomocy Pirata ustaliłam, że będzie to Milva z cyklu o wiedźminie, on zaś zdecydował się na Garretta z serii Thief. I tak pojechaliśmy na Polcon...
 foto: Michał Dagajew

Konwent konwentem. Konkurs konkursem (choć pochwalę się, że wraz ze znajomym Pirata przebranym za wiedźmina zdobyłam trzecie miejsce). Ale spacerowanie w tych przebraniach w biały (upalny...) dzień ulicami Poznania to było właśnie to. Miałam wrażenie, że wreszcie jestem sobą, kiedy tak maszerowałam w rozwiewającej się pelerynie, z opaską na czole i łukiem w dłoni. Zupełnie jakbym nagle przeniosła się do mojego opowiadania, które namiętnie pisałam jako dziesięciolatka, o przygodach moich, mojej siostry i dwóch kuzynek w Świecie Fantazji.


„Wdrapałyśmy się na szczyt wzgórza, skąd mogłyśmy podziwiać pałac Bandalady w całej okazałości. Jasne mury, fantastyczne kształty i konstrukcje, lśniące złote dachy, wokół ogromne jezioro i strome, skaliste pagórki... Nad zamkiem przeleciał rok, swoim skrzekiem poruszając nasze serca. Powiał lekki wiatr, wzruszając liście na drzewach. Pomyślałam, że to miejsce tchnie magią. Nagle poczułam się, jakbym wróciła do domu.”
Tajemnica Bandalady II - wybrane fragmenty napisane od nowa

 Tak, to właśnie to. Parę lat temu wzięło mnie na wspomnienia i niektóre fragmenty (niekoniecznie najlepsze) stustronicowego opowiadania napisałam w znośnym stylu.
W każdym razie możecie być pewni, że jeśli zawitam na kolejne konwenty, to na pewno będę przebrana. Może za bliżej nieokreśloną czarodziejkę, może za hobbita, może za Cthulhu. Ale przebiorę się na pewno, bo dopiero w fantastycznym przebraniu czuję, że istnieję, że życie ma więcej barw od tych, które codziennie widzę przez okno. Fantazja i wyobraźnia ma dla mnie ogromne znaczenie; gdybym w czasie ciągle tej samej drogi na uczelnię nie wyobrażała sobie, że obok pociągu mknie smok, szybko wpadłabym w prawdziwą frustrację. Gdybym tylko miała więcej odwagi, codziennie zakładałabym własnoręcznie szytą pelerynę i skórzane karwasze, nie tylko, by się wyróżnić, ale przede wszystkim dla poprawy własnego samopoczucia. Bo co jest ważniejsze od marzeń?

czwartek, 1 września 2011

Salvete!

To, czego nienawidzę najbardziej. Początek. Zwykle lubię tworzyć nowe postaci w grach (choć w Simsach wolę budować domy), jednak jeśli idzie o napisanie czegoś - łojezusmaria. Ani nie wiadomo co, ani czy ktoś to w ogóle przeczyta. Wpojona grzeczność nie pozwala na nieprzywitanie się, bo to nieuprzejme i w ogóle, zaś wujek Hitchcock powiadał, że należy zacząć od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma rosnąć. Tylko jakie trzęsienie ziemi ja wam tu mogę zaserwować? Trudna sprawa. Może więc po prostu... lećmy z tym koksem.