czwartek, 29 września 2011

Bryku-bryku na koniku

Przy okazji notki o smokach wspominałam o załączających mi się od czasu do czasu fazach na coś, czyli - gwoli przypomnienia - okresach, w których myślę niemal wyłącznie o jednej, fascynującej mnie rzeczy. Zwykle nie kryję się z tym, ale co począć, gdy faza dotyczy rzeczy, o której wstyd się przyznać komukolwiek? I pół bidy, gdyby chodziło o seks (chociaż fazy na seks jeszcze nie miałam; to znaczy nie w tym sensie). Chodzi o coś różowego. Dla małych dziewczynek. 


Widzicie, odkryłam Bellę Sarę już wiele, wiele lat temu, taką właśnie małą dziewczynką będąc, i jedyne, co mogłam robić, to patrzeć i żałować, bo sama gra w sieci jest nudna, ale arty na kartach - przepiękne! Cóż jednak z tego, skoro wtedy była to atrakcja niemal wyłącznie dla mieszkańców nowego kontynentu. A teraz, za parę dni (IT'S THE FINAL COUNTDOWN, TURURURUU-TURURU-TUTU) karty kolekcjonerskie doczekają się swojej premiery w Polsce. Możecie ryknąć rubasznym śmiechem, ale... zamierzam je zbierać.
Haters gonna hate, trudno. Parę lat temu, między pierwszą a drugą klasą liceum, zebrałam pieniądze, przycisnęłam tatę i zakupiłam na eBayu „The voyage of the Basset”, czyli książkę dla dzieci pięknie ilustrowaną przez Jamesa Christensena (z jego obrazów składa się mój szablon i avatar na blogu), na podstawie której powstał film „Wyprawa Jednorożca”. Doszłam po prostu do wniosku, że: 

1) nigdy nie jest za późno na spełnianie marzeń z dzieciństwa,
2) teraz mam pieniądze, których nie miałam za młodu i mogę z nimi robić co mi się żywnie podoba,
3) nie wybaczę sobie NIGDY, jeśli dorosnę na tyle, by gardzić podobnymi przejawami sentymentów.

Ad 3: nigdy nie zrozumiem, dlaczego niektórzy moi rówieśnicy chcą koniecznie, na siłę robić za niesamowicie dorosłych i w związku z tym zgrywają totalnych bufonów, nadużywają słowa „dojrzałość” we wszystkich odmianach i starają się wszystkim wokół udowodnić, jak bardzo są ponad nimi. Sorry, mnie powaga najzwyczajniej w świecie bawi. Owszem, są sytuacje, kiedy trzeba ją zachować, ale postawa och, ależ ja jestem mądry i poważny” w każdej chwili jest po prostu śmieszna. Nie dziwię się, że ktoś taki może chcieć wyśmiać mój zapał do zbierania kart z magicznymi końmi i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko współczuć delikwentowi, bo to by znaczyło, że jest naprawdę smutnym, zgorzkniałym człowiekiem. Albo zwyczajnym chamem i prostakiem, ale to już osobny przypadek. 

Tak więc trwam sobie w swojej słodkiej fazie i zacieszam w tym momencie, że odważyłam się uzewnętrznić na jej temat. Oglądam obrazki, czytam raz po raz informacje na stronie wydawnictwa, by upewnić się, czy premiera aby na pewno jest wtedy, kiedy powiedzieli (w reklamie mówią, że 10 października, a na stronie jest napisane radosne Już w sprzedaży! i Winky baranieje), planuję zakup pierwszych kart i specjalnych koszulek do segregatora. I mam tylko jeden, całkiem poważny problem...

Z kim ja się będę wymieniać?!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz