piątek, 14 października 2011

Sorrow again

Bezustanna praca twórcza, ciągłe pisanie wpływa destrukcyjnie, jest wręcz niemożliwe.
Hans Christian Andersen „Baśń mojego życia”

No, to już z grubsza wiadomo, o czym będzie notka. O pisaniu. Nie pisaniu jako takim, gryzmoleniu notatek na wykładach et cetera, ale o pisarstwie. Bo, widzicie, to jest właśnie moja pasja. Przynajmniej tak mi się zdaje. Mam takiego pecha, że za dużo myślę o tym, co robię, a za mało faktycznie robię. A jak myślę, to z reguły nie są to dobre myśli. Jakby gdzieś tam w mojej czaszce mieszkał wredny mały skurwiel, który nie robi nic, tylko szydzi:
Po co pisać o czymś takim, to już było, schemat powielany setki razy do bólu.
Nie masz nawet dobrego pomysłu na początek, na rozwinięcie, na zakończenie.
Źle piszesz.
To brzmi sztucznie.
Tamto jest do bani, wywal to, najlepiej wywal wszystko.
Nic z tego nie będzie.
Zmarnujesz wiele miesięcy na napisanie tego, a jak już skończysz, nikt nie oceni tego dobrze, nikt nie będzie chciał tego wydrukować.
Jesteś głupia, jeśli się łudzisz, że zaistniejesz w świecie pisarzy.
Nie będzie się to podobać nikomu oprócz ciebie.

Po czymś takim nie wiem, czy mogę być pewna, że akurat pisarstwo jest moją pasją, a nie jakimś tam pobocznym hobby. Mam takie niemiłe wrażenie, że nic, kompletnie absolutnie NIC nie robię w życiu na 100%. Trochę rysuję i maluję, ale dzieła sztuki to nie są. Trochę szyję, ale nawet nie wiem, jak się nazywają poszczególne ściegi, a sama umiem robić dwa - brak maszyny do szycia boli. Jeździłam konno, ale teraz boję się odwiedzać stadninę, nie lubię kontaktu z ludźmi, obojętnie jak miłymi i fajnymi. Czytam, ale dość powoli i na Biblionetce mam ocenionych tylko 330 książek (lista przeczytanych przez całe życie; niektórzy w wieku 20 lat mają ich na koncie TYSIĄCE). Kurde, jeszcze nawet nie przeszłam Wiedźmina, a premierę miał, jak byłam wesołą  (?) gimnazjalistką. W porównaniu z innymi wypadam blado na niemal każdym polu. Gdyby to był erpeg i „Pewność siebie” byłaby statystyką, jej poziom wynosiłby u mnie zero. Czy w takim razie powinnam dalej się łudzić, że z tego mojego skrobania kiedyś w końcu coś wyjdzie?

Z pisaniem jest tak, że albo ma się wrodzony talent, albo człowiek desperacko się stara i w końcu się nauczy. Nie ma innej możliwości.
Haruki Murakami

Auć, to chyba znaczy, że tak. 

Muszę w tym momencie nieskromnie przyznać, że nie uważam się za totalne beztalencie. Jednak paradoksalnie przysparza mi to tylko jeszcze więcej frustracji. Wiem, że z pewnego punktu widzenia to niewielkie osiągnięcie, ale NA PEWNO piszę lepiej od takiej Stephenie Meyer. Albo innego Christophera Paoliniego. Tudzież - zarzućmy może kimś bliższym polskim realiom - Andrzeja Ziemiańskiego (oho, zaraz zbiorę potężne baty), którego „Achaja” jest książką tak beznadziejnie denną, że gdyby egzemplarz, który czytałam należał do mnie, ze złości podarłabym go na drobne strzępy - niestety, właściciel mógłby mieć mi to za złe. Czytam polską fantastykę i myślę, że wiem, w czym problem. Wszystkie, powtarzam, WSZYSTKIE książki z tej kategorii są mroczne, ponure, złe, pełne ohydy, gówna, nienawiści i rozkładu, i cechują się tym CAŁE: od treści, przez styl, jakim są napisane, po okładki i ilustracje. NIENAWIDZĘ TEGO. Wystarczająco dużo tego gówna widzę na co dzień przez okno, a gdy biorę do ręki książkę fantasy, oczekuję oderwania od tej nudnej rzeczywistości. I nie chodzi mi o to, że ma być słodko, wesoło i postaci mają śpiewać disneyowskie piosenki, ma po prostu NIE BYĆ tak bezsensownie MHROCZNIE. Zrzygać się od tego idzie! Gdzie w tym wszystkim choć odrobina urozmaicenia? Ni mo. Chciałabym to zmienić, ale... jak? Nikt tego nie będzie chciał, bo to się po prostu nie sprzeda. Nie w Polsce, nie kiedy jest moda na mhrock i wyniosłych bohaterów z pseudocynicznym poczuciem humoru. Może powinnam zebrać trochę kasy, szarpnąć się na dobrego tłumacza i uderzać do zagranicznych wydawnictw? Plan, choć zajebiście ryzykowny, wydaje się bardziej sensowny niż wysyłanie opowiadań do rodzimych redakcji, które przysyłanych tekstów pewnie nawet w ogóle nie czytają, albo przestają, jak zobaczą, że na pierwszej stronie ani razu nie pada słowo „mroczny”.

A wiecie, co mnie najbardziej podnieca, gdy myślę o wydawaniu książki? Ilustracje i fan arty. Matko, tak bym chciała zobaczyć, jak inni sobie wyobrażają to, o czym piszę. No już szczyt marzeń to ekranizacja albo chociaż adaptacja, i tak sobie myślę, że nawet gdyby wyszedł z tego kompletny bubel, to i tak bym była uchachana jak norka, bo mogłabym zobaczyć moich bohaterów w moim świecie w akcji. Kosmicznie! Ale... czy kiedykolwiek przyjdzie mi się tym cieszyć? Chyba nie w tej rzeczywistości. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz