niedziela, 9 października 2011

Związek na odległość? Nie widzę przeszkód!

Zacznijmy od krótkiej historyjki wstępnej. Wczoraj przyjechałam na dworzec w oczekiwaniu na przybycie mojego chłopaka. Niezbyt fajne rozkłady jazdy wszystkiego, co tylko możliwe sprawiły, że musiałam sterczeć tam pół godziny, marznąc jak pies, bo nie pomyślałam, że 10 stopni i brak słońca to pogoda wymuszająca co najmniej szalik. Pierwsze dwadzieścia minut spędziłam na łażeniu wte i nazad po peronie, żeby się choć odrobinkę rozgrzać. Wtem usłyszałam czyjś głos - na dokładkę najwyraźniej skierowany do mnie, z uwagi na brak kogokolwiek innego w promieniu dziesięciu metrów - excuse me-ujący i pytający po angielsku, która godzina. Z przejęcia zapomniałam, jak się po angielsku mówi czas (szitafakaołmajgadłaaa) i po prostu pokazałam pytającemu ekranik telefonu, tłumacząc się jak debilka, że zapomniałam, jak to się mówi (to już na szczęście poprawną - mam nadzieję - angielszczyzną). Sam pytający okazał się być mężczyzną na oko 30-letnim, może nawet trochę młodszym, na oko Hindus. Musieliśmy się sobie nawzajem wydać naprawdę znudzeni długim czekaniem, więc po chwili zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. 

Tu mała dygresja - kontakty z obcokrajowcami zawsze wydawały mi się szalenie stresujące i bałam się, że gdyby do jakiegoś doszło, nie potrafiłabym z siebie wykrztusić ani słowa. A tu proszę - rozmowa mi szła jak z płatka, nawet gładziej, milej i mniej stresująco niż z ludźmi, który mówią po mojemu. Naprawdę nie wiem, czego to kwestia.

W każdym razie dowiedziałam się, że on zmierzał do Warszawy do pracy (tak zrozumiałam), a ja powiedziałam, że czekam na chłopaka. Gdy spytał: Good love? ochoczo pokiwałam głową i zapewniłam, że very good. Wtedy opowiedział mi, że jego dziewczyna - właściwie już prawie żona - mieszka w Gdańsku i chwilowo żyją osobno; wzięli już jeden ślub w Indiach, a teraz na wiosnę pobiorą się w Polsce. Kiedy mówiłam, że mnie i mojego chłopaka dzieli 200 kilometrów, nagle wydało mi się to strasznie małą odległością. No bo sami porównajcie. Łódź a Wrocław. Gdańsk a Indie. Kurcze, świat jest niesamowity. Niby zawsze powtarzałam, kiedy jeszcze byłam samotną, zapłakaną nastolatką, że skoro na Ziemi żyje 6 miliardów ludzi, to dlaczego mam się ograniczać do moich najbliższych okolic w poszukiwaniu drugiej połówki? I okazało się, że miałam rację. Uwaga, teraz będzie patetycznie. Jeśli dwoje ludzi naprawdę się kocha, czy parę kilometrów w tę czy inną stronę robi różnicę? I tak, i nie. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Ale może prawdziwe jest stwierdzenie, że:

Odległość czyni z miłością to, co wiatr robi z ogniem, gasi mały, a rozpala wielki.
Roger de Bussy-Rabutin

4 komentarze:

  1. oj Winkasie, Winkasie komu ty to mowisz. miedzy mna, a Chudzielcem jest ponad 1300km i jakos zyjemy. Wszystko da sie przetrwac uwierz mi.


    i tak btw. notka Ci wyszla o 14.51?

    OdpowiedzUsuń
  2. Coś mi się wali z czasomierzem blogowym. ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. A dla mnie byłoby to chyba ogromnie męczące. Jestem za wygodna, nawet chyba w miłości. Chociaż pewnie gdyby mnie przycisnęło to nic nie byłoby trudne :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Wszystko da się, jak chce się. 4 i pół roku jestem z TW, akurat mieszkamy razem, ale pierwsze dwa lata to było około 900 km różnicy. Z Dwóch końców Polski.

    OdpowiedzUsuń