poniedziałek, 28 listopada 2011

Realia kontra ja

Okej, na spokojnie, bez emocji. 

Podsumowując wzorce podsuwane przez media (głównie media), aprobowane przez rodzinę i ogólnie akceptowane społecznie, tworzy się pewien obraz kobiety w dzisiejszych czasach doskonałej. Po drugiej stronie barykady stoję sobie taka ja. Patrzę, widzę, ino nie dowierzam. Bo według tych standardów powinnam być dokładnie taka:


A więc powinnam być: żyjącą w świecie mody kobietą sukcesu o figurze seksbomby, uwielbiającą zakupy ze stadem przyjaciółek i wyzwoloną erotycznie nimfomanką, która owija sobie hordy facetów wokół palca. Pomijając fakt, że wiele tych stereotypów się wzajemnie wyklucza, mam tylko jedno pytanie. 


W moim otoczeniu wygląda to tak: jak nie zdasz studiów, to nie masz przyszłości. Jak nie pracujesz w zawodzie, to jesteś nikim. I jak ja mam tu teraz powiedzieć, że nie czuję się na siłach kończyć studia i że niezależnie od wykształcenia nie przeżyję całego życia na jednym i tym samym stanowisku? Bo to prawda (to drugie), dzisiaj to sobie uświadomiłam. Jestem stała w uczuciach tylko w związku, wszystko inne prędzej czy później mi się znudzi i zapragnę czegoś innego. Nie będę mieć tej samej pracy przez pół wieku i to jest fakt, bo zwyczajnie nie wytrzymam. I nie przeszkadza mi to. Naprawdę. Nie chcę całego życia spędzić w jednym miejscu. Jasne, ciężko znaleźć nową, zadowalającą posadę, może trafi mi się taka praca, że nie będę chciała jej rzucać, ale to wszystko tylko gdybanie. Jak się zatem wpisuję w stereotyp kobiety sukcesu? W ogóle.

Kwestia kolejna, krótko i na temat. W dupie mam modę. Ubieram się w co chcę i jak chcę, i żaden zniewieściały stylista nie będzie mi wmawiał, co się powinno nosić, a czego nie. Od łażenia po sklepach głowa mnie boli i nie mam bandy przyjaciółek do plotkowania przy filiżance obrzydliwego napoju za 20zł (serio, nie kupujcie gorącej czekolady w Coffe Heaven, kompletna strata pieniędzy). To nie dla mnie.

Next. Dlaczego kobieta seksowna to tylko taka, która na co dzień wygląda wyzywająco? Nie odbiegam zasadniczo od tego typu kobiety, która lubi ładnie wyglądać, ale dlaczego ładnie musi się równać: jak ostatnia suka z dzielnicy czerwonych latarni? Pończochy to dla mnie element bielizny stricte erotyczny, taki, którego NIE pokazuje się na ulicy, dekolt nie musi zasłaniać tylko sutków, a stringi wystające znad spodni to zwyczajna wiocha. Dla mojego chłopaka mogę i chcę wyglądać seksownie, ale w domu, w pociągu i na uczelni... nie, to mi nie pasuje. Nie lubię, kiedy obcy faceci gwiżdżą i rzucają uwagi na mój temat, nie odbieram tego jako komplement, szczególnie kiedy ograniczają się tylko do „niezła dupa” i „wyruchałbym”. Nie jestem obiektem do „ruchania” i STANOWCZO nie podoba mi się postrzeganie mnie jako taki. 

Ostatnia sprawa: kobieta wyzwolona seksualnie. Kolejne „NIE” na mojej liście. Lubię seks. Naprawdę bardzo lubię seks. Różne sposoby i wszystkie pozycje. W tych sprawach nie jestem typem grzecznej dziewczynki z rączkami skromnie splecionymi na kolankach. Ale czy to musi oznaczać, że chcę to robić z każdym, im więcej tym lepiej, żeby było się czym pochwalić przed moimi równie „wyzwolonymi” koleżankami? Filmy wrzeszczą radośnie: TAAAK! a znajome w liceum wytrzeszczały oczy na wieść, że w tym wieku JESZCZE byłam dziewicą. Ja mówię o liceum, a wiem, że teraz w gimnazjum być dziewicą to obciach. O tempora, o mores. 

Na dobrą sprawę ta notka jest wyjaśnieniem, dlaczego nie lubię „Seksu w wielkim mieście”, a „Gotowe na wszystko” to dla mnie najbardziej kretyński serial, jaki w życiu widziałam. Gdyby nie fakt, że... nie wiedzieć czemu, przejmuję się tym wszystkim jak głupia.

Ale zmilczę. Miało być bez emocji, a już czuję, jak znowu we mnie wzbierają te negatywne.

niedziela, 20 listopada 2011

Nieżycie

We built a tower of stone
With our flesh and bone
Just to see him fly
But don't know why
Now where do we go?
Stargazer „Rainbow”

Co tydzień, w każdą niedzielę wieczorem tak samo nie dowierzam, że jutro już poniedziałek i od nowa zacznie się uczelniana rutyna. Niby jestem WRESZCIE na kierunku, który mi się podoba, mam zajęcia, które lubię i nie muszę uczyć się dupereli tak astronomicznych, że zęby bolą (R.I.P. język starocerkiewnosłowiański). Ale wciąż dręczy mnie ta pieprzona niepewność: czy to aby na pewno to? Czy odnajdę się po tych studiach? Będę wiedzieć to, co chciałam wiedzieć? Będę pracować tam, gdzie chcę pracować? Na to ostatnie pytanie najbardziej nie da się odpowiedzieć, bo już nawet nie wiem, gdzie chcę pracować. Ludzie wokół nie pomagają. Gdy mówię im, że studiuję kulturoznawstwo, pierwsze, co słyszę, to: „A co po tym będziesz robić?” Och, no cóż, prawdopodobnie polować na mamuty. 

Jest jeszcze jedna sprawa, dość prozaiczna. Mnie się już zwyczajnie nie chce uczyć. Zaczęłam mieć dość w gimnazjum, wraz z pierwszymi bezsensownymi przedmiotami, w liceum rzygałam nauką, maturę zdawałam bardziej na intuicję niż wiedzę, a teraz... teraz to ja chciałabym już coś faktycznie ROBIĆ. I to nie charytatywnie. Mam 20 lat i swoje potrzeby, o sfinansowanie których nie wypada lub nie chcę prosić rodziców... u których wciąż mieszkam. Szukam dorywczej pracy, ale od dwóch miesięcy nic z tego nie wychodzi, jak zwykle. Tak więc własne pieniądze mam okazyjnie, trochę na urodziny, trochę na Boże Narodzenie. A moja wewnętrzna disneyowska księżniczka śpiewa: więcej chcę! I dotyczy to nie tylko pieniędzy.

Where is your star?
Is it far, is it far, is it far?
When do we leave?
I believe, yes, I believe
Stargazer „Rainbow”

Chciałabym móc zrobić coś po prostu. Po prostu znaleźć ciekawą pracę. Po prostu spakować walizki i wyjechać. Po prostu zamieszkać z moim chłopakiem. Po prostu zwiedzić świat. Po prostu... żyć tak, jak chciałabym żyć. Obecnie to całe życie mam wrażenie, że wszyscy wszystko mogą, tylko mnie z jakiegoś powodu nie wolno. Jakby wolnej woli starczało mi tylko do zdecydowania, co zrobić z rzeczy, które mam pozwolenie zrobić, ze szczególnym uwzględnieniem tego, co muszę. Czasem zastanawiam, jak by to było, zachować się jak Christopher McCandless, zostawić cały swój dobytek za sobą, ruszyć w świat i - tak jakby - zacząć żyć od nowa. Choć wolałabym zamieszkać z ukochanym, zarabiać na pisaniu, jeść wszystko, na co tylko przyjdzie nam ochota (a nie to, co podadzą rodzice z nakazem zjedzenia wszystkiego), mieć dużo zwierzaków i kochać się całymi dniami. Jasne... dream on. 

Ta stagnacja doprowadza mnie do szału. Boję się, że kiedyś te wszystkie tłumione emocje we mnie wybuchną i rozwalę cały dom jak zepsuty bojler, w którym zbyt długo gromadziło się ciśnienie. Przez tyle lat wciąż to samo, ciągle niesamodzielna, uzależniona od wszystkiego i wszystkich... Mam już tego dość. CHCĘ. ZACZĄĆ. ŻYĆ. 

niedziela, 13 listopada 2011

Fantastyczna parada

Mili Państwo, dziś odcinek nietypowy, bo łamiący pierwszą zasadę moralności, którą od wczesnego dzieciństwa wpajali nam rodzice: nie sądź książki po okładce. Otóż zamierzam sądzić nie tyle książki, co ich okładki, skupiając się na literaturze fantasy. Nie ma co ukrywać, że jednym z czynników skłaniających do zakupu danej lektury jest właśnie okładka - nie na pierwszym ani nawet nie na drugim miejscu, ale zbadanie tego wpływu mogłoby być ciekawym tematem pracy magisterskiej. Sama należę do osób, które lubią się otaczać pięknymi rzeczami, a książki nie stanowią tu wyjątku; jestem uzależniona od kupowania książek (a potem nie mam ich kiedy przeczytać, bo czytam dość powoli...), a im ładniej się prezentują na półce, tym lepiej. Miałam sporządzić w celu dzisiejszej notki toplistę, ale szybko doszłam do wniosku, że po prostu nie byłabym w stanie poukładać wybranych przeze mnie okładek w ponumerowanej kolejności od najładniejszej do najbrzydszej, bo podobają mi się wszystkie. Tak więc przedstawiam... listę. Po prostu

LISTĘ NAJPIĘKNIEJSZYCH OKŁADEK FANTASY
W KOLEJNOŚCI PRZYPADKOWEJ

Adrian Tchaikovsky, cykl „Cienie pojętnych”
Jeszcze nie miałam okazji zapoznać się z tą serią osobiście, ale znając mojego chłopaka, długo nie potrwa, nim da mi wszystkie tomy z rozkazem „MASZ TO PRZECZYTAĆ”. Nie wiem nic poza tym, że rzecz się tyczy jakichś owadoludzi, ale okładki prezentują się co najmniej intrygująco. Są klimatyczne, utrzymane w jednolitym stylu, bez drastycznych zmian. Tom pierwszy („Imperium czerni i złota”) wygląda najgorzej, co jest zapewne winą tego, że - no cóż - wyszedł jako pierwszy i ilustracja nie została odpowiednio dopieszczona, jak na przykład „Ścieżka skarabeusza”, moja ulubiona z tej szóstki. Wybija się także tom zerowy, „Pancerni”; to może być już bardziej zrozumiałe, choć i tak irytujący jest fakt, że twarz tej postaci jest już nagle doskonale oświetlona, w przeciwieństwie do wszystkich innych.

Andrzej Pilipiuk, cykl „Kuzynki”
Zwykle dział z polską fantastyką omijam wzrokiem, kręcąc głową w zniesmaczeniu spowodowanym kompletnym brakiem wyobraźni zarówno pisarzy jak i twórców okładek (wszystko jak jeden mąż tak samo mroczne i ponure). Ale gdy zobaczyłam najnowsze wydanie „Kuzynek”... szczęka na podłodze. Te okładki są wprost przepiękne. I wiecie, co jeszcze powiem? Że ten cykl na dobrą sprawę nie zasługuje na tak piękne wydanie. Czytałam „Księżniczkę”- nie jest ani tragiczna, ani genialna, jest po prostu nijaka. Czytasz i zapominasz, co przeczytałeś. Ale słowo daję, jak kiedyś nie będę miała co zrobić z pieniędzmi, kupię wszystkie trzy tomy tylko i wyłącznie dla okładek.

Anne McCaffrey, cykl „Jeźdźcy smoków z Pern”
Kolejny cykl, który sam w sobie nie jest zachwycający. Nawet jako miłośniczka smoków muszę powiedzieć, że byłby o wiele ciekawszy, gdyby z każdego tomu wyciąć 3/4 gadaniny o sprawach, które czytelnika obchodzą mniej niż zeszłoroczny śnieg, a zostawić same momenty, w których coś się faktycznie dzieje. Bo jak już się dzieje, to potrafię się nawet rozpłakać, jak nad śmiercią złotej smoczycy w jednym z początkowych tomów. Co zaś się tyczy okładek: nie wszystkie ilustracje są ładne („Śpiew smoków” jest tak szkaradny, że oczy bolą od patrzenia), ale seria w całości wygląda naprawdę przyzwoicie. Podoba mi się logo autorki i czcionka czytelna nawet w pomniejszeniu takim, jak podaję tutaj. Pierwszych pięć tomów już zdobi moją półkę, pozostałych trzynaście... czeka, aż będzie mnie na nie stać.

C.S. Lewis, cykl „Opowieści z Narnii”, wydanie Media Rodzina z 2005 r.
Narnia miała wiele wydań. Pierwsze jest szkaradne, najnowsze filmowe wciskające siedem części w jeden tom - zbyt nieporęczne i niemal pozbawione ilustracji. Czy TO wydanie ma ilustracje - nie wiem, gdyż mam, niestety, filmowe właśnie, ale kiedyś wymienię je na lepsze. Okładki wydania z roku 2005 są po prostu śliczne, tchnące całą narnijską magią. Lew Aslan pojawia się na każdej, choć w nienachalny sposób, co doskonale oddaje jego udział we wszystkich opisanych przygodach. Ze strony grafików był to zapewne zabieg bardziej stylistyczny niż metaforyczny, ale nawet jeśli wyszedł przypadkiem - efekt jest świetny.

Catherynne M. Valente, cykl „Opowieści sieroty”
W te dwie książki wyposażę się kiedyś na pewno, jako miłośniczka baśni. Okładki są subtelne, spokojne, idylliczne, a jednocześnie jest w nich - szczególnie w drugiej - obietnica jakiejś tajemnicy, którą warto odkryć. Przywodzą na myśl „Baśnie z tysiąca i jednej nocy” i przez wielu recenzentów cykl jest do nich porównywany. Czy słusznie - mam nadzieję się wkrótce przekonać.

Licia Troisi, cała twórczość
Naprawdę, patrzę na te okładki i jestem zachwycona. Ilustracje są piękne, zwłaszcza „Wojen Świata Wynurzonego” i „Dziedziczki smoka”. Można by się przyczepić, że w stylu są mainstreamowe, a czcionka Dark11 jest nadużywana w ostatnich latach, ale hej, nie jestem hipsterem, żeby nienawidzić tego całego tak zwanego mainstreamu z powodu samego faktu istnienia. Okładki są ładne i basta. Jedyne, co mi się w nich nie podoba, to wprost mikroskopijny rozmiar tytułów poszczególnych tomów. „Wojny świata wynurzonego”, ok, ale który tom i jak on się właściwie nazywa?! Trochę głupio opisywać książki „Kroniki świata wynurzonego... ta pomarańczowa”.

Naomi Novik, cykl „Temeraire”
Pierwszy tom już czeka na półce na swoich kolegów. Powieść sama w sobie ma pewne mankamenty, ale jednak wciągnęła mnie jak diabli, a skoro książka wciąga (i występują w niej smoki), dlaczego jej nie lubić? Tym bardziej, że okładki są bardzo przemyślane w swym wyglądzie. Tylko jedno mnie zastanawia... Dlaczego tom „Języki węży” został w Polsce wydany z wężami na okładce, podczas gdy oryginalnie były na nim - tak jak na wszystkich poprzednich - smoki? Rozumiałabym, gdyby w poprzednich tomach tytuły też odnosiły się do okładek, ale mimo że słowo „smok” pojawia się w tytule tylko pierwszego tomu, a smoki występują na wszystkich okładkach, to, no cóż, CZEGOŚ TU NIE ROZUMIEM. Tym bardziej, że węże wyraźnie różnią się stylem rysunku od smoków, choć na tej miniaturze nie widać tego dobrze.

Philip Pullman, cykl „Mroczne materie”
Tu dla odmiany seria dość nierówna. Pierwszy tom jest zachwycający, lecz po dwóch kolejnych okazuje się, że im więcej tajemnic zostaje odkrytych, tym gorzej. Ale by uniknąć spoilerów, skupmy się na kontemplacji samych okładek. Podobają mi się głównie z powodu występujących na nich zwierząt i ich hipnotyzujących spojrzeń. Te książki wręcz szepczą: „Przeczytaj mnie...” Choć według mnie byłoby lepiej, gdyby na każdej z nich była daimona (czyli dusza człowieka przybierająca postać zwierzęcia) - schemat psuje niedźwiedź polarny Iorek Byrnisson, a dopasowanie kolorystyczne to kiepskie wytłumaczenie, bo jakoś nie widziałam zbyt wielu zielonych kotów. 

Steven Brust, cykl „Vlad Taltos”
Jak na współczesne standardy, w których okładki muszą mieć odpowiednio dużo efektów błysku zrobionych w Photoshopie, okładki opowieści o Vladzie Taltosie to zapewne nic szczególnego. Mnie się jednak podobają z uwagi na ich prostotę i elegancję... a przynajmniej pierwsze trzy tomy, bo dwa kolejne nie są już takie zachwycające. Raz, że drastycznie zmienia się styl rysunku, dwa - mają zbyt kolorowe tła. Kurde, pierwsze tomy w ogóle nie mają tła, a potem nagle zaczynają mieć. To nie prezentuje się dobrze. A jednak mimo wszystko zamieściłam te okładki na mojej liście. Dziwny jest ten świat, jak by powiedział Niemen.

Glen Cook, cykl „Czarna Kompania”
Kolejna seria, którą znam tylko z widzenia i rekomendacji chłopaka - a to drugie oznacza, że prędzej czy później uda mi się z nią zapoznać. Zadziwiający jest fakt, że okładki strasznie mi się podobają, mimo tego, że są dość mroczne, a wprost nienawidzę nachalnie mrocznych okładek. Mają taką miłą różnicę w porównaniu do polskiej fantastyki, że coś na nich widać. Nie jest to niejednolita ciemna masa pełna powykręcanych członków i surrealistycznych paszczęk pełnych ostrych zębów, tylko dobrze widoczne postaci w dynamicznym, ciemnym - a dzięki temu klimatycznym - otoczeniu. Polscy ilustratorzy powinni brać przykład z tej serii.



Na dziś to już koniec. Zapewne za jakiś, dość długi czas (bo mnie się zwyczajnie mało co podoba) sporządzę kolejną listę najpiękniejszych okładek, ale w międzyczasie czuję się w obowiązku stworzyć jeszcze listę najgorszych okładek powieści fantasy. Łatwe to nie będzie, bo mam ochotę dokładnie opisać i wykpić niemal wszystkie z fantastyki polskiej, ale postaram się, by nie ograniczyło się to jeno do wylewania pomyj i skrytego żalu „Dlaczego wydają takie barachło, a mnie nie chcą”. Mam nadzieję, że jeśli komuś chciało się to czytać, bawił się równie dobrze jak ja, pisząc.

niedziela, 6 listopada 2011

Mad world

Notka bardzo spontaniczna i zapewne niewiele mniej chaotyczna. Pisząc posta na śmiechawkowym forum stwierdziłam, że w ostatnim czasie moje życie ogranicza się do czekania. Chwilę nad tym pomyślałam i doszłam do wniosku, że na dobrą sprawę całe moje życie ogranicza się do czekania. Czekania na dorosłość. Na skończenie szkoły jednej, drugiej, trzeciej.  Na wakacje. Na święta. Na pierwszą miłość. Na chłopaka. Na lepszego chłopaka. Na przyjazd ukochanego. Na tramwaj. Na pociąg. Na koniec zajęć. Na koniec studiów. Na czas dogodny do realizowania planów, marzeń. Czekam, czekam i czekam, i... i to się już naprawdę zrobiło nudne. Przerażająco nudne. 

Z jednej strony żałuję, że w prawdziwym życiu nie ma opcji ultra fast forward jak w Simsach. Z drugiej - nie wiem, czy byłby to taki dobry pomysł. Gdybym spróbowała przewinąć nudne fragmenty mojego życia, nagle by się okazało, że puf, już czas umierać. Nic się w nim nie dzieje, kompletnie nic, a gdy wpadam na entuzjastyczny pomysł urozmaicenia go, zaraz jest tłumiony przez reakcję otoczenia. Chcę sama sobie uszyć ubranie - No co ty, chyba nie zamierzasz chodzić w czymś takim. Chcę wziąć namiot, rozbić gdzieś w nad pobliską rzeczką mały obóz i pobyć tam przez kilka dni, by oderwać się od rzeczywistości - Odbiło ci, nie poradzisz sobie, no i co ty tam będziesz robić? Chcę sprzedawać ręcznie robione poduszki - Daj spokój, nikt tego nie kupi, zrób ty lepiej coś pożytecznego. I tak dalej, i tym podobne. Więc robię to, co inni: chodzę na studia, jem obiadki w domu i gram na komputerze simsami, których życie jest o wiele ciekawsze od mojego.


Sama przestaję wiedzieć, czego chcę i o czym marzę. Aż do klasy maturalnej zarzekałam się, że prędzej umrę niż dam się wrobić w robotę w biurze, gdzie siedziałabym po kilka godzin dziennie przykuta do biurka i przewalająca stosy gówno mnie obchodzącej makulatury. Obecnie studiuję kulturoznawstwo i najlepsza perspektywa dla mnie to praca w redakcji jako - najprędzej - korekta. Nie, żeby mi to nie odpowiadało, jestem cięta na byki, z mściwą satysfakcją wypatruję ich w każdej książce i dobrze mi to idzie, ale poniekąd czuję się, jakbym zdradzała własne ideały. O byciu pisarzem zwyczajnie nie mogę myśleć jako o przyszłej pracy, bo w Polsce się z tego nie wyżyje - o ile nie stanę się marketingową dziwką, produkującą masowo chłam kupowany przez miliony, a to by było jeszcze gorsze.

A może problem w tym, że za dużo o tym wszystkim myślę? Może po prostu powinnam zaakceptować to wszystko jako nieodzowne elementy codzienności? Na przystanku liczyć z nudów samochody, egzaminy zaliczać bo nie wypada nie zdać, jeść „zdrową” żywność, kupować rzeczy, których nie potrzebuję za pieniądze, których nie mam, by zaimponować ludziom, których nienawidzę (cytat z kogoś, nie pamiętam kogo)? Może to ma jakiś sens, ta błoga nieświadomość własnej miałkości i nijakości?


Ja tak po prostu nie potrafię. Nie mogę znieść myśli, że jestem tylko jedną z sześciu - prawie siedmiu - miliardów, elementem statystyki. Z jednej strony rozpiera mnie chęć wyróżnienia się, zostawienia po sobie czegoś więcej niż napisu na nagrobku, który i tak nie przetrwa stu lat. Z drugiej - chcę być szczęśliwa po prostu, w sposób, który mnie uszczęśliwia najbardziej, a nie taki, który jest powszechnie akceptowany przez społeczeństwo. A może równie dobrze jedno nie wyklucza drugiego, nie wiem. Tylko co ja właściwie uważam za elementy składające się na szczęście? Mąż, stadko dzieci i szczeniaczków? Nah. Kiedyś, jak jeszcze byłam w idiotycznym związku z człowiekiem, który najbardziej kochał siebie, bardzo chciałam mieć dziecko, bo myślałam, że przynajmniej ono by mnie darzyło bezinteresowną miłością. Teraz jestem z kimś innym... i niczego więcej mi nie potrzeba, a o dziecku myślę jak o intruzie. Więc co, all you  need is love, tatarara? Być może. Ale zwykle wtedy słyszy się teksty: „Łuu, ta to tylko o tym swoim facecie myśli, zero ambicji, uzależniona od niego, blebleble”, i nawet jeśli to nieprawda, to boli i żeby wszystkim udowodnić, że jest inaczej, zaczynam robić rzeczy, na które wcale nie mam ochoty. Kto wie, może gdyby nie presja otoczenia, wcale bym teraz nie studiowała? Może poszłabym na jakieś kursy i otworzyła własną firmę? A może po prostu poświęciłabym wszystko mojej pasji i już teraz moje książki byłyby dostępne w księgarniach?

Nie wiem. Nie mam na nic ochoty. Tylko żeby On mnie przytulił i był przy mnie, gdy obudzę się rano. Tak jak dzisiaj.