niedziela, 13 listopada 2011

Fantastyczna parada

Mili Państwo, dziś odcinek nietypowy, bo łamiący pierwszą zasadę moralności, którą od wczesnego dzieciństwa wpajali nam rodzice: nie sądź książki po okładce. Otóż zamierzam sądzić nie tyle książki, co ich okładki, skupiając się na literaturze fantasy. Nie ma co ukrywać, że jednym z czynników skłaniających do zakupu danej lektury jest właśnie okładka - nie na pierwszym ani nawet nie na drugim miejscu, ale zbadanie tego wpływu mogłoby być ciekawym tematem pracy magisterskiej. Sama należę do osób, które lubią się otaczać pięknymi rzeczami, a książki nie stanowią tu wyjątku; jestem uzależniona od kupowania książek (a potem nie mam ich kiedy przeczytać, bo czytam dość powoli...), a im ładniej się prezentują na półce, tym lepiej. Miałam sporządzić w celu dzisiejszej notki toplistę, ale szybko doszłam do wniosku, że po prostu nie byłabym w stanie poukładać wybranych przeze mnie okładek w ponumerowanej kolejności od najładniejszej do najbrzydszej, bo podobają mi się wszystkie. Tak więc przedstawiam... listę. Po prostu

LISTĘ NAJPIĘKNIEJSZYCH OKŁADEK FANTASY
W KOLEJNOŚCI PRZYPADKOWEJ

Adrian Tchaikovsky, cykl „Cienie pojętnych”
Jeszcze nie miałam okazji zapoznać się z tą serią osobiście, ale znając mojego chłopaka, długo nie potrwa, nim da mi wszystkie tomy z rozkazem „MASZ TO PRZECZYTAĆ”. Nie wiem nic poza tym, że rzecz się tyczy jakichś owadoludzi, ale okładki prezentują się co najmniej intrygująco. Są klimatyczne, utrzymane w jednolitym stylu, bez drastycznych zmian. Tom pierwszy („Imperium czerni i złota”) wygląda najgorzej, co jest zapewne winą tego, że - no cóż - wyszedł jako pierwszy i ilustracja nie została odpowiednio dopieszczona, jak na przykład „Ścieżka skarabeusza”, moja ulubiona z tej szóstki. Wybija się także tom zerowy, „Pancerni”; to może być już bardziej zrozumiałe, choć i tak irytujący jest fakt, że twarz tej postaci jest już nagle doskonale oświetlona, w przeciwieństwie do wszystkich innych.

Andrzej Pilipiuk, cykl „Kuzynki”
Zwykle dział z polską fantastyką omijam wzrokiem, kręcąc głową w zniesmaczeniu spowodowanym kompletnym brakiem wyobraźni zarówno pisarzy jak i twórców okładek (wszystko jak jeden mąż tak samo mroczne i ponure). Ale gdy zobaczyłam najnowsze wydanie „Kuzynek”... szczęka na podłodze. Te okładki są wprost przepiękne. I wiecie, co jeszcze powiem? Że ten cykl na dobrą sprawę nie zasługuje na tak piękne wydanie. Czytałam „Księżniczkę”- nie jest ani tragiczna, ani genialna, jest po prostu nijaka. Czytasz i zapominasz, co przeczytałeś. Ale słowo daję, jak kiedyś nie będę miała co zrobić z pieniędzmi, kupię wszystkie trzy tomy tylko i wyłącznie dla okładek.

Anne McCaffrey, cykl „Jeźdźcy smoków z Pern”
Kolejny cykl, który sam w sobie nie jest zachwycający. Nawet jako miłośniczka smoków muszę powiedzieć, że byłby o wiele ciekawszy, gdyby z każdego tomu wyciąć 3/4 gadaniny o sprawach, które czytelnika obchodzą mniej niż zeszłoroczny śnieg, a zostawić same momenty, w których coś się faktycznie dzieje. Bo jak już się dzieje, to potrafię się nawet rozpłakać, jak nad śmiercią złotej smoczycy w jednym z początkowych tomów. Co zaś się tyczy okładek: nie wszystkie ilustracje są ładne („Śpiew smoków” jest tak szkaradny, że oczy bolą od patrzenia), ale seria w całości wygląda naprawdę przyzwoicie. Podoba mi się logo autorki i czcionka czytelna nawet w pomniejszeniu takim, jak podaję tutaj. Pierwszych pięć tomów już zdobi moją półkę, pozostałych trzynaście... czeka, aż będzie mnie na nie stać.

C.S. Lewis, cykl „Opowieści z Narnii”, wydanie Media Rodzina z 2005 r.
Narnia miała wiele wydań. Pierwsze jest szkaradne, najnowsze filmowe wciskające siedem części w jeden tom - zbyt nieporęczne i niemal pozbawione ilustracji. Czy TO wydanie ma ilustracje - nie wiem, gdyż mam, niestety, filmowe właśnie, ale kiedyś wymienię je na lepsze. Okładki wydania z roku 2005 są po prostu śliczne, tchnące całą narnijską magią. Lew Aslan pojawia się na każdej, choć w nienachalny sposób, co doskonale oddaje jego udział we wszystkich opisanych przygodach. Ze strony grafików był to zapewne zabieg bardziej stylistyczny niż metaforyczny, ale nawet jeśli wyszedł przypadkiem - efekt jest świetny.

Catherynne M. Valente, cykl „Opowieści sieroty”
W te dwie książki wyposażę się kiedyś na pewno, jako miłośniczka baśni. Okładki są subtelne, spokojne, idylliczne, a jednocześnie jest w nich - szczególnie w drugiej - obietnica jakiejś tajemnicy, którą warto odkryć. Przywodzą na myśl „Baśnie z tysiąca i jednej nocy” i przez wielu recenzentów cykl jest do nich porównywany. Czy słusznie - mam nadzieję się wkrótce przekonać.

Licia Troisi, cała twórczość
Naprawdę, patrzę na te okładki i jestem zachwycona. Ilustracje są piękne, zwłaszcza „Wojen Świata Wynurzonego” i „Dziedziczki smoka”. Można by się przyczepić, że w stylu są mainstreamowe, a czcionka Dark11 jest nadużywana w ostatnich latach, ale hej, nie jestem hipsterem, żeby nienawidzić tego całego tak zwanego mainstreamu z powodu samego faktu istnienia. Okładki są ładne i basta. Jedyne, co mi się w nich nie podoba, to wprost mikroskopijny rozmiar tytułów poszczególnych tomów. „Wojny świata wynurzonego”, ok, ale który tom i jak on się właściwie nazywa?! Trochę głupio opisywać książki „Kroniki świata wynurzonego... ta pomarańczowa”.

Naomi Novik, cykl „Temeraire”
Pierwszy tom już czeka na półce na swoich kolegów. Powieść sama w sobie ma pewne mankamenty, ale jednak wciągnęła mnie jak diabli, a skoro książka wciąga (i występują w niej smoki), dlaczego jej nie lubić? Tym bardziej, że okładki są bardzo przemyślane w swym wyglądzie. Tylko jedno mnie zastanawia... Dlaczego tom „Języki węży” został w Polsce wydany z wężami na okładce, podczas gdy oryginalnie były na nim - tak jak na wszystkich poprzednich - smoki? Rozumiałabym, gdyby w poprzednich tomach tytuły też odnosiły się do okładek, ale mimo że słowo „smok” pojawia się w tytule tylko pierwszego tomu, a smoki występują na wszystkich okładkach, to, no cóż, CZEGOŚ TU NIE ROZUMIEM. Tym bardziej, że węże wyraźnie różnią się stylem rysunku od smoków, choć na tej miniaturze nie widać tego dobrze.

Philip Pullman, cykl „Mroczne materie”
Tu dla odmiany seria dość nierówna. Pierwszy tom jest zachwycający, lecz po dwóch kolejnych okazuje się, że im więcej tajemnic zostaje odkrytych, tym gorzej. Ale by uniknąć spoilerów, skupmy się na kontemplacji samych okładek. Podobają mi się głównie z powodu występujących na nich zwierząt i ich hipnotyzujących spojrzeń. Te książki wręcz szepczą: „Przeczytaj mnie...” Choć według mnie byłoby lepiej, gdyby na każdej z nich była daimona (czyli dusza człowieka przybierająca postać zwierzęcia) - schemat psuje niedźwiedź polarny Iorek Byrnisson, a dopasowanie kolorystyczne to kiepskie wytłumaczenie, bo jakoś nie widziałam zbyt wielu zielonych kotów. 

Steven Brust, cykl „Vlad Taltos”
Jak na współczesne standardy, w których okładki muszą mieć odpowiednio dużo efektów błysku zrobionych w Photoshopie, okładki opowieści o Vladzie Taltosie to zapewne nic szczególnego. Mnie się jednak podobają z uwagi na ich prostotę i elegancję... a przynajmniej pierwsze trzy tomy, bo dwa kolejne nie są już takie zachwycające. Raz, że drastycznie zmienia się styl rysunku, dwa - mają zbyt kolorowe tła. Kurde, pierwsze tomy w ogóle nie mają tła, a potem nagle zaczynają mieć. To nie prezentuje się dobrze. A jednak mimo wszystko zamieściłam te okładki na mojej liście. Dziwny jest ten świat, jak by powiedział Niemen.

Glen Cook, cykl „Czarna Kompania”
Kolejna seria, którą znam tylko z widzenia i rekomendacji chłopaka - a to drugie oznacza, że prędzej czy później uda mi się z nią zapoznać. Zadziwiający jest fakt, że okładki strasznie mi się podobają, mimo tego, że są dość mroczne, a wprost nienawidzę nachalnie mrocznych okładek. Mają taką miłą różnicę w porównaniu do polskiej fantastyki, że coś na nich widać. Nie jest to niejednolita ciemna masa pełna powykręcanych członków i surrealistycznych paszczęk pełnych ostrych zębów, tylko dobrze widoczne postaci w dynamicznym, ciemnym - a dzięki temu klimatycznym - otoczeniu. Polscy ilustratorzy powinni brać przykład z tej serii.



Na dziś to już koniec. Zapewne za jakiś, dość długi czas (bo mnie się zwyczajnie mało co podoba) sporządzę kolejną listę najpiękniejszych okładek, ale w międzyczasie czuję się w obowiązku stworzyć jeszcze listę najgorszych okładek powieści fantasy. Łatwe to nie będzie, bo mam ochotę dokładnie opisać i wykpić niemal wszystkie z fantastyki polskiej, ale postaram się, by nie ograniczyło się to jeno do wylewania pomyj i skrytego żalu „Dlaczego wydają takie barachło, a mnie nie chcą”. Mam nadzieję, że jeśli komuś chciało się to czytać, bawił się równie dobrze jak ja, pisząc.

1 komentarz:

  1. Właśnie jestem w połowie tomu II Wojen Świata Wynurzonego Licii Troisi "Dwie wojowniczki". Mam już kupione wszystkie tomy więc jak skończę ten to biorę się za następny. Nigdy prędzej nie miałem przyjemności czytać książek Pani Lici Troisi ale dowiedziałem się, że jest więcej publikacji o Świecie Wynurzonym. Chciałbym przeczytać o wojnie z Tyranem, która skończyła się 40 lat temu :D

    OdpowiedzUsuń