niedziela, 6 listopada 2011

Mad world

Notka bardzo spontaniczna i zapewne niewiele mniej chaotyczna. Pisząc posta na śmiechawkowym forum stwierdziłam, że w ostatnim czasie moje życie ogranicza się do czekania. Chwilę nad tym pomyślałam i doszłam do wniosku, że na dobrą sprawę całe moje życie ogranicza się do czekania. Czekania na dorosłość. Na skończenie szkoły jednej, drugiej, trzeciej.  Na wakacje. Na święta. Na pierwszą miłość. Na chłopaka. Na lepszego chłopaka. Na przyjazd ukochanego. Na tramwaj. Na pociąg. Na koniec zajęć. Na koniec studiów. Na czas dogodny do realizowania planów, marzeń. Czekam, czekam i czekam, i... i to się już naprawdę zrobiło nudne. Przerażająco nudne. 

Z jednej strony żałuję, że w prawdziwym życiu nie ma opcji ultra fast forward jak w Simsach. Z drugiej - nie wiem, czy byłby to taki dobry pomysł. Gdybym spróbowała przewinąć nudne fragmenty mojego życia, nagle by się okazało, że puf, już czas umierać. Nic się w nim nie dzieje, kompletnie nic, a gdy wpadam na entuzjastyczny pomysł urozmaicenia go, zaraz jest tłumiony przez reakcję otoczenia. Chcę sama sobie uszyć ubranie - No co ty, chyba nie zamierzasz chodzić w czymś takim. Chcę wziąć namiot, rozbić gdzieś w nad pobliską rzeczką mały obóz i pobyć tam przez kilka dni, by oderwać się od rzeczywistości - Odbiło ci, nie poradzisz sobie, no i co ty tam będziesz robić? Chcę sprzedawać ręcznie robione poduszki - Daj spokój, nikt tego nie kupi, zrób ty lepiej coś pożytecznego. I tak dalej, i tym podobne. Więc robię to, co inni: chodzę na studia, jem obiadki w domu i gram na komputerze simsami, których życie jest o wiele ciekawsze od mojego.


Sama przestaję wiedzieć, czego chcę i o czym marzę. Aż do klasy maturalnej zarzekałam się, że prędzej umrę niż dam się wrobić w robotę w biurze, gdzie siedziałabym po kilka godzin dziennie przykuta do biurka i przewalająca stosy gówno mnie obchodzącej makulatury. Obecnie studiuję kulturoznawstwo i najlepsza perspektywa dla mnie to praca w redakcji jako - najprędzej - korekta. Nie, żeby mi to nie odpowiadało, jestem cięta na byki, z mściwą satysfakcją wypatruję ich w każdej książce i dobrze mi to idzie, ale poniekąd czuję się, jakbym zdradzała własne ideały. O byciu pisarzem zwyczajnie nie mogę myśleć jako o przyszłej pracy, bo w Polsce się z tego nie wyżyje - o ile nie stanę się marketingową dziwką, produkującą masowo chłam kupowany przez miliony, a to by było jeszcze gorsze.

A może problem w tym, że za dużo o tym wszystkim myślę? Może po prostu powinnam zaakceptować to wszystko jako nieodzowne elementy codzienności? Na przystanku liczyć z nudów samochody, egzaminy zaliczać bo nie wypada nie zdać, jeść „zdrową” żywność, kupować rzeczy, których nie potrzebuję za pieniądze, których nie mam, by zaimponować ludziom, których nienawidzę (cytat z kogoś, nie pamiętam kogo)? Może to ma jakiś sens, ta błoga nieświadomość własnej miałkości i nijakości?


Ja tak po prostu nie potrafię. Nie mogę znieść myśli, że jestem tylko jedną z sześciu - prawie siedmiu - miliardów, elementem statystyki. Z jednej strony rozpiera mnie chęć wyróżnienia się, zostawienia po sobie czegoś więcej niż napisu na nagrobku, który i tak nie przetrwa stu lat. Z drugiej - chcę być szczęśliwa po prostu, w sposób, który mnie uszczęśliwia najbardziej, a nie taki, który jest powszechnie akceptowany przez społeczeństwo. A może równie dobrze jedno nie wyklucza drugiego, nie wiem. Tylko co ja właściwie uważam za elementy składające się na szczęście? Mąż, stadko dzieci i szczeniaczków? Nah. Kiedyś, jak jeszcze byłam w idiotycznym związku z człowiekiem, który najbardziej kochał siebie, bardzo chciałam mieć dziecko, bo myślałam, że przynajmniej ono by mnie darzyło bezinteresowną miłością. Teraz jestem z kimś innym... i niczego więcej mi nie potrzeba, a o dziecku myślę jak o intruzie. Więc co, all you  need is love, tatarara? Być może. Ale zwykle wtedy słyszy się teksty: „Łuu, ta to tylko o tym swoim facecie myśli, zero ambicji, uzależniona od niego, blebleble”, i nawet jeśli to nieprawda, to boli i żeby wszystkim udowodnić, że jest inaczej, zaczynam robić rzeczy, na które wcale nie mam ochoty. Kto wie, może gdyby nie presja otoczenia, wcale bym teraz nie studiowała? Może poszłabym na jakieś kursy i otworzyła własną firmę? A może po prostu poświęciłabym wszystko mojej pasji i już teraz moje książki byłyby dostępne w księgarniach?

Nie wiem. Nie mam na nic ochoty. Tylko żeby On mnie przytulił i był przy mnie, gdy obudzę się rano. Tak jak dzisiaj.

2 komentarze:

  1. Zmień towarzystwo, nie siebie. Olej tych co gadają (tak wiem, łatwo mówić). Jak ktoś ci gada - odpowiadaj. Walcz o swoje szczęście. I kochaj, bo to jest potrzebne. Ja bym bez Mojego dawno chyba coś sobie zrobiła.

    I czekaj, ale nie bezczynnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ty ciągle czekasz, ja ciągle poszukuję, ciągle zaczynam na nowo. Jedne studia, drugie, trzecie. Żadne nie skończone... (Co nie znaczy, że niczego dzięki nim nie osiągnąłem.) Co więcej - w ciągu niespełna trzech lat - dwa razy zaczynałem praktycznie życie od nowa, przeprowadzając się w nowe miejsce, zostawiając wszystko (prócz przyjaźni i znajomości) za sobą. I idę dalej. Nie czekam. Tworzę. :)

    A ludźmi się nie przejmuj. Zwróć uwagę na to, co sama napisałaś:
    "Chcę sama sobie uszyć ubranie - No co ty, chyba nie zamierzasz chodzić w czymś takim. Chcę wziąć namiot, rozbić gdzieś w nad pobliską rzeczką mały obóz i pobyć tam przez kilka dni, by oderwać się od rzeczywistości - Odbiło ci, nie poradzisz sobie, no i co ty tam będziesz robić? Chcę sprzedawać ręcznie robione poduszki - Daj spokój, nikt tego nie kupi, zrób ty lepiej coś pożytecznego."
    I dalej:
    "Łuu, ta to tylko o tym swoim facecie myśli, zero ambicji, uzależniona od niego, blebleble."

    Czyli jak idziesz pod prąd - źle, jak idziesz z prądem - też źle. Ale tylko dlatego, że że ludzie zawsze wykorzystają okazję, żeby pokazać, że z kimś innym jest coś nie tak, co pozwala im samym się dowartościować. A nie daj Boże by się Tobie udało, to by w ogóle wpadli w rozpacz, bo byś im udowodniła ich miałkość i to, że to Ty miałaś rację.

    Tak więc po prostu rób swoje.
    I pisz. Bo potrafisz ciekawe myśli pięknie w słowa ubrać. Nie zaprzepaść tego!

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń