niedziela, 20 listopada 2011

Nieżycie

We built a tower of stone
With our flesh and bone
Just to see him fly
But don't know why
Now where do we go?
Stargazer „Rainbow”

Co tydzień, w każdą niedzielę wieczorem tak samo nie dowierzam, że jutro już poniedziałek i od nowa zacznie się uczelniana rutyna. Niby jestem WRESZCIE na kierunku, który mi się podoba, mam zajęcia, które lubię i nie muszę uczyć się dupereli tak astronomicznych, że zęby bolą (R.I.P. język starocerkiewnosłowiański). Ale wciąż dręczy mnie ta pieprzona niepewność: czy to aby na pewno to? Czy odnajdę się po tych studiach? Będę wiedzieć to, co chciałam wiedzieć? Będę pracować tam, gdzie chcę pracować? Na to ostatnie pytanie najbardziej nie da się odpowiedzieć, bo już nawet nie wiem, gdzie chcę pracować. Ludzie wokół nie pomagają. Gdy mówię im, że studiuję kulturoznawstwo, pierwsze, co słyszę, to: „A co po tym będziesz robić?” Och, no cóż, prawdopodobnie polować na mamuty. 

Jest jeszcze jedna sprawa, dość prozaiczna. Mnie się już zwyczajnie nie chce uczyć. Zaczęłam mieć dość w gimnazjum, wraz z pierwszymi bezsensownymi przedmiotami, w liceum rzygałam nauką, maturę zdawałam bardziej na intuicję niż wiedzę, a teraz... teraz to ja chciałabym już coś faktycznie ROBIĆ. I to nie charytatywnie. Mam 20 lat i swoje potrzeby, o sfinansowanie których nie wypada lub nie chcę prosić rodziców... u których wciąż mieszkam. Szukam dorywczej pracy, ale od dwóch miesięcy nic z tego nie wychodzi, jak zwykle. Tak więc własne pieniądze mam okazyjnie, trochę na urodziny, trochę na Boże Narodzenie. A moja wewnętrzna disneyowska księżniczka śpiewa: więcej chcę! I dotyczy to nie tylko pieniędzy.

Where is your star?
Is it far, is it far, is it far?
When do we leave?
I believe, yes, I believe
Stargazer „Rainbow”

Chciałabym móc zrobić coś po prostu. Po prostu znaleźć ciekawą pracę. Po prostu spakować walizki i wyjechać. Po prostu zamieszkać z moim chłopakiem. Po prostu zwiedzić świat. Po prostu... żyć tak, jak chciałabym żyć. Obecnie to całe życie mam wrażenie, że wszyscy wszystko mogą, tylko mnie z jakiegoś powodu nie wolno. Jakby wolnej woli starczało mi tylko do zdecydowania, co zrobić z rzeczy, które mam pozwolenie zrobić, ze szczególnym uwzględnieniem tego, co muszę. Czasem zastanawiam, jak by to było, zachować się jak Christopher McCandless, zostawić cały swój dobytek za sobą, ruszyć w świat i - tak jakby - zacząć żyć od nowa. Choć wolałabym zamieszkać z ukochanym, zarabiać na pisaniu, jeść wszystko, na co tylko przyjdzie nam ochota (a nie to, co podadzą rodzice z nakazem zjedzenia wszystkiego), mieć dużo zwierzaków i kochać się całymi dniami. Jasne... dream on. 

Ta stagnacja doprowadza mnie do szału. Boję się, że kiedyś te wszystkie tłumione emocje we mnie wybuchną i rozwalę cały dom jak zepsuty bojler, w którym zbyt długo gromadziło się ciśnienie. Przez tyle lat wciąż to samo, ciągle niesamodzielna, uzależniona od wszystkiego i wszystkich... Mam już tego dość. CHCĘ. ZACZĄĆ. ŻYĆ. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz