środa, 19 grudnia 2012

Water, Fire, Air and Earth... Guardians, unite!

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze chodziłam do podstawówki (i nie byłam z tego powodu jakoś wybitnie szczęśliwa), gdy przestałam kupować "Kaczora Donalda", przerzuciłam się na inny magazyn - "Czarodziejki W.I.T.C.H.". Jako człowieczek uwielbiający fantastykę, magię i Sailor Moon, komiks spodobał mi się od pierwszego wejrzenia (choć, niestety, nie kupowałam go od pierwszego numeru, bo - głupia sprawa - jak mama pokazała mi reklamę w jakiejś gazecie, machnęłam nonszalancko ręką mówiąc, że to jakieś głupie horoskopy, by nie wyjść na... sama nie wiem co. Cóż, w tamtym okresie bardzo bałam się okazywania swoich prawdziwych zainteresowań i swojego "ja", do czego bardzo bezpośrednio przyczyniła się podstawówkowa hołota. Dobra, mniejsza, bo zboczyłam z tematu, koniec nawiasu). Ba, do tej pory czytam skanlacje zamieszczane w sieci (link here), choć sam komiks najlepszy był na samym początku. Jeśli miałabym ocenić wszystkie serie, byłoby to tak:

1. Dwanaście portali - najlepsza historia, nawet pomimo mnóstwa niedopowiedzeń, błędów logicznych i niepodomykanych wątków (np. Czarodziejki miały za zadanie zamknąć dwanaście portali, ale najwyraźniej w trakcie twórcom to umknęło) i zdecydowanie zbyt szybkim zakończeniu. I tym, że finisz opowieści dali do narysowania jakiemuś całkowicie beznadziejnemu rysownikowi, matko, jego kreska jest koszmarna. T_T

2. Nerissa - historia niezła. Względnie dobra kontynuacja, nawiązująca do poprzedniego pokolenia Strażniczek, które mamy okazję poznać z bliska (i niektóre z nich miały świetne ciuchy jako Czarodziejki).

3. Ari z Arkhanty - kolejna nienajgorsza historia będąca wstępem do kolejnej. Co mnie w niej najbardziej zirytowało, to postawa głównej antagonistki, która na końcu po prostu robi "meh", wzrusza ramionami i odchodzi.

4. Endarno - ta opowieść bardzo mi się podobała z uwagi na to, że najbardziej wkurzająca mnie postać w tym uniwersum dostała porządnie po dupie - ta cholerna Wyrocznia. xD Nienawidzę wszelkich "wszechwiedzących" bohaterów, a Wyrocznia była jednym z najgorszych takich typów. Nie pamiętam, w której z poprzednich serii to było (a może na początku tej?), w każdym razie najgłupsza sytuacja wyniknęła w finale wątku o porwaniu kropli astralnej (magicznej kopii) Will przez tajnych agentów. Wyrocznia po prostu zrobiła *pstryk* i wszyscy o wszystkim zapomnieli. Najgorsze deus ex machina ever. Khem, w każdym razie, w tej serii i znów mam okazję ponapawać się moim ulubionym antagonistą znanym z "Dwunastu portali" - Fobosem. Który, niestety, kończy dość lamersko.

5. Księga Żywiołów - od tej serii czytałam już skany z angielskich wydań komiksów. Nie do końca pamiętam, o co tam chodziło, sam wątek główny nie był zbyt interesujący, ale za to wątek poboczny miłości Cedrika i Orube... Mamuniu, to było piękne. Niestety, jego zakończenie też jest kiepskie - nie chcę spoilerować, ale powiedzmy, że kiedy wszystko się rozwiązuje, Orube po prostu wraca do swojego świata i już nigdy więcej o niej nie słyszymy. Laaame!

6. Ragorlang - od początku do końca nie byłam w stanie ogarnąć, o co tam właściwie chodziło. Pamiętam tylko przeważnie kiepską kreskę, jakieś mroczne potworki i wątek romansowy Hay Lin. Strasznie kiepskie to było. Nawiasem mówiąc, czemu jedyną Czarodziejką w szczęśliwym związku jest Will, a związki pozostałych dziewczyn albo się urywają bez słowa albo w ogóle nikt o nich nie wspomina?

7. Nowa moc - jak w tytule: cała historia polega na tym, że każda z Czarodziejek przechodzi próby celem wzmocnienia swoich magicznych mocy. Nowe ciuszki są fajne, ale generalnie to nudy.

8. Teach 2b Witch - najbardziej niedorzeczna rzecz, jaką twórcy mogli wymyślić. Nagle się okazuje, że na Ziemi nie ma tylko słynnych pięciu Strażniczek Portali (patrz: "Dwanaście portali"), tylko jest ona PEŁNA bachorów obdarzonych magiczną mocą, które ktoś powinien nauczyć kontrolować. "Ktoś" czyli nasza dzielna piątka w towarzystwie jakiegoś brodacza z Kondrakaru, którzy otwierają szkółkę w magicznym, oczojebnie różowym autobusie. Głupota straszliwa i rujnująca wszystko, co zostało tak ładnie stworzone i opisane w dwóch pierwszych seriach.

9. 100% Witch - tu twórcy komiksu całkowicie stracili wenę na wymyślanie czegokolwiek. Zamiast tego mamy jednoodcinkowe komiksy na wszystkie okazje: o dniu matki, o miłości do ojca, o radości sportu, o pierwszym dniu w szkole... Wszystko to, by pokazać, że magia jest we wszystkim, z czym spotykamy się na co dzień. Pięknie, pięknie, ale... guzik mnie to obchodzi! Gdzie magia?! Gdzie portale?! Po co zdobywać superpotężne moce, skoro żadna z Czarodziejek ich i tak nie używa?! No chyba że odcinek traktuje o dbaniu o środowisko, wtedy dziewczyny używają swoich mocy, by oczyścić naturę, a potem przekonać się, że nie wystarczy oczyścić jednej plaży ze śmieci, tylko trzeba zmienić nastawienie społeczności. Fajnie. I edukacyjnie bardzo. Tylko że to jest zwyczajnie NUDNE i WTÓRNE.

Na razie to wszystkie serie, jakie do tej pory się ukazały. Mam nadzieję, że cały urok W.I.T.C.H. jaki znam nie zginął wraz z Fobosem i po tej beznadziejnej dziewiątce przyjdzie znów czas na jakąś epicką akcję.

A tymczasem na podstawie komiksu powstał też i serial animowany. Choć to "na podstawie" jest straszliwie naciągane, bo choć większość głównych bohaterów jest względnie ta sama, to cała reszta różni się diametralnie. Niestety na minus. Kiedy oglądałam go za młodu (specjalnie wstawałam w niedziele na siódmą rano, gdy leciał na Polsacie, matko borska) już wtedy mi się niezbyt podobał. Irytował już od pierwszych chwil: beznadziejną piosenką i koszmarnym dubbingiem: Czarodziejki albo skrzeczą, albo buczą, żadna nie mówi normalnie. Przed chwilą włączyłam sobie angielską wersję, bo zwykle oryginał brzmi lepiej (choć właściwie serial powstał we Francji, więc oryginalnie Czarodziejki mówią chyba po francusku...? mniejsza). Pozytywnie zaskoczyła mnie piosenka w intro, która jest o stokroć lepsza od polskiej. Dla porównania: opening angielski i opening polski (słuchanie tego sprawia mi fizyczny ból...). Niestety, głosy bohaterek są tak samo okropne jak w polskiej wersji. Może nawet jeszcze gorsze.

I jeszcze ponieważ mam ochotę i wiem, że wszyscy lubią takie rzeczy, wypiszę najgorsze wady serialu.

1. Fobos - to mnie chyba wkuropatwia najbardziej. W komiksie Fobos był opisywany jako uzurpator, tyran i okrutnik, ale jednocześnie wcale na takiego nie wyglądał: zawsze przystojny, elegancki, nienagannie ubrany (i uczesany, mrr) w szaty o jasnych barwach, mieszkający w kryształowym pałacu, pośród pięknych ogrodów... Tymczasem serialowy Fobos to po prostu karykaturalny szwarc-charakter. Ma czarno-czerwono-bure ciuchy i żyje w ponurym zamczysku, którego nie powstydziłby się hrabia Kaczula. Jego komiksowy image ma dla mnie o wiele więcej sensu: całe królestwo go nie obchodziło, mogło sobie być biedne, bure i ponure, ale on sam był przecież KRÓLEM, chciał otaczać się pięknem i przepychem, na jaki - jak sądził - zasługiwał. No i kurde, porównajcie te dwa obrazki i powiedzcie, który jest lepszy. No który?!
Seks
Antyseks

2. Okropny początek - no więc od samego początku widzimy nie Will, nie resztę przyszłych Czarodziejek, nawet nie Wyrocznię, ale kogo? CALEBA. Postać drugoplanową znaną w komiksie z nieudanego związku z Cornelią (o czym szerzej w punkcie 4). Kradnie z pałacu Fobosa broń, zajeżdża strusia na śmierć i mówi, że musi udać się na Ziemię, by odnaleźć prawowitego dziedzica tronu. Potem przeskakujemy do Hay Lin, która kicha i demoluje sobie pokój. Babcia - Yan Lin - od razu załapuje, że ma wnuczkę-Strażniczkę i prosi ją, by zaprosiła swoje koleżanki: Irmę, Cornelię i Taranee. Will, jako nowa uczennica w szkole, dołącza do nich mimochodem. I na herbatce dowiadują się od babci Hay Lin, że każda z nich ma magiczną moc. Skąd babcia wiedziała, że to akurat ONE? Skąd mogła wiedzieć, że całkowicie przypadkowo dołączy do nich Will, którą poznały tego samego dnia w szkole? Czemu nie widzieliśmy wcześniej, jak każdej z dziewczyn przydarzają się niezwykłe zjawiska, poza Cornelią i Hay Lin? I czemu Yan Lin mówi, że Taranee bała się ognia? Taranee w komiksie uwielbiała ogień, początki swojej mocy odkryła, gdy przy przeprowadzce nieświadomie pokochała dom, który w przeszłości ogarnął pożar. Nic tu się nie trzyma kupy, kompletnie nic.

3. Yan Lin - w komiksie (uwaga, spoilery, jeśli kogoś to obchodzi) już na samym początku swoją główną rolę odegrała szybko, a potem umarła, zostawiając Czarodziejki same ze swoim zadaniem. Potem okazuje się, że jej dusza żyje spokojnie w Kondrakarze, dużo później zostaje nową Wyrocznią, co już jest trochę lamerskie, ale da się z tym żyć. W serialu zaś wygląda na młodszą o jakieś 50 lat (nawet nie ma siwych włosów... naprawdę, Yan Lin i Hay Lin nie muszą mieć włosów w tym samym kolorze, widz zrozumiałby i bez tego, że są ze sobą spokrewnione), cały czas żyje, ma się dobrze i ustawicznie udziela Czarodziejkom rad. Mała rzecz, a drażni.

4. Caleb kocha Cornelię, Cornelia kocha Caleba - w komiksie był to mój ulubiony wątek miłosny (przynajmniej do czasu Orube i Cedrika), który miał za sobą ciekawe, dobre backstory uwzględniające Elyon i jej niemrawe wspomnienia z życia w Meridianie. W serialu zaś... Caleb przyłazi przez portal na Ziemię, widzi Cornelię, Cornelia rumieni się i przeczesuje włosy... I już, miłość od pierwszego wejrzenia. Nie wiem, jak to się rozwiązuje później, ale zgaduję, że znów miałabym na co narzekać.

5. Brzydka animacja - i tyle. Naprawdę, animacja jest po prostu kiepska. Sztywna, drętwa, mało dynamiczna... Zwykle w serialach najlepsza jest w openingu, ale nie, nawet tam wygląda jak pokaz slajdów. Obejrzyjcie dowolny fragment i przekonajcie się sami.

6. Blink, Bink czy jakkolwiek się to gówno nazywa - twórcy serialu postanowili wyposażyć go w zbędny, wkurzający i kompletnie nieśmieszny Element Komiczny w postaci małego, zielonego mieszkańca Meridianu, który przemyca śmieci z Ziemi, ślini się i rzuca kiepskimi dowcipami. Sam pomysł takiego szmuglera nie jest zły, tylko wykonanie jest wprost okropne. Nienawidzę, kiedy ta mała cholera pojawia się na ekranie.

Nie umiem pisać zakończeń, więc do widzenia.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Znowu marudzę, ale nie wytrzymię

Nie chcę mieć dzieci - jestem głupią, samolubną feministką.
Studiuję kulturoznawstwo - jestem za tępa, by wziąć się za lepsze studia.
Chcę zostać pisarzem - mam zejść na ziemię i wziąć się do prawdziwej roboty.
Chcę zarabiać na wytworach rąk własnych - nic mi się nie uda sprzedać, to bez sensu.
Chcę pracować chałupniczo - jestem głupia.
Nie mam żadnej pracy tymczasowej na czas studiów - jestem pasożytem.
Nie chcę być przykuta do jednego stanowiska przez całe życie - skończę pod mostem.
Mówię, że nie lubię się uczyć - jestem debilem.

...Chciałabym móc na te wszystkie stwierdzenia odpowiedzieć po tuwimowemu "całujcie mnie wszyscy w dupę", ale nie potrafię. Zamiast tego słucham, wierzę, załamuję się, izoluję, kładę się do łóżka i nie mam najmniejszej ochoty ani motywacji na nic.

A potem jeszcze przylezą mi do pokoju i opierdolą, że jestem leń i nigdzie w życiu nie zajdę.

wtorek, 27 listopada 2012

Różowy przegląd

Tak sobie, na pocieszenie.

Jednym z moich mrocznych sekretów jest to, że jak mi się bardzo, ale to bardzo nudzi (czytaj: kiedy bardzo, ale to bardzo muszę się uczyć), oglądam sobie filmy produkowane z myślą o dziewczynkach mniejszych lub większych. Uwielbiam te wszystkie zawarte w nich idiotyzmy, schematy, kiepską animację i przerażająco różową scenerię. Głupio oceniać je na filmwebie, gdzie wszyscy znajomi patrzą i pomyślą sobie: łat de fak?! więc zrobię tutaj niesamowicie wprost różowy i cukrowy:

Przegląd filmów o Barbie
z gościnnym udziałem Maryboo :)


1. Barbie w Dziadku do orzechów (2001)
Pierwszy film z udziałem najsłynniejszej lalki świata był jeszcze słodki i niewinny. Miał baśniowy klimat, rozkosznie czarno-białych bohaterów, sztywną animację, która nie poprawiła się od 11 lat... Ale miał swój urok. Shelly boi się, że nie nauczy się dobrze tańczyć na przedstawienie baletowe, więc Barbie opowiada jej baśń o Dziadku do orzechów. Przy tej okazji nie mogło zabraknąć muzyki Czajkowskiego i scen tańca, które były całkiem ładne. Film nie przytłaczał też różem w takim stopniu, jak późniejsze tytuły, o których za chwilę. Ogólnie: "Barbie w Dziadku do orzechów" nadaje się do pokazania małym dziewczynkom bez ryzyka spaczenia im psychiki. O ile zaraz potem da się im pograć w Heroes of Might and Magic III.

Maryboo: Szczerze mówiąc, podczas tego akurat seansu cierpiałam na początkowe objawy choroby filipińskiej i nie byłam w stanie zbyt mocno skoncentrować się na fabule; to, co zdołałam przyswoić było jednak tyleż mało irytujące, co nudne. Do plusów zaliczam głos Dziadka do orzechów (który wygląda całkiem męsko, póki z drewnianej figurki nie przemienia się w jednego z paskudniejszych Kenów w tej serii) oraz końcową scenę baletu.

2. Barbie jako Roszpunka (2002)
Kolejny względnie niegroźny tytuł. Tym razem Shelly nie wie, co namalować, co kończy się opowieścią Barbie o Roszpunce. W tej wersji Roszpunka żyje u podłej Gotel, właścicielce równie podłego... łasica? imieniem Otto, a jej przyjaciółmi są: gadający królik Hobbie i strachliwa mała smoczyca Penelopa. Przez większą część filmu jest uwięziona, to prawda, ale nawet nie w wieży, a swoich włosów jako liny używa tylko raz - we śnie. Dodatkowo to nie książę przychodzi do niej, a ona do niego, kilka razy, gdyż znajduje tajne wyjście poza magiczną barierę postawioną przez swoją panią. Jak by tego było mało, Gotel ma na usługach wielkiego różowego smoka, ojca Penelopy, i wykorzystuje go do... właściwie niczego. Ale obecność smoka zawsze dobrze wpływa na ocenę filmu. Ten - ponownie - jest znośny i akceptowalny.

Maryboo: Jeśli dobrze kojarzę, to właśnie ten film zapoczątkował erę gadających przyjaciół Barbie. Mój problem ze zwierzątkami w stylu smoczycy Penelopy jest taki, że budzą one ciemniejszą stronę mej natury – konkretnie tą, która marzy o torturowaniu tych niemożebnie irytujących stworów rozgrzanym żelazem. Pomijając ów drobny szczegół, ten odcinek wciąż ma jako-tako angażującą fabułę.

3. Barbie z Jeziora Łabędziego (2003)
Powrót do tematyki baletowej. Shelly czuje się źle na letnim obozie, więc Barbie opowiada jej baśń o Jeziorze Łabędzim - znów ugrzecznioną i dość płytką (płytką, haha, śmieszne). Mamy Odettę żyjącą w miasteczku ze swą kompletnie nieistotną rodzinką w postaci ojca i siostry. Pewnego dnia do miasteczka wpada jednorożec i Odetta podąża za nim do odosobnionej, magicznej części lasu, gdzie zostaje wplątana w walkę ze złym Rothbartem i jego narcystyczną, głupią i brzydką córką o wdzięcznym imieniu Odylia. Potem do leśnych powstańców (w postaci elfów pozamienianych w zwierzątka) dołącza książę Daniel i w dość oczywisty sposób zakochuje się w Odetcie. Znów Czajkowski, znów balet. Do tego dość sporo silenia się na śmieszne gagi, co w efekcie wypada raczej żałośnie. Można pokazać dziecku, ale dopiero po seansie "Księżniczki łabędzi" - po stokroć lepszej wersji tej historii.

Maryboo: Niby nic specjalnego – ot, Barbie zrealizowana na podstawie jednego z najsłynniejszych baletów. Mam jednak sentyment do tej części, a to ze względu na trolla cierpiącego na ADHD oraz Rothbarta jako bezsilnego ojca rozpieszczonej nastoletniej córki, który jak żywo potrzebuje sesji z Supernianią.

4. Barbie jako księżniczka i żebraczka (2004)
Tym razem nie ma żadnej Barbie i żadnej Shelly. To wszystko przydarzyło się naprawdę (yay!)! Księżniczka Anna Luiza (Barbie) czuje się przytłoczona pełnym obowiązków życiem, zaś młoda szwaczka Eryka (Teresa? no, ta brązowa) pragnie przepychu i beztroski. Co robią, gdy przypadkiem spotykają się na ulicy miasta i odkrywają, że wyglądają identycznie (poza kolorem włosów)? Zamieniają się miejscami! I nikt nawet nie domyśla się podstępu, jako że gęste czupryny obu dziewczątek z łatwością znikają pod perukami. Nie zamieniają się kotami, ale co tam. Dodatkowo w tle przewija się wątek hrabiego czy kogoś tam, pragnącego przejąć władzę, ale mniejsza. Jest bardzo różowo i mnóstwo piosenek. W tej części ich teksty jeszcze mają sens, za co należy dać duży plus.

Maryboo: Pierwsze dzieło biorące na tapetę dwie główne bohaterki i jedno z ostatnich czerpiących inspirację stricte ze znanych baśni i podań. Fabuła jest prosta – księżniczka i panna z niższych sfer zamieniają się miejscami. Kolejne niezbyt zabawny czy angażujący obraz, który ma jednak swoje jaśniejsze momenty jak: królowa nie poznająca swego dziecka bez okularów, główny zły używający ekonomicznego szantażu w celu zdobycia korony czy też - mój absolutny faworyt – Ken, który sam ciągnie konny wóz po oddaniu swego wierzchowca tajemniczemu handlarzowi.

5. Barbie: Wróżkolandia (2005)
Bez bicia przyznam, że nie byłam w stanie zmęczyć tego filmu do końca. Jest obrzydliwie słodki, cukierkowy i różowy. Zgaduję, że targetem były bardzo, ale to bardzo małe dzieci. Barbie-Elina jest jedyną wróżką, która nie ma skrzydeł, ratuje świat wróżek od złej czarownicy i towarzyszy jej wkurzający turkusowy kłębek kurzu imieniem Bibi, który nieustannie piszczy i doprowadza widza do szału. Istny koszmarek.

6. Barbie i magia pegaza (2005)
A ten film mnie po prostu wkurzył. Czym? Że jest tanią i kiczowatą zżynką z "Magicznego miecza". Barbie jako księżniczka Annika (magicznomieczowa Kayley) spędza całe życie spokojnie jeżdżąc na łyżwach, aż do dnia, w którym zły czarnoksiężnik Wenlock (Ruber) jeżdżący na gryfie (brzmi znajomo?) żąda jej ręki. Od niechcianego małżeństwa ratuje ją deus ex machina w postaci pegaza, który zabiera ją do królestwa w chmurach i okazuje się być jej siostrą, Briettą, przemienioną przez Rube... tfu, Wenlocka. Annika może pokonać Wenlocka przy pomocy Różdżki Światła. Wyrusza na poszukiwania do zaczarowanego Zakazanego Lasu (zżynka). Napotyka tam ogromnego orka (tu też). A także przystojniaka o imieniu Aiden (serio? W "Magicznym mieczu" takie imię nosił sokół, no ale należał do Garreta, który też był błąkającym się po Zakazanym Lesie przystojniakiem, który chciał wszystko robić sam). Ech... jedyne, co mnie z początku ucieszyło, to że w przeciwieństwie do pozostałych filmów o Barbie, gdzie czarne charaktery były brzydkie, Wenlock był całkiem przystojny. Niestety, moja radość nie trwała długo, bo gdy Annika go pokonuje, okazuje się, że rzucił na siebie zaklęcie i tak naprawdę jest obrzydliwym, szkaradnym starym prykiem. Werdykt: NIE.

Maryboo: Jedyny z filmów, który obejrzałam jedynie do połowy. Być może nie powinnam wypowiadać się, nie znając wszystkich zawiłości fabuły, ale mam pewną uwagę dla scenarzystów: jeżeli widz nie potrafi odróżnić najnowszego epizodu od produkcji z roku 2003 (patrz niżej), to wiedz, że powinieneś na gwałt zacząć szukać nowych źródeł inspiracji.

7. Barbie: Syrenkolandia (2006)
Kontynuacja "Wróżkolandii", którą ominęłam szerokim łukiem. Elina musi pomóc syrenkom (jakby cały świat nie mógł się bez niej obyć...), więc podejmuje trudną decyzję i zamienia świeżo zdobyte skrzydła na ogon. Jeśli to takie proste, czemu cały pierwszy film opierał się na nieszczęściu bezskrzydełkowej Eliny?

8. Barbie i 12 tańczących księżniczek (2006)
...Czyli jak sprzedać jak najwięcej zabawek! Barbie i jej 12 siostrzyczek (nawet nie będę próbować zgadnąć, za którym z tych cudacznych imion kryje się prawdziwa Barbie, bo nie pamiętam) żyją pod opieką swego dobrego ojca i uwielbiają tańczyć. Ich życie staje się koszmarem, gdy przybywa do nich złośliwa ciotka, która stopniowo zatruwa króla, przejmuje rządy i zakazuje im pląsów. Ale bystre księżniczki z Barbie na czele odkrywają tajne przejście do magicznego miejsca, w którym mogą bez przeszkód tańczyć całą noc. Nawet nie pamiętam, jak ta historia się kończy, tak nieciekawa jest. Zero w tym emocji: księżniczki tańcują i się cieszą, a konflikt rozwiązuje się sam. No i nie mogło się obyć bez wymuszonego romansu Barbie z Kenem pod postacią kolejnego wypranego z osobowości księcia.

Maryboo: Niewydolny wychowawczo ogier rozpłodowy, król Randolph, uprasza swą demoniczną kuzynkę, Rowenę, by zajęła się jego niesfornymi dwunastoma córkami (mała ciekawostka: istnieje tylko jeden film z Barbie, w którym oboje z jej rodziców żyją i mają się dobrze. Naukowcy dotąd nie zdołali ustalić, jakiż to imperatyw nakazuje scenarzystom robić z nieszczęsnej dziewczyny półsierotę). Nikczemna kobieta nie dość, że wymyślnie torturuje nasze bohaterki, każąc im się ubierać w brzydkie szare sukienki i wysyłając je do łóżka tuż po dobranocce, to w dodatku podtruwa tatusia, mając chrapkę na koronę.

Pozwólcie, że od tego momentu będę analizować w postaci podpunktów – ta forma jest po prostu wygodniejsza, poza tym nie chodzi mi wszak o streszczenie filmów, a o podanie tych smaczków, na temat których milczy Wikipedia ;)

-Największym dramatem dziewcząt jest fakt, że Rowena zabrania im tańczyć (bór raczy wiedzieć, dlaczego); nie żartuję – przez pierwszą połowę filmu to właśnie zakaz pląsania stanowi główny konflikt fabularny.

-Najmłodsza z sióstr Barbie (nazywaną tu Genevieve – Winky, jak mogłaś o tym zapomnieć? Wszak tylko nasza heroina zasługuje na imię po postaci z legend), Lacey, była najwyraźniej wzorowana na postaci Belli Swan – jest niezdarna (do tego stopnia, że nie potrafi sama wdrapać się na łóżko), płaczliwa i sprawia, że już po kilku minutach widz ma ochotę potraktować ją kałasznikowem.

-Matka zostawiła swym dwunastu pociechom (które różni wszystko prócz faktu, że wywijają na parkiecie niczym baleriny z dziesięcioletnim stażem) tajemniczy ogród z magicznym kwieciem, spełniającym wszystkie życzenia. Jak myślicie, do czego używają go nasze heroiny? Tak jest – do tańcowania przez całą noc. Nic to, że jedna z sióstr, mól książkowy, mogłaby zażyczyć sobie olbrzymiej biblioteki, a inna, dżokejka, własnej stadniny. To się nazywa miłość do tańca – Czarny łabędź może się schować.


EDYTKA! ZAPOMNIAŁAM O: 
9. Pamiętniki Barbie (2006)
Była to próba stworzenia przez twórców filmu o Barbie nie dla totalnie małych dziewczynek, a dla młodych nastolatek. No i wyszło dość... niezręcznie. Film o nastolatkach, ale z Barbie w roli głównej. To chyba nie przysporzyło filmowi popularności. O czym opowiada film? Barbie, Tia i Courtney zaczynają naukę w drugiej klasie liceum i każda z nich ma swoje wielkie marzenie do zrealizowania. Barbie pragnie dostać się do szkolnej telewizji (mają w Stanach coś takiego jak "szkolna telewizja"...? Rozumiem gazetkę, radio czy coś, ale cała telewizja?). Jednak by tego dokonać, musi wkupić się w łaski "popularsów", czyli najpopularniejszych uczniów w szkole znanych z tego, że są piękni, bogaci i stereotypowo źli. Czy naprawdę problem bycia popularnym jest problemem numer jeden w amerykańskich szkołach? I czy wszystkie grupki przyjaciółek mają garażowe zespoły muzyczne i jeżdżą różowymi cadillacami z tapicerką w panterkę (100% wiocha!)? Dla tych wszystkich głupot naprawdę warto obejrzeć ten film, a już szczególnie dla tej typowej dla Barbie animacji, dzięki której mamy okazję obserwować gości uchodzących za największe szkolne ciacha poruszających się jak bobasy, które narobiły w pieluchę.  

9. Barbie i magia tęczy (2007)
Kolejny koszmar z cyklu Wróżko-, Syrenko-, Jednorożco- i Bór-raczy-wiedzieć-czego-landii. Jestem nim tak niezainteresowana, że nawet nie wiem, o co w nim chodzi.

 10. Barbie jako księżniczka wyspy (2007)
Barbie/Rosella jako mała dziewczynka trafia z rozbitego statku na bezludną wyspę, gdzie opieki nad nią podejmuje się panda Sagi, paw Azul i słonica Tika. Okej... Rosella dorasta i robi za księżniczkę wyspy. Pewnego dnia przypływa na nią statek i znajdujący się na nim książę pragnie zabrać Rosellę do cywilizacji. Reszta jest całkowicie przewidywalna i nużąca niczym obrady sejmu z fińskim dubbingiem. I jest jedna rzecz, która nie daje mi spokoju. Barbie w każdym filmie ma jakieś rozkoszne zwierzątko albo innego cudownego towarzysza. Ale ta słonica... ona... ona jest PRZERAŻAJĄCA! Ona ma MAKIJAŻ! Że nie wspomnę o pupilku czarnych charakterów, białej małpce, która wygląda jak jakaś straszliwa kreatura, która uciekła z wyspy doktora Moreau!

Maryboo: Jedna, jedyna uwaga: Gdy, na skutek intrygi Tych Złych, Barbie wraz ze swoimi zwierzęcymi towarzyszami znalazła się w oceanie, całe moje jestestwo zaczęło rozpaczliwie skandować: „Proszę, proszę, niech ten słoń pójdzie na dno.” Słonica Tika zajmuje pierwsze miejsce na mojej prywatnej liście najbardziej irytujących postaci w tym uniwersum. Gdybym była katem i kazano by mi wymyślić najbardziej okrutną formę tortur, puszczałabym skazanemu zapętlone fragmenty z Tiką w roli głównej w trybie 24/7. Złamanie ofiary gwarantowane.

 11. Barbie Mariposa (2008)
Barbie już wcześniej miewała dziwaczne imiona, ale tu przeszła samą siebie. Tym razem jako wróżka Mariposa uwielbia śnić o świecie leżącym poza krainą zwaną Skrzydłolandia. Yhm. Gdy Skrzydłolandii zagraża niebezpieczeństwo, wyrusza poza jej granice, by znaleźć ratunek. Nudy, nudy, straszne nudy, strasznie dużo różu i błyszczących świecidełek. Mogą oczy rozboleć.

 12. Barbie i Diamentowy Pałac (2008)
Tu dla odmiany Barbie nie jest księżniczką - jako Liana i jej przyjaciółka Alexa żyją w środku lasu, klepiąc biedę i żywiąc się wyłącznie chlebem z dżemem, co jednak nie przeszkadza im nosić pięknych sukni. Oczywiście znów każda z nich ma wielkookiego, słodkiego pupilka, których imiona dobrze brzmią tylko po angielsku. W każdym razie w pewnego dnia w ręce Liany i Alexy wpada magiczne lusterko, w którym pokazuje się muza, uwięziona w nim przez złą czarodziejkę, która objęła władzę nad Diamentowym Pałacem. No i kto musi uratować świat i przywrócić muzykę i śpiew w Pałacu? Tia. Tym razem dla odmiany nie tylko Barbie znajduje księcia z bajki - w czasie podróży trafiają na bardów-bliźniaków, którzy są koszmarnie irytujący.

Maryboo: Matko i córko, jakie to było nudne. Naprawdę – nawet nie jestem w stanie skrytykować tego dzieła. Twórcy posklejali pojedyncze wątki z poprzednich filmów, stworzyli najbardziej stereotypowe postacie świata i...Nie, dajcie sobie z tym spokój. Naprawdę, nie podjudzam Was – nie ma czego oglądać. Jeżeli macie się ochotę porządnie odmóżdżyć, wybierzcie którąś z pozycji niżej. W tym filmie – co jest absolutną zbrodnią, jeżeli chodzi o świat Barbie – nawet nie ma za bardzo z czego się pośmiać.

13. Barbie w wigilijnej opowieści (2008)
Wielki powrót Shelly, która tym razem wybrzydza, że nie chce iść na wielką wigilijną galę charytatywną i woli tradycyjne święta spędzone z rodziną. Najwyraźniej widz musi uważać to za złe, bo Barbie raczy swoją nabzdyczoną siostrzyczkę przeinaczoną opowieścią Charlesa Dickensa. Jej główną bohaterką jest śpiewaczka operowa Eden Starling, która jest samolubną, narcystyczną zołzą i zmusza swoich pracowników w teatrze, by pracowali w święta. Nie wiem, od kiedy śpiewaczki operowe zarządzają teatrem, nie wiem też, czemu w wielkiej operze zatrudniony jest bazarowy iluzjonista, ale mniejsza. Za głównego kozła ofiarnego robi przyjaciółka Eden, Katrine, projektantka kostiumów. Reszta jest przewidywalna do bólu.

14. Barbie przedstawia Calineczkę (2009)
Jeszcze się z tym niewątpliwym arcydziełem nie zapoznałam. Mogę najwyżej zgadywać, że to coś pokroju Wróżkolandii i nie mieć dobrych przeczuć.
 

15. Barbie i trzy muszkieterki (2009)
Najnudniejszy i jeden z najgłupszych filmów o Barbie, jaki widziałam. Barbie/Corinna mieszka na wsi i marzy o zostaniu muszkieterką tak jak jej ojciec (prawdziwy D'Artagnian!). Pewnego dnia matka daje jej pieniądze na wyprawę do miasta i Corinna pomyka do Paryża, który jest nim tylko z nazwy. Tam jednak wszyscy wyśmiewają jej pomysł i zostaje zatrudniona jako sprzątaczka w zamku. Poznaje trzy niepokorne dziewczątka: Vivecę, Araminę i Renée. O ich muszkieterskich marzeniach dowiaduje się niepozorna babuleńka-gosposia, która otwiera przed nimi tajemne przejście w zamku, prowadzące do... najbardziej idiotycznej sali ćwiczeń, jaka kiedykolwiek zaistniała w filmie. To trzeba zobaczyć na własne oczy, włącznie z ostatnią sceną akcji, gdzie muszkieterki walczą przy pomocy wstążek i wachlarzy. Ach, w tle jest jakiś spisek związany z pozbawianiem kogoś tronu i nasze dzielne muszkieterki ratują Paryż i tak dalej.

Maryboo: Numer trzy na moim osobistym podium absurdalności.

-Siedemnastolatka, która w XIII wieku wyrusza z rodzinnej wsi do miasta, by zostać muszkieterką. Sama. W męskich ciuchach.

-Corinna nie zostaje początkowo przyjęta do organizacji i nic w tym dziwnego, bo obserwując jej trening w stodole mam wrażenie, że dziewczyna pomyliła służbę w elitarnej kawalerii z gimnastyką artystyczną.

-Moja druga ukochana postać świata Barbie – Obi Wan Kenobi o lasce, czyli stara zamkowa służąca będąca w rzeczywistości mistrzynią walk...za pomocą szarfy i wachlarza.

-Co, śmiejecie się? A wiedzieliście, że dobrze użyty wachlarz jest w stanie powalić dwóch uzbrojonych chłopów?

-Ken jeszcze nigdy nie był tak wielką pierdołą, jak w tej odsłonie. Nie dość, że mimo bycia księciem facet daje sobą pomiatać na prawo i lewo (ale to w końcu Barbie, więc należy mu się doza zrozumienia), to w dodatku nie robi kompletnie NIC – szczytem jest scena, w której Corinna musi stanąć w obronie swego bezradnego tró lavera.

 16. Barbie i podwodna tajemnica (2010)
To film, który zapoczątkował dwie złe rzeczy:
- schemat "Barbie i jej dwie przyjaciółki, w tym jedna straszliwie głupia",
- kretyńskie parcie na MODĘ.
Od tej części Barbie ma także coraz głupsze imiona. Merilah (ugh!) jest szczęśliwą nastolatką, która odnosi sukcesy w surfingu. Jednak życie wali jej się na głowę, gdy pewnego dnia okazuje się, że... w wodzie jej włosy robią się różowe!!! Przeżywa to jak mrówka okres, aż w końcu dziadek wyjawia jej tajemnicę, że jej matka jest syrenką i to czyni ją pół-syrenką. Naprawdę, nie pytajcie, jak jej ojciec zdołał zapłodnić RYBĘ ani dlaczego Merilah nie ma ogona - za to potrafi oddychać pod wodą. Merilah w towarzystwie różowego delfina płynie do podwodnego królestwa syrenek, gdzie dowiaduje się, że jej matka była królową, ale zdetronizowała i uwięziła ją jej zła siostra, co czyni z Merilii kogo? Księżniczkę, oczywiście. Była mowa o przyjaciółkach - na lądzie miała jedną rozsądną i jedną głupią, nie inaczej jest pod wodą, gdzie od razu spotyka najlepsze syrenie psiapsióły, również jedną rozsądną i jedno tępe cielę. Ależ przecież nie może ratować podwodnego królestwa jako człowiek! Co zatem musi zrobić? Kupić sobie ogon. Kupić. Ogon. I założyć. Jak spódnicę. Zero w tym jakiejś magii, baśniowości, uroku - bycie syrenką jest cool, bo można gadać z różowymi delfinami i słuchać podwodnej empetrójki sterowanej przez rybę-didżeja. No i zakupy, zakupy, zakupy!

Maryboo: Skupmy się na filmie nr jeden – zaręczam, że drugi nie wnosi do tej serii absolutnie nic nowego.

-Jeśli odkryjesz, że potrafisz oddychać pod wodą, nie poświęcaj temu faktowi zbyt wiele uwagi – dużo bardziej istotne jest to, że na twoich włosach pojawiły się pasemka.

-A właśnie – głównym dramatem Merilii jest fakt, że ktoś może zauważyć różowe pasma w jej włosach. Czy w uniwersum Barbie nie istnieją salony fryzjerskie i środki koloryzujące?

-Ten film warty jest obejrzenia z jednego powodu – posiada jedynego przyjemnego zwierzęcego bohatera w tej serii, fokę (?) o imieniu Pysio. Jest cudowna przede wszystkim dlatego, że nie potrafi mówić.

-Dziadek Merilii to mój trzeci ulubiony bohater tej serii. Jest sympatyczny, rozsądny i kochający, w związku z czym nie bardzo pasuje do reszty bezmózgów z tego filmu. Aha, spoiler alert – w drugim filmie Merilah decyduje się (przynajmniej tymczasowo) przenieść do podwodnego królestwa i całkowicie olewa kwestię dziadka, który wychowywał ją przez te wszystkie lata i który w rezultacie zostanie całkiem sam. Cóż, albo więzi rodzinne, albo korona – sami rozumiecie.

-Jak syrena i człowiek mogli...? Zresztą, nieważne. 

17. Barbie w świecie mody
Ech... No dobra, tu przynajmniej moda FAKTYCZNIE jest centrum zainteresowania. I dla odmiany Barbie nie jest żadną Merilah, Corinną czy inną Roxalexą, tylko sobą we własnej blond osobie. Traci rolę w filmie (och, mój Boże!) i zrywa z nią Ken (cóż za nieszczęście!), więc wyjeżdża do Paryża, tym razem nie dlatego, by zostać muszkieterką walczącą wachlarzami, tylko by odwiedzić swoją ciocię-projektantkę. Niestety ciocia zamyka działalność z braku forsy, ale Barbie i jakaś tam Alicja postanawiają uratować butik przy pomocy trzech wróżek mody. Zaraz, co? O matko...
Są też i czarne charaktery: zazdrosna i obrzydliwie bogata właścicielka butiku z naprzeciwka i jej bezdennie głupia pomocnica. To dziwne, że wrogami zawsze są bogacze mimo że Barbie TEŻ śpi na pieniądzach.

Maryboo: Opus magnum wytwórni Uniwersal Studios i fimy Mattel.

-Dwa słowa – ciocia Milicent. Moja najukochańsza postać, absolutny fenomen i przejaw geniuszu twórców. Cierpi na schizofrenię, ADHD i psychozę maniakalno-depresyjną, jej motto życiowe można by zawrzeć w niezbyt eleganckim: 'I don't give a flying fuck', a w wolnym czasie zajmuje się jazdą na wrotkach i uprawianiem parkouru. Tego nie da się opowiedzieć – to trzeba zobaczyć.

-Ken – dziecko multimilionera, który w przypływie uczuć wyrusza do Paryża, by pogodzić się ze swą ukochaną. Ponieważ nie ma żadnego bagażu, zakładam, że posiada całkiem zasobny portfel. Niejasna jest trasa jego podróży – jeżeli przeanalizować by nazwy poszczególnych stacji, na których się zatrzymuje, można by dojść do wniosku, że podążał do Francji przez Rosję.

-Magiczna szafa zmienia średnio atrakcyjne sukienki w dzieła godne światowych projektantów, sypiąc na nie brokat. Przysięgam, że nie jestem pijana.

-Zwierzęta pełniły już w uniwersum Barbie różne role, ale jedno trzeba przyznać – pies będący projektantem mody, samodzielnie szyjący na maszynie przebił absolutnie wszystko, co widziałam do tej pory.

18. Barbie i sekret wróżek
Kolejny koszmarek będący miksem między "Podwodną tajemnicą" a "Światem mody"... W tym filmie Ken zostaje porwany przez wróżki, gdyż wpadł w oko zaborczej królowej wróżek, a skołowana Barbie odkrywa, że jej przyjaciółki-stylistki (znów jedna mądra, druga tępa) też są wróżkami. Ruszają na pomoc Kenowi, ale najpierw trzeba Barbie - zgadliście - kupić odpowiednie skrzydła... Serio, jak to działa? Jesteś człowiekiem, kupujesz sobie skrzydełka, puf, jesteś wróżką? Kurde, chciałabym, żeby to tak działało.

19. Barbie i Akademia Księżniczek (2011)
Barbie... ups, Blair Willows, jest zwykłą nastolatką mieszkającą dość ubogo ze swoją chorą mamą i małą siostrzyczką. Jej życie się zmienia, gdy wygrywa na loterii pozwalającej jej na naukę w Akademii Księżniczek - gdy tylko zostaje to zaanonsowane na żywo w TV, biedna Blair zostaje wyrwana z domowego zacisza przez straszliwie różową karetę (która podjechała pod samą kamienicę) i zostaje odstawiona prosto do rzeczonej Akademii. Dziwne. Blair czuje, że nie pasuje do tego miejsca, o czym ustawicznie przekonują ją tutejsze typowe wredne dziewczyny, ale w końcu odkrywa nie dość, że powołanie do bycia księżniczką, to jeszcze fakt, że w istocie takową JEST. Z pochodzenia. Ups, spoiler.

Maryboo: 
-Głowna bohaterka filmu, Blair, zostaje wytypowana do przyłączenia się do Akademii Księżniczek w losowaniu nasuwającym skojarzenia z „Igrzyskami Śmierci”. Pytanie za sto punktów: kto się kim inspirował?

-To już postanowione – chcę się zestarzeć w świecie Barbie. Konia z rzędem temu, kto będzie w stanie wskazać jakąkolwiek różnicę między Blair a jej schorowaną matką.

-Od dziecka przygotowywano cię na to, że pewnego dnia zostaniesz księżniczką? Bez żalu zrzeknij się tronu i zaszczytów na rzecz dziewczyny, którą jeszcze wczoraj darzyłaś niechęcią. Na moc Mary Sue nie ma mocnych.

20. Barbie: Idealne święta (2011)
O świętu Lolu, to pierwszy od baaardzo dawna film z Barbie, który jest po prostu... uroczy i sympatyczny. Barbie, Skipper, Chelsea i Shelly w drodze do Nowego Jorku na Boże Narodzenie z powodu burzy śnieżnej muszą wylądować w nieznanym miejscu. Tak trafiają do małego miasteczka Tannenbaum, gdzie - z początku niechętnie - zmuszone są spędzić święta. Żadnej z dupy wziętej magii wróżek/syrenek/czegokolwiek, żadnych wielkookich szczeniaczków z kretyńskimi imionami, zero mody i ani jednej księżniczki. Nawet różu nie ma w ilościach przyprawiających o mdłości!

21. Barbie i podwodna tajemnica 2 (2012)
Naprawdę pierwsza część okazała się takim sukcesem, że trzeba było zrobić drugą...? Ech. Wracamy do naszej słodkiej syrenkowej księżniczki Merilah, która na zmianę spędza czas na lądzie i w oceanie. Niestety, jej matka-królowa oznajmia dzierlatce, że czas dorosnąć i przejąć królewskie obowiązki w postaci przeprowadzenia pewnego rytuału, który raz na zawsze uniemożliwi Merilii życie na lądzie. Księżniczka nie zgadza się, bo to psuje jej plany zostania supergwiazdą surfingu. A tymczasem z więzienia wydostaje się podła siostra królowej, która chce sama dokonać rytuału i tym samym objąć władzę. Wierzcie lub nie, ale ta część jest jeszcze gorsza i jeszcze bardziej różowa. Polecam duże ilości torebek na rzygi.

22. Barbie: Księżniczka i piosenkarka (2012)
Twórcom musiały się już NAPRAWDĘ skończyć pomysły na te filmy, skoro powtarzają historię z "Księżniczki i żebraczki"... z tym, że tutaj to jest strasznie naciągane i głupie. Barbie jako Tori jest księżniczką krainy Meribella (lol) i tak straaasznie nie lubi tego ogromu obowiązków pod postacią zachowywania się grzecznie i konieczności ułożenia przemowy. Z kolei Keira jest światowej sławy piosenkarką i marzy o królewskim życiu. Ehem, halo? Jesteś SUPERGWIAZDĄ! Możesz mieć tyle królewskiego życia, ile zer na koncie! Jakby tego było mało, znów mamy te pseudomagiczne wstawki: Tori jest posiadaczką magicznej szczotki, która jednym machnięciem zmienia fryzurę, a Keira ma zaczarowany mikrofon, który wyczarowuje dowolny strój. Mikrofon = ubranie...? Nie ogarniam. Ach, no i jest jeszcze tajemnica dobrobytu królestwa Meribelli: magiczny krzak, na którym rosną diamenty, doglądany przez chyba te same wkurzające elfiki, co w "Świecie mowy", tu na szczęście całkowicie nieme.

Maryboo: Numer 2 mojej prywatnej listy.

-...Szczotka zmieniająca uczesanie? To już nie łaska po prostu założyć perukę na łeb?

-Barbie osiąga tu szczyt gburowatości. Jak rozumiem, powinnam zżymać się na jej złą, królewską ciotkę (tak, tak – znowu mamy do czynienia ze złą, królewską ciotką) za to, że każe jej się zachowywać stosownie do swojego wieku, ale przykro mi – ja trzymam z cioteczką.

-Król-ojciec jest tu nieco podobny do króla Randolpha, z tą różnicą, że nie ma ani jednej linijki tekstu i niemal nie pojawia się na ekranie. W dodatku najwyraźniej marny z niego władca, skoro to jego córka musi suma summarum zająć się sprawą suszy dręczącej państwo.

-Pomagier Głównego Złego z pewnością jest Polakiem – kto inny potrafiłby tak sprawnie otworzyć drzwi łomem?

-A skoro przy pomagierze jesteśmy. W jednej z końcowych scen zostaje on zaatakowany przez Kena, po czym...więcej nie pojawia się na ekranie. Czyżby pierwsze zabójstwo w dziejach tego uniwersum?

-Barbie- księżniczka jest wybitnie utalentowana. A czy ty, czytelniku, dałbyś radę opanować wszystkie układy taneczne słynnej gwiazdy pop w zaledwie jedno popołudnie?

-Nie słuchajcie piosenek z tego filmu. Istnieje tyle innych, przyjemniejszych sposobów na autodestrukcję.


Na koniec wspomnę o jeszcze jednym tytule, który nie jest filmem, a całą serią krótkich, kilkuminutowych filmików:
Barbie: Life in the dreamhouse
Co jest w tym niezwykłego? Tu wszyscy bohaterowie są lalkami, żyją w domku dla lalek, używają mebelków dla lalek i bawią się ze zwierzakami-lalkami. Serial jest bardzo autokrytyczny - po raz pierwszy to BARBIE jest pustą, głupią cizią, którą interesują tylko ciuchy i Ken. I to jest w nim najlepsze, a także różne ciekawostki wynikające z życia w domku dla lalek, np. prysznic działający na pompkę. Niewątpliwie rzecz warta zobaczenia, choćby dla jaj.

niedziela, 25 listopada 2012

Nic

Mogłabym spróbować napisać, dlaczego czuję się tak, a nie inaczej. Mogłabym olać wszelkie zasady służące uspójnieniu tekstu, puścić hamulce i wyrzygać ten strumień emocji. Mogłabym skakać od dygresji do dygresji, bo jak zwykle nie potrafiłabym się zbyt długo trzymać jednego tematu - zbyt wiele nakłada się na siebie całymi warstwami. Mogłabym postarać się wypunktować te wszystkie przygnębiające rzeczy i dzięki temu dojść jakoś do źródła problemu.

Sęk w tym, że doszłam do momentu, w którym już nic mi się nie chce. A najgorsze jest to, że jak ktoś pyta, co się stało, to nie umiem odpowiedzieć, bo nie wiem, co się stało. Jest po prostu źle.

A zresztą, kogo to obchodzi. Przepraszam, że przeszkadzam. Już wychodzę.

niedziela, 11 listopada 2012

Lameness is magic

Na premierę trzeciego sezonu My little pony: Friendship is magic czekaliśmy długo i już od jakiegoś czasu wiadome było, że ten sezon będzie liczył zaledwie trzynaście odcinków, czyli o połowę mniej niż każdy poprzedni. Jako zapalona fanka nie mogłam się doczekać nowego odcinka, ale jednak z każdym wypuszczonym sneek-peekiem moje wątpliwości rosły. Apogeum osiągnęły, gdy już zapoznałam się z dwoma premierowymi odcinkami przygód kucyków. Nie jestem szczęśliwa pisząc to, ale w ogóle mi się nie podobały. Dlaczego? Postaram się to za chwilę szczegółowo wyjaśnić.

SPOILER ALERT SPOILER ALERT SPOILER ALERT

Odcinek "The Crystal Empire" już zaczyna się kiepsko. Czołówkę wszystkich odcinków serii zawsze poprzedzała scenka będąca zapowiedzią tego, co wydarzy się później. Zwykle trwająca do trzech minut, zabawna i wzbudzająca zainteresowanie. Scenka w tym odcinku trwa... pół minuty i próbuje przykuć uwagę widza czymś w rodzaju trzęsienia ziemi: księżniczka Celestia dowiaduje się, że "TO" się pojawiło, każe sprowadzić Shining Armor i księżniczkę Cadance i pisze pilny list do Twilight Sparkle - jednej z głównych bohaterek. I tyle. Być może doszukuję się dziury w całym, ale strasznie mi się nie podoba to, że nagle serial stara się sprawiać wrażenie tak okropnie poważnego. To po prostu do niego nie pasuje. Otwarcie sezonu drugiego nie było tak poważne, mimo że zagrożenie ze strony Discorda było o wiele bardziej przemawiające do widza niż... No, ale o Głównym Złym tego odcinka za chwilę.

Przejdźmy dalej: Twilight Sparkle przybywa do Canterlot objuczona książkami, bo z listu księżniczki wywnioskowała, że ma przejść jakiś egzamin. Okazuje się, że Celestia miała na myśli inny rodzaj testu i wysyła swoją podopieczną wraz z przyjaciółkami do Kryształowego Imperium, któremu zagraża zły Król Sombra. Sombra przed tysiącem lat przejął Imperium, lecz został pokonany przez księżniczki Celestię i Lunę, przemieniony w cień i wysłany na daleką północ. Zdążył jednak przekląć Imperium, które zniknęło z powierzchni ziemi. Teraz, gdy znów się pojawiło, księżniczka Cadance utrzymuje krążący wokół cień Sombry z daleka przy pomocy swojej magii, ale Twilight i spółka muszą znaleźć sposób, by Imperium mogło istnieć samo i bezpiecznie, zdjąć klątwę i tak dalej. 

O Boru, od czego mam zacząć... Po pierwsze: nigdy nie dowiadujemy się, kim tak dokładniej był król Sombra. Wiemy tylko, że był ZŁY. Przez oba odcinki Sombra wypowiada może ze trzy słowa, poza tym nie robi nic, tylko czyha na granicy działania magii obronnej Cadance i się złowieszczo śmieje. To najgorszy czarny charakter EVER! Porównajmy go z innymi antagonistami z pierwszych odcinków poprzednich sezonów: w pierwszym mieliśmy Nightmare Moon, złą siostrę Celestii, która została zesłana przez nią na księżyc za to, że zazdrościła siostrze, iż ich poddani wolą dzień od nocy. Po tysiącu lat (tysiąc to chyba popularna liczba w Equestrii) powraca i przynosi ze sobą noc, która ma trwać wiecznie. To dość standardowa historyjka: chęć zemsty et cetera, ale wciąż broni się nieźle. W drugim sezonie mamy Discorda - władcę chaosu, który budzi się po wielu (tysiącu?) latach bycia przemienionym przez Celestię w kamień i pragnie zaprowadzić nowe rządy. I jest zajebisty! :D Złowieszczy, ale i zabawny; sprytny, ale zbyt pewny siebie; ma wspaniały głos i świetne teksty; jednym słowem: to jeden z moich ulubionych villainów, jacy kiedykolwiek powstali. Podczas gdy król Sombra jest... uhm, czarny (omójborzerasizm). Chce przejąć władzę nad Kryształowym Imperium bo... ee, jest zły. A jego historia to... to... Och, co za różnica, skąd się wziął, ważne, że jest ZŁY.

Jestem zły król Sombra! Bójcie się mnie, bo... bo jestem zły! I mam zbroję! I zielono-czerwone kurwiki pałające fioletowym ogniem! I czerwony róg pasujący do mej królewskiej peleryny!

Sprawa druga: pierdzielenie o teście, jaki musi przejść Twilight. Naprawdę mnie to denerwuje. Pierwsza mówi o tym Celestia, potem Twilight ma obsesję na punkcie przejścia tego egzaminu (którym jest uratowanie chędożonego Imperium, damn it!), a na końcu Celestia dalej podtrzymuje tę schizę: tak, to był egzamin, poradziłaś sobie doskonale. Kurde mol. Wyobraźcie sobie teraz Gandalfa, który wręczając Frodowi pierścień, mówi: teraz musisz przejść bardzo ważny test, na dobrą sprawę nieważne, czy zniszczysz ten pierścień czy nie, najważniejsze jest sprawdzenie twojej odporności na zakusy zła, a jak po drodze padnie kilka królestw, to no cóż, c'est la vie. No to się kupy nie trzyma! A już najbardziej ta idiotyczna wzmianka o tym, że Twilight i TYLKO Twilight MUSI SAMA wykonać ostateczny krok na drodze uratowania Imperium. Dlaczego? A żeby Marysia miała pytanie, bo nigdy nikt tego nie wyjaśnia. To tylko głupi pretekst, by zrobić z Twilight stuprocentową Mary Sue, która robi wszystko, co w swojej mocy, a na koniec podejmuje Jedyną Słuszną Decyzję. I choć podobało mi się, że w finale uwięziona Twilight każe Spike'owi zanieść na miejsce ten superważny kryształ podtrzymujący Imperium przy życiu i choć formalnie to on zostaje bohaterem, to koniec końców i tak wszyscy podziwiają tylko Twilight, że wykazała się mądrością i "pomyślnie przeszła test". A w rzyć mnie pocałujcie z czymś takim. W czasie gdy Twilight przechodzi ten swój egzamin na bycie merysujką, wszystkie pozostałe bohaterki - Applejack, Rainbow Dash, Pinkie Pie, Fluttershy i Rarity - są potraktowane całkowicie po macoszemu i służą li jedynie za przerywnik humorystyczny, gdy próbują zabawić kryształowe kucyki na festynie i odciągnąć ich uwagę od zagrożenia ze strony Sombry.

Czyżby Luna i Celestia miały wreszcie przystąpić osobiście do akcji? Nie, to tylko patetyczna przemowa o tym, że Twilight Sparkle musi się wykazać i że na pewno nie zawiedzie, bo to oczywiste, że nie zawiedzie.

Ach, właśnie, kryształowe kucyki. Mieszkańcy Kryształowego Imperium, którzy zdają się być ogarnięci depresją i masową amnezją, przez którą nie pamiętają nic ze swojej przeszłości. Zorganizowanie festynu jest sposobem na przywrócenie im pamięci i chęci do życia, która będzie utrzymywać przy istnieniu całe Imperium. I znów mam ten grymas na twarzy... Kryształowe kucyki...? Serio...? Ja wiem, że kanał Hub istnieje po to, by Hasbro wypuszczało na nim seriale na podstawie swoich zabawek, ale to jest strasznie nachalne. Sama idea istnienia kryształowych kucyków nie pasuje mi do Equestrii, którą znam z poprzednich odcinków. To jakaś nowa rasa obok jednorożców i pegazów? Nie do końca, bo w finale wszystkie kucyki, włącznie z Mane6, otrzymują tymczasowy wygląd kryształowego kucyka. A więc są magiczne? Ten wygląd można zdobyć, stając się mieszkańcem Kryształowego Imperium? Ach, cicho tam i cieszta się nową serią zabawek, które są śliczne i będą bestsellerem na najbliższą Gwiazdkę!

Hasbro wie, że chcesz mieć figurkę kryształowej Rarity...

Miałam swoje podejrzenia, ale nie sądziłam, że otwarcie nowego sezonu rozczaruje mnie aż tak bardzo... Mam nadzieję, że kolejne odcinki okażą się lepsze i nie sprawią, że całkiem stracę ochotę na oglądanie Friendship is magic. Bo co innego będę miała do roboty w internecie? :c

środa, 26 września 2012

Przerwa na narcyzm z autokrytyką przeplatany

Ostatnio z lubością i niejakim przerażeniem śmiałam się z narcystycznych głupot, jakie na swej stronie wypisuje niejaka Michalina Olszańska - młoda pisarka, której beznadziejną książkę właśnie próbuję zmęczyć do końca. Dziewczę zrobiło całą listę "książek", jakie napisała w swoim życiu, w tym opowiastki o koleżankach z klasy i bajeczki o Bożym Narodzeniu, które nawet nie zostały wydane, a wszystko to traktuje z całkowitą powagą. Aż mnie to natchnęło do zrobienia przeglądu własnej twórczości. A co, jej wolno, a mi nie?

Zacznijmy od lat najwcześniejszych. Bardzo wczesna podstawówka, fascynacja filmami Disneya i początki miłości do fantastyki.
Twórczość z lat 1998-2000:
  1. "Siedem łabędzi i pies" - oooch, pierwsza z pierwszych. Znaczy, ekhem, przepraszam, chciałam powiedzieć: oto pierwsza część cyklu zatytułowanego "Samodzielne ksiąrzki" (pisownia oryginalna), opowieści dla każdego, w których zwierzęta żyją w zgodzie z człowiekiem, a fantazja i rzeczywistość przeplatają się niczym w...
    PFFFT! Nie no, ja tak nie potrafię. xD To książeczka z trzech kartek A4 złożonych na pół o dzielnym psie Bosie, który, zostawiony przypadkiem przez swoich właścicieli nad jeziorem, próbuje odnaleźć drogę do domu z pomocą siedmiu łabędzi. Inspirowane prawie prawdziwymi wydarzeniami. W wyobraźni już widziałam skórzaną okładkę, złote litery i w ogóle.
  2. "Osiem łabędzi i psy" - zbędna kontynuacja, na dokładkę całkowicie pozbawiona fabuły.
  3. "Historia łabędzi" - taka młoda byłam, a już wiedziałam, jak odcinać kupony... Anyway: prequel "Siedmiu łabędzi i psa", dla odmiany wierszowany.
  4. "Historia Bosa" - odcinania kuponów ciąg dalszy. Rym roku:
    Siedzi obok w klatce taki pies,
    wyje, wyje, tylko Bos nie ryje.
  5. "Dzielny Bernard" - kolejny odważny pies, tym razem bernardyn ratujący małego chłopca spod lawiny. Spoiler: pies ginie.
  6. "Niesamowite stado" - głównym celem przyświecającym temu... opowiadaniu? była konfrontacja chłopaka i stadka ponętnych centaurzyc. Zero seksu, za młoda byłam, by wiedzieć o takich rzeczach.
  7. "Władca koni" - pewien chłopak kochał konie i miał ukochanego konia Błyska, ale pewnego dnia ktoś porwał Błyska i chłopak ruszył go odnaleźć, ale zginął w walce i wystawili mu pomnik... Nie rozumiem, o co mi chodziło.
  8. "Szkarłatny kamień" - dwójka dzieci w poszukiwaniu magicznego kamienia, za który król Partiz (ołmajgad) wyznaczył dużą nagrodę: więcej magicznych kamieni! Wtedy wydawało mi się, że to ma sens.
  9. "Wigilijna historia" - moja osobista zżynka z "Opowieści wigilijnej". Jedyna zmiana to bogata bohaterka zamiast Scrooge'a o przepięknym imieniu: Maria Zeberka. <3
  10. "Czarodziejka" - ostatnia "ksiąrzka" z serii. Młoda czarodziejka Eleonora mająca dar ożywiania zabitych zwierząt (były po tym normalne, nie jak zombie... serio, to było tak straszne, jak brzmi), mająca sokoła Aydena i dosiadająca oviraptora Lambady. To znaczy moje rysunki najbardziej przypominają oviraptora. Wtedy to był po prostu "dinozaur".
  11. "Tajemnica Bandalady" - efekt uwielbienia do filmu "Wyprawa Jednorożca". Moje przygody w świecie Fantazji i próba uratowania go przed złym trollem-kolekcjonerem rogów o imieniu Scotos/Damacon/Zyg/niemogłamsięzdecydować.
Haha, już w podstawówce przerosłam ilościowo dorobek Olszańskiej, trololo. Zajrzyjmy do ciągu dalszego, obejmującego rosnącą fascynację fantastyką, "Harrym Potterem" i grą Heroes of Might and Magic III.
Lata 2000-2005:
  1.  "Tajemnica Bandalady II: Co widziały nasze oczy" - wielka kontynuacja! Pierwsza część miała 6 stron, druga o 97 więcej! A to dzięki odkryciu wspaniałych możliwości, jakie niesie ze sobą komputer. W tym tomie grono bohaterów powiększa się o moją siostrę, dwie kuzynki, młodego czarnoksiężnika Nikodema, barbarzynkę Shivę oraz elfa Fantana - wszyscy razem rzuciliśmy się na pomoc Fantazji, która zaczęła znikać (i wcale nie ściągałam z "Niekończącej się opowieści"), a wszystko za sprawą Sir Gallahada, czarnoksiężnika o potężnej mocy, który wytłukł prawie wszystkie jednorożce, dzięki którym Fantazja istnieje. Uff... "Powieść" obfituje w całą masę bezsensownych przygód i jest strasznie naiwna, ale mam do niej taki sentyment, że napisałam kilka jej fragmentów od nowa oraz kontynuację, o której za chwilę. :D
  2. "Tajemnica Bandalady III: Sir Gallahad kontra Sir Lancelot" - niedokończona trzecia część planowanej tetralogii (wtedy jeszcze nie znałam takich mądrych słów). Sir Gallahad powraca pod postacią gryfa-albinosa i próbuje przejąć Fantazję przy pomocy smoków. Nasza banda w sprawdzonym składzie znów próbuje go powstrzymać. W następnym tomie planowałam, że Gallahad dostanie się na Ziemię i rzuci na mnie, siostrę i kuzynki zaklęcie zapomnienia, tak że zapomnimy o istnieniu Fantazji, i wtedy Nikodem, Shiva i Fantan przybędą po nas, ale nie będziemy ich pamiętać, i...
  3. "Dziecko Zoriki" - obejrzałam film "Mały konik", zaangażowałam się w ratowanie koni wywożonych na rzeź i takie są efekty. Bohaterka - Daria McHors (Boru, aż wstyd się przyznać, że wymyślałam takie imiona) - na co dzień uczy się woltyżerki i pomaga mamie i dziadkowi w prowadzeniu stadniny. Aż do dnia, w którym w zupełnie nieprawdopodobny sposób ratuje stadko koni od rzeźni i przygarnia ciężarną klacz Zoricę. Zorica niedługo potem rodzi małego centaura płci żeńskiej, który otrzymuje imię Chira. Plany były ambitne, Daria miała iść na studia, a Chira dorastać wraz z nią i miał być cały szereg skomplikowanych relacji między nimi. ;P
  4. "Pamiętnik Maureen White" - pierwszy z dwóch pamiętników hogwardzkich. Właścicielką tego byłą Maureen, czarownica z włoskiej Akademii Magii Cigno (bardzo starannie wszystko wymyśliłam na temat szkoły, a wszystko po to, by potem nic z tych rzeczy nie opisać), która z powodu śmierci wychowującego jej dziadka musi przeprowadzić się do Anglii i zamieszkać z ojcem-śmierciożercą. Gdyby bohaterka nie była taką merysujką, możnaby coś z tego wyciągnąć.
  5. "Pamiętnik Winky" - czyli ja w Hogwarcie, a wraz ze mną siostra i kuzynki. Pisane bardziej dla zabawy niż czegokolwiek innego.
  6. "Vivian" - nie pamiętnik, ale też jest potterowo. Vivian Gray (coś mało twórcza byłam w wymyślaniu nazwisk) jest świeżo upieczoną absolwentką Hogwartu, pracuje w Ministerstwie Magii i właśnie ma oficjalnie dołączyć do grona śmierciożerców. Bardzo starannie poddawałam ją zabiegom utraty pamięci w momentach, w których powinien pojawić się Voldemort - no uwielbiam go, ale bałam się o nim pisać, bo czułam, że nie umiem go dobrze przedstawić. Wstydziałam się. :3
  7. "Na początku było ciemno" - bardzo poważne opowiadanie jak na mnie w tamtych czasach. Napisałam je, przejęta losem koni wywożonych na rzeź. Jest w nim mnóstwo nieścisłości, ale widziałam, że swego czasu sporo osób w sieci mi je podwędziło i płakało w komentarzach. ;P
  8. "Na wieki służyć ci będę" - kolejne poważne opowiadanie o tragicznym tytule, oparte na historii wyczytanej w takim fajnym magazynie, który kiedyś wychodził, "Kocham zwierzęta". Tym razem o psie, który zostaje przygarnięty przez bezdomnego, a po jego śmierci czuwa przy bezimiennym grobie aż do własnej śmierci.
  9. "Czarodziejka Gwiazd" - Ta, Do Której Istnienia Wstyd Się Przyznawać. W tym okresie odżyła mi mania na Sailor Moon i wymyśliłam opko, w którym transformowałam w czarodziejkę... Z SM nie ma to nic wspólnego, ale i tak żal. Na podstawie tego potworka narysowałam nawet dwa komiksy, ale żaden, na szczęście, nie obsadzał mnie w głównej roli. I oba były lepsze od literackiego pierwowzoru.
Było jeszcze kilka opowiadań, ale większość zaginęła w odmętach wciąż psującego się komputera i tyle je było widać. Czas przejść do kolejnego okresu: gimnazjalnego. Wtedy to zaczęłam myśleć na poważnie o karierze pisarskiej, udzielałam się na forach literackich, pisałam sporo "wprawek", których nie miałam ochoty pisać, ale czułam, że przyda mi się podszkolenie. A zatem...
Lata 2005-2008
  1.  "Pogranicze. Tom I: Kaduceusz" - to jest taki mój osobisty "Eragon". Zaczęłam pisać kompletnie bez pomysłu, tytuł wybrałam na chybił-trafił i dopiero później starałam się jakoś dopasować do niego fabułę. Całość brzmi jak kiepska gra komputerowa, logika kuleje, kreacja świata kuleje, język kuleje, a wszystko razem jest tak przezajebiście wprost NUDNE, że nawet ja sama nie jestem w stanie ponownie przebrnąć przez te 160 stron żenady.
  2. "O kocie poliglocie" - krótkie opowiadanie napisane na polski. Dostałam za nie 5. *puchnie z dumy* Ale jak teraz je przeczytałam, to za bardzo mi zalatuje klimatami, których nie znoszę, a które ciężko mi jednoznacznie określić. Takie, że są bohaterowie bez imion albo określani przez swoją funkcję (tu mamy Kumpla), że są dziwne wydarzenia, które wszystkim wydają się normalne (tu: zwierzęta nauczyły się języków obcych i psy miauczą, konie beczą, a szczury mówią po angielsku) i na dobrą sprawę całości brak jakiejkolwiek puenty. No bez sensu to, no.
  3. "Sąd Ostateczny" - jedna z wielu wprawek. Pewna dusza w Niebie znudziła się czekaniem i żąda audiencji z Bogiem, by dowiedzieć się, kiedy będzie Sąd Ostateczny. Po długiej naradzie z Bogiem serafiny oznajmiają, że nie będzie Sądu Ostatecznego w ogóle, bo niektóre dusze czekają już długo, a niektóre nie czekałyby w ogóle i to jest bez sensu i niesprawiedliwe. Nic zajmującego, ale dizajn serafinów wymyśliłam fajny, muszę go zastosować w czymś ambitniejszym. xD
  4. "Prace nad budowaniem nastroju grozy" - też wprawka, co chyba widać po tytule. ;P Drugoosobowa narracja (której nie znoooszęęę!) i stary cygan-ludożerca śpiewający zbłąkanemu podróżnemu Ore ore, siabadabada amore i tak dalej. Całość wymyślona pod tę właśnie piosenkę, bo, khem khem, bardzo ją lubię...
  5. "Pomiędzy śmiechem a krzykiem" - opowiadanie na bitwę na Weryfikatorium, głupie, ale wygrało.
  6. "Dark Brotherhood" - na podstawie questa z Mrocznym Bractwem w grze TES IV: Oblivion. Zakochałam się w Lucienie Lachance bez pamięci. <3 To około 30-stronicowe opowiadanie dotyczy losów mojej postaci z gry, która cierpi po stracie ukochanego i opowiada o wszystkim swojemu synowi, zafascynowanemu historią ojca. Tak jakoś... bardzo je lubię, choć zapewne nie jest pozbawione wad.
  7. "Tajemnica" - kolejne opowiadanie na bitwę, znów zwycięskie. O bogu wojny, który za karę za swoje winy zostaje skazany na bycie zwykłym śmiertelnikiem. W opowiadaniu ginie w bitwie, ale czasem nachodzi mnie myśl, by rozpisać to na coś większego. BTW: inspiracją do napisania tego opowiadania był komiks "Czarodziejki Witch". xD
  8. "Doświadczenie" - następna wprawka... Doświadczenie szkolne polegające na wyhodowaniu w akwarium miniaturowych ludzi i przeprowadzenia ich przez wszystkie stopnie ewolucji i historii, które wymyka się spod kontroli. Nie wiem, czego się nawdychałam.
  9. "Agonia" - wprawka o lisie odłowionym z dziczy i trzymanym na fermie futrzarskiej. Kiepsko wyszło.
  10. "Góry" - dziadostwo na podstawie snu, którego na szczęście nigdy nie skończyłam, bo za głupie jest. Mama z córką-karłem jadą na wakacje, aż tu nagle mają wypadek i wpadają prosto przed chatę dobrodusznego olbrzyma imieniem Góry.
  11. "Inny punkt widzenia" - coś bez nazwy... Zniesmaczona kretynami, którzy otaczali mnie w gimnazjum, zaczęłam pisać to coś, w którym realizowałam swoje marzenia bycia stanowczą i arogancką w stosunku do wyśmiewających się ze mnie dresów i dziuń. Szkoda gadać...
  12. "Ostrożnie z elfami" - niedokończone humorystyczne opowiadanko o małej dziewczynce, którą wieczorami odwiedza elf i gra jej na flecie. Wiele lat później, gdy dziewczynka staje się dziewczyną, elf znów ją odwiedza i szalenie zazdrosny o jej chłopaka wpędza oboje w kłopoty. Nie chciało mi się tego dokańczać. ;P
  13. "Deragon" - parodia "Eragona". Ma kilkanaście rozdziałów i zdecydowanie powinnam ją dokończyć, ale mi się nie chce.
W końcu dochodzimy do czasów nieco bardziej współczesnych, od liceum aż do teraz. Dominują tu opowiadania niedokończone i zalążki powieści, które albo są za głupie na kontynuację, albo za które powinnam się wziąć, ale tak jakoś ciągle czasu brakuje.
O ile w poprzednich listach nie trzymałam się jakoś ściśle chronologii, tak tutaj ostatnie utwory to te najnowsze i najważniejsze (to znaczy takie, z którymi wiążę największe nadzieje).
Lata 2008-2012

  1. "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną" - na konkurs o Dekalogu Kieślowskiego. Nie wygrało i trudno się dziwić, ale jak przeczytałam zwycięskie prace, które były JESZCZE gorsze, to strzeliłam wieczystego focha na konkursy literackie i już nigdy, przenigdy nie wezmę w żadnym udziału, bo to czysta parodia jest. Będę liczyć na siebie i na własną ciężką pracę, a nie na jakieś kompletnie niezrozumiałe kryteria, jakimi kierują się ludzie zasiadający w jury takich konkursów. Doskonała większość tych opowiadań nawet nie miała NIC wspólnego z przykazaniami, których podobno dotyczyły, na litość Borską!
  2. "Kamienne serca" - projekt, z którym początkowo wiązałam duże nadzieje, ale ostatecznie zrezygnowałam z niego na dobre. Powieść miała dotyczyć żywej rasy gargulców, które żyją w obecnych czasach i strzegą dóbr kulturowych. Poniewczasie dowiedziałam się o istnieniu serialu animowanego "Gargoyles"... Skojarzenia byłyby nieuniknione, nawet mimo małej popularności serialu w Polsce. Ale i bez tego to nie był najlepszy pomysł.
  3. "Silva rerum" - to tytuł planowanego zbioru opowiadań o małych istotach żyjących w czasach średniowiecza. Można powiedzieć, że o elfach, ale podzieliłam je na kilka rodzajów: skrzydlate odonaty, gadzie jaszczurce, nieme kaesity i nietoperzowate chiroptery. Napisałam jedno opowiadanie i na nim się póki co skończyło. Może kiedyś pociągnę ten projekt dalej.
  4. "Demoniczna szkółka" - tytuł roboczy. ^^ Opowiadanie o elitarnej szkole, której uczniowie pewnego dnia zostają uwięzieni w środku i są regularnie rozstrzeliwani podczas salw na głównym korytarzu. W oryginale to miało więcej sensu... Pomysł przyszedł po moich własnych doświadczeniach z "elitarną" szkołą. To było coś beznadziejnego.
  5. "Tajemnica Bandalady: nowy początek" - strasznie wyświechtany tytuł, ale pasował mi. Znów ja, siostra i kuzynki w świecie Fantazji, ale tym razem dorosłe, po postanowieniu opuszczenia Ziemi raz na zawsze i zamieszkaniu w Fantazji. Celem tego tworu było odpocząć i oddać się marzeniom, nie jest to nic nad wyraz poważnego.
  6. Trzy miniatury: "Szatan", "Facebook", "Magia" - napisane na forum. Nie lubię miniatur i drabble, to jest o wiele za krótkie.
  7. "Chodzenie po wodzie" - opowiadanie na podstawie snu, o ludziach w jakiejś bliżej nieokreślonej rzeczywistości fantasy, którzy mają magiczne talenty i nie wszyscy potrafią się uporać ze swoimi. Nawet je lubię, choć jest momentami zbyt... natchnione.
  8. "Wróbel" - w liceum ustawicznie cierpiałam na depresję, co musiało się odbić na twórczości. ;P "Wróbel" to trzy historie o śmierci, które się ze sobą łączą.
  9. "Co mam robić" - beznadziejny tytuł do beznadziejnego opowiadania. Ja go nienawidzę, mój chłopak je uwielbia. Boru, co on w nim widzi?! Jest w nim niemal wszystko, czego nienawidzę w polskiej fantastyce.
  10. "Ciota" - a to jedno opowiadanie naprawdę lubię. :D W założeniu miało być delikatną parodią "Zmierzchu", ale w efekcie końcowym nie jest to mocno widoczne. Otóż Eugeniusz jest wampirem, ale nie dość, że brzydkim, to jeszcze wskutek niefortunnego zbiegu okoliczności słońce mu nie szkodzi, przez co jest popychadłem wśród innych wampirów. Ale spotkanie z piękną, acz głupią Beatą wszystko zmienia.
  11. "Smok" - pewna wioska w górach staje w obliczu zagrożenia ze strony smoka. Z dalekich stron nadciągają śmiałkowie gotowi stawić mu czoła, co nie wszystkim góralom jest w smak. Work in progress. ^^
  12. "Tyrpator" - opowiadanie przełomowe w mojej dotychczasowej karierze. Napisałam je raz, rok później niemal całkowicie zmieniłam, a teraz zamieniam je w całą powieść. Czy uda mi się ją wydać? Nie wiem, ale mam nadzieję, że tak. Trzymajcie kciuki. :3
I to by było chyba na tyle. Nie liczyłam tu prac pisanych na zajęcia na studia, bo ani to wszystko ambitne, ani długie, ani nawet dobre, słowem: szkoda gadać. Nie wiem, czy to imponujący dorobek, ale mimo wszystko jestem dumna z niego i z postępów, jakie udało mi się zrobić przez ostatnie czternaście lat. Mam nadzieję, że dalej będzie tylko lepiej i że uda mi się w końcu zaistnieć w literackim światku, hjo hjo. ^^

A z okazji światowego dnia królika:

TFUrczość

Jakiś czas temu wpadł mi w ręce magazyn literacki - awangardowy, niezależny, tak, tak. Ponad połowa tekstów w nim zamieszczonych nie nadawała się do czytania. Nie chodzi o to, że były niewprawnie napisane, nieprofesjonalnie czy coś takiego, o nie, problem leży gdzie indziej. To były teksty, które z założenia miały świadczyć o szalenie wysokim poziomie artyzmu autora. Kunsztu literackiego zero, sensu nie ma najmniejszego, a jedyne co jest, to niezwykłe silenie się na SZTUKĘ. Bo przecież jestem ARTYSTĄ. Patrzcie, jakie to, co tworzę, jest GŁĘBOKIE.

Może jestem staroświecka, ale dla mnie dobra literatura to taka, która pozwala czytelnikowi oderwać się od rzeczywistości, a nie taka, która wciąż i wciąż przypomina mi, że gdzieś nad tym tekstem stoi jego autor, który puszy się i arogancko poprawia na nosie wielkie okulary, zastanawiając się, czy znajdzie się jakiś czytelnik, który będzie w stanie pojąć wszystkie ukryte znaczenia, które - mniej lub bardziej udolnie - powtykał w swoje dzieło. To samo z sileniem się na nowatorskość. Niemal słyszę, jak autor mówi: patrz, jaki jestem awangardowy, nie taki jak wszyscy, wybiłem się i dzięki temu automatycznie jestem LEPSZY.

Otóż nie, moi drodzy "awangardowi" artyści. Jesteście zwyczajnie żałośni.

Takich natchnionych artystów nie cierpię o wiele bardziej od tych młodych autoreczek, które piszą swoje "opcia" na blogach i proszą o dużo pozytywnych "komciów". W ich przypadku jest nadzieja, że się poprawią albo znajdą sobie lepsze hobby. Awangardowy Artysta jest święcie przekonany o swoim talencie i wciąż będzie raczył czytelników swoim niezrozumiałym, bezsensownym i niestrawnym bełkotem, a krytyków zbywał tupaniem nóżką i bufonadą, że oni się nie znają i nie rozumieją, bo pragnie za wszelką cenę uchodzić za niezrozumianego geniusza. Dlatego do porzygu nadużywają trudnych słów, by pokazać, jak mądrzy są, że rozumieją TAKIE słownictwo; szokują stężeniem wulgaryzmów, mocno przesadzonym naturalizmem, szczegółowymi opisami gwałtów (och, tak, gwałty są takie modne i skandalizujące!); filozofują ile tylko mogą, na siłę udowadniając, jak wielkimi są poetami, że są jedynymi uduchowionymi istotami na śmietniku otaczającej ich rzeczywistości.

Czy nie lepiej byłoby się "zniżyć" do tego poziomu pisarzy, którzy piszą, bo lubią, bo mają coś ciekawego do powiedzenia, bo chcą podzielić się ze światem jakąś historią? Czyżby nauczenie się pisać interesująco, zrozumiale i poprawnie przerastało możliwości wielkich Awangardowych Artystów? A może chodzi o to, że takie powieści są zbyt zwyczajne, zbyt pospolite, za mało zwracające na siebie uwagę, za bardzo oddalające was od zdobywania statuetek i nagród w konkursach prawie tak awangardowych jak wy sami? To smutne.

Drodzy "artyści". Mam do was wielką prośbę. Weźcie szklankę, nalejcie do pełna zimnej wody i wylejcie ją sobie na głowę. Naprawdę.

sobota, 4 sierpnia 2012

"Przebieranki"

Ach, cosplay... Zawsze o nim marzyłam, a kiedy pojechałam na swój pierwszy konwent, już wiedziałam, że muszę to robić za każdym razem. Wspaniała sprawa, przebrać się za jakąś odlotową postać, robić zamieszanie i wywoływać uśmiechy. Właśnie jestem w trakcie przygotowywania najbardziej skomplikowanego stroju, jaki do tej pory robiłam, Polcon za niecałe trzy tygodnie i powoli dostaję schizów, że nie zdążę. Mam nadzieję, że cały wkład pieniężny i czasowy opłaci się. A w tym czasie zastanawiam się, za jakie postaci chciałabym się przebrać w przyszłości. Tak na użytek własny sporządzę sobie małą listę, a co.

1. Pan Tumnus
Cosplay strasznie trudny z dwóch powodów. Primo: jak zrobić sobie fajnie wyglądające kozie nóżki. Secundo: jak ukryć cycki... Niby zawsze można zrobić gender swap, ale to jest takie NIENARNIJSKIE. Pani Tumnus?! To brzmi idiotycznie, a co dopiero z wyglądem. Nie, faun musi być faunem. Z tego też powodu nieprędko zrobię ten cosplay. A szkoda...

2. Discord
Jak ja kocham tego gościa. :D A przebranie, wbrew pozorom, nie będzie takie trudne. Wystarczy przebrać się za ludzką wersję Discorda i dodać parę szczegółów: nóżki, ogonek, skrzydełka, różki, bródka i włala. No i nie może się obyć bez tego w tle. Discooord, I'm howling at the moon...! Myślę, że będzie to postać, za którą przebiorę się w następnej kolejności.

3. Cthulhu
Chyba mam jakieś dziwne skłonności do przebierania się za facetów i potwory. Cóż poradzę, to zawsze są o wiele ciekawsze postaci od tych wszystkich lasek, które istnieją głównie po to, by pokazać cycki. Ten cosplay będzie nie tyle trudny (choć to też), co wymagający odpowiednich warunków klimatycznych. Już sobie wyobrażam, jak gorąco będzie w całym kombinezonie i pod wielką maską...

4. Ivenna
Powitajmy pierwszą kobietę w tym męsko-potworzastym gronie! Ivenna podoba mi się o tyle, że ponieważ pochodzi z marki skierowanej dla dzieci (Bella Sara), nie epatuje tak seksapilem. No i ma wcale zacne wdzianko (gooorseeet... *_*) i kostur. Niestety jednocześnie przez to będzie to dość trudny cosplay: wzorzysty materiał i futro na pelerynę, ten szczegółowy gorset... Będę musiała uzbierać sporo kieszonkowego. Szkoda jeszcze, że wilka sobie nie skombinuję, a z psem mnie na konwent nie wpuszczą.

5. Nocna furia
Powiedzmy to głośno: za Czkawkę i Astrid przebierają się wszyscy. Za Szczerbatka - tylko ci, co mają największe jaja. A ponieważ bardzo nie lubię być taka jak wszyscy, nie wspominając o tym, że kocham smoki, po prostu muszę zrobić ten cosplay. Aha, narzekałam na upał w kostiumie Cthulhu... ciekawe, jak głośno będę jęczeć w czarnym smoku.

6. Megamocny
Moja miłość... i kolejny facet na liście. No co, oni są o wiele fajniejsi. ^^ Wszystko tu jest stosunkowo proste poza tą gargantuiczną głową. No po prostu nie wiem, jak to zrobić tak, by nie wyglądało idiotycznie. Zatem termin zrobienia tego cosplayu jest bardzo nieokreślony.

7. Centaur
Buahaha. xD Kocham centaury, najbardziej oczywiście rącze ogiery i za takowego wolałabym się przebrać, ale ten jeden raz mogę zrobić wyjątek, bo zrobienie sobie końskiego zadu i dodatkowej pary nóg będzie wystarczająco trudne.

8. Dremora (Morrowind ver.)
O mój Bożeee, jak ja kocham tę zbroję i jak nienawidzę tego, co z nią zrobili w Oblivionie. <3 Same dremory też są sexy. Ale to już wyższa szkoła robienia zbroi i raczej nieprędko się za to wezmę. *sniff sniff*


I to wszyscy, którzy w tej chwili przychodzą mi do głowy. A póki co powinnam się chyba skupić na przebraniu Viktora... Planuję być tak epicka jak to tylko możliwe. ^^ *odbiega, machając w panice rękoma i krzycząc coś o deadline'ach*

środa, 4 lipca 2012

Oh no, she didn't...

Dawno nie czułam się w ten sposób. Dosłownie przed chwilą przypadkiem natrafiłam na krótki artykulik zatytułowany „Stephenie poleca książkę <<Jeźdźcy smoków>>”. Konsternacja wystąpiła już przy tym tytule, bo jakież to specjalne powody może mieć Stephenie Meyer, autorka (w pełni niezasłużenie) sławnej sagi „Zmierzch”, do polecania o wiele lepszego od jej twórczości cyklu „Jeźdźcy smoków z Pern”? Otóż okazuje się, że cykl był jedną z inspiracji Meyer - więź łącząca smoki i ich jeźdźców natchnęła ją do wymyślenia „wpojenia”. No i tu mnie szlag trafił, i to taki, że ziemia się zatrzęsła.

Może warto zacząć od tego, czym jest to całe wpojenie. Jest to schorzenie (inaczej tego nazwać nie jestem w stanie) dotykające wyłącznie wilkołaki, a polegające na tym, że spojrzy taki na jakąś przypadkową osóbkę i - BUM! Eksplozja namiętności, miłość instant zalana wrzątkiem, nierozerwalne uczucie. Problem w tym, że jednostronne. Jeszcze większy problem - że „ofiara” nie musi być w wieku zbliżonym do swojego amanta. Może być jeszcze noworodkiem, gdy wilkołaka dopadnie wpojenie i uzna, że to jest miłość jego życia (zapewne mogłaby być też i staruszką, ale to by było takie, ach, nieromantyczne). A co jest w tym wszystkim najgorsze? Że obiekt westchnień wilkołaka nie ma NIC do powiedzenia. Może przez całe życie nie odwzajemniać jego uczuć, ale i tak skończy w związku ze swoim prześladowcą, zmuszona do tego całą mistycznością wpojenia. Wrrróć, myliłam się! Jest coś JESZCZE gorszego! Całemu temu choremu, pedofilskiemu (tudzież gerontofilskiemu, ale serio, nie wyobrażam sobie ani Meyer, ani żadnej jej fanki piszącej historii miłosnej superseksownego młodego wilkołaczka do zgrzybiałej, połamanej artretyzmem babuszki) i niemożliwemu ze wszech miar zjawisku przypisywana jest gruba otoczka najgłębszej, najprawdziwszej i jedynej słusznej miłości. W moim słowniku nie ma inwektyw odpowiednio dosadnych, bym mogła wyrazić pełnię obrzydzenia na myśl o tej ze wszech miar odrażającej idei.

Teraz biegun przeciwny: więź Jeźdźca i jego smoka. Jeździec to zazwyczaj osoba od lat przygotowywana do swej roli (z drobnymi wyjątkami, jak choćby moja ulubiona para Jaxom i albinos Ruth). W wieku kilkunastu lat wszyscy kandydaci uczestniczą w wylęgu smoków i następuje Naznaczenie: smocze pisklęta instynktownie podążają do odpowiadających im chłopców, oni podobnie. Gdy Jeździec Naznaczy swojego smoka, rodzi się między nimi więź, dzięki której mogą porozumiewać się telepatycznie. Właśnie ta więź jest głównym źródłem uczucia - dwa umysły tak przyzwyczajają się i przywiązują do swej obecności, że gdy jeden nagle przestanie istnieć, drugi wpada w obłęd. Smoki, które straciły swych Jeźdźców, z rozpaczy popełniają samobójstwo, jednak mało który Jeździec czyni to samo po śmierci swojego smoka. Popadają w depresję, czasem szaleństwo, jednak poczucie obowiązku nie pozwala im na tak wygodne wyjście, jak rzucenie się z klifu niczym pewna nastolatka o brązowych włosach pachnących truskawkami. „Miłość” smoka do Jeźdźca jest naturalna, instynktowna i w pełni obustronna. 

Pozwólcie, że zacytuję teraz słowa szanownej pani Meyer:
„Drugą inspiracją są książki o smokach autorstwa Anne McCaffrey (przeczytajcie je koniecznie! Zacznijcie od <<Jeźdźców smoków>>). W jej mitologii ludzie i smoki są związani tak mocno, że jeśli jedno umrze, drugie popełnia samobójstwo albo traci zmysły. Kochają się miłością całkowitą i ślepą, taką, która nigdy nie ustaje ani nie ma chwil wahania. Ten pomysł również mnie urzekł i chciałam zbadać ten rodzaj przymusowej relacji, która zmienia życie.”
Cała sprawa jest tak spłycona, że przysłowiowo żal dupę ściska. Żadnego głębszego zastanowienia się nad sprawą, liczy się tylko ślepe oddanie i taaak romantyczne samobójstwo po śmierci partnera. Czy gdy dopasowywała zjawisko Naznaczenia do swoich potrzeb, Meyer naprawdę nie zauważyła, że smoki - choć inteligentne - nadal są zwierzętami i choć potrafią myśleć abstrakcyjnie i komunikować się z ludźmi, wciąż są przez nich wykorzystywane do swoich celów? Czy naprawdę sądziła, że przeniesienie tej relacji z ludzko-zwierzęcej na ludzko-ludzką to idealny pomysł na stworzenie wzorca idealnego związku? Nie, kurtyzana twoja chędożona mać, Stefa. Po prostu NIE. Związek, w którym samiec jest stroną dominującą, traktującą swoją partnerkę jak zwierzątko domowe, którym trzeba się opiekować, sprowadzający się tylko i wyłącznie do jego potrzeb i zachcianek - choćbyś się rozpisała na 500 stron, jaki to ten samiec jest czuły, kochany i troskliwy - NIE JEST przykładem dobrego związku, a już ZWŁASZCZA, gdy nastolatek zakochuje się w srającym w pieluchy bobasie. To jest klasyczny przykład związku patologicznego. Przeraża mnie myśl, że tysiące zidiociałych nastolatek może teraz uważać wpojenie za coś cudownego, a jakikolwiek związek opisany w sadze „Zmierzch” za idealny i taki, jakiego same pragną. Ale jeszcze bardziej wkurza mnie, że imię dobrej literatury jest psute przez erotyczne fantazje niespełnionego babsztyla. Nie pozwólmy niszczyć dobrego imienia perneńskich smoków, bo nawet jeśli mają oczy jak muchy i według meyerowych standardów urody są brzydkie, z całą pewnością są tworem o wiele doskonalszym od wszystkich Cullenów razem wziętych.