wtorek, 14 lutego 2012

Codzienność fantastyczna, odsłona 1

Nie bez kozery ten blog ma taki podtytuł, nie? Zaczynam serię notek, w których będę opisywać swój miniony dzień w klimatach fantastyczno-science-fiction. Raz, że nie oszaleję z nadmiaru szarej rzeczywistości, dwa - ruszę w końcu dupsko w kierunku pisania, bo ostatnio mi to średnio idzie. Poniższy twór nie jest szczytem moich możliwości, ale gdybym miała go po swojego dopieszczać, to by jeszcze tak z rok przeleżał na dysku przed opublikowaniem go gdziekolwiek. Zresztą, jak graficy mogą mieć swoje speedpainty, to i pisarze mogą. Tak więc oto mój dzisiejszy speedpaint.

PS Yes, mam fetysz na cytaty na początku każdego opowiadania/rozdziału/whateva. Mwahaha.

14 lutego 3112

- Spójrz na wschód – powiedziała. – Bo zawsze, kiedy światło umiera na zachodzie, ze wschodu przychodzi obietnica nowych narodzin.
Marion Zimmer Bradley „Mgły Avalonu”

I po co to wszystko? Pomyślałam, gdy tylko otworzyłam oczy i nudny, pozbawiony emocji głos oznajmił: „Czternasty lutego trzy tysiące sto dwunastego roku. Godzina siódma zero-zero. Temperatura powietrza: minus osiemnaście stopni. Zagrożenie promieniowaniem: nie stwierdzono. Przed wyjściem pamiętaj o włożeniu maski ochronnej.” Towarzyszył mi cały poranek. Przy ubieraniu się skrytykował naukowo moją sylwetkę („Wskaźnik BMI: poniżej normy. Zaleca się...”), przy śniadaniu przypomniał o wartościach odżywczych tej ohydnej brei niosącej wzniosłe miano owsianki. Gdy skończyłam myć zęby i zaczął mówić coś na temat krzywego zgryzu i ścierającego się szkliwa, miałam ochotę rzucić jakimś tekstem, które zwykle słyszy się w amerykańskich filmach. Mówisz takiemu cyberopiekunowi „Shut up, motha fucka”, zatrzaskując jednocześnie szafkę i bum – uciążliwy głos milknie. Niestety, choć zwykle psioczyłam ostro na podobne produkcje, równie mocno pragnęłam, by ich rzeczywistość była choć trochę podobna do mojej.
Wzułam znoszone glany i półmaskę przeciwgazową z dwoma filtrami – tak naprawdę nie była mi potrzebna, wystarczyłaby jednorazowa maseczka, ale zawsze wolałam moją czarną maskę. Po prostu dlatego że wydawała mi się taka... elegancka.
Mimo wczesnej godziny, ulice były zatłoczone i ciasne. Każde szturchnięcie przez przechodnia było dla mnie jak uderzenie w twarz, osobista obraza. Smog i dym z setek papierosów wokół mnie gryzł w oczy, ale nie wzięłam gogli. Migotliwe reklamy i wiadomości na holograficznych ekranach musiały być bardzo jasne, by mogły przebić się przez toksyczną chmurę wiszącą nieustannie w metropolii.
W obskurnym metrze ledwo udało mi się wyjąć z torby podstarzały tablet. Ustawiłam dokument na autoprzesuwanie, bym nie musiała co chwilę używać ręki, ryzykując upadek przy gwałtownym hamowaniu i ruszaniu; o miejscu siedzącym nie było mowy. Ludzie łypali na mnie znad papierowych masek jak na idiotkę. Nie tyle z powodu wielkiej, czarnej półmaski na twarzy, co tabletu z dotykowym ekranem. W końcu wszyscy już używali tych kompatybilnych z domowym cyberopiekunem, który słuchał rozkazów głosowych.
Cyber-sryber.
Minęło około półtorej godziny, nim wreszcie dotarłam do „placówki szkoleniowej”. Zawsze mówiłam, że to idiotyczna nazwa, a im dłużej do takowej uczęszczałam, tym większego nabierałam przekonania, że także przerażająca. No bo czy sam fakt tyrania przez ponad dwadzieścia lat w jednym i tym samym miejscu nie jest przerażający? Oczywiście, nie wszyscy spędzali tam aż tyle czasu – było to w głównej mierze uzależnione od kilku testów kompetencji powtarzanych co kilka lat. Mnie przynajmniej już nie groziła fabryka, tam trafia się zwykle po drugim teście, czyli w wieku około piętnastu lat. Ale jaka właściwie czeka mnie przyszłość? Dziś miało się to okazać.
Ustawiłam się w kolejce do sali egzaminacyjnej. Nikt nie odezwał się słowem, choć było nas naprawdę wielu. Na długim, wąskim paśmie ekranu wzdłuż ścian przewijał się czerwony napis: „Zachować ciszę”.
Cisza, rygor. Tak, tak. Dobrze chociaż, że zrezygnowali z jednakowych mundurków.
Nawet nie czułam zbyt wielkiego stresu. Poczucie klęski było po prostu zbyt duże, bym mogła spodziewać się czegoś innego i przywykłam. Jedyne, co naprawdę doprowadzało mnie do rozpaczy, to myśl, że nie mogę zrobić nic, by być naprawdę szczęśliwa.
Cóż... nie aż takie nic.
Uśmiechnęłam się z przekąsem nad kartką z pytaniami testowymi.

*

Rozejrzałam się niespokojnie. Całe to gadanie o znikaniu w tłumie o kant dupy rozbić; kiedy przychodzi co do czego, człowiek i tak ma pełne gacie ze strachu. Ukryłam telefon w publicznej toalecie, by każdy, kto próbowałby odtworzyć moją trasę na podstawie odczytów satelitarnych, nie dopatrzył się niczego podejrzanego, ani by cyberopiekun (a raczej cyberszpieg) nie usłyszał rozmów, których usłyszeć nie powinien. Co tam egzaminy rozstrzygające o twoim dalszym życiu – próba kontaktu z podziemiem, TO dopiero było stresujące.
- Rhiannon? – zawołał ktoś. Poderwałam się z miejsca jak oparzona. Po tym, jak całymi tygodniami zwracano się do mnie numerem identyfikacyjnym, własny pseudonim z podziemia brzmiał dziwnie obco. Czujny mężczyzna w średnim wieku, Koreander, gestem dłoni zaprosił mnie za przesłonę z plastikowych wstęg. Pomieszczenie przypominało nieco podniszczone i słabo oświetlone archiwum.
- Macie to, o co prosiłam? – spytałam niecierpliwie.
- Powoli, powoli – uspokoił mnie. – Ty pierwsza.
Sięgnęłam do swojej torby i ostrożnie wyjęłam kilka niedużych paczuszek. Mężczyzna odwinął folię i porozcinał małym nożykiem taśmę sklejającą kawałki tektury. W środku leżały małe, kwadratowe obrazki malowane na szkle, przedstawiające głównie smoki, jednorożce, pegazy i całą magiczną menażerię. Koreander uśmiechnął się.
- Jesteś czarodziejką.
- Gdyby Ged mi nie powiedział, jak oszukać cyberopiekuna, już dawno siedziałabym za kratkami. Ale proszę cię, nie każ mi już dłużej czekać, pokaż mi ją... – Zacisnęłam dłonie w błagalnym geście, drobiąc stopami w miejscu.
- No, nie dziwię ci się. Jest w świetnym stanie, sam byłem zaskoczony, gdy mi ją dostarczyli. – Z tymi słowy kucnął pod biurkiem, wyjął ze skrytki w podłodze prostokątną paczkę większą od moich i wręczył mi uroczyście. – Obchodź się z nią dobrze.
Ale ja już nie słuchałam i niecierpliwymi ruchami odpakowywałam zawiniątko; zbyt długo na to czekałam. Moim oczom ukazał się najpiękniejszy widok na całym tym brudnym, cyfrowym świecie: papierowa książka. Twarda okładka była nieco podniszczona, lecz ilustracja zachowała kolory i detale, wciąż kusiła widokiem fantastycznego wymiaru za kamiennym łukiem, pod którym wypisany złotymi literami był tytuł: „Niekończąca się historia”. A pod okładką kilkaset pożółkłych stron pachnących minionymi czasami i przygodą, szorstkie stronice, z każdym szelestem odsłaniające kolejną tajemnicę.
- Jest... wspaniała – westchnęłam.
- Też tak myślę – uśmiechnął się Koreander. – Tylko pamiętaj, nie daj się z nią przyłapać. Lepiej nie majstruj zbyt często przy cyberopiekunie, bo straż nabierze podejrzeń.
- Ooch... – jęknęłam z zawodem – ciężko będzie się oprzeć, by nie czytać non-stop...
- Wiem, ale postaraj się. Nie ucieszylibyśmy się, gdyby cię zamknęli.
- Ja tym bardziej – mruknęłam, zakładając z powrotem maskę. – Ale... w całym tym gównianym życiu każdy musi mieć swoje małe przyjemności.