środa, 23 maja 2012

Jestem artystą, tworzę wspaniałe fochy


Pusto się tu ostatnio zrobiło... Podzielę się zatem ze światem swoim felietonem napisanym na zaliczenie, bo - przyznam bez bicia - udał mi się całkiem. :D

Ostatnio wiele się słyszy w polskiej kulturze o walce twórców z recenzentami. I nie przypadkiem piszę: „twórców z recenzentami”, bo najczęściej ci drudzy po prostu wykonują swoją pracę (mniej lub bardziej dobrze), podczas gdy pierwsi zdają się być ogarnięci szałem świętego oburzenia, że ktoś miał czelność ich dzieło skrytykować. Wspomnę chociażby głośny przypadek Jacka Samojłowicza, scenarzysty i współproducenta filmu „Kac Wawa”, który pozwał do sądu krytyka filmowego Tomasza Raczka, twierdząc, że przez jego miażdżącą recenzję film nie zarobił tyle, ile się Samojłowicz spodziewał. Fala złości nie ominęła także Michała Walkiewicza, recenzenta z portalu Filmweb, z którym w burzliwą dyskusję na temat jej filmu „Big love” wdała się Barbara Białowąs[1]. Co jest w tym najzabawniejsze? Że ci wszyscy „artyści” wobec stojących naprzeciwko nich krytyków wyglądają jak rozkapryszone bachory, które tupią nóżką i obrażają się, że nikt nie chwali ich rysunku. Pojawiają się różne ciekawe inwektywy i wycieczki osobiste i są tak zdesperowani, że sami zaczynają interpretować własne dzieło. Za wszelką cenę pragną roztoczyć wokół siebie aurę niezrozumiałego geniuszu... i efekty są dokładnie odwrotne.
Myślałam, że problem ten nie dotyczy literatury, lecz ach, jakże się pomyliłam. W krótkim czasie zetknęłam się aż z dwoma przykładami takiej dziecinady w wykonaniu świeżo upieczonych polskich fantastów. Jeden z nich to Michalina Olszańska, młodziutka autorka, która zdążyła wydać już dwie książki: „Dziecko gwiazd. Atlantyda” oraz „Zaklęta”. Wokół Olszańskiej tworzona jest bardzo, ale to bardzo gruba atmosfera wspaniałości, wydawca (wyd. Albatros) wprost świeci nam jej splendorem po oczach. Do łez ze śmiechu doprowadził mnie cytat z tyłu okładki „Dziecka gwiazd...”: „Dziś ma lat 17, w dorobku 8 powieści (jeszcze nieopublikowanych)”. Łał! A ja do tej pory myślałam, że osiągnięcia pisarza mierzy się w wydanych książkach. Za przeproszeniem, to tak, jakby projektant wnętrz wpisał sobie w portfolio urządzanie domków w grze The Sims. W krótkim czasie po ukazaniu się powyższego dzieła w księgarniach, internet zaroił się od entuzjastycznych recenzji, wnoszących autorkę do rangi niemalże boskiej, a każdy niepochlebny komentarz spotykał się z długimi, natchnionymi elaboratami[2] na temat, jakim to zacofanym człowiekiem trzeba być, by nie doceniać cudownej twórczości Michaliny et cetera. Gdy podobne długie komentarze pojawiły się na portalu Biblionetka[3], szybko okazało się, że wszystkie były pisane z jednego adresu IP. Przypadek?
Jeszcze śmieszniej ma się sprawa z Piotrem Olszówką, autorem debiutanckiego zbioru opowiadań „Morrigan”. Autor poczuł się tak urażony recenzją[4] tegoż (zamieszczoną nawet nie na poczytnym portalu literackim, ale na prywatnym blogu), że niezwłocznie opublikował na swoim blogu kontrrecenzję[5], w której – na dobrą sprawę bez powodu, bo recenzent surowy nie był – jedzie na blogerze jak na łysej kobyle, wciska mu w usta słowa, których nie powiedział, poucza go i nie może zrozumieć, jak można nie „piać z zachwytu” nad „Morrigan”. Negatywne komentarze, jakie pojawiły się pod rzeczoną notką, usunął. Cóż, najwyraźniej nie mamy wyjścia, musimy piać i rozpływać się z zachwytu nad wszystkim, co Szanowny Pan Autor łaskawie napisał.
Proszę państwa, krótka lekcja, jak twórca powinien się odnosić do krytyki i niepochlebnych recenzji: przyjąć uderzenie na klatę i z wdziękiem przyjąć do wiadomości, że zawsze znajdzie się ktoś, kto nie uzna cię za geniusza. I jak najprędzej zdać sobie sprawę z tego, że takich osób będzie sporo; jeśli oczekujecie samych pochwał, to w doborze odbiorców powinniście się ograniczyć do mamusi i kolegów z ławki. Każda krytyka jest jakąś lekcją, z której można spokojnie i rzeczowo wyciągnąć jakieś wnioski. I, na litość boską, miejcie trochę klasy i pokory wobec sztuki, którą uprawiacie! Prawdziwy artysta, gdy usłyszy, że jego dzieło się komuś nie podoba, odpowiada: „Hm, no trudno, dołożę wszelkich starań, by następnym razem się podobało”, a nie wpada w szał, wyzywa od frustratów i tupie nóżką. Tak histeryczne reakcje świadczą tylko o niedojrzałości i niepewności autora. Nie ma co gwiazdorzyć, nikt nie rodzi się geniuszem, nawet jeśli twój menadżer wmawia ci co innego.


[1] http://www.youtube.com/watch?v=5HJHyBZIqxw oraz http://www.youtube.com/watch?v=JVPOVPr0_Fk
[2] Przykład: http://pamietnikiliterackie.blogspot.com/2010/03/dziecko-gwiazd-atlantyda-michalina.html
[3] http://www.biblionetka.pl/book.aspx?id=123509
[4] http://zaginionyalmanach.blogspot.com/2011/08/morrigan-piotr-olszowka.html
[5] http://krolewskiepsy.blogspot.com/2011/08/recenzja-frustrata.html