wtorek, 19 czerwca 2012

Idąc w ciemny szlak nieznany...

Kiedy cały świat włazi mi przez okna do pokoju i wrzeszczy: „musisz być we wszystkim najlepsza!”, albo nawet „musisz!!!”, a czasem to i „MUSISZ!!!”, nie dziwcie się, że opuszczam rolety w słoneczne dni. Szukam zapomnienia, ale go nie znajduję: alkohol mi nie smakuje, papierosy drażnią, a kawa ma ładny tylko zapach. Tylko sen daje ukojenie, ale nawet spać nie mogę, nie pozwalają mi te głosy, które słyszę zza zamkniętego okna. Mam ich dość. Nic, tylko wymagania, rozkazy i nakazy. Bądź taka, rób to, nie rób tamtego. Jak przy tym choćby zmrużyć oczy? Mimowolnie ich słucham – bo i jak nie słuchać? – i dostaję coraz większej cholery. Całą noc nic, tylko: Boże, masz najłatwiejszy kierunek na świecie i jeszcze narzekasz? Ty nie wiesz, co to znaczy mieć ciężko na studiach. Co ty zamierzasz po tym robić? Jaką będziesz mieć pracę? Ile będziesz zarabiać? Gówno będziesz mieć, a nie pracę. Twórczo pisać to ty sobie możesz do szuflady. Zacznij robić coś pożytecznego.

Nie mam motywacji nawet na gest „na złość babci”. Nie mam ochoty. Nie mam ambicji. Nie chce mi się. Mam dość. Chcę się położyć, spać i mieć piękne sny. Obudzić się z okrzykiem: pomysł! złapać za pióro i wszystko spisać. A potem zebrać te wszystkie sny i połączyć je w jedną opowieść. I podzielić się nią ze światem z nieśmiałą nadzieją, że komuś się ona po prostu spodoba. Kocham pisać, kocham opowiadać fantastyczne historie. Ale sama sobie nie odpowiem na pytanie, czy potrafię to robić. Tylko Wy możecie mi powiedzieć, czy mam talent. Ale coraz częściej boję się pytać.

Lubię zdobywać wiedzę. Nie lubię tylko być z niej rozliczana. Nienawidzę bezmyślnego wkuwania formułek, odpytywania. Tak, ściągam niemal na każdym sprawdzianie i nie mam najmniejszych wyrzutów sumienia. Materiał do wyuczenia się jest jak egzotyczny ptak, którego z trudem złapałam i zamknęłam w klatce i który ucieka z niej, gdy tylko nadarzy się okazja – natychmiast po wyjściu z sali nie pamiętam już niczego. A przecież lubię wiedzę. Uwielbiam kanały przyrodnicze i naukowe, szczególnie naukowe (mimo że w szkole nienawidziłam fizyki), bo tyle w nich pomysłów do wykorzystania w opowiadaniach. Lubię eksperymenty, a jedyny, jaki kiedykolwiek przeprowadzałam w szkole, to krystalizacja soli na bawełnianym sznurku. Lubię książki, kolorowe encyklopedie. Lubię zdobywać wiedzę przez praktykę, nie teorię. Dlatego jedyne, czego nie lubię, to te artykuły i teksty do przeczytania na zajęcia: jestem całkiem pewna, że umiem czytać, ale po nich mój wzrok tylko się ślizga i nic z nich nie rozumiem. Tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że jestem głupia. Zbyt głupia, by utrzymać się na jakimkolwiek kierunku dłużej niż jeden semestr.

Z każdym dniem jestem bliższa rzuceniu wszystkiego i pójścia pracować do ZOO. Lubię zwierzęta. Nie oceniają, nie narzucają swojej opinii, są bezinteresowne. Nie to, co ludzie. Gdybym tylko spróbowała zrealizować to marzenie, nie daliby mi żyć. Ci, którzy teoretycznie są mi najbliżsi.

Najbliżsi, mam do was prośbę: pozwólcie mi żyć. Pozwólcie mi popełniać błędy. Pozwólcie mi upaść i samej się podnieść. Wiem, że chcecie dobrze, ale... nie tędy droga. Nie wywierajcie presji. Nie muszę mieć tytułu magistra, nie chcę go mieć. Chcę być sobą i czuć się dobrze jako ja w swoim życiu, które sama sobie ułożę. Marzę o niewielkim domku na przedmieściach z ogrodem i tabliczką na bramie ostrzegającą: UWAGA, SMOK. O pokoju pełnym książek fantasy i sci-fi. O steampunkowej maszynie do pisania...