środa, 4 lipca 2012

Oh no, she didn't...

Dawno nie czułam się w ten sposób. Dosłownie przed chwilą przypadkiem natrafiłam na krótki artykulik zatytułowany „Stephenie poleca książkę <<Jeźdźcy smoków>>”. Konsternacja wystąpiła już przy tym tytule, bo jakież to specjalne powody może mieć Stephenie Meyer, autorka (w pełni niezasłużenie) sławnej sagi „Zmierzch”, do polecania o wiele lepszego od jej twórczości cyklu „Jeźdźcy smoków z Pern”? Otóż okazuje się, że cykl był jedną z inspiracji Meyer - więź łącząca smoki i ich jeźdźców natchnęła ją do wymyślenia „wpojenia”. No i tu mnie szlag trafił, i to taki, że ziemia się zatrzęsła.

Może warto zacząć od tego, czym jest to całe wpojenie. Jest to schorzenie (inaczej tego nazwać nie jestem w stanie) dotykające wyłącznie wilkołaki, a polegające na tym, że spojrzy taki na jakąś przypadkową osóbkę i - BUM! Eksplozja namiętności, miłość instant zalana wrzątkiem, nierozerwalne uczucie. Problem w tym, że jednostronne. Jeszcze większy problem - że „ofiara” nie musi być w wieku zbliżonym do swojego amanta. Może być jeszcze noworodkiem, gdy wilkołaka dopadnie wpojenie i uzna, że to jest miłość jego życia (zapewne mogłaby być też i staruszką, ale to by było takie, ach, nieromantyczne). A co jest w tym wszystkim najgorsze? Że obiekt westchnień wilkołaka nie ma NIC do powiedzenia. Może przez całe życie nie odwzajemniać jego uczuć, ale i tak skończy w związku ze swoim prześladowcą, zmuszona do tego całą mistycznością wpojenia. Wrrróć, myliłam się! Jest coś JESZCZE gorszego! Całemu temu choremu, pedofilskiemu (tudzież gerontofilskiemu, ale serio, nie wyobrażam sobie ani Meyer, ani żadnej jej fanki piszącej historii miłosnej superseksownego młodego wilkołaczka do zgrzybiałej, połamanej artretyzmem babuszki) i niemożliwemu ze wszech miar zjawisku przypisywana jest gruba otoczka najgłębszej, najprawdziwszej i jedynej słusznej miłości. W moim słowniku nie ma inwektyw odpowiednio dosadnych, bym mogła wyrazić pełnię obrzydzenia na myśl o tej ze wszech miar odrażającej idei.

Teraz biegun przeciwny: więź Jeźdźca i jego smoka. Jeździec to zazwyczaj osoba od lat przygotowywana do swej roli (z drobnymi wyjątkami, jak choćby moja ulubiona para Jaxom i albinos Ruth). W wieku kilkunastu lat wszyscy kandydaci uczestniczą w wylęgu smoków i następuje Naznaczenie: smocze pisklęta instynktownie podążają do odpowiadających im chłopców, oni podobnie. Gdy Jeździec Naznaczy swojego smoka, rodzi się między nimi więź, dzięki której mogą porozumiewać się telepatycznie. Właśnie ta więź jest głównym źródłem uczucia - dwa umysły tak przyzwyczajają się i przywiązują do swej obecności, że gdy jeden nagle przestanie istnieć, drugi wpada w obłęd. Smoki, które straciły swych Jeźdźców, z rozpaczy popełniają samobójstwo, jednak mało który Jeździec czyni to samo po śmierci swojego smoka. Popadają w depresję, czasem szaleństwo, jednak poczucie obowiązku nie pozwala im na tak wygodne wyjście, jak rzucenie się z klifu niczym pewna nastolatka o brązowych włosach pachnących truskawkami. „Miłość” smoka do Jeźdźca jest naturalna, instynktowna i w pełni obustronna. 

Pozwólcie, że zacytuję teraz słowa szanownej pani Meyer:
„Drugą inspiracją są książki o smokach autorstwa Anne McCaffrey (przeczytajcie je koniecznie! Zacznijcie od <<Jeźdźców smoków>>). W jej mitologii ludzie i smoki są związani tak mocno, że jeśli jedno umrze, drugie popełnia samobójstwo albo traci zmysły. Kochają się miłością całkowitą i ślepą, taką, która nigdy nie ustaje ani nie ma chwil wahania. Ten pomysł również mnie urzekł i chciałam zbadać ten rodzaj przymusowej relacji, która zmienia życie.”
Cała sprawa jest tak spłycona, że przysłowiowo żal dupę ściska. Żadnego głębszego zastanowienia się nad sprawą, liczy się tylko ślepe oddanie i taaak romantyczne samobójstwo po śmierci partnera. Czy gdy dopasowywała zjawisko Naznaczenia do swoich potrzeb, Meyer naprawdę nie zauważyła, że smoki - choć inteligentne - nadal są zwierzętami i choć potrafią myśleć abstrakcyjnie i komunikować się z ludźmi, wciąż są przez nich wykorzystywane do swoich celów? Czy naprawdę sądziła, że przeniesienie tej relacji z ludzko-zwierzęcej na ludzko-ludzką to idealny pomysł na stworzenie wzorca idealnego związku? Nie, kurtyzana twoja chędożona mać, Stefa. Po prostu NIE. Związek, w którym samiec jest stroną dominującą, traktującą swoją partnerkę jak zwierzątko domowe, którym trzeba się opiekować, sprowadzający się tylko i wyłącznie do jego potrzeb i zachcianek - choćbyś się rozpisała na 500 stron, jaki to ten samiec jest czuły, kochany i troskliwy - NIE JEST przykładem dobrego związku, a już ZWŁASZCZA, gdy nastolatek zakochuje się w srającym w pieluchy bobasie. To jest klasyczny przykład związku patologicznego. Przeraża mnie myśl, że tysiące zidiociałych nastolatek może teraz uważać wpojenie za coś cudownego, a jakikolwiek związek opisany w sadze „Zmierzch” za idealny i taki, jakiego same pragną. Ale jeszcze bardziej wkurza mnie, że imię dobrej literatury jest psute przez erotyczne fantazje niespełnionego babsztyla. Nie pozwólmy niszczyć dobrego imienia perneńskich smoków, bo nawet jeśli mają oczy jak muchy i według meyerowych standardów urody są brzydkie, z całą pewnością są tworem o wiele doskonalszym od wszystkich Cullenów razem wziętych.


3 komentarze:

  1. *ton laluni* o, widzę, że ktoś tu zerżną od Eraaagooooona */ton laluni*

    ta patologia nazywa się PEDOFILIĄ! Nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu!




    Ej, z tym zrzynaniem to żartowałam, nie XD?

    OdpowiedzUsuń
  2. Taka ciekawostka - wpojenie, naznaczenie czy jakkolwiek by tego zjawiska nie nazwać, jest częstym elementem prozy fantastycznej. I nie tylko prozy. Oglądałaś Avatara? Kojarzysz więź pomiędzy jeźdźcem i jego smokiem? Aż za bardzo znajome, prawda? Inny przykład to czarodzieje i wybierające ich sobie różdżki (Harry Potter) i umierający ostatecznie z rozpaczy feniks po śmierci swego pana/opiekuna (tamże). Gdyby się bardziej zagłębić, to byśmy jeszcze więcej analogii odnaleźli.
    Ale czy rzeczywiście problemem jest, że niektórzy autorzy dają swym bohaterom możliwość nadużyć tego "daru"? Czyż w naszym szarym, niemagicznym życiu nie jest tak, że też mamy wiele możliwości czynienia rzeczy niemoralnych, ale z nich nie korzystamy, bo potrafimy stosownie je ocenić?
    No i czy aby na pewno Meyer przenosi relację ludzko-zwierzęcą na płaszczyznę ludzko-ludzką? Czy aby na pewno w twórczości tej autorki mamy do czynienia z ludźmi? Tak do końca? ;)

    OdpowiedzUsuń