środa, 26 września 2012

TFUrczość

Jakiś czas temu wpadł mi w ręce magazyn literacki - awangardowy, niezależny, tak, tak. Ponad połowa tekstów w nim zamieszczonych nie nadawała się do czytania. Nie chodzi o to, że były niewprawnie napisane, nieprofesjonalnie czy coś takiego, o nie, problem leży gdzie indziej. To były teksty, które z założenia miały świadczyć o szalenie wysokim poziomie artyzmu autora. Kunsztu literackiego zero, sensu nie ma najmniejszego, a jedyne co jest, to niezwykłe silenie się na SZTUKĘ. Bo przecież jestem ARTYSTĄ. Patrzcie, jakie to, co tworzę, jest GŁĘBOKIE.

Może jestem staroświecka, ale dla mnie dobra literatura to taka, która pozwala czytelnikowi oderwać się od rzeczywistości, a nie taka, która wciąż i wciąż przypomina mi, że gdzieś nad tym tekstem stoi jego autor, który puszy się i arogancko poprawia na nosie wielkie okulary, zastanawiając się, czy znajdzie się jakiś czytelnik, który będzie w stanie pojąć wszystkie ukryte znaczenia, które - mniej lub bardziej udolnie - powtykał w swoje dzieło. To samo z sileniem się na nowatorskość. Niemal słyszę, jak autor mówi: patrz, jaki jestem awangardowy, nie taki jak wszyscy, wybiłem się i dzięki temu automatycznie jestem LEPSZY.

Otóż nie, moi drodzy "awangardowi" artyści. Jesteście zwyczajnie żałośni.

Takich natchnionych artystów nie cierpię o wiele bardziej od tych młodych autoreczek, które piszą swoje "opcia" na blogach i proszą o dużo pozytywnych "komciów". W ich przypadku jest nadzieja, że się poprawią albo znajdą sobie lepsze hobby. Awangardowy Artysta jest święcie przekonany o swoim talencie i wciąż będzie raczył czytelników swoim niezrozumiałym, bezsensownym i niestrawnym bełkotem, a krytyków zbywał tupaniem nóżką i bufonadą, że oni się nie znają i nie rozumieją, bo pragnie za wszelką cenę uchodzić za niezrozumianego geniusza. Dlatego do porzygu nadużywają trudnych słów, by pokazać, jak mądrzy są, że rozumieją TAKIE słownictwo; szokują stężeniem wulgaryzmów, mocno przesadzonym naturalizmem, szczegółowymi opisami gwałtów (och, tak, gwałty są takie modne i skandalizujące!); filozofują ile tylko mogą, na siłę udowadniając, jak wielkimi są poetami, że są jedynymi uduchowionymi istotami na śmietniku otaczającej ich rzeczywistości.

Czy nie lepiej byłoby się "zniżyć" do tego poziomu pisarzy, którzy piszą, bo lubią, bo mają coś ciekawego do powiedzenia, bo chcą podzielić się ze światem jakąś historią? Czyżby nauczenie się pisać interesująco, zrozumiale i poprawnie przerastało możliwości wielkich Awangardowych Artystów? A może chodzi o to, że takie powieści są zbyt zwyczajne, zbyt pospolite, za mało zwracające na siebie uwagę, za bardzo oddalające was od zdobywania statuetek i nagród w konkursach prawie tak awangardowych jak wy sami? To smutne.

Drodzy "artyści". Mam do was wielką prośbę. Weźcie szklankę, nalejcie do pełna zimnej wody i wylejcie ją sobie na głowę. Naprawdę.

2 komentarze:

  1. Problem polega na tym, ze u nas w Polsce m.in., żeby coś było mONdre, to mONdrym językiem musi być napisane (patrz: encyklopedia i spróbuj zrozumieć hasło bez innych encyklopedii).

    Nienawidzę używania "trudnych wyrazów" gdzie popadnie. Nienawidzę męczyć się przy czytaniu i zastanawianiu się o co mu do cholery chodziło kiedy to wymyślał. Mam ochotę rzucić wtedy książką w ogień i niech tam zostanie.

    Tak więc, podpisuję się pod twoim tekstem rencami i nogami. Książka ma być rozrywką czy to dla wyobraźni/umysłu/filozofii, ale wciąż. A nie goryczą.

    OdpowiedzUsuń
  2. Heh, gdzie tu nowatorskość? Przerost formy nad treścią jest iście barokowy, a awangarda była popularna w 20-leciu międzywojennym. Wszystko to inspiracja historią i o tych tforach dzisiejszych Artystów można powiedzieć: wykonanie jakieś było, ale z pomysłem trochę gorzej (tudzież na odwrót).

    OdpowiedzUsuń