niedziela, 11 listopada 2012

Lameness is magic

Na premierę trzeciego sezonu My little pony: Friendship is magic czekaliśmy długo i już od jakiegoś czasu wiadome było, że ten sezon będzie liczył zaledwie trzynaście odcinków, czyli o połowę mniej niż każdy poprzedni. Jako zapalona fanka nie mogłam się doczekać nowego odcinka, ale jednak z każdym wypuszczonym sneek-peekiem moje wątpliwości rosły. Apogeum osiągnęły, gdy już zapoznałam się z dwoma premierowymi odcinkami przygód kucyków. Nie jestem szczęśliwa pisząc to, ale w ogóle mi się nie podobały. Dlaczego? Postaram się to za chwilę szczegółowo wyjaśnić.

SPOILER ALERT SPOILER ALERT SPOILER ALERT

Odcinek "The Crystal Empire" już zaczyna się kiepsko. Czołówkę wszystkich odcinków serii zawsze poprzedzała scenka będąca zapowiedzią tego, co wydarzy się później. Zwykle trwająca do trzech minut, zabawna i wzbudzająca zainteresowanie. Scenka w tym odcinku trwa... pół minuty i próbuje przykuć uwagę widza czymś w rodzaju trzęsienia ziemi: księżniczka Celestia dowiaduje się, że "TO" się pojawiło, każe sprowadzić Shining Armor i księżniczkę Cadance i pisze pilny list do Twilight Sparkle - jednej z głównych bohaterek. I tyle. Być może doszukuję się dziury w całym, ale strasznie mi się nie podoba to, że nagle serial stara się sprawiać wrażenie tak okropnie poważnego. To po prostu do niego nie pasuje. Otwarcie sezonu drugiego nie było tak poważne, mimo że zagrożenie ze strony Discorda było o wiele bardziej przemawiające do widza niż... No, ale o Głównym Złym tego odcinka za chwilę.

Przejdźmy dalej: Twilight Sparkle przybywa do Canterlot objuczona książkami, bo z listu księżniczki wywnioskowała, że ma przejść jakiś egzamin. Okazuje się, że Celestia miała na myśli inny rodzaj testu i wysyła swoją podopieczną wraz z przyjaciółkami do Kryształowego Imperium, któremu zagraża zły Król Sombra. Sombra przed tysiącem lat przejął Imperium, lecz został pokonany przez księżniczki Celestię i Lunę, przemieniony w cień i wysłany na daleką północ. Zdążył jednak przekląć Imperium, które zniknęło z powierzchni ziemi. Teraz, gdy znów się pojawiło, księżniczka Cadance utrzymuje krążący wokół cień Sombry z daleka przy pomocy swojej magii, ale Twilight i spółka muszą znaleźć sposób, by Imperium mogło istnieć samo i bezpiecznie, zdjąć klątwę i tak dalej. 

O Boru, od czego mam zacząć... Po pierwsze: nigdy nie dowiadujemy się, kim tak dokładniej był król Sombra. Wiemy tylko, że był ZŁY. Przez oba odcinki Sombra wypowiada może ze trzy słowa, poza tym nie robi nic, tylko czyha na granicy działania magii obronnej Cadance i się złowieszczo śmieje. To najgorszy czarny charakter EVER! Porównajmy go z innymi antagonistami z pierwszych odcinków poprzednich sezonów: w pierwszym mieliśmy Nightmare Moon, złą siostrę Celestii, która została zesłana przez nią na księżyc za to, że zazdrościła siostrze, iż ich poddani wolą dzień od nocy. Po tysiącu lat (tysiąc to chyba popularna liczba w Equestrii) powraca i przynosi ze sobą noc, która ma trwać wiecznie. To dość standardowa historyjka: chęć zemsty et cetera, ale wciąż broni się nieźle. W drugim sezonie mamy Discorda - władcę chaosu, który budzi się po wielu (tysiącu?) latach bycia przemienionym przez Celestię w kamień i pragnie zaprowadzić nowe rządy. I jest zajebisty! :D Złowieszczy, ale i zabawny; sprytny, ale zbyt pewny siebie; ma wspaniały głos i świetne teksty; jednym słowem: to jeden z moich ulubionych villainów, jacy kiedykolwiek powstali. Podczas gdy król Sombra jest... uhm, czarny (omójborzerasizm). Chce przejąć władzę nad Kryształowym Imperium bo... ee, jest zły. A jego historia to... to... Och, co za różnica, skąd się wziął, ważne, że jest ZŁY.

Jestem zły król Sombra! Bójcie się mnie, bo... bo jestem zły! I mam zbroję! I zielono-czerwone kurwiki pałające fioletowym ogniem! I czerwony róg pasujący do mej królewskiej peleryny!

Sprawa druga: pierdzielenie o teście, jaki musi przejść Twilight. Naprawdę mnie to denerwuje. Pierwsza mówi o tym Celestia, potem Twilight ma obsesję na punkcie przejścia tego egzaminu (którym jest uratowanie chędożonego Imperium, damn it!), a na końcu Celestia dalej podtrzymuje tę schizę: tak, to był egzamin, poradziłaś sobie doskonale. Kurde mol. Wyobraźcie sobie teraz Gandalfa, który wręczając Frodowi pierścień, mówi: teraz musisz przejść bardzo ważny test, na dobrą sprawę nieważne, czy zniszczysz ten pierścień czy nie, najważniejsze jest sprawdzenie twojej odporności na zakusy zła, a jak po drodze padnie kilka królestw, to no cóż, c'est la vie. No to się kupy nie trzyma! A już najbardziej ta idiotyczna wzmianka o tym, że Twilight i TYLKO Twilight MUSI SAMA wykonać ostateczny krok na drodze uratowania Imperium. Dlaczego? A żeby Marysia miała pytanie, bo nigdy nikt tego nie wyjaśnia. To tylko głupi pretekst, by zrobić z Twilight stuprocentową Mary Sue, która robi wszystko, co w swojej mocy, a na koniec podejmuje Jedyną Słuszną Decyzję. I choć podobało mi się, że w finale uwięziona Twilight każe Spike'owi zanieść na miejsce ten superważny kryształ podtrzymujący Imperium przy życiu i choć formalnie to on zostaje bohaterem, to koniec końców i tak wszyscy podziwiają tylko Twilight, że wykazała się mądrością i "pomyślnie przeszła test". A w rzyć mnie pocałujcie z czymś takim. W czasie gdy Twilight przechodzi ten swój egzamin na bycie merysujką, wszystkie pozostałe bohaterki - Applejack, Rainbow Dash, Pinkie Pie, Fluttershy i Rarity - są potraktowane całkowicie po macoszemu i służą li jedynie za przerywnik humorystyczny, gdy próbują zabawić kryształowe kucyki na festynie i odciągnąć ich uwagę od zagrożenia ze strony Sombry.

Czyżby Luna i Celestia miały wreszcie przystąpić osobiście do akcji? Nie, to tylko patetyczna przemowa o tym, że Twilight Sparkle musi się wykazać i że na pewno nie zawiedzie, bo to oczywiste, że nie zawiedzie.

Ach, właśnie, kryształowe kucyki. Mieszkańcy Kryształowego Imperium, którzy zdają się być ogarnięci depresją i masową amnezją, przez którą nie pamiętają nic ze swojej przeszłości. Zorganizowanie festynu jest sposobem na przywrócenie im pamięci i chęci do życia, która będzie utrzymywać przy istnieniu całe Imperium. I znów mam ten grymas na twarzy... Kryształowe kucyki...? Serio...? Ja wiem, że kanał Hub istnieje po to, by Hasbro wypuszczało na nim seriale na podstawie swoich zabawek, ale to jest strasznie nachalne. Sama idea istnienia kryształowych kucyków nie pasuje mi do Equestrii, którą znam z poprzednich odcinków. To jakaś nowa rasa obok jednorożców i pegazów? Nie do końca, bo w finale wszystkie kucyki, włącznie z Mane6, otrzymują tymczasowy wygląd kryształowego kucyka. A więc są magiczne? Ten wygląd można zdobyć, stając się mieszkańcem Kryształowego Imperium? Ach, cicho tam i cieszta się nową serią zabawek, które są śliczne i będą bestsellerem na najbliższą Gwiazdkę!

Hasbro wie, że chcesz mieć figurkę kryształowej Rarity...

Miałam swoje podejrzenia, ale nie sądziłam, że otwarcie nowego sezonu rozczaruje mnie aż tak bardzo... Mam nadzieję, że kolejne odcinki okażą się lepsze i nie sprawią, że całkiem stracę ochotę na oglądanie Friendship is magic. Bo co innego będę miała do roboty w internecie? :c

3 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się co do Barbie w dziadku do orzechów i Barbie z jeziora łabędziego, a co dziwniejsze obejrzałam to ze dwa lub trzy razy dla muzyki Czajkowskiego.
      Lubie oglądać filmy o barbie, to taka forma masochizmu. ostatnio założyłam się nawet z siostra po którym nas zemdli.

      Usuń
  2. O nieee! Ja tak lubię MLP :( Mam nadzieję, że mimo wszystko będzie mi sprawiało trochę frajdy. No i cieszy mnie, że wielka para końca drugiego sezonu nie zaginęła w mroku niepamięci, tylko jednak ma jakąś mini rólkę do odegrania ;)

    OdpowiedzUsuń