wtorek, 17 grudnia 2013

Zebrać wszystkie karty!

"Jestem z tobą, choć mnie nie widzisz"
(Powinno mieć deszczowe tło, ale ni umim)
(Zapomniałam o cutie markach, fuck)
Spędzam urlop bardzo produktywnie: budując ród w Simsach, durr hurr.

Ostatnio dokonałam najbardziej spontanicznego zakupu ever. Dzięki niemu odkryłam swoje nowe, poboczne hobby: kolekcjonowanie kart. Pisałam już kiedyś, że o mało się nie przewróciłam ze szczęścia, gdy wprowadzili do Polski karty Bella Sara. Już je, niestety, zdążyli wycofać, ale nim to nastąpiło, udało mi się zebrać wszystkie, jakie wyszły poza promocyjnymi, które nawet nie wiem, czy można było w jakikolwiek sposób dostać. Choć boostery były dość drogie (przynajmniej jak na moją kieszeń), to cudowne uczucie towarzyszące otwieraniu ich i odkrywaniu zawartości było jak dostawanie co tydzień gwiazdkowych prezentów-niespodzianek. Uzależniające! Niestety, wraz z końcem marki Bella Sara w Polsce z grubsza straciłam możliwość powiększania swojej kolekcji. Bez przekonania przeglądałam różne kolekcjonerskie gry karciane, nie mogąc znaleźć czegoś dla siebie, co zbierałabym z równym zamiłowaniem i dziecięcą radochą. Aż trafiłam na Racial Wars... Jak zobaczyłam te smocze grafiki, nie mogłam się powstrzymać i niewiele myśląc, złożyłam zamówienie na stronie wydawcy. No bo halo, 30zł za praktycznie dwa zestawy gry, z których każdy na Allegro stoi po 40-70? Kto by nie brał?! Luby mi zmywa głowę, że bez sensu kupować grę, w którą się nie zamierza grać (próbowałam ogarnąć trzy różne karcianki - nie ogarnęłam, no po prostu za nic w świecie nie byłam w stanie, potrafię grać tylko w Munchkina), ale co on tam wie. Dla mnie najważniejsza jest wartość kolekcjonerska, a w przyszłości ma wyjść dużo dodatków i boostery. Mój wewnętrzny smok-zbieracz pęka z uciechy. <3

Jednocześnie zaczęłam się pilniej rozglądać za duperelami, które mogłabym dołączyć do kolekcji. Karty z piłkarzami i celebrytami są najłatwiej dostępne, ale mnie z oczywistych względów nie interesują. Wiem, że istnieją karty My Little Pony: Friendship is Magic, czemu ktoś tego nie sprowadzi do Polski? Co prawda wizualnie pupy nie urywają, ale to są KUCYKI. Różne cuda widziałam, nawet karciankę z serialową Xeną, ale jestem wybredny grzdyl i nic mi się nie podoba. Totalnie najlepsze byłyby jakieś epickie grafiki fantasy, ze smokami, jednorożcami i w ogóle. Od razu się nasuwa Magic the Gathering - grafiki ma przepiękne, ale trochę boję się tego, bo ma pierdyliard edycji (a jak by jakiś nerd usłyszał, że zbieram to dla obrazków, to by mnie chyba berdyszem prześwięcił), ale nie wykluczam, nie wykluczam.

No, niech moja cudna kolekcja trochę urośnie, to może nawet spróbuję dorwać lepszy aparat i ją uwiecznić, bo trochę smutno, że nie mam z kim się dzielić i komu chwalić swoimi pasjami. Tymczasem idę piec furę pierniczków, takich z nadzieniem, w polewie i w ogóle. Będę musiała wykorzystać całą swoją siłę woli, by nie zeżreć wszystkich od razu.

piątek, 13 grudnia 2013

Dużo dupereli

daily Raindancer
Miałam świetny sen i zaczęłam już go zapisywać w ramach Somnamskrybizmu, ale był taki długi i dokładny, że wyjdzie tego chyba z piętnaście stron, więc się zastanawiam, czy by od razu nie zrobić z niego pełnoprawnego opowiadania. Będą zombie, apokalipsa, żołnierze w typie space marine i w ogóle. Tymczasem, zmieniam avatarek - bo tak.

Znalazłam wreszcie swój styl jeśli idzie o rysowanie kucyków. Styl czysto G4 kompletnie mi nie wychodził, zwłaszcza pyski, G2 był o wiele za słodki, więc udało mi się stworzyć coś pomiędzy i tak już zostanie. Aż mnie kusi, by zainwestować w tablet, bo szewskiej pasji dostaję przy próbach operowania myszką w fotoszopie, ale z drugiej strony nie przyda mi się to do niczego poza okazyjnym bazgraniem kucyków bez teł... Tyle mało sensu życia.

Próbuję sobie zająć czas czymś twórczym. Maniakalnie rysuję kucyki, piszę, maluję, takie tam czynności, które nigdy mi się do niczego nie przydadzą, ale ładnie wyglądają, a ja nie sprawiam dzięki ich robieniu wrażenia totalnego darmozjada. Parę dni temu skończyłam moją pierwszą PMVkę (pony music video) - co prawda do tej muzyki chciałam wykorzystać postać Tyrcia z mojej powieści, która chwilowo utknęła na rzecz szybszego skończenia zbioru o Coridallu, ale musiałabym w tym celu wszyyystkie kadry ręcznie rysować i animować, a pojęcia o tym bladego nie mam, więc pozostały kucyki.


No, a propos Coridalla - pisze się. Całkiem nieźle mi idzie i potwornie mi się podoba pisanie o jego przygodach. Mam wrażenie, że za dużo tam takiego nużącego wyjaśniania, a za mało właściwej akcji, więc będę musiała nad tym jeszcze popracować. Aż zapodam króciutki fragment z opowiadania, nad którym właśnie pracuję. Chwalipienctfo! <3

Ech, ale w sumie to smutno trochę. Przydałby się ten storm trooper w pokoju, albo najlepiej Vader. Przytuliłabym.

Czarnoksiężnik i to, co wyszło za nim z grobowca

Nagle usłyszałem hałas i coś walnęło mnie w głowę. Omal nie umarłem ze strachu i odruchowo złożyłem dłonie, krzycząc: „Ny!” – natychmiast zdałem sobie sprawę z tego błędu, lecz było już za późno. Usłyszałem głośne krakanie i zalała mnie fala gniewu, gdy zdałem sobie sprawę, że powodem całego zamieszania była Tiriana. Nie zdążyłem jednak na nią nawrzeszczeć, bo pomknęła wąskim korytarzem na powierzchnię, kracząc, jakby ją z piór obdzierano. Zdezorientowany Jayce wstał i uniósł wysoko dłoń z ognikiem.
- Co się stało?
Spojrzałem pod nogi; misterny rysunek na ziemi był zatarty, dwie świece przewróciły się i zgasły, rozlawszy wokół wosk. Zakląłem.
- Przez tę kretynkę muszę zaczynać od początku – warknąłem, wściekły na cały świat. Im bliżej świtu, tym słabsza energia kurhanu.
Za moimi plecami coś zachrobotało. Ze zgrozą przypomniałem sobie, że przez przypadek rzuciłem zaklęcie. Odwróciłem się. Z jednego miejsca na ścianie powoli osuwała się ziemia; grudki piachu sypały się, tworząc rosnący w oczach stożek na podłożu.
Jayce chciał dać nogę, ale złapałem go za rękę, w której płonęło magiczne światełko i zbliżyłem do ściany, by była dobrze oświetlona. Uczeń wybełkotał coś niezrozumiałego, gdy oboje patrzyliśmy, jak z miałkiej ziemi coś się powoli wynurza. Zacząłem mieć bardzo złe przeczucia – ale nie, przecież to nie było możliwe, by...
Z wnętrza ziemi przebiło się ostrze miecza, emanujące złowrogą, zielonkawą poświatą. Jayce przestał dbać o pozory i próbował mi się wyrwać, ale nie pozwoliłem mu na to. Musiałem przekonać się na własne oczy, czego nieumyślnie dokonałem.
Większa część ściany osunęła się gwałtownie, spowijając nas w obłoku pyłu. Kaszląc i mrużąc oczy, z przerażeniem patrzyłem, jak z zasypanej wnęki wychodzi pochowany w niej przed wiekami wojownik: z przegniłą skórą, ledwie oblekającą szkielet; z pordzewiałą, starodawną zbroją wiszącą na poczerniałych kościach; z długim, wyszczerbionym mieczem w jednej dłoni i okrągłą tarczą w drugiej; roztaczający wokół siebie mdlący zapach śmierci i swąd magii. Stojący pewnie na nogach, w pozycji gotowej do ataku, wpatrzony w nas oczodołami, w których świeciły na szmaragdowo dwa upiorne ogniki.
Bardzo pragnąłbym móc powiedzieć, jak bohatersko stawiłem czoła tej niespodziewanej przeszkodzie i po wielkim zwycięstwie nonszalancko otrzepałem dłonie i wróciłem do domu.
Prawda jest niestety taka, że wrzeszcząc, ile sił w płucach, rzuciłem się do ucieczki.


sobota, 7 grudnia 2013

Moi najlepsi przyjaciele

Tak sobie usiadłam i pomyślałam: zaraz, zaraz, przecież ja nie jestem samotna. Mam piątkę wspaniałych przyjaciół, najlepszych, jakich można mieć. Żaden niepodobny do drugiego, totalnie zakręceni, zabawni, empatyczni, zawsze przy mnie, czy ich potrzebuję, czy nie. Nie wyobrażam sobie życia bez nich.

Dobra, walić ten build-up, i tak już wszyscy zauważyli zdjęcia poniżej i wiedzą, o kogo chodzi. 

Manfred, królik rasy baran
Maniek ma już swoje lata, lecz wciąż jest rozbrykanym pieszczochem. Ze starości nabawił się częściowego paraliżu pyszczka, co poskutkowało tym, że ma krzywą mordę, co jednak nie przeszkadza mu w byciu przesłodkim. Wraz z wiekiem przyszła też upragniona mądrość - w pierwszych latach swojego życia zeżarł mi w pokoju tapetę na wysokości pół metra na wszystkich ścianach, teraz już mu się odechciało psot i kica luzem po całym domu, ku uciesze domowników natykających się na niego piętro niżej. Jego ulubiona zabawa to branie w pyszczek nakrętki od słoika i zachrzanianie z nią po pokoju. Swego czasu, nim w moim pokoju położone zostały panele, doprowadzał mnie do białej gorączki tym, że ustawicznie wskakiwał na łóżko celem obsikania go. Samo obsikanie to nic, ale Manfufu miał w zwyczaju podczas tej czynności energicznie majtać tyłkiem, co skutkowało tym, że fontanna sików rozpryskiwała się na łóżko, ściany i moją twarz. Niezapomniane przeżycie. A mimo to - nie wyobrażam sobie życia bez tej małej, puchatej paskudy, która potulnie daje się miziać zawsze, gdy jest mi smutno.



Kaja, cocker spaniel
Kaja aka Dzidul przybyła do naszego domu jako mały, rudy pulpet i nikt nie spodziewał się, jak bardzo odmieni jego mieszkańców (to żem pojechała frazesem). Od zawsze mieliśmy psy różnej maści i rozmiarów, ale chyba z żadnym nie zżyliśmy się tak, jak z Kajką. Jak się patrzy na te rude fumfle i smutne oczy, to się po prostu nie da nie kochać (i nie dać kaszanki). Wywróciła do góry nogami nie tylko nasze życie, ale też Saby - suni owczarkowato-niemieckiej, która w lecie tego roku niestety odeszła. Kajka nauczyła ją wyć za każdym razem, gdy słychać syrenę z remizy strażackiej naprzeciwko naszego domu (niestety...), szczekać na małe dzieci za płotem i jeść jedzenie z miski dopiero po tym, jak się je z niej wyjęło. Do perfekcji opanowała sztukę sępienia wszystkiego, co sobie człowiek wkłada do pyska i słynie z zamiłowania do oscypków. Umie dawać głos, chyba że jej się nie chce, to kicha albo robi "mru" i uważa, że zadanie wykonane. A w nocy chrapie jak niedźwiedź.


 Luna, Moria, Rancor - trio gekonów lamparcich
O nich było tu nie raz i jeszcze często będzie o nich słychać, bo śmieszne i urocze są jak jasna pelargonia. Mój ulubieniec to Rancor, czyli ten żółty, który kiedyś był Bogą, ale okazał się być samcem, więc został przechrzczony na inną bestię z "Gwiezdnych wojen". Uwielbiam go szczególnie za spojrzenie - ma tzw. snake eyes, czyli oczy do połowy całkowicie czarne, przez co wygląda, jakby miał takiego uroczego, derpowatego zeza. Lubi przesiadywać na najwyższej półce terrarium oraz na rozgrzanym laptopie, oglądając ze mną let's playe. Luna (czarno-żółto-zielona) to zdecydowana liderka, która wygryzła z hierarchii nawet samca, który teoretycznie powinien dominować w haremie, ale w praktyce to pantoflarz. Chyba jako jedyna ogarnęła, po co w terrarium stoi miska, bo tylko ją wielokrotnie przyłapałam na jedzeniu robali z niej - resztę gadów muszę z pęsety karmić, co jest w sumie całkiem zabawne. No i w końcu Moria - największa outsiderka, lubiąca człowieki tylko wtedy, kiedy dają jej jeść i całkowicie ich ignorująca, gdy tego nie robią. Z jakiegoś powodu ma słabe mięśnie - mimo że jest dobrze odżywiona - i kłopoty z utrzymaniem równowagi, ale radzi sobie z tym bardzo dobrze i nie przeszkadza jej to w eksplorowaniu terrarium. Jak już wspominałam - te potworki są prześmieszne. Kiedyś Rancor zobaczył mój palec i uznał, że to robal, więc niewiele myśląc, uchlał mnie, chwilę trzymał, po czym puścił i spojrzał prosto na mnie z potwornym wyrzutem i miną mówiącą: "To nie robal! Oszukałaś mnie!".





środa, 27 listopada 2013

Normalność

Post sponsorowany przez
Rainbow Dash.
Wszystkie prawa zastrzeżone,
jakby się kto pytał.
Przyszła dziś paczka ciuchów z Allegro - chyba najpiękniejszych, jakie udało mi się kiedykolwiek upolować, a na pewno takich z pierwszej dziesiątki. W tej (słit focia w lustrze, joł) cudnej sukience wyglądam tak hobbicio, że normalnie idę w niej na premierę "Pustkowia Smauga" (w ogóle wtf, na kij im do mimiki smoczej mordy motion capture mordy tego aktora od Sherlocka, którego nazwiska nie umiem zapisać, a nie chce mi się googlać?). Przy okazji doszłam do wniosku, że cosplay jest fajny, ale żeby na każdy konwent z obłędem w oczach kombinować resztkami funduszy (jeśli się jakiekolwiek ma) jakieś superwypasione przebranie - to jednak nie dla mnie. Ograniczę się do skompletowania paru zestawów ciuchów fantasy, może się nazywać, że cosplayuję Winifredę (czyli notabene mnie) (czy ja nie przesadzam z tymi nawiasami?). No i od czasu do czasu, gdyby kolejne Pyrkony okazały się równie mroźne, co ostatni, mogę trochę potrollować jako Zee. A do tego drugiego Zee mam jedną wiadomość: link.

Ilość nawiasów i linków w poprzednim akapicie przekroczyła wszystkie normy... A tak a propos kucyków: dzisiejszy wyciek nowego odcinka totalnie zrobił mi dzień. Mimo że był pełen schematów i zakończenie było totalnie przewidywalne, podobał mi się jak cholera. Angel był bezbłędny. ^_^ Chyba sobie za chwilę obejrzę jeszcze raz.

Hm... No i skończyły mi się tematy. Cóż... gdzieś musiałam się wygadać. Psychiatra twierdzi, że mój ostatni smutek z powodu tęsknoty za jakimiś przyjaciółmi jest oznaką powrotu do normalności. To chyba dobrze, więc... hurra?

Na zakończenie podzielę się ze światem utworami, które ostatnio wpadły mi w ucho, bo dobrą muzyką trzeba się dzielić, a jak się nie ma z kim, to trzeba to robić na blogu i wmawiać sobie, że to nie jest żałosne.

Cóż, przez kucyki zaczęłam słuchać dziwnej muzyki. Nie lubię wersji z wokalem, bo to rap, a nienawidzę rapu tak dogłębnie, że aż mną telepie na samą myśl. Ale sama muzyka, zwłaszcza początek, jest niesamowita.
Słuchać w dobrych słuchawkach i głośno - eargasm murowany. W ogóle Deadpool ma zajebisty soundtrack.
Matko, jak ja kocham ten głos. Jest taki przejmujący... Refren ma tak piękne brzmienie, że za każdym razem łzy mi stają w oczach.

niedziela, 24 listopada 2013

Krótko o książkach, vol. 3

Mam diaboliczny plan: nagrzmocić mnóstwo geekowskich obrazków na szkle i pojechać z nimi na Pyrkon. Parę pomysłów już mam, w tym jednego prawie zrealizowanego Heart Troopera (jeszcze trzeba go na szkło przenieść). Taki słodki smutniałek, kto by go nie chciał?

Te niebieskie paćki ma w cały świat i każdy starwarsowy nerd by mnie pewnie za nie zjechał, ale przysięgam, że przejrzałam z milion obrazków z podobnymi klonami i na każdym malunki wyglądały trochę inaczej. Have mercy!

No nic, póki co wróćmy do tematu notki, czyli książek.

Licia Troisi "Legendy Świata Wynurzonego II. Córka krwi"
Drugi tom przygód Adhary nieco mi się dłużył, głównie z powodu tego, jak stosunkowo niewiele się w nim dzieje. Adhara jest zszokowana tajemnicą swojej tożsamości i całą sobą pragnie wierzyć, że nie jest legendarną Sheireen powołaną w celu zabicia Marvasha, którym jest jej ukochany, Amhal. Niestety, większość czasu spędza w antycznej elfickiej bibliotece i wszelkie kłody rzucane jej pod nogi istnieją tylko po to, by przy okazji łażenia po księgozbiorze coś się działo i czytelnik nie umarł z nudów. Na szczęście nie jest to jedyna historia, do której jesteśmy przykuci - swoje perypetie przeżywają też inni mieszkańcy Świata Wynurzonego. Dubhe, królowa o przeszłości złodziejki i zabójczyni, bierze aktywny udział w wojnie i nie może się pogodzić ze swoją postępującą starością, jej syn Neor próbuje się uporać z samotnym rządzeniem pogrążonym w wojnie królestwem, a kapłanka Theana rozpaczliwie poszukuje lekarstwa na straszliwą chorobę, którą sprowadziły elfy (stanowczo odmawiam pisania nazwy tej rasy wielką literą, mimo że tak jest w książkach - to po prostu głupie i niekonsekwentne względem pozostałych ras). Podobnie jak w pierwszym tomie, mimo mankamentów czyta się szybko i z przyjemnością.
Ocena: 4/6

Licia Troisi "Legendy Świata Wynurzonego III. Ostatni bohaterowie"
W ostatnim tomie przygód Adhary ma się z kolei wrażenie, że dzieje się trochę za dużo, ale na dobrą sprawę nie jest to mankament. Poznajemy w nim społeczność elfów, którym nie podoba się wojna wywołana przez ich pobratymców w Świecie Wynurzonym i stojącą na ich czele przywódczynię, która okazała się być postacią o wiele ciekawszą od Adhary. Bo Adhara swoim zwyczajem irytuje merysujkowością i do szewskiej pasji mnie doprowadza jej ślepa miłość do Amhala. To dupek! Buc! Morderca! Weź się, kobito, ogarnij i przestań za nim wzdychać w tym naiwnym przekonaniu, że twoja miłość go uzdrowi! Niestety, mniej więcej to się dzieje, ale mimo wszystko zakończenie było takie, że ugłaskało moją irytację. Koniec końców, "Ostatni bohaterowie" to mój ulubiony tom tego cyklu.
Ocena: 4,5/6


Peter V. Brett "Pustynna Włócznia I"
O Matko Bosko kochano, jak ja się umęczyłam nad tą książką! W ogóle mi nie leżą te pustynno-bliskowschodnie klimaty, nie podoba mi się ich kultura, tradycje i zwyczaje, i przez całą lekturę myślałam tylko o tym, jak ja ich wszystkich nie cierpię. Fanatyzm bohaterów "Pustynnej Włóczni" doprowadzał mnie do szewskiej pasji, to parcie Jardira na bycie super-hiper-megazasłużonym w boju mężczyzną, który po śmierci dostąpi chwały i hordy dziewic było wprost nie do zniesienia, na równi z tym, jak mieszkańcy Krasji mają w zwyczaju traktować kobiety i mężczyzn niebędących wojownikami - czyli jak bydło. Dialogi mieszkańców pustyni wydają mi się potwornie sztuczne, to nie brzmi jak stylizacja na języki Bliskiego Wschodu, tylko tekst przetłumaczony na chama przez Google Translate, a ciągłe wstawki z ich języka czyniły tekst podwójnie niezrozumiałym - jak Jardir się komuś przedstawiał, to po prostu pomijałam te fragmenty, bo nie miałam cierpliwości czytać dwóch wersów ciągłego bełkotu. Naprawdę chciałam doczytać do końca, mając w pamięci to, jak entuzjastycznie przyjęłam pierwszy tom "Malowanego człowieka", ale nie, nie mogę, nie zdzierżę ani akapitu więcej, nie mam ochoty czytać nawet części poświęconej bohaterom z poprzednich książek.
Ocena: 2/6

Anne McCaffrey "Moreta, pani smoków z Pern"
Nie wiem, skąd oni wytrzasnęli tego smoka z pyskiem konia i szyją jak od odkurzacza na okładce, ale wybór tego obrazu to był zły pomysł. W każdym razie, zaczęłam czytać tę książkę jakiś rok temu i utknęłam w połowie, tak przeraźliwie nudna była. Cykl McCaffrey o jeźdźcach smoków ma dość charakterystyczny styl: dramatyczne wydarzenia są naprawdę dramatyczne i poruszające, problem w tym, że dzielą je setki stron nudnych jak flaki z olejem, kompletnie NIIIC! niewnoszących wydarzeń. Na dokładkę ten tom porusza temat nudny sam w sobie - zmagania z epidemią tajemniczej choroby. Przykro mi bardzo, ale czytanie o chorych, rzężących, obolałych, leżących w łóżkach ludziach i szczegółach przygotowywania lekarstw są po prostu strasznie nieciekawe. Liczyłam wciąż na to, że zaraza po prostu wybije wszystkich do nogi, żeby ta książka mogła się wreszcie skończyć. Ogrom pojawiających się na kartach powieści bohaterów tylko mnie irytował, bo za cholerę nie mogłam spamiętać, kto jest kim, poza główną bohaterką, której się nawet nie da lubić. Postaci żeńskie z cyklu o Pernie nieodmiennie doprowadzają mnie do szału: wszystkie towarzyszki złotych królowych (może poza chlubnym wyjątkiem w postaci Brekke) są identycznymi, bucowatymi chamówami z mniejszymi lub większymi zadatkami na Mary Sue. Miały być zapewne silnymi, pewnymi siebie heroinami, ale niestety, nie wyszło.
Ocena: 3/6

Stephen Deas "Adamantowy Pałac"
Skończenie tej książki było niespodziewanie trudne. Dlaczego? Bo ma jakąś totalnie kretyńską czcionkę. Serio, jeśli czcionka jest szeryfowa, to nie znaczy automatycznie, że jest wygodna w czytaniu. Króciutkie rozdzialiki musiałam sobie dawkować, bo inaczej się po prostu nie dało. Rzuca się też w oczy koszmarnie niechlujne wydanie, jedno z najgorszych, jakie widziałam: pełno tu literówek, byków, nawet jeden mutant w postaci pięciokropka się zdarzył. Jednak pierwszym, co zobaczyłam po otwarciu tej książki i sprawiło, że powiedziałam "o nie", były drzewka genealogiczne. Bo obecność tych drzewek na samym początku książki oznaczała dokładnie to, czego się obawiałam: żaden bohater nie jest do książki wprowadzony, wszyscy już istnieją i robią coś ważnego, a ponieważ jest ich mnóstwo, doprowadza to do szewskiej pasji podwójnie, bo ciężko ich spamiętać. Dopiero w połowie lektury zaczęłam mniej więcej kojarzyć imiona z osobami, ale to niczego nie zmieniło - wszyscy bohaterowie mnie jednakowo ani odrobinę nie obchodzili, tym bardziej, że od czasu do czasu następowała całkowicie bezrefleksyjna śmierć któregoś z nich.To ma być ten niezwykle udany debiut? Przychodzi mi do głowy kilka o wiele, wiele lepszych, ot, takie na przykład "Imię wiatru" Rothfussa - też debiut, a stoi o wiele poziomów wyżej od "Adamantowego pałacu". Jedyne ciekawe momenty dotyczyły smoków i akcji z ich perspektywy, ale to wciąż za mało, by uznać tę książkę za dobrą.
Ocena: 3/6

wtorek, 19 listopada 2013

Marzenia pewnej ziaby po raz drugi

Jeszcze wczoraj o tej porze byłam bliska skoczenia z okna, a teraz mi kompletnie przeszło i nie wiem, o co mi chodziło. Jestę pojebę. Cóż, w każdym razie doszłam do wniosku, że świat Tyrpatora - Archmar - jednak mi odpowiada. TO jest MÓJ świat. Z technologią na poziomie silnika parowego, czymś w rodzaju prymitywnej magii, mieczami, pięknymi strojami, latającymi końmi i tygrysami (skrzydryski moje kochane <3), smokami... Muszę co prawda wprowadzić do niego kilka zmian, ale nie są drastyczne, więc zacieszam jak dziecko w lunaparku i piszę jak szalona.

Przypomniałam sobie o kilku marzeniach, których nie spisałam w poprzedniej notce i w międzyczasie wymyśliłam kilka nowych. Co mi tam, spiszę sobie w ramach pocieszaliny.

Tradycyjne - obrazek bez związku
1. Zobaczyć na własne oczy zorzę polarną. Nigdy nie uwierzę w żadne zdjęcie, w żaden film, dopóki nie przekonam się na żywo, że coś tak pięknego jest prawdziwe. Potem mogę już umrzeć.
2. Mieć kilka koni albo kucyków - takich starych, niechcianych, by spokojnie i szczęśliwie dożyły końca swoich dni.
3. Mieć stormtroopera w skali 1:1, jak Barney Stintson. To jest zajebiste! I sexy! (wcale bym się do niego nie łasiła, gdyby mi było smutno)
4. Zbudować sekretny pokój, w którym znajdowałaby się cała moja biblioteczna książek fantasy.
5. Zacząć zarabiać na malowaniu na tyle dobrze, bym nie musiała szukać żadnej "normalnej" pracy.
6. Móc znowu jeść nutellę (cholerny cholesterol... jestem za młoda, by umierać na cholesterol!).
7. Mieć kota. Bardzo chcę. Koty są cudowne. Nie tak jak króliczki, ale są.
8. Chcę na Pyyyrkon!
9. Żeby powstał film skupiający się w całości na smokach, żeby były piękne, realistycznie wyglądające i nie służyły wyłącznie jako tarcze strzelnicze dla ludzi. PJ miał "Smoka jej królewskiej mości" ekranizować i choć nienawidzę głównego bohatera, to chyba najbliższa perspektywa...
10. Skończyć zbiór opowiadań o czarnoksiężniku Coridallu. Są już dwa i pół. ^_^ No dobra, jedna trzecia. No dobra, dopiero zaczęłam pisać trzecie opowiadanie, ale idzie mi całkiem zgrabnie.
11. Żeby gra Alicia Online wyszła po angielsku i za darmo. Niby są patche "zangielszczające", ale 13 dolarów? Kiedyś była za free...
12. Skombinować sobie pluszową Raindancer - zamówić, uszyć, wsio ryba, byle by była. ^^
13. Znaleźć bliskiego przyjaciela i nie zrazić go do siebie po upływie n czasu...
14. Zebrać się na odwagę, by przebrać się za Zee i potrollować na Piotrkowskiej. Ale jak spadnie śnieg, będę lepić bałwanka na środku chodnika.
15. Zobaczyć jakieś fanarty do mojej twórczości. <3 No co, każdy artysta musi być choć trochę narcyzem.
16. Uszyć sobie jakąś piękną, ciepłą pelerynę, która mogłaby mi zastąpić płaszcz.
17. Zrobić teledysk kucykowy. Mam już pomysł, muszę jeszcze tylko poczekać na premierę nowego sezonu, bo przydadzą mi się ujęcia z nowych odcinków.
18. Zrobić sobie dzień odpustu i obeżreć się tyle śmieciowego żarcia, żeby mi się znudziło do końca życia, od McDonalda po tony czekolady i krówek. Co ja gadam, czekolada i krówki nigdy mi się nie znudzą.
19. Odwiedzić Australia Zoo w Beerwah.

I to na razie tyle, choć znając mnie, lista ta będzie się wciąż systematycznie wydłużać. Wczorajsza sesja u psychoterapeuty uświadomiła mi jedno: że w sumie wiodę całkiem szczęśliwe życie, tylko czasem przeszkadzają mi w tym różne uciążliwe demony - te, które przypominają o przykrych zdarzeniach z przeszłości i te, które szepczą złośliwie, że jestem beznadziejna i nic mi się nigdy nie uda. Mam plan zabicia ich raz na zawsze. Mam questa! No, to idę expić.

sobota, 16 listopada 2013

Całkowite zaćmienie serca

Nie potrafię. Nie potrafię opisać tego, co właśnie czuję. Wannabe pisarz, któremu słów zabrakło. Coraz lepiej.
 
Przecież biorę leki. Wysypiam się, mam piękne sny i zapamiętuję je. Nie muszę zrywać się o wściekłej porze i sterczeć na mrozie w oczekiwaniu na pociąg, który zawiezie mnie na studia, których nie widzę sensu kończyć. Nie mam obowiązków większych od konieczności posprzątania królikowi w klatce i nakarmienia gekonów. Mam całe dnie na robienie tego, co chcę. Zarabiam, robiąc coś, co daje mi radość i satysfakcję. Chcę wierzyć, że jestem szczęśliwa.

Ale nie potrafię.

Pamiętam znajomość z pewną osobą. Był jedną z niewielu osób, które chciały ze mną rozmawiać, był ogarnięty i mieliśmy sporo wspólnych tematów... ale tylko za pośrednictwem komunikatora internetowego. Na żywo nagle okazywało się, że nie mamy sobie wiele do powiedzenia, a on i tak wolał spędzać czas z ludźmi fajniejszymi ode mnie. Choć podejrzewałam, że koleguje się ze mną tylko z litości - bo reszta się ze mnie niewybrednie wyśmiewała - zabiegałam o tę znajomość. I co? Niepotrzebnie. Pewnego dnia powiedział, żebym zagadała jutro, bo chce ze mną o czymś porozmawiać. Zgodnie z prośbą odezwałam się następnego dnia. Nigdy nie doczekałam się odpowiedzi. I nigdy już nie zabiegałam o niczyją uwagę.

Dlaczego teraz o tym piszę? Minęło wiele lat i na dobrą sprawę sama już o tym zapomniałam.

Mam kochanych rodziców, chłopaka, zwierzaki... i czuję się samotna. Koszmarnie samotna.

Nie sądziłam, że przyjdzie mi cytować "Equestria girls", ale...


niedziela, 3 listopada 2013

Pitu-pitu, pierdu-pierdu

Primo: pozwolę sobie zareklamować mojego nowego bloga: Na szkle malowane, gdzie - jak sama nazwa wskazuje - będę pokazywać efekty mojego malarskiego szału twórczego, przyjmować zlecenia na konkretne obrazy et cetera. Dziś skończyłam największe dzieło i choć parę rzeczy zrąbałam, potwornie się cieszę. Jutro dzień triumfu i pieczenia brownies, by celebrować pierwszy zarobek na tym, co kocham robić! <3

Niby raczej nie mam szans na to, by regularnie na tym zarabiać tyle, by utrzymać siebie, królika i trzy gekony, ale tak nieśmiało marzy mi się, by już tak zostało: żadnych studiów, żadnej roboty do której trzeba by wstawać wcześnie rano, tylko malowanie i pisanie. Porównałam ceny w internecie i wyszło, że w sumie mało policzyłam sobie za ten obraz, ale nie szkodzi, przynajmniej wiem, że mogę opiewać wartość tego, co robię, na więcej. Ze trzy takie zlecenia na miesiąc i by starczyło nawet na Nutellę... Ale nie bardzo umiem i nie bardzo mam śmiałość się porządnie reklamować. Boję się, że nie wyjdzie, że zawsze znajdzie się ktoś, kto robi takie rzeczy lepiej, że to, co robię, jest nikomu niepotrzebne. Ażeby tak chmura zawaliła mój totalny brak pewności siebie...


W każdym razie, jak skończyłam tak wielki obraz, teraz nie bardzo wiem, za co się zabrać. Mam mały obrazek z Księżniczką Luną do skończenia, zamówienie dla lubego (Dr House walczący z Vaderem - nie pytajcie, to jego pomysł) i... nie wiem. Wena mi się skończyła. A właściwie nie tyle skończyła, co boję się, że cokolwiek namaluję, to się nie sprzeda. Ech, najlepiej byłoby dostać parę kolejnych zleceń, przynajmniej miałabym pewność, że kiesa się napełni.

Zarzucę jakąś melodyjką, bo przynudzam. Ostatnio zakochałam się w Owl City.


I'll dissolve when the rain pours in,
When the nightmares take me,
I will scream with the howling wind,
'Cause it's a bitter world and I'd rather dream.

<3

czwartek, 31 października 2013

Somnamskrybizm: Wolność


Wolność

Odkąd pamiętam, jaskinie goblinów były moim całym światem. Gobliny trzymały mnie jako strażnika i obrońcę ich wiecznie powiększającej się podziemnej fortecy. Nie znałem innego słońca od blasku pochodni, innego nieba od najeżonego stalaktytami stropu, innego wiatru od przeciągów wyjących w korytarzach. Moim jedynym zajęciem było stanie na czatach i przepędzanie stworów żyjących w mrokach podziemi, chroniąc mrowie goblinów, które znalazły jajo, z którego się wyklułem. W tamtych czasach nawet nie przypuszczałem, że mógłbym wieść inne życie.
Przybysz o czarnych skrzydłach wszystko zmienił.
Strzegłem pracujących na budowie goblinów. Siedziałem jak zwykle na wysokim występie skalnym, lustrując otoczenie w poszukiwaniu zagrożenia. To była jedna z nowo odkrytych jaskiń, ogromna i pusta. Przez długi czas nie wydarzyło się nic niepokojącego, lecz nagle w ciemności dostrzegłem jakiś ruch. Nie zdążyłem zareagować – z mroku jaskini na fortecę runął... smok. Cały czarny, smukły i bardzo zwinny. Przypadał do muru, pożerał po jednym goblinie w całości, odfruwał, nim pozostałe zdążyły zadać mu ranę i znów rzucał się na mur.
Powinienem bronić swoich żywicieli, lecz zamiast tego wpatrywałem się w napastnika jak urzeczony. Pierwszy raz widziałem kogoś mojego gatunku. Poczułem się taki słaby i mizerny w porównaniu z tamtym smokiem – z imponującą kryzą kolców wokół łba, potężnymi mięśniami napinającymi się pod łuskowatą skórą, licznymi bliznami.
Gdy czarny smok dostrzegł mnie, przez chwilę wpatrywał się we mnie w zdumieniu. Potem wydał z siebie ostry wizg i skoczył ponownie w mrok.
Gobliny wiły mi się u stóp, wrzeszcząc, złorzecząc i rzucając w uciekającego tym, co miały pod ręką. Uderzały kijami moje nogi, bym wreszcie jakoś zareagował, ale prawie nie czułem tych razów. Dopiero gdy z głębi jaskini dobiegł ryk zwielokrotniony przez echo, rozłożyłem skrzydła i rzuciłem się za nim.
Czarny smok zwinnie wciskał się między skały w korytarze, których w ogóle nie znałem. Próbowałem za nim nadążyć, rozpaczliwie wypatrując w ciemnościach mignięć jego ogona i podążając za hałasem, jaki czynił. Odniosłem wrażenie, że parę razy przystanął i obejrzał się, jakby chciał się upewnić, że idę za nim. Zauważyłem, że ciemność przestała być tak nieprzenikniona, jak w głębszych partiach podziemi, a powietrze jest zimniejsze. Smok przecisnął się przez ciasny otwór i przestałem słyszeć jego pazury na skałach. Przestraszyłem się, że go zgubiłem i rzuciłem się w dziurę, przez którą przed chwilą przeszedł.
Gdy wyszedłem na zewnątrz, myślałem, że śnię.
Znajdowałem się na brzegu pokrytej lodem skały, wśród ośnieżonych szczytów gór. Sklepienie zdawało się być nieskończenie odległe, upstrzone tysiącami drobnych światełek i okrągłą, srebrną tarczą. Teraz wiem, że wtedy po raz pierwszy zobaczyłem gwieździste niebo i księżyc. Zdumiałem się, jak wiele widzę mimo nocy, choć jeszcze nie znałem dnia. Dostrzegłem w oddali miejsca i rzeczy, których nazwy dopiero miałem poznać: drzewa, doliny, wioski, strzelisty zamek odcinający się na płaskim horyzoncie. Byłem zafascynowany ogromem nowych doznań.
Usłyszałem nawołujący okrzyk gdzieś w górze. To czarny smok przelatywał nad górami. Niepewnie rozłożyłem skrzydła i wzbiłem się w powietrze. Lot na powierzchni, z wiatrem i jego prądami, był cudownym przeżyciem, tak odmiennym od szybowania ze skały na skałę w podziemiach.
Czarny smok wylądował na szczycie pochylonej, ośnieżonej wieży. Zrobiłem to samo, w stosownej odległości, nie spuszczając go z oka. Spojrzał na mnie z wyższością i rzekł:
- Nie musisz dziękować.
I ponownie wzbił się w powietrze, zostawiając mnie samego w nowym świecie.
Nigdy więcej go nie ujrzałem, i nigdy nie miałem okazji powiedzieć mu, jak bardzo jestem wdzięczny za wywabienie mnie na powierzchnię. Za uświadomienie, że wolność jest na wyciągnięcie ręki.
 ______________________________________________________________

Zabierałam się do opisania tego snu jak pies do jeża i w końcu mi się to udało. Ostatnio znowu załączyła mi się faza na smoki. Przy robieniu listy marzeń do zrealizowania wspominałam o chęci napisania książki o smokach bliskiej memu serduchu (a zapomniałam o pragnieniu zobaczenia na własne oczy zorzy polarnej), ale wciąż nie mam pomysłu na tyle dobrego, by z zapałem zacząć go realizować. Miałam sporo fajnych smoczych snów, ale to wciąż za mało na wciągającą fabułę. Chciałabym dla odmiany zrobić żeńską bohaterkę (jakoś tak wolę obierać facetów na głównych bohaterów), taką, z którą mogłabym się utożsamiać bez popadania w skrajny marysuizm. Najchętniej zrobiłabym coś z Winifredą - czyli po prostu mną, bohaterką mojego blogowego opka, ale boję się oskarżeń o narcyzm.

Odkryłam, że twórczość Licii Troisi jest mi bardzo bliska. Mimo marysuizmu, mimo irytujących bohaterek, mimo cukierkowego mroku. Jest w jej książkach coś, co wprawia mnie w nostalgiczny i marzycielski nastrój. Zawsze chciałam mieć jakiś swój charakterystyczny świat fantasy, tak jak Tolkien miał Śródziemie, Le Guin - Ziemiomorze, Troisi ma Świat Wynurzony i tak dalej, który bym kochała i marzyła o zamieszkaniu w nim. Najbliżej temu chyba Światowi Fantazji z wyżej wymienionego opka, ale nie jest to do końca mój świat, to tylko zbiorowisko i kalka innych światów. Z kolei Archmar, świat Tyrpatora Uzur Szalana, choć przykładam się do wymyślania jego szczegółów, nie jest mi jakoś szczególnie bliski - zdecydowanie za dużo w nim wody (mokreee! nienawidzę wody, boję się pływać, nie umiem nawet utrzymać się na wodzie). O światach robiących za tło wydarzeń wszystkich innych moich opowiadań nawet nie ma co mówić.

Nowe marzenie: mieć swój fantastyczny świat. Stworzyć go, nazwać, opisać, wypełnić bohaterami przeżywającymi wspaniałe przygody. I go pokochać.

środa, 23 października 2013

Chwalipięctwo

Po długim czasie wróciłam do malowania na szkle. Jest to sztuka, która mi bardzo odpowiada, bo jest prosta jak budowa cepa, a bardzo efektywna. Niewiele jest w internetach ciekawych przykładów malunków na szkle, bo dzielą się z grubsza na dwie kategorie: kiczowate aniołki, misie i tego typu pierdolniki albo wspaniałe arcydzieła, o osiągnięciu poziomu których mogę co najwyżej pomarzyć. Ale pocieszam się, że sztuka nie musi być zawsze jednakowa i każdy ma swój styl i sposoby wyrażania się w tejże. Tak więc przedstawiam małą galerię moich szklanych możliwości. Niektóre zdjęcia są fatalnej jakości, za co przepraszam, ale nie mam działającego aparatu, a ten w telefonie jest beznadziejny. -.-

Pewnie trochę liczę na cud, ale niektóre z tych dziełek są na sprzedaż, realizuję też zamówienia. Nie bójcie się pytać. ^^

1. Maki
Dla mamy, bo uwielbia maki. Obecnie wiszą w kuchni oprawione w ładną ramkę z ciemnego drewna i wyglądają w niej o wiele lepiej niż jako goła antyrama.

2. Calineczka
Ten fragment z filmu Dona Blutha spodobał mi się tak bardzo, że rąbnęłam screena i  machnęłam taki oto obrazek. Ktoś go nawet chciał kupić na Deviantarcie, ale koniec końców nic z tego nie wyszło i wisi mi nad biurkiem.

3. Jednorożec
Leniwy jednorożec, któremu nie chciało mi się robić tła i wygląda trochę biednie. Może zrobię coś lepszego z tym szkicem, bo - absolutnie się nie chwaląc - całkiem mi wyszedł.

4. Muppet :)
Obrazek dla siostry przedstawiający Kaję - naszego "cukier" spaniela. Nie wysiliłam się za bardzo, ale efekt jest nienajgorszy. ;P

5. Magiczny kałamarz
Inspirowany legendą o odwiecznej walce jednorożca z lwem o miano króla lasu. Jednorożcowi przypisałam chłodne barwy i księżyc, lwu - ciepłe i słońce. Najgorsze jest to, że gdzieś go zapodziałam i nie mogę znaleźć. :C

6. Waniliowa butelka
Na zamówienie dla cioci. Jak ją zrobiłam, to mi się podobała, ale teraz wydaje mi się trochę za mało pomalowana, za pusta. No nic.

7. Winogronowy dzbanek
Pękło mu ucho i stracił wartość użytkową, więc postanowiłam nadać mu wartość artystyczną.

8. Smocza piersiówka
Kiczowata do bólu zębów. Niestety, zakończyła już swój żywot.

9. Element of magic
Jeden z najnowszych obrazków, pierwszy po długiej przerwie od malowania i raczej średni. Za dużo w nim tła, a za mało Twilight, ale ładnie się błyszczy. Kompletnie nie czuję stylu rysunku kucyków z najnowszej, friendshipowej generacji, więc wzoruję się na o wiele mi bliższym stylu G2.

10. Celtycki konik
Bezwstydnie przyznam, że go kocham. <3 Oczywiście gówniany aparat przekłamuje trochę kolory, na żywo wygląda o niebo lepiej. Planuję zrobić całą serię koni na takich ornamentowych tłach. Chętni? :)

środa, 16 października 2013

Krótko o książkach, vol. 2

Wygląda na to, że prochy działają - jak przez pół roku nie mogłam za cholerę skończyć żadnej książki, tak teraz w dwa tygodnie przeczytałam wszystkie zaległe i jeszcze trochę. Umysł mi się rozjaśnia, powrót na jogę po trzech latach był świetnym pomysłem, wreszcie udało mi się dostać urlop (dosłownie przy każdym kroku los mi rzucał kłody pod nogi, od tego stresu włosy mi wypadały po prostu garściami), pozostało jeszcze dostać się na psychoterapię i zacznę wracać do normy, mam nadzieję, że na stałe. A póki co, parę kolejnych minirecenzji.

Andre Norton "Świat Czarownic"
Zaczynając lekturę, spodziewałam się trochę czegoś innego i koniec końców, nie bardzo wiem, co o tej książce myśleć. Choć stare wydanie Amberu jest cieniutkie (w przeciwieństwie do nowego, bo a nuż by się nie sprzedało), to lektura dłużyła mi się niemiłosiernie i nie zawsze nadążałam za fabułą. Główny bohater, Simon, zawiera układ z pewnym tajemniczym człowiekiem i przenosi się do zupełnie innego świata - tytułowego Świata Czarownic. Dalszej fabuły nie jestem w stanie opowiedzieć bez skakania po łebkach i spoilerach, a nie chcę nic przeinaczyć. Podobał mi się wątek technologii z innego świata, która w feudalno-magicznym uniwersum kobiet władających Mocą okazuje się być śmiertelnie niebezpieczna, ale mam wrażenie, że to największe zagrożenie zostało zwyczajnie zamiecione pod dywan - sprawa rozwiązuje się zdecydowanie za szybko i prosto. Co do głównego bohatera, to nie wzbudził mojej sympatii. Nosi znamiona marysuizmu, w ogóle nie otrzymujemy opisów jego trudności zaaklimatyzowania się w nowym świecie, z nowym językiem, zwyczajami, technologią et cetera, po prostu przeskakujemy od razu do momentu, w którym już jest zajebisty. Niewiele też wiadomo o jego życiu na Ziemi - według mnie, dzięki temu nabrałby głębi i wiarygodności. Na razie to tylko taki James Bond, służy do wpadania w tarapaty i wychodzenia z nich bez szwanku.
Ocena: 3,5/6

William Hope Hodgson "Dom na granicy światów"
Tę niepozorną książeczkę wygrzebałam w bibliotece i szczerze mówiąc, nie sądziłam, że okaże się taka dobra. Czyta się ją jak fascynującą creepypastę, w którą nie wiadomo, czy wierzyć, czy nie. Akcja zaczyna się od dwójki młodzieńców, wędrujących po urokliwych zakątkach Irlandii z namiotami, wędkami i chęcią przygód. Po znalezieniu w ruinach jakiegoś domu pamiętnika, obaj są zafascynowani zawartą w nim historią. Dalszy ciąg książki to właśnie zawartość tegoż rękopisu, pełna dziwnych zjawisk, strasznych stworów i niezwykłych cudów. Nie chcę nikomu psuć zabawy z lektury, ale najciekawiej robi się w rozdziale XV - od tego momentu wprost nie mogłam się oderwać. Jeśli miałabym do czegoś porównać, to ta powieść jest jak "Zew Cthulhu", jak by z niego wyciąć wszystkie nudne momenty i zostawić same paranormalne zjawiska. Czuć przy niej ten przyjemny dreszczyk, jaki czuło się w dawnych czasach, kiedy straszono nas czarną wołgą, diabłem pytającym o godzinę albo innymi nawiedzonymi domami.
Ocena: 5/6

Lauren Brooke "Heartland. Obietnica" (tom 10)
Mija rok, od kiedy Amy Fleming straciła w wypadku mamę. Od tamtej pory wspólnie z siostrą Lou, dziadkiem i przyjacielem Tregiem prowadzą Heartland - miejsce, gdzie niechciane konie odzyskują zdrowie i znajdują nowe domy. Amy otrzymuje wspaniały prezent: własnego konia, który nie musi szukać nowego domu, i pragnie zaangażować się w konkursy skoków. Tam poznaje Daniela - chłopaka, który wkrótce będzie potrzebował jej pomocy.
Książki o Heartlandzie mają jeden, ogromny minus - za szybko się kończą. Każdy tom pochłania się w kilka godzin, tak ciepłe i wzruszające są. Wad też im nie brakuje: koszmarnie przerysowana postać Ashley Grant jest opisywana jak karykatura czarnego charakteru - jest bogata, arogancka, konie i jeździectwo traktuje przedmiotowo, a w stadninie jej matki stosuje się surowe metody i przemoc. Do kompletu brakuje tylko picia krwi szczeniaczków. Amy zaś od początku serii była bardzo irytująca. Rozumiem, że śmierć mamy to straszna tragedia, ale jak dziewczyna na każdą informację reaguje wrzaskiem "NIE!!!" i uciekaniem do pokoju, to naprawdę zaczynam mieć dziewuchy dość. Tym bardziej, że narrator jakby trzyma jej stronę: w którymś z tomów Lou zamawia tańszą paszę od nowego dostawcy, na co Amy wydziera się, że ta pasza jest niedobra i konie na tym ucierpią. Ale nikt inny nie potwierdza tej teorii, nikt się do niej nie odnosi, poznajemy wyłącznie opinię Amy, która jest zafiksowana na zostawieniu wszystkiego w Heartlandzie tak, jak było za czasów, gdy jej mama żyła. Na szczęście z tomu na tom Amy robi się coraz mniej irytująca i seria wciąż jest przyjemna w odbiorze.
Ocena: 4/6

Licia Troisi "Legendy Świata Wynurzonego. Przeznaczenie Adhary"
JERZÓ, JAK JA KOCHAM OKŁADKI KSIĄŻEK TROISI. Khy, khy, już, przepraszam. W każdym razie, twórczość Troisi wyróżnia jeszcze coś oprócz okładek, a nie znajduję na to określenia lepszego od "cukierkowego mroku". Obok brutalnych sekt, straszliwych zaraz i krwawych scen walki w świecie tym istnieją też kolorowe, wielkookie duszki, wodniste nimfy i inne tęczowe smoki. Krew jest, mnóstwo krwi, ale bardziej z powodów estetycznych niż jakichkolwiek innych. Widać też, że autorka bardzo przywiązała się do swoich ulubionych postaci z "Wojen Świata Wynurzonego", pojawiających się w nowej powieści, bo każdą opisuje niemal identycznie, z równym uwielbieniem, a od wychwalania pod niebiosa Nihal, bohaterki "Kronik Świata Wynurzonego", już zaczynam rzygać (a "Kronik..." jeszcze nie czytałam). Co do "Przeznaczenia Adhary". Jest w niej wiele z marysuizmu: bohaterka ma różnokolowe oczy, granatowe włosy i całkowitą amnezję. Podobnie jest z pozostałymi bohaterami, ze starymi znajomymi z "Wojen..." na czele. Pojawia się nawet samotna łza! Ale wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Ani trochę mi to nie przeszkadza. Coś w tym jest, może w przedstawionym uniwersum, a może w stylu pisarskim, coś, co sprawia, że na dobrą sprawę wszystko to zdaje się do siebie pasować i nie mierzi tak bardzo. Niestety, minusem znów jest przedstawienie postaci. Na pierwszy rzut oka widać, których bohaterów autorka faworyzuje, a to odbiera im wiarygodności. Jest też sporo naiwności: Adhara szuka informacji o sobie w bibliotece (w świecie raczej feudalnym), jej przyjaciel czerpie przyjemność z zabijania nie dlatego, że po prostu ma taką mentalność, a opanowuje go furia bliźniaczo podobna do "bestii" żyjącej w Dubhe z "Wojen..."... Ale mimo to i tak czyta się nie bez przyjemności.
Ocena: 4/6

Katarzyna Michalak "Sekretnik"
Kiedyś przeczytałam wyrywkowo kilka rozdzialików tegoż i podziękowałam. Ale pomyślałam, że nie no, głupio po dwóch-trzech rozdziałach wystawić pałę i się cieszyć, że książka przeczytana, więc wzięłam się za "Sekretnik" od początku do końca. O matulu ty moja, jakie to jest męcząco głupie. "Sekretnik" dzieli się na dwie części: poradnikową ("Jak marzyć skutecznie") oraz wspominkową ("Czyli zbiór najfajniejszych opowieści znanych i nieznanych"). Ostrzeżenie z tyłu okładki głosi: "Sekretnika nie należy czytać w pociągach i środkach komunikacji miejskiej, bo ludzie dziwnie patrzą na wybuchających dzikim śmiechem współpasażerów. Poza tym możesz minąć swój przystanek", co jest bzdurą wierutną, bo wszelkie elementy komiczne są tak cholernie wymuszone, że nie rozbawiłyby nawet kasownika w tramwaju, a co dopiero pasażera tegoż, głupie i pełne lokowania wszelakich produktów, co tylko pogłębia efekt żenady. A jakich porad udziela nam pani Michalak? Wszelakich: od pisarskich po erotyczne, lecz najważniejsze jest drimowanie. Ten okropny w brzmieniu anglicyzm (jak tu w ogóle porównywać marzycielkę z jakąś udziwnioną "drimerką"?) według autorki oznacza spełnianie marzeń, a wiadomo, że największym marzeniem każdej kobiety jest "WILLA, LEXUS i KSIĄŻĘ..." oraz wydanie książki, najlepiej takiej, w której bohaterka ma willę (koniecznie w lesie), lexusa i księcia. A ponieważ w większości autorka skupia się na sobie, tak naprawdę jest to poradnik, jak zostać Katarzyną Michalak. I trudno się dziwić, bo na dobrą sprawę nic odkrywczego ani wartościowego nie ma nam do przekazania. W przerwach między udzielaniem światłych porad (takich jak: "Wiadomo bowiem, czym się kończy nieznajomość instrukcji obsługi — tym, czym suszenie włosów mikserem"), autorka ucina sobie pogawędki, które w założeniu chyba też miały być śmieszne, z bohaterką jej innej książki (a nawet całej trylogii), "Poczekajki". Czytanie tego pseudoporadnika sprawia fizyczny ból.
Ocena: 1/6

wtorek, 8 października 2013

Krótko o książkach, vol. 1

Ostatnio czytam mniej, niż bym chciała, co zdecydowanie muszę nadgonić. Nie zawsze chce mi się wysilać na długą recenzję, ale mimo to mam ochotę coś powiedzieć o skończonej lekturze, więc będę tak co jakiś czas spamować wrażeniami z lektury ostatnich książek.
(Żeby nie było, że tu tylko smęty i jęki zamieszczam).

James A. Owen "Tu żyją smoki"
Ostrzyłam sobie zęby na tę serię od bardzo dawna i zapewne, gdybym zapoznała się z nią w tamtych czasach, spodobałaby mi się bardziej. Jako książka dla dzieci sprawdza się dość dobrze. Udana jest stylizacja na język z czasów okołotolkienowskich i łatwo dzięki temu popaść w nostalgiczny nastrój. Niestety tym, co tę powieść rujnuje, morduje i bezcześci zwłoki, jest kreacja bohaterów, nie tylko, ale głownie, no, głównych. Trzech dżentelmenów z Londynu to postaci tak skrajnie niedookreślone, o tak słabo zarysowanych charakterach, tak bardzo pozbawione indywidualnych cech, że nieustannie myliło mi się, kto jest kim oraz co, po co i dlaczego robi i mówi. SPOILER. Jest to wadą o tyle ogromną, że na końcu powieści okazują się być Clivem S. Lewisem, Ronaldem R. Tolkienem i ich serdecznym przyjacielem o znanym nazwisku, które mi akuratnie wyleciało z głowy. I czego się o tak znanych postaciach dowiadujemy po 400 stronach przygód? Żeee yyy nooo tego, pochodzą z Anglii. Na dokładkę na tyle, na ile orientuję się w biografii Lewisa, jego postać nie została przedstawiona zbyt dobrze. Zresztą, o czym tu mówić, żadna postać nie została przedstawiona nijak. Czarny charakter jest czarnym charakterem, protagoniści są protagonistami, a borsuk - elementem komicznym. Szkoda, bo historia ma mnóstwo potencjału. Być może w dalszych tomach został lepiej wykorzystany.
Ocena: 3/6

Jakub Ćwiek "Kłamca"
To nie jest tak, że jakoś strasznie hejtuję Ćwieka czy jego twórczość, nawet wziąwszy pod uwagę moją niechęć do rodzimej fantastyki. Na konwentach jest sympatycznym facetem, podobają mi się jego felietony (szczególnie w jednym z ostatnich numerów Cosia na progu [tak, wiem, że to się inaczej odmienia, ale tak brzmi uroczo]). No ale "Kłamca" mu zdecydowanie nie wyszedł. W pełni rozumiem to, że nie chciał tworzyć arcydzieła, a po prostu chwytliwe czytadło, ale jednak nawet czytadło powinno mieć w sobie to coś. Mamy głównego bohatera takiego, jak w każdym modnym ostatnio czytadle: cynicznego sukinsyna. Problem polega na tym, że ichniejszy Loki jest postacią kompletnie nie do polubienia. No za Chiny przeludnione nie byłam w stanie wykrzesać do tego dupka krzty sympatii. Na dokładkę w ogóle się nie wyróżnia na tle reszty. W "Kłamcy" wszystkie postaci to tak naprawdę jedna postać: dosłownie wszyscy mówią i zachowują się identycznie, z identyczną manierą, rzucają identycznymi, nieśmiesznymi one linerami, WSZYSCY, nawet dzieci. To jego najgorsza wada zaraz obok sposobu prowadzenia fabuły: wszystko się dzieje zbyt szybko, opisy praktycznie nie istnieją, tylko ruch i one linery. Słyszałam dwie wersje tego, jakie są dalsze tomy: albo że lepsze, albo że gorsze. Szczerze mówiąc, trudno mi sobie wyobrazić, by mogły być gorsze od pierwszego tomu, ale na dobrą sprawę wsio ryba, bo zniechęcił mnie do serii skutecznie.
Ocena: 2/6

Peter S. Beagle "Olbrzymie kości"
Po "Ostatnim jednorożcu" i "Sonacie jednorożców" w końcu dorwałam książkę Beagle'a, w którym nie występuje ani jeden jednorożec (nie, żeby to była wada). Kolejny wykreowany przez niego świat pełen jest barwnych postaci, pozornie wiodących zwykłe życie, lecz w rzeczywistości - pełne niezwykłych przygód. "Ostatnia pieśń Sirit Byara" to opowiadanie, które nieco mi się dłużyło, ale warto doczytać do końca. "Czarodziej z Karakosk" ma zauważalne cechy baśni, choć szczerze mówiąc, nie bardzo zrozumiałam zakończenie; może dlatego, że nie było tak oczywiste. "Tragiczna historia komediantów Jirila" to kolejne opowiadanie-baśń, tragiczne i komiczne jednocześnie - jak w dobrej sztuce. "Lal i Soukyan" spodobało mi się najbardziej. W większości współczesnej fantastyki spotyka się młodych bohaterów, a tu masz - para staruszków. Między innymi dlatego było tak ciekawe. Pozostaje znów baśniowa "Opowieść Choushi-wai" i tytułowe "Olbrzymie kości", opowiadanie dziwnie mroczne i fascynujące. Zazdroszczę Beagle'owi tej różnorodności pióra i pomysłowości w wymyślaniu nazw własnych.
Ocena: 4/6

Katarzyna Michalak "Zachcianek"
Pani Michalak wypluwa z siebie nowe książki z szybkością i uporem maniaka, ale zbytnio się te twory od siebie nie różnią, głównie z uwagi na bycie zwyczajną grafomanią. Myślałam, że po "Poczekajce" już nic głupszego mnie nie spotka, ale myliłam się. Nie dość, że bohaterka przeraża poziomem skretynienia, nie dość, że intryga jest grubymi nićmi szyta i zwyczajnie głupia jak stołowe nogi, nie dość wreszcie, że elementy nadprzyrodzone występują tu zupełnie niespodziewanie, niepotrzebnie i w zadziwiająco dużej ilości, to absolutnie najgorszą rzeczą w tej serii jest to, że bohaterka najwyraźniej nienawidzi zwierząt, mimo faktu bycia weterynarzem i deklarowania się jako miłośnik tychże. Jaki kochający zwierzęta człowiek brałby się za ich leczenie, nie mając o tym bladego pojęcia, co przejawia się w wypisywaniu bzdur po łacinie, by kierownictwo się nie połapało? Jaki kochający konie (ba, posiadający rodowodową klacz arabską) człowiek mówiłby, cytuję: "przynajmniej w moich powieściach Czarny Książę przedkłada ukochaną nad stado chabet prowadzonych na rzeź" (sic! Ten cytat mnie tak dogłębnie zniesmacza, że mam ochotę napisać parę słów pani autorce, ale wiem, że ta starannie odpiera wszelkie przejawy niechęci wobec jej twórczości i nic z mojego elaboratu by do niej nie dotarło)? Jaki wrażliwy człowiek opisywałby te wszystkie przypadki nieudolnego leczenia pani - pożal się Boże - weterynarz, kończące się śmiercią pacjentów, jako elementy komiczne? Jest jeszcze trzeci tom i przeczytam go tylko z poczucia obowiązku, by móc z czystym sumieniem bezlitośnie napiętnować tę serię.
Ocena: 1,5/6

Michael Swanwick "Córka żelaznego smoka"
Początek jest bardzo obiecujący - świat jest nietuzinkowy, pełen cudów i dziwów, ale w miarę lektury żadne z tych dziwów się nie wyjaśniają, a wciąż przybywa nowych, a sama powieść zmienia się w ten typ literatury współczesnej, której wprost nie znoszę: byle dziwniej, byle bardziej zaszokować nadmiarem erotyki i brutalności, wszystko w grubej otoczce czegoś "mistycznego", a sensu w tym za grosz. Och, tak, zapewne to ma pierdyliard znaczeń, drugich den i innych zen, tylko że mnie akurat nie interesuje to ani odrobinę. Widzę tylko coś, co lubię nazywać natchnionym bełkotem. A przecież to ma taki ogromny potencjał! To świat, do którego elfy porywają dzieci ze wszystkich innych światów! Istnieją w nim dziesiątki ras! Magia przeplata się z technologią! Maszyny mają dusze i umysły! Ale nie. Ważniejsze jest opisywanie tego, jak bohaterka zachwyca się miękką skórką na penisie partnera. Chyba mam umysł niewykształcony odpowiednio, by się tym zachwycać.
Ocena: 3/6

Peter V. Brett "Malowany człowiek. Księga II"
Pierwszą część czytałam dość dawno temu i tak mi się spodobała, że postawiłam jej 6. A gdy skończyłam tą, odniosłam wrażenie, że wszyscy bohaterowie nagle kompletnie pokretynieli. Najbardziej mi się nie podoba nagła przemiana Arlena. Od początku mieliśmy z nim do czynienia jako chłopcem, potem nastolatkiem, a jak dorósł, to nagle zmienił się w ponurą dark Mary Sue. Dosłownie jakby autor wywalił jednego bohatera - Arlena - i wrzucił nowego - Arlenusa Prime czy coś w tym stylu. Między ukazaniem jednego a drugiego oblicza tej samej postaci nie zachodzi żadna płynność. To raz. Dwa, czyli rzecz, która mnie po prostu wkurzyła. Bohaterka, mająca za sobą takie sympatyczne przeżycia, jak nieprawdziwe plotki, napiętnowanie przez mieszkańców wioski i próby gwałtu, rozpaczliwie zachowująca swoje dziewictwo dla odpowiedniego mężczyzny, zostaje w końcu napadnięta i brutalnie zgwałcona przez trzech zbirów... a kilka dni później sama z ochotą oddaje się Arlenusowi Prime'owi. NIE. No po prostu, kuźwa, NIE. To tak NIE działa. Nic już więcej na ten temat nie napiszę, bo mi natychmiast ciśnienie skacze, jak tylko gdzieś się pojawia temat gwałtu, a już szczególnie czyjejś ignorancji na ten temat. Pomimo wad, wciąż czyta się błyskawicznie i z przyjemnością, ale ocenę pierwszej części jednak musiałam obniżyć.
Ocena: 4/6


niedziela, 29 września 2013

Raindancing

Ćwiczę rysowanie kucyków,
ale coraz bardziej nie lubię
fotoszopa
Po tylu latach mogę wreszcie z czystym sumieniem utożsamiać się z tą piosenką. Uwielbiam ją: niby skoczna i wesoła, ale na dobrą sprawę traktuje o cholernie smutnych sprawach. Cała ja: tańczący w deszczu kucyk, śmiejący się przez łzy. Z "zaburzeniami depresyjnymi nawracającymi" i skierowaniem na psychoterapię. Co prawda jeszcze nie tańczę (choć co chwilę pada, ale jak nie muszę wychodzić z domu, to mi nie przeszkadza), ale podobno zacznę, jak prochy zaczną działać. Na pewno będę fikać koziołki z radości, jak jakimś cudem uda mi się zaliczyć filozofię (która jest o tyle trudniejsza od historii sztuki, że nic a nic z tego filozoficznego bełkotu nie rozumiem, no po prostu nic) i dostanę urlop dziekański. Poza terapią oczywistą, jest plan terapii twórczej, obejmującej co najmniej pisanie i malowanie na szkle. I mizianie królika. I czesanie rosnącej kolekcji kucyków g2. I zaciesz z gekonków, które rzucają się na swoje cienie, bo myślą, że to robal. I duże ilości czekolady.

O, a propos gekonów, bo chyba tego tu nie powiedziałam. W wakacje cała trójka odwiedziła weterynarza i okazało się, że Boga jest... Bogiem. W sensie samcem. Tak więc nie ma już Bodzi, jest zezowaty Rancor, żeby pozostać w gwiezdnowojennych klimatach. Szkoda, chciałam mieć swojego varactyla. :c

Nie sądziłam, że powiem to po ostatniej półrocznej zimie, ale... Nie mogę się doczekać zimy. Dla mnie rok dzieli się na okres wakacyjny i okres świąteczny. Ledwie stopnieje śnieg - czekam na wakacje, ledwie się skończą wakacje - czekam na śnieg. Uwielbiam świąteczną atmosferę, lampki choinkowe i zimowe widoczki. Jedyne, czego nie cierpię, to wigilijnych potraw (wszystko poza kapustą z grochem jest o-hy-dne), ale na szczęście nie codziennie jest wigilia, choć resztki z tejże zdają się nigdy nie kończyć. No i mrozu też nie cierpię - pal licho, że jest na zewnątrz, ale żeby człowiek przeziębiał się od siedzenia w DOMU, to jest szczyt wszystkiego. Jak zimą w moim pokoju jest 17 stopni, to już należy to postrzegać w kategoriach upału. Słowo daję, mam czasem ochotę wywalić jaszczurki i sama zamieszkać w terrarium.

A w ogóle to mam fazę na kucyki w każdej postaci i niech już będzie czwarty sezon Friendship is Magic. Naoglądałam się takich piękności i - jak zwykle w przypadku zobaczenia czegoś ładnego - od razu zapragnęłam robić podobne cuda. Niestety, ani nie potrafię, ani nie mam środków, ani w ogóle nic. Tak czy siak, przypomniało mi to, jak w dzieciństwie robiłam całe hordy kucyków z plasteliny lub modeliny. Fajnie byłoby znów się w coś takiego pobawić, oczywiście z większą starannością. Ale niestety - jestem dorosła, mam zapierdzielać do pracy i dzieci rodzić...

Wiecie co? Nie chcę.
Źle być wykorzystywanym przez ludzi, pozwolić, by decydowali, kim masz być, a kim być ci nie wolno.
Patricia A. McKillip "Zapomniane bestie z Eldu"