poniedziałek, 28 stycznia 2013

Pieśni monumentalne na styczeń 2013

Nie mam co robić (to znaczy mam, ale mi się nie chce), więc ułożę sobie swoją toplistę piosenek i utworów, które za każdym razem, gdy ich słucham, sprawiają, że... że aż chcę latać. Wręcz czuję, jak z pleców wystrzeliwują mi skrzydła i za jednym machnięciem mogę się wznieść do innego świata. Kurde, to jest nie do opisania, przynajmniej nie bez popadania w banał. Człowiek czasem słyszy taką muzykę, dzięki której czuje się jak tytan, jak huragan, jak czysta energia. Wiecie, o czym mówię? No więc oto przedstawiam listę moich ulubionych tytanicznych utworów. Z numerowaniem, które nic nie oznacza, bo nie potrafię się zdecydować, który miałby być lepszy od którego.

1. Bosa "Casted life"

Utwór ten pojawił się w jakimś modzie dodającym nową muzykę do Morrowinda. I BORU SZUMIĄCY, czy on nie jest absolutnie genialny? Za każdym razem, gdy go słucham, wyobrażam sobie Viktora z League of Legends albo Tyrpatora z mojej piszącej się powieści, pracujących w swoich wielkich warsztatach i laboratoriach, budujących mechaniczne potwory, otoczonych przez grające na elektrycznych skrzypcach roboty i wirujące stalowe baletnice... Może gdy o tym piszę, to nie brzmi zbyt epicko, ale... posłuchajcie.

 2. Jacek Wójcicki "Miejsce nadzieję"
Ogólnie mój stosunek do poezji śpiewanej można skrócić w jednym słowie: meh. Ale głos Wójcickiego jest taki poruszający i dramatyczny, a słowa Asnyka tak bardzo do mnie przemawiające, że zawsze czuję wzbierający we mnie płacz. Przy tym nie odbieram tej piosenki ani trochę patriotycznie; wolę ją interpretować jako walkę zrozpaczonego człowieka z samym sobą.

3. Jacek Wójcicki "A my nie chcemy uciekać stąd"
Znowu Wójcicki, matko, jak ja kocham jego głos. Tym razem piosenka z filmu "Ostatni dzwonek", znów w jakiś sposób politycznego, co mnie ani trochę nie obchodzi poza opowiedzianą w nim historią. Tekst przemawia do mnie z powodów ciut osobistych. Irracjonalne przywiązanie do miejsca, które skazuje cię na zagładę... Koszmar.

4. "Merida waleczna" - "Remember to smile", Patrick Doyle
Pamiętam, jak w dzieciństwie zbierałam "Kaczora Donalda" i w jednym numerze był komiks o wyprawie wujka Sknerusa do Szkocji, gdzie siostrzeńcy i Donald nie mogli znieść dźwięku kobz. Ale jak można posłuchać tego utworu i się nie zakochać w ich brzmieniu? No jak?!

5. "Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka" - "The Kraken", Hans Zimmer
Najlepszy komentarz do tego utworu, jaki widziałam: "Best part is from 0:00 to 6:53".

6. Summoning "Bauglir"
Nie za bardzo przepadam za częścią "gadaną", bo głos jest trochę nieprzyjemny do słuchania, ale... te instrumenty! Ta melodia! Za każdym razem, gdy jej słucham, wyobrażam sobie coś innego: wielką armię gotującą się do boju, walczące smoki, przemieszczające się nad górami olbrzymy... Pasuje do niej wszystko, co jest monumentalne.

7. Future World Music "Millenium"
Pustynia. Zachód słońca. Wyłaniające się z fatamorgany futurystyczne miasto. Przelatujące nad tobą smukłe pojazdy. Przejście przez bramy. Opustoszone aleje. Pojawiający się nad strzelistymi budynkami gigantyczny statek kosmiczny. Anihilacja. Śmierć we wzburzonym piachu ulic.
A to dopiero początek.
(^A to przedramatyzowany banał.^)

8. "Jak wytresować smoka" - "Test drive", John Powell

Wybaczcie, zaparło mi dech w piersi.

9. Skillet "Whispers in the dark"
Trochę inne klimaty niż do tej pory. Tekst ponownie ciut osobisty, ale poza tym to po prostu piękny, głos wokalisty poruszający, no i świetna muzyka. Co z tego, że to rock chrześcijański, skoro jest zajebisty?

10. Apocalyptica "Path"
Boru, jak ja kocham dźwięk wiolonczeli, to najwspanialszy instrument na świecie. A ten utwór kojarzy mi się już wyłącznie ze smokami, od kiedy zrobiłam o tym powyższy teledysk. Niestety, musi być ukryty na jutjubie, bo by mi wszystkie korporacje świata urwały łeb za niecne łamanie praw autorskich (przynajmniej ich zdaniem), więc to, co tu wrzucam, to niejako materiał specjalny. ;P



To nie wszystkie tytaniczne utwory, które kocham, ale wszystkie, które mi w tej chwili przychodzą do głowy i których najchętniej ostatnio słucham. Być może kiedyś powstanie druga część toplisty, ot, żebym miała składankę i by szerzyła się wiedza o dobrej muzyce.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Parę rzeczy, które nikogo nie obchodzą

^ Dobry tytuł, muszę go wykorzystać na jakieś opowiadanie.

No, ale sprawa jest taka, że dziś jest pierwszy dzień sesji na mojej uczelni, w czwartek mam egzamin i naprawdę, naprawdę powinnam się pilnie uczyć, tylko tak się nieszczęśliwie składa, że ostatnio odżyła moja miłość do The Sims 2 (która od trójki jest gorsza tylko o tyle, że nie ma koni), no i w starciu simsy vs sesja zdecydowanie wygrywają simsy. Więc żeby nie było, że gram zamiast się uczyć, to robię cokolwiek zamiast się uczyć, a to zawsze wypada ciut lepiej w sondażach.

Muszę powiedzieć, że zaskoczyła mnie ilość komentarzy - nie, że pozytywnych, ale że W OGÓLE - pod fragmentem mojej powieździ. Przyznam się, że ja to jestem, niestety, buc skończony i jak widzę blogi z opowiadaniami i inne takie rzeczy, to mój komentarz jest jeden: tl;dr. Także, ten, wzruszyłam się, tym bardziej, że niektórzy naprawdę się wczytali i powiedzieli, co gra, a co nie gra. Dziękuję i kocham was, wszyscy przyczyniacie się do tego, że moje dziecko zdrowo rośnie i jest coraz bardziej czytable. :3


PS Imię Tyrpatora nie ma nic wspólnego ani z pługami (jak twierdzą Google), ani tyrpaniem - o istnieniu tego słowa dowiedziałam się dopiero od Michaśki w trakcie analizy, a Tyrcio istnieje w mojej wyobraźni od jakichś pięciu lat (choć na dobrą sprawę, biorąc pod uwagę jego charakter, tyrpanie nie jest złym skojarzeniem). Dokładnej etymologii nie zdradzę, bo jest głupia. W każdym razie: po pierwszym rozdziale zapewne nie da się lubić tego gówniarza, ale uwierzcie mi, że dołożę wszelkich starań, by w miarę dorastania Tyrcio stawał się coraz bardziej niejednoznaczną postacią (bo czarne i białe charaktery są nudne).

Swoją drogą, gdy rozmyślałam ostatnio o tym moim tyrpatorowym uniwersum i wymieszało mi się to z przemyśleniami po lekturze analizy "Zaklętej" Olszańskiej, zaczęłam się zastanawiać, skąd w "kobiecej" fantasy to całe parcie na naturę. Jasne, kobieta zawsze była utożsamiana z naturą, bla bla kulturoznawczy bełkot bla, ale mam wrażenie, że w przypadku młodszych przedstawicielek to całe przywiązanie do natury i przyrody jest potwornie sztuczne. Kurde, sama kiedyś pisałam w tych klimatach: że człowiek powinien się wyrzec technologii, tulić drzewa i te sprawy, i w tym przypadku jestem pewna, że owszem, to było niewiarygodnie sztuczne z mojej strony. Czy pisanie takich manifestów na komputerze nie zakrawa na dalece posuniętą hipokryzję? I czemu miałabym się wyrzec tej całej złej, straszliwej technologii, która mi, kurde belans, niesamowicie ułatwia życie? Czemu wszystko, co nowoczesne miałoby być złe? Owszem, jest wiele wynalazków, które nigdy nie powinny były powstać (patrz: "Zmierzch"), ale brak postępu sprawiłby, że właśnie trwałaby któraś z kolei krucjata, setki kobiet i dziewczynek byłoby mordowanych w procesach za czary, a ludność by chronicznie umierała w czasie wielkich epidemii chorób, na które nikt by nie znał lekarstwa. Piękne czasy! <3 Jasne, że demonizuję, ale te wszystkie idealistyczne wizje życia w zgodzie z naturą bywają tak naiwne, że można przy lekturze nabawić się cukrzycy.

Tak więc oświadczam, że na Archmarze stagnacji nie będzie. Z naturą nikt się nie będzie bratał, bo i tak niewiele jej tam jest, a jak jest, to najczęściej chce cię zeżreć. No dobra, nie do końca tak, ale zdanie brzmi zbyt zajebiście, by je zmieniać. Co zatem będzie?
  1. Kroczące maszyny a'la golemy i dużo pseudosteampunku.
  2. Pływające miasta i lewitujące budynki (mogą, bo JA TAK MÓWIĘ).
  3. Skrzydlate tygrysy - były we śnie, od którego wszystko się zaczęło i nie pozbędę się ich, choćby mi groziło niewydanie z ich powodu!
  4. Podmorskie kopalnie.
  5. Zakon wymagający obalenia i prawdopodobnie sporo związanych z tym kliszy.
  6. Główny bohater, który ma oboje rodziców, na dodatek kochających się i pełniących znaczną rolę w jego życiu (według mnie to ewenement).
  7. Wynalazki, wynalazki, wynalazki!
A to wszystko w dwóch tomach, z których mam jeden rozdział pierwszego pod wspaniałym tytułem: "Epicki i zajebisty tytuł". <3 Boję się, że to rozplanowanie akcji na dwa tomy może odstraszać wydawców. Chociaż w sumie to nie wiem. Może się ucieszą, bo to oznacza rychło więcej kasy. Zakładając, że pierwszy tom się sprzeda. W co wątpię. Ale wierzę. Bo nic innego mi nie zostało poza pracą. Sesjo, idź sobie i daj mi pisać! :c

Swoją drogą, nurtuje mnie jedna sprawa, ale powiem, o co chodzi, jak napiszę jeszcze jedną rzecz. Mianowicie, że to naprawdę dobrze w trakcie pisania wspomagać się sugestiami samych czytelników - no bo przecież chcę do nich trafić, chcę mieć ich jak najwięcej, a kto mi lepiej powie, czego chcą, jak nie oni sami? Dlatego pytam na forach, robię sondy, czytam opinie i recenzje innych książek i z tego wszystkiego staram się wybrać rzeczy, którymi mam nadzieję jak nie przyciągnąć, to chociaż nie zniechęcić czytelników. Nie chcę być jakąś niszową pisarzyną, o której istnieniu wie wąskie grono snobów, którym i tak nic się nie podoba poza twórczością własną. Chcę trafić do ludzi, ale nie dlatego, że niosę jakieś wyświechtane przesłanie, tylko po prostu chcę im opowiedzieć pewną historię i mieć nadzieję, że wywoła ona całą gamę emocji.

Tak więc pytam: czego wy oczekujecie po stygmatach?! xD Stworzyłam je jako ozdobnik, ot, ten ma rogi, ten ma ogon, funkcji to nie pełni żadnej, a tylko fajnie wygląda i może być dziedziczone jak kolor oczu czy rysy twarzy. Tymczasem mam wrażenie, że niektórzy spodziewają się tu czegoś więcej. The Rule of Cool, ludziki! Śmierć na motorze z gitarą basową pod pachą! Czyż to nie wspaniałe? :D Oczywiście, że mogę spróbować znaleźć jakieś wyjaśnienie, ale obawiam się, że 90% z nich będzie brzmiało idiotycznie. Możemy wyjść z założenia, że to jest planeta Archmar, nie Ziemia, i takie rzeczy są tu normalne, jak pływające miasta? Dobzie, dobzie?

No, to ten, to ja wracam grać. To znaczy uczyć się, uczyć bardzo pilnie.

środa, 16 stycznia 2013

Stara bida

To tak w myśl sentencji, że jeden obraz jest wart więcej niż tysiąc słów. Niby mogłam narysować sama, ale mi się, kurde bele, nie chce. Nawet tableta ni mom.



niedziela, 6 stycznia 2013

Kramik

Wośp-srośp. Kupując na moich aukcjach wspierasz akcję "Książki dla Winky"!

No dobra, a tak na poważnie: przymieram ostatnio głodem, a ponieważ trochę mi głupio żebrać z kubeczkiem na ulicy (zresztą na mojej wsi prędzej bym dostała wpi***ol niż grosika), to postanowiłam sprzedać parę rzeczy walających się po domu. Nie wszystkie opłaca mi się od razu wystawiać na Allegro z uwagi na małe szanse pozbycia się ich w szybkim czasie, więc w akcie desperacji najpierw spróbuję tu. ^^ Kontakt na winkyyy@interia.pl, jak ktoś chce mieć pewność, że go nie zrobię w balona, mogę na życzenie wystawić dany przedmiot na Allegro.

No to zaczynajmy!

  1. Książki mojego przyjaciela, też możecie kupić: http://allegro.pl/listing/user.php?us_id=3580137
  2. Pierdyliard archiwalnych numerów Wróżki.
    Pełna lista numerów prezentuje się następująco:
    9-12/2006
    1-12/2007
    1/2008, 4-12/2008
    1-9/2009
    Stan wszystkich jest dobry lub bardzo dobry, tylko 9/2009 ma zmichroloną okładkę, bo na wierzchu leżał i wszystkie plagi spadały na niego. Sprzedaję po 4zł za sztukę.
  3. Georgia Byng "Niezwykła księga Hipnotyzmu Molly Moon", stan bardzo dobry, okładka się świeci i błyszczy, i w ogóle. 14zł.


  4. Antologia "Trupy polskie", kryminał, wielu autorów, wszystkie opowiadania fajne poza Pilipiukiem, no arcydzieło, proszpaństwa. 12zł.

  5. Jakieś ćwiczenia do egzaminów gimnazjalnych, część matematyczno-przyrodnicza i humanistyczna. 5zł za sztukę, za komplet 9zł.
Z grubsza to tyle, bo ciuchów i innych książek mi szkoda (choć jak głód przyciśnie...). Koszt wysyłki różny, za Wróżki w kilku egzemplarzach 5zł, w większych ilościach - zależy, za pojedyncze książki 6zł, inne kombinacje się ustali.

Mam takie dziwne przeczucie, że nikt nic nie kupi, ale przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że nie próbowałam. xD

środa, 2 stycznia 2013

Moje dziecko - ciąża in progress

Zwykle jak huśtawka emocjonalna bujnie mi się w depresyjną stronę i napiszę jakąś emonotkę, to następnego dnia się jej wstydzę, ale ponieważ głupio usuwać, szybko zamieszczam nową. Nie inaczej jest tym razem i w związku z tym wykażę się odrobiną narcyzmu i przedstawię światu nic nie obchodzący go fragment mojej piszącej się powieści, która za jakiś czas stanie się bestsellerem i o prawa do ekranizacji której będą się zabijać największe wytwórnie filmowe (hje hje). Tytułu wciąż brak, bo to najtrudniejsza rzecz do wymyślenia (za to tytuły rozdziałów wymyśla mi się jak z płatka, no i bądź tu mądry). Indżojujcie, hejtujcie, jak tam chcecie. Wybaczcie rozjeżdżające się w cały świat akapity, nie umiem tego tu zrobić lepiej. Wszystkie imiona i nazwy własne czyta się z polska, żadnych idiotycznych udziwnień w rodzaju 'sh', 'v' i apostrofów nasranych wszędzie, gdzie tylko się da. A do poniższego fragmentu rekomenduję utwór, który słyszę w głowie zawsze, gdy myślę o tym rozdziale:




(...) Tę noc musiał jeszcze spędzić w pomieszczeniu dla służby; od następnego dnia miał zamieszkać obok pokoju małego lorda, by mógł jak najszybciej stawiać się na wezwanie. Długo nie mógł zasnąć. Rozmyślał, wsłuchany w odgłos fal obmywających budynek. Zganił się w duchu za swoją niedomyślność i to, że nie wziął pod uwagę faktu, że jego nowy pan wcale nie musi być od niego starszy. Im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiał, tym większa obojętność go ogarniała. Nie miał nic do powiedzenia na temat swojego losu – był kaleką, wyrzutkiem, zakałą społeczności. Miał wystarczające szczęście, że został oddany do przytułku zamiast wrzucony do oceanu. Nic już nie mogło być lepsze ani gorsze od tego.
    Od samego rana w rezydencji panowała nerwowa atmosfera wśród służby. Herka krzątała się po kuchni, wymachując bez większego celu ścierką i wykrzykując rozkazy w stronę biednej, cichej Motry, która próbowała nadążyć z układaniem jedzenia na srebrnych półmiskach. Szykowane dla państwa śniadanie było niezwykle wystawne: w miseczkach lśniły świeże ostrygi, ruloniki filetów w wodorostach pyszniły się na soczyście zielonych liściach sałaty, nie brakowało krewetek i warzyw w chrupiącej panierce oraz świeżych lądowych owoców – wszystko to z okazji urodzin najmłodszego członka rodu. Gawier został dokładnie umyty i ubrany prawie tak elegancko jak Sekamer. Miał czekać, aż państwo zjedzą śniadanie i zaraz po nim zostać wręczonym w prezencie.
    Siedząc na dole i czekając na swoją kolej, bardziej się nudził niż denerwował. W kuchni panował zbyt duży hałas, by mógł słyszeć cokolwiek z położonej dwa piętra wyżej jadalni. Motra wysyłała kolejne półmiski na górę małą windą w okienku i odbierała z tejże brudne naczynia. Gawier spoglądał znad swojej cienkiej zupy na to, jak dużo jedzenia wracało z powrotem – najwyraźniej solenizant był wybrednym dzieckiem.
    W końcu, kiedy na górę jako ostatnie zostały wysłane owoce, Herka bezceremonialnie złapała Gawiera za ramię i pospiesznie wyprowadziła go z kuchni. Idąc po schodach, minęli jadalnię; Gawier usłyszał płaczliwe marudzenie chłopca i surowy głos jego ojca, nakazujący mu właściwe zachowanie.
    Herka zaprowadziła go na trzecie piętro, niemal całe przeznaczone na obszerny salon. Postawiła go pośrodku pomieszczenia, nakazała się nie ruszać i wyszła, zostawiając go samego.
    Salon był urządzony w pięknym, oceanicznym stylu: biały marmur ścian prześwitywał zza zwiewnych, przezroczystych firan wiszących wszędzie, nawet tam, gdzie nie było okien. Co zaś się tyczy okien, każde z nich było ogromne, wysokie od podłogi do sufitu, szerokie na kilka kroków i obramowane spiralnymi kolumienkami. Za jednym z nich widać było balkon, a za każdym – widok na ocean, o innej porze roku zapewne piękny, teraz jednak nudny i szary. Podłoga również była z marmuru, lecz o barwie ciemnego piasku. Umeblowanie prezentowało się raczej skromnie: dwie leżanki, kilka puf, niski stolik, a w osobnym kąciku na podeście duża harfa i klawesyn. Stojąc na środku tego pokoju, Gawier czuł się jak na bezludnej wyspie.
    Wtem usłyszał zbliżające się kroki i głosy. Nagły stres ścisnął mu wnętrzności, natychmiast założył rękę za plecy i wyprostował się na tyle, na ile był w stanie, stanąwszy twarzą do drzwi.
    Otworzył je Sekamer, który wszedł do środka, by przytrzymać wrota. Za nim wkroczył wysoki mężczyzna o czerwonawym odcieniu skóry, ostrych rysach twarzy i groźnym spojrzeniu spotęgowanym przez jego stygmat – rząd krótkich, grubych kolców biegnących wzdłuż całej linii szczęki. Ochana weszła, prowadząc przed sobą syna i zasłaniając mu oczy dłońmi.
    - Jeszcze chwilę i... już – powiedziała i odsłoniła Tyrpatorowi oczy. Chłopiec zamrugał i rozejrzał się rozentuzjazmowany, lecz gdy nie znalazł w salonie tego, czego się najwyraźniej spodziewał, spojrzał na Gawiera i mina mu zrzedła.
    - To dla ciebie, kochanie – rzekła ciepło matka. – Twój własny sługa.
    Chłopiec zmarszczył brwi. Wyraz twarzy upodobnił go do ojca jeszcze bardziej niż odziedziczony po nim stygmat – jeden kolec na podbródku. Cofnął się niepewnie o krok.
    - A na co mi on? – spytał pragmatycznie.
    - Na co tylko chcesz – odparła nieco zbita z tropu matka. – Jest twój. Może być, kim sobie zażyczysz.
    - Może być moim przyjacielem?
    - Przyjacielem? To twój sługa – żachnął się Lord Erwastan. – Na dodatek kaleka. Przyjaciół znajdziesz sobie na dworze, odpowiednich do twojej pozycji. On ma tylko słuchać twoich rozkazów.
    Tyrpator przez chwilę przyglądał się Gawierowi, który zaczął czuć się nieswojo pod tym spojrzeniem. Naraz uśmiechnął się szelmowsko.
    - To niech chodzi za mnie na lekcje!
    - O nie, mój drogi – rzekła Ochana. – Tego nie zrobi, nie wykręcisz się od nauki.
    - Ale miał mnie słuchać!
    - A ty masz słuchać nas – oznajmił z naciskiem ojciec. – Widzę, że będziemy musieli wprowadzić pewne ograniczenia do twojej władzy nad sługą, bo pozwalasz sobie na zbyt wiele.
    Chłopiec zrobił minę, jakby był rozdarty między wybuchem płaczu a złości. W końcu zdecydował się na to drugie i tupnął nogą.
    - I tak chcę zobaczyć kopalnię! Obiecałeś!
    - Tyrpatorze, nie będę do tego wracać. Jesteś za mały! Kopalnia to nie jest miejsce dla dzieci.
    - Nie jestem dzieckiem!
    - Owszem, jesteś! A jeśli dalej będziesz się tak zachowywać, każę twojemu słudze skoczyć do oceanu i nie będziesz miał żadnego prezentu!
    Gawierowi całkowicie zaschło w ustach. Wszystkie przerażające historie z domu kalek dudniły mu w głowie jak bębny alarmowe. Wpatrywał się błagalnie w swego pięcioletniego pana, drżąc ze strachu, że to kapryśne dziecko dla samej przekory zaraz powie: „I dobrze, niech skacze!” i obowiązkiem Gawiera będzie wykonać rozkaz.
    Tyrpator dyszał ciężko przez nos, rozważając w milczeniu słowa ojca. Dłonie zacisnął w piąstki. Dotknął kieszeni spodenek i pomacał, twarz mu się wygładziła. Spoczywał w niej prezent od dozorcy, błyszczące zmienidło. Pożyteczna rzecz... Może i ten sługa się kiedyś przyda?
    Chłopiec podszedł do Gawiera, starającego się ukryć swoje przerażenie. Stanął dumnie wyprostowany i spojrzał na niego z wyższością, choć ledwo sięgał mu do pasa.
    - Jak się nazywasz? – spytał. Chłopak przełknął nerwowo ślinę.
    - Gawier, paniczu.
    Tyrpator skrzywił się nieznacznie i obrzucił go krytycznym wzrokiem.
    - Co tak dziwnie stoisz?
    - To przez mój garb, paniczu.
    Zaciekawiony chłopiec stanął z boku, by dokładniej obejrzeć niewiarygodnie krzywe plecy swojego nowego sługi. Na widok pięciu długich, ostrych kolców sterczących z garbu aż sapnął z wrażenia.
    - Łał, ale fajne. Wyglądasz jak potwór! – rzekł z podziwem. Erwastan parsknął śmiechem. Niezrażony Tyrpator machnął władczo ręką na swojego służącego. – Dobra, chodź. Znajdę ci coś do roboty. I – dodał szeptem – i tak będziesz moim przyjacielem, bo inni chłopacy są głupi i mnie nie lubią, a ty będziesz musiał.
    I skierował swe kroki do drzwi. Gawier posłusznie podążył za nim, przepełniony uczuciem ulgi i nieco rozbawiony takim tokiem myślenia. Ochana zwróciła się jeszcze do syna:
    - Pamiętaj, że za godzinę masz lekcje.
    - Wieeem! – jęknął, uwiesiwszy się na framudze i uciekł czym prędzej z salonu.
    Ochana dotknęła z zatroskaniem policzka.
    - Może jednak przesadziliśmy z tym prezentem.
    - Nic podobnego – oświadczył Erwastan i ujął żonę za ramiona. – Jeśli ma być w przyszłości dobrym zarządcą, powinien od najmłodszych lat uczyć się rozkazywać służbie.
    - Ale słyszałeś go? On chce przyjaciela.
    - Dlatego najwyższy czas, by zacząć go zabierać na te wszystkie głupie spędy towarzyskie, żeby zapoznał się...
    - Erwastanie! – Ochana pacnęła ze śmiechem męża w pierś; jeden z jej zakrzywionych pazurów zaczepił o nitkę pięknej kamizeli i rozpruł szew. Jęknęła, zasmucona. – Och, nie... To takie niesprawiedliwe. Wszyscy w mojej rodzinie od zawsze dziedziczyli ten sam stygmat, królewski stygmat, ale ja nie, ja musiałam dostać w spadku te okropne szpony po mojej matce.
    Usiadła rozgoryczona na leżance, wpatrując się tępym wzrokiem w swoje oszpecone palce. Erwastan ukląkł przed nią, ujął jej dłonie i pocałował.
    - Wiesz, co ja o nich myślę.
    Uśmiechnęła się. Uśmiechała się tylko dla niego.
    - Wiem.
    - Sekamerze, wyjdź i zamknij drzwi – rozkazał lord, siadając przy swojej ukochanej. Odgarnął jej długie włosy i pocałował w szyję, kolcami drapiąc obojczyk. Zamruczała cicho.


Ciąg dalszy nastąpi! Ale nie tu (mam nadzieję).

wtorek, 1 stycznia 2013

Phobos

Chciałabym, żeby wszystko wybuchło. Mam wrażenie, że tylko wielka katastrofa jest w stanie wyrwać mnie z tego bezradnego, bezproduktywnego letargu. A najgorsze jest to, że kiedy chcę katastrofy, mniej lub bardziej świadomie do niej dążę. Jedyna różnica polega na tym, że nie następuje gwałtownie, tylko powoli zbiera się nade mną jak chmury burzowe, które tylko czekają, by lunąć konsekwencjami.

Jakieś dwa lata temu zaczęłam kierunek, który wybrałam głównie dlatego że wybierali się tam moi znajomi (mimo że dostałam się na wszystkie inne, które chciałam). Nie minęło dużo czasu a przekonałam się, jak koszmarny był to błąd. Chciałam od razu to rzucić i za rok wybrać lepszy kierunek, ale nie pozwolono mi. Miałam tam siedzieć do końca roku i dopiero potem rzucić. Nie widziałam w tym najmniejszego sensu. Cały drugi semestr na jedne zajęcia chodziłam, na inne tylko udawałam, że chodzę, ale i tak musiałam codziennie wstawać wcześnie rano, jechać kawał drogi do miasta i wracać po południu lub wieczorami. Rzuciłam ten kierunek, ale to był najbardziej zmarnowany i nieszczęśliwy rok w moim życiu.

Parę miesięcy temu, pewnego dnia w piątek, obudziłam się będąc na dwóch kierunkach i mając zamiar udać się na uczelnię w celu zaliczenia przedmiotu z jednego z nich. Po południu wracałam do domu jako studentka tylko jednego kierunku. Po prostu podjęłam decyzję: nie, koniec, nie chcę tego, załatwiłam wszystkie formalności i... koniec. Wróciłam do domu i nikt mi nie miał tego za złe. Dokonałam wyboru i byłam szczęśliwa jak rzodkiewka na wiosnę.

Teraz znów, od dłuższego czasu, mam to wrażenie, że czas na podjęcie decyzji.

Widzicie... lubię mój kierunek. To prawdopodobnie najfajniejszy kierunek na świecie. Tylko że jednak wcale nie czuję się na nim jakoś wybitnie szczęśliwa. Na przykład: jest jeden wykład prowadzony przez najfajniejszą osobę na uczelni, jest ciekawy i można z niego wiele wynieść. Ale. Ale zawsze, tydzień w tydzień, mimo że wykładowca jest wprost kochany i nikt nikomu nie dokucza, wychodzę z niego przekonana o tym, jak głupia i tępa jestem. Jeśli wykonujemy na nim jakieś ćwiczenia, zawsze robię je źle. Jeśli zaczynają się rozmowy o jakichś pisarzach, nigdy nie wiem, o kogo chodzi. Wszyscy wokół są tacy oczytani, mądrzy, a ja straciłam już ochotę na czytanie nawet tego, co lubię.

Nienawidzę czuć się głupia. Ale wiem, że będę tak postrzegana, bo nienawidzę także się uczyć. W znaczeniu: wkuwać wiedzę i być z niej rozliczana. Poznawać świat, odkrywać metody i sposoby, uczyć się tworzyć - uwielbiam. Ale umieram ze strachu, kiedy ktoś chce się przekonać, ile zakułam z tego, co kazano mi zakuć i wystawić mi za to ocenę, która przesądzi o tym, czy mogę dalej być na tej uczelni czy nie.

Piszę powieść. W trakcie pisania często muszę szukać informacji na temat różnych rzeczy, o których chcę pisać. Sama z siebie w życiu nie zainteresowałabym się górnictwem, minerałami i podwodnymi rudami metali, ale gdy zaczęłam o tym czytać, okazało się to całkiem interesujące, zwłaszcza w kontekście, jak mogę to wykorzystać w swoim świecie. Nie wiem, czy mam szanse, czy uda mi się to wydać, ale chcę wydać tę książkę... i z grubsza nie obchodzi mnie czyjekolwiek zdanie na ten temat. Chcę, zrobię to i już. I nie mam poczucia, że te studia mogą mi w tym jakoś pomóc. Mówią nam, że nam pomogą, że wydadzą, że są plany zrobienia antologii naszych tekstów... Ale mimo że o niczym nie marzę tak, jak o wydaniu swojej książki, to jakoś nie podniecają mnie te plany. Raczej obawiam się tego, że inni powiedzą: pff, poszła na łatwiznę, wydali ją tylko dlatego że jest na takich studiach.

Inni... Zawsze boję się tych cholernych "innych". Bo przecież co ludzie powiedzą? Groteska. A tak bardzo chciałabym potrafić mieć w dupie to, co ludzie powiedzą. Gdyby tak było, jutro jechałabym nie na zajęcia, na które nie chce mi się przygotowywać, tylko do dziekanatu, by zrezygnować ze studiów raz na zawsze i zacząć w końcu robić coś konkretnego, co przyniesie mi zysk, nawet jeśli miałoby to być malowanie bombek, a w międzyczasie pisać moją powieść z mocnym zamiarem wydania jej.

Tak, chcę... chciałabym rzucić studia. Ale boję się, co inni powiedzą. Nie chcę, żeby wyparowali z: "Porąbało cię?!", ale sztucznych zapewnień o tym, że to świetny pomysł też nie chcę. Chciałabym... wsparcia.