środa, 2 stycznia 2013

Moje dziecko - ciąża in progress

Zwykle jak huśtawka emocjonalna bujnie mi się w depresyjną stronę i napiszę jakąś emonotkę, to następnego dnia się jej wstydzę, ale ponieważ głupio usuwać, szybko zamieszczam nową. Nie inaczej jest tym razem i w związku z tym wykażę się odrobiną narcyzmu i przedstawię światu nic nie obchodzący go fragment mojej piszącej się powieści, która za jakiś czas stanie się bestsellerem i o prawa do ekranizacji której będą się zabijać największe wytwórnie filmowe (hje hje). Tytułu wciąż brak, bo to najtrudniejsza rzecz do wymyślenia (za to tytuły rozdziałów wymyśla mi się jak z płatka, no i bądź tu mądry). Indżojujcie, hejtujcie, jak tam chcecie. Wybaczcie rozjeżdżające się w cały świat akapity, nie umiem tego tu zrobić lepiej. Wszystkie imiona i nazwy własne czyta się z polska, żadnych idiotycznych udziwnień w rodzaju 'sh', 'v' i apostrofów nasranych wszędzie, gdzie tylko się da. A do poniższego fragmentu rekomenduję utwór, który słyszę w głowie zawsze, gdy myślę o tym rozdziale:




(...) Tę noc musiał jeszcze spędzić w pomieszczeniu dla służby; od następnego dnia miał zamieszkać obok pokoju małego lorda, by mógł jak najszybciej stawiać się na wezwanie. Długo nie mógł zasnąć. Rozmyślał, wsłuchany w odgłos fal obmywających budynek. Zganił się w duchu za swoją niedomyślność i to, że nie wziął pod uwagę faktu, że jego nowy pan wcale nie musi być od niego starszy. Im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiał, tym większa obojętność go ogarniała. Nie miał nic do powiedzenia na temat swojego losu – był kaleką, wyrzutkiem, zakałą społeczności. Miał wystarczające szczęście, że został oddany do przytułku zamiast wrzucony do oceanu. Nic już nie mogło być lepsze ani gorsze od tego.
    Od samego rana w rezydencji panowała nerwowa atmosfera wśród służby. Herka krzątała się po kuchni, wymachując bez większego celu ścierką i wykrzykując rozkazy w stronę biednej, cichej Motry, która próbowała nadążyć z układaniem jedzenia na srebrnych półmiskach. Szykowane dla państwa śniadanie było niezwykle wystawne: w miseczkach lśniły świeże ostrygi, ruloniki filetów w wodorostach pyszniły się na soczyście zielonych liściach sałaty, nie brakowało krewetek i warzyw w chrupiącej panierce oraz świeżych lądowych owoców – wszystko to z okazji urodzin najmłodszego członka rodu. Gawier został dokładnie umyty i ubrany prawie tak elegancko jak Sekamer. Miał czekać, aż państwo zjedzą śniadanie i zaraz po nim zostać wręczonym w prezencie.
    Siedząc na dole i czekając na swoją kolej, bardziej się nudził niż denerwował. W kuchni panował zbyt duży hałas, by mógł słyszeć cokolwiek z położonej dwa piętra wyżej jadalni. Motra wysyłała kolejne półmiski na górę małą windą w okienku i odbierała z tejże brudne naczynia. Gawier spoglądał znad swojej cienkiej zupy na to, jak dużo jedzenia wracało z powrotem – najwyraźniej solenizant był wybrednym dzieckiem.
    W końcu, kiedy na górę jako ostatnie zostały wysłane owoce, Herka bezceremonialnie złapała Gawiera za ramię i pospiesznie wyprowadziła go z kuchni. Idąc po schodach, minęli jadalnię; Gawier usłyszał płaczliwe marudzenie chłopca i surowy głos jego ojca, nakazujący mu właściwe zachowanie.
    Herka zaprowadziła go na trzecie piętro, niemal całe przeznaczone na obszerny salon. Postawiła go pośrodku pomieszczenia, nakazała się nie ruszać i wyszła, zostawiając go samego.
    Salon był urządzony w pięknym, oceanicznym stylu: biały marmur ścian prześwitywał zza zwiewnych, przezroczystych firan wiszących wszędzie, nawet tam, gdzie nie było okien. Co zaś się tyczy okien, każde z nich było ogromne, wysokie od podłogi do sufitu, szerokie na kilka kroków i obramowane spiralnymi kolumienkami. Za jednym z nich widać było balkon, a za każdym – widok na ocean, o innej porze roku zapewne piękny, teraz jednak nudny i szary. Podłoga również była z marmuru, lecz o barwie ciemnego piasku. Umeblowanie prezentowało się raczej skromnie: dwie leżanki, kilka puf, niski stolik, a w osobnym kąciku na podeście duża harfa i klawesyn. Stojąc na środku tego pokoju, Gawier czuł się jak na bezludnej wyspie.
    Wtem usłyszał zbliżające się kroki i głosy. Nagły stres ścisnął mu wnętrzności, natychmiast założył rękę za plecy i wyprostował się na tyle, na ile był w stanie, stanąwszy twarzą do drzwi.
    Otworzył je Sekamer, który wszedł do środka, by przytrzymać wrota. Za nim wkroczył wysoki mężczyzna o czerwonawym odcieniu skóry, ostrych rysach twarzy i groźnym spojrzeniu spotęgowanym przez jego stygmat – rząd krótkich, grubych kolców biegnących wzdłuż całej linii szczęki. Ochana weszła, prowadząc przed sobą syna i zasłaniając mu oczy dłońmi.
    - Jeszcze chwilę i... już – powiedziała i odsłoniła Tyrpatorowi oczy. Chłopiec zamrugał i rozejrzał się rozentuzjazmowany, lecz gdy nie znalazł w salonie tego, czego się najwyraźniej spodziewał, spojrzał na Gawiera i mina mu zrzedła.
    - To dla ciebie, kochanie – rzekła ciepło matka. – Twój własny sługa.
    Chłopiec zmarszczył brwi. Wyraz twarzy upodobnił go do ojca jeszcze bardziej niż odziedziczony po nim stygmat – jeden kolec na podbródku. Cofnął się niepewnie o krok.
    - A na co mi on? – spytał pragmatycznie.
    - Na co tylko chcesz – odparła nieco zbita z tropu matka. – Jest twój. Może być, kim sobie zażyczysz.
    - Może być moim przyjacielem?
    - Przyjacielem? To twój sługa – żachnął się Lord Erwastan. – Na dodatek kaleka. Przyjaciół znajdziesz sobie na dworze, odpowiednich do twojej pozycji. On ma tylko słuchać twoich rozkazów.
    Tyrpator przez chwilę przyglądał się Gawierowi, który zaczął czuć się nieswojo pod tym spojrzeniem. Naraz uśmiechnął się szelmowsko.
    - To niech chodzi za mnie na lekcje!
    - O nie, mój drogi – rzekła Ochana. – Tego nie zrobi, nie wykręcisz się od nauki.
    - Ale miał mnie słuchać!
    - A ty masz słuchać nas – oznajmił z naciskiem ojciec. – Widzę, że będziemy musieli wprowadzić pewne ograniczenia do twojej władzy nad sługą, bo pozwalasz sobie na zbyt wiele.
    Chłopiec zrobił minę, jakby był rozdarty między wybuchem płaczu a złości. W końcu zdecydował się na to drugie i tupnął nogą.
    - I tak chcę zobaczyć kopalnię! Obiecałeś!
    - Tyrpatorze, nie będę do tego wracać. Jesteś za mały! Kopalnia to nie jest miejsce dla dzieci.
    - Nie jestem dzieckiem!
    - Owszem, jesteś! A jeśli dalej będziesz się tak zachowywać, każę twojemu słudze skoczyć do oceanu i nie będziesz miał żadnego prezentu!
    Gawierowi całkowicie zaschło w ustach. Wszystkie przerażające historie z domu kalek dudniły mu w głowie jak bębny alarmowe. Wpatrywał się błagalnie w swego pięcioletniego pana, drżąc ze strachu, że to kapryśne dziecko dla samej przekory zaraz powie: „I dobrze, niech skacze!” i obowiązkiem Gawiera będzie wykonać rozkaz.
    Tyrpator dyszał ciężko przez nos, rozważając w milczeniu słowa ojca. Dłonie zacisnął w piąstki. Dotknął kieszeni spodenek i pomacał, twarz mu się wygładziła. Spoczywał w niej prezent od dozorcy, błyszczące zmienidło. Pożyteczna rzecz... Może i ten sługa się kiedyś przyda?
    Chłopiec podszedł do Gawiera, starającego się ukryć swoje przerażenie. Stanął dumnie wyprostowany i spojrzał na niego z wyższością, choć ledwo sięgał mu do pasa.
    - Jak się nazywasz? – spytał. Chłopak przełknął nerwowo ślinę.
    - Gawier, paniczu.
    Tyrpator skrzywił się nieznacznie i obrzucił go krytycznym wzrokiem.
    - Co tak dziwnie stoisz?
    - To przez mój garb, paniczu.
    Zaciekawiony chłopiec stanął z boku, by dokładniej obejrzeć niewiarygodnie krzywe plecy swojego nowego sługi. Na widok pięciu długich, ostrych kolców sterczących z garbu aż sapnął z wrażenia.
    - Łał, ale fajne. Wyglądasz jak potwór! – rzekł z podziwem. Erwastan parsknął śmiechem. Niezrażony Tyrpator machnął władczo ręką na swojego służącego. – Dobra, chodź. Znajdę ci coś do roboty. I – dodał szeptem – i tak będziesz moim przyjacielem, bo inni chłopacy są głupi i mnie nie lubią, a ty będziesz musiał.
    I skierował swe kroki do drzwi. Gawier posłusznie podążył za nim, przepełniony uczuciem ulgi i nieco rozbawiony takim tokiem myślenia. Ochana zwróciła się jeszcze do syna:
    - Pamiętaj, że za godzinę masz lekcje.
    - Wieeem! – jęknął, uwiesiwszy się na framudze i uciekł czym prędzej z salonu.
    Ochana dotknęła z zatroskaniem policzka.
    - Może jednak przesadziliśmy z tym prezentem.
    - Nic podobnego – oświadczył Erwastan i ujął żonę za ramiona. – Jeśli ma być w przyszłości dobrym zarządcą, powinien od najmłodszych lat uczyć się rozkazywać służbie.
    - Ale słyszałeś go? On chce przyjaciela.
    - Dlatego najwyższy czas, by zacząć go zabierać na te wszystkie głupie spędy towarzyskie, żeby zapoznał się...
    - Erwastanie! – Ochana pacnęła ze śmiechem męża w pierś; jeden z jej zakrzywionych pazurów zaczepił o nitkę pięknej kamizeli i rozpruł szew. Jęknęła, zasmucona. – Och, nie... To takie niesprawiedliwe. Wszyscy w mojej rodzinie od zawsze dziedziczyli ten sam stygmat, królewski stygmat, ale ja nie, ja musiałam dostać w spadku te okropne szpony po mojej matce.
    Usiadła rozgoryczona na leżance, wpatrując się tępym wzrokiem w swoje oszpecone palce. Erwastan ukląkł przed nią, ujął jej dłonie i pocałował.
    - Wiesz, co ja o nich myślę.
    Uśmiechnęła się. Uśmiechała się tylko dla niego.
    - Wiem.
    - Sekamerze, wyjdź i zamknij drzwi – rozkazał lord, siadając przy swojej ukochanej. Odgarnął jej długie włosy i pocałował w szyję, kolcami drapiąc obojczyk. Zamruczała cicho.


Ciąg dalszy nastąpi! Ale nie tu (mam nadzieję).

18 komentarzy:

  1. Wciągające. Jest tego więcej? Mogę zobaczyć? Pliz, pliz, pliz?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ej, ale weź przybliż te stygmaty, ciekawa rzecz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym świecie każdy człowiek rodzi się z jakąś zwierzęcą cechą, która nie pełni żadnej funkcji, a tylko fajnie wygląda, zgodnie z The Rule of Cool. ;) Stygmaty są dziedziczne i nieskończenie różne.

      Usuń
  3. Zamiast "Sekamerze" przeczytałam SEKSKAMERZE.
    Tak, musiałam się tym podzielić.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawy fragment i ciekawy motyw tych stygmatów ;) Za mało wkleiłaś, bym mogła napisać cokolwiek więcej. W każdym razie weny w dalszym pisaniu, bo to jedna z najważniejszych spraw ;]
    Niestety, tuż przed wejściem tutaj czytałam analizę na Przyczajonej Logice o Harrym, który ma Malfoya za kamerdynera i o masie innych bzdur, więc miałam teraz naprawdę głupie skojarzenia przy tej zbieżności tematów. Starałam się powstrzymywać, słowo ;)
    A tak nawiasem jeszcze, ja nigdy nie potrafiłam wymyślać tytułów dla rozdziałów (w związku z czym po prostu nie mają tytułów, a same numery), za to tytuły całych powieści akurat łatwo mi wychodzą ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Fragment jest cudowny i sama marze by tak pisać.

    Stygmaty nieprzyjemnie kojarzą mi się z tymi chrześcijańskimi, ale przy dłuższym czytaniu pewnie bym przywykła. Czuć bardzo, że to fragment wyrwany z kontekstu, ale i tak zachęca by sięgnąć po resztę.

    Czyta się płynnie, bez sięgania po słownik jak i facepalmowania nad autorem, który ma czytelnika za idiotę.

    Nie możne jednak tylko słodzić, jeszcze napiszesz coś lepszego niż ja i to ciebie wydadzą, nie mnie. ;)
    Teraz więc będą moje osobiste narzekania, które pisze zupełnie subiektywnie i możesz zrobić z nimi co chcesz.

    Po pierwsze: wiem wiem, że wszystko już przecież napisano, ale... paniczyk i sługa, panicz chce przyjaciela nie sługę, ma złych rodziców którzy traktują go jak dziecko i dorosłego jednocześnie... czytałam to wiele razy, za wiele, ale u ciebie jest to coś nowego: stygmaty, cała otoczka mniemam, że fantasy.

    Po drugie: (w drugim komenatrzu. xD)

    OdpowiedzUsuń
  6. tu nastąpią moje wytykania tego, co mi "nie brzmi", więc tylko moje subiektywne narzekania - jak pisałam, zrób z nimi co chcesz.

    "Zganił się w duchu za swoją niedomyślność i to, że nie wziął pod uwagę faktu, że jego nowy pan wcale nie musi być od niego starszy." - Po przeczytaniu odruchowo wróciłam linijkę wyżej, by sprawdzić czy nie połknęłam zdania. Zdanie odnosi się do konkretnej myśli Gawiera, a te opisałaś ogólnikowo jako "rozmyślania". Może to być wina braku kontekstu, bo Gawier pewnie rozmyślał wcześniej o tym kim będzie jego pan dość dokładnie.


    "pyszniły się na soczyście zielonych liściach sałaty" - Przeczytaj to na głos i się nie zaśmiej. ;P Mnie aż zachrzęściło w myślach. Nie jest żadne błąd, mówię tylko jak subiektywna jedna ja to odebrałam. "oraz świeżych lądowych owoców" - Są nielądowe owoce? Oczywiście istnieją owoce morze, ale tylko do nich stosuje się wyszczególnik, owoce jako takie z założenia są lądowe. Tak przynajmniej mi się wydaje, ale jeśli są jakieś morskie owoce to zwracam honor - nie znam tematu aż tak dokładnie, by poręczyć. Z drugiej strony, jeśli nawet nie ma, a są w twoim universum, to znów jedynie wina wyrwania z kontekstu.


    "Za jednym z nich widać było balkon, a za każdym – widok na ocean" - To coś co sama popełniam nagminnie, a co moja stara polonista nazwała kalką gramatyczną. Czytając o tym, że za jednym oknem widać balkon jako taki, uznaję, że za drugim tez widać coś "jako takie". Wyobrażenie sobie, że widzę "widok oceanu jako taki" na pewno mnie rozbawiło, ale po zastanowieniu nie brzmi dobrze. Nie wiem czy to w ogóle błąd czy tylko moja bujna wyobraźnia. Poza tym słowo "za każdym" sugeruje, ze za tym pierwszym widać było właśnie ocean, a nie balkon. To tak jak "nie przegrał żadnej bitwy, a jeśli już przegrał to nie ze swojej winy".


    "Otworzył je Sekamer, który wszedł do środka, by przytrzymać wrota." - po pierwsze najpierw wyobraziłam sobie Sakamera-przez-drzwio-przenikacza, który wszedł do pokoju jednocześnie go otwierając: bardzo trudna sprawa. Potem pomyślałam, że masz kilku Sakamerów i drzwi otworzył ten, który wszedł do środka by je przytrzymać. "Który" może tu wprowadzić lekki zamęt, ale to też może być tylko moja bujna wyobraźnia.


    "Tyrpator przez chwilę przyglądał się Gawierowi, który zaczął czuć się nieswojo pod tym spojrzeniem. Naraz uśmiechnął się szelmowsko." - Tutaj tez może być to wina mojej wyobraźni, ale w pierwszej chwili pomyślałam, że to Gawier uśmiechnął się szelmowsko. Piszesz, że Tyrpator zrobił coś Gawierowi, który zrobić coś innego. Potem piszesz że "ktoś" zrobił coś innego. Podmiotem domyślnym z automatu czyni się ostatni podmiot określony zdania poprzedniego, którym dla mnie był Gawier.

    "Ochana pacnęła ze śmiechem męża w pierś" - Tutaj już wybitnie się czepiam, ale przeczytaj sobie na głos swoją wersje i "Ochana ze śmiechem pacnęła męża w pierś". Moim zdaniem drugie brzmi lepiej: osoba-jakaś/w jakiś sposób/w jakimś stanie-zrobiła coś-komuś. U ciebie jest to osoba-zrobiła coś-jakoś/w jakiś sposób-komuś. W pierwszej chwili pomyślałam, ze Ochana wspólnie z tym śmiechem pacnęła męża w pierś. xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do lądowych owoców: ten świat składa się z jednego, gigantycznego oceanu, stałego lądu jest w nim jak na lekarstwo, stąd podkreślenie tego, że owoce są - łał! - ze stałego lądu sprowadzane! Może trzeba to bardziej podkreślić. xD

      Dzięki za uwagi. :)

      Usuń
    2. Nie, podkreślenie jako takie nie jest potrzebne jeżeli w tekście jest mowa o geografii świata. Tutaj zawiniło jedynie wyrwanie fragmentu z kontekstu. ;)

      PS. Niedawno znalazłam blog po spisie pięknych okładek fantasy. Znajdź na googlach trylogię "Mojry" i serie Artemisa Fowla, powinny ci się spodobać.

      Usuń
  7. To co napisałaś jest, moim skromnym zdaniem, naprawdę dobre. Jedyny minus jest taki, że strasznie króciutki ten fragment. Z chęcią przeczytałabym całość. Tak więc z całego serca życzę weny, byś mogła skończyć swoje dzieło :)
    K.

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo zachęcające. Chętnie przeczytam całość, gdy już się ukaże. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie będę się powtarzać i pisać, że świetne :D

    Mogłabyś mi czasem podsyłać coś *mruczy cicho pod nosem*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja się nie lubię narzucać... *chowa się pod kocykiem*

      Usuń
  10. Niezły fragment, tylko co miałaś na myśli pisząc "oceaniczny styl" pokoju? I skoro zasłony było rozwieszone wszędzie w pokoju, nie tylko na oknach, to na czym? Stygmaty zapowiadają się naprawdę ciekawie. Jestem tu nowa (przybywam z czarnych owiec literatury). Musze przeczytać twojego ebooka (co tam szkoła!:))

    OdpowiedzUsuń
  11. Przyznam szczerze, że jest to wyjątkowo wciągające. Mam tylko dwa zastrzeżenia:
    1)"Długo nie mógł zasnąć. Rozmyślał, wsłuchany w odgłos fal obmywających budynek." Nikt nie zbudowałby domu tak blisko morza ponieważ fale podmywałyby fundamenty (jeżeli udałoby się go zbudować ponieważ woda wciąż nie pozwalałaby wyschnąć cementowi).
    2)"ujął żonę za ramiona." Czy nie chodziło przypadkiem "ujął żonę pod ramię", "objął żonę ramieniem" albo "oplótł żonę ramieniem"? Ciężko jest mi wyobrazić sobie kogoś kto "ujmuje ramiona".
    Główny problem jaki zauważyłam to taki, że czasem masz problem z ubraniem swoich pomysłów w słowa jak np. ten oceaniczny styl o którym już wspomniała koleżanka wyżej. Jest jeszcze drugi mianowicie logika (patrz punkt nr. 1), ale nie wiem czy to po prostu taki fragment wybrałaś czy tego jest więcej. W każdym razie jeżeli książka pójdzie do druku to z przyjemnością ją przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  12. A i mam jeszcze jedno pytanie z czego dokładnie te filety? Te które są zawinięte w wodorosty. Z czystej ciekawości pytam, bo w tekście nie ma nic na ten temat. Z łososia? Kurczaka? Mintaja?

    OdpowiedzUsuń