wtorek, 1 stycznia 2013

Phobos

Chciałabym, żeby wszystko wybuchło. Mam wrażenie, że tylko wielka katastrofa jest w stanie wyrwać mnie z tego bezradnego, bezproduktywnego letargu. A najgorsze jest to, że kiedy chcę katastrofy, mniej lub bardziej świadomie do niej dążę. Jedyna różnica polega na tym, że nie następuje gwałtownie, tylko powoli zbiera się nade mną jak chmury burzowe, które tylko czekają, by lunąć konsekwencjami.

Jakieś dwa lata temu zaczęłam kierunek, który wybrałam głównie dlatego że wybierali się tam moi znajomi (mimo że dostałam się na wszystkie inne, które chciałam). Nie minęło dużo czasu a przekonałam się, jak koszmarny był to błąd. Chciałam od razu to rzucić i za rok wybrać lepszy kierunek, ale nie pozwolono mi. Miałam tam siedzieć do końca roku i dopiero potem rzucić. Nie widziałam w tym najmniejszego sensu. Cały drugi semestr na jedne zajęcia chodziłam, na inne tylko udawałam, że chodzę, ale i tak musiałam codziennie wstawać wcześnie rano, jechać kawał drogi do miasta i wracać po południu lub wieczorami. Rzuciłam ten kierunek, ale to był najbardziej zmarnowany i nieszczęśliwy rok w moim życiu.

Parę miesięcy temu, pewnego dnia w piątek, obudziłam się będąc na dwóch kierunkach i mając zamiar udać się na uczelnię w celu zaliczenia przedmiotu z jednego z nich. Po południu wracałam do domu jako studentka tylko jednego kierunku. Po prostu podjęłam decyzję: nie, koniec, nie chcę tego, załatwiłam wszystkie formalności i... koniec. Wróciłam do domu i nikt mi nie miał tego za złe. Dokonałam wyboru i byłam szczęśliwa jak rzodkiewka na wiosnę.

Teraz znów, od dłuższego czasu, mam to wrażenie, że czas na podjęcie decyzji.

Widzicie... lubię mój kierunek. To prawdopodobnie najfajniejszy kierunek na świecie. Tylko że jednak wcale nie czuję się na nim jakoś wybitnie szczęśliwa. Na przykład: jest jeden wykład prowadzony przez najfajniejszą osobę na uczelni, jest ciekawy i można z niego wiele wynieść. Ale. Ale zawsze, tydzień w tydzień, mimo że wykładowca jest wprost kochany i nikt nikomu nie dokucza, wychodzę z niego przekonana o tym, jak głupia i tępa jestem. Jeśli wykonujemy na nim jakieś ćwiczenia, zawsze robię je źle. Jeśli zaczynają się rozmowy o jakichś pisarzach, nigdy nie wiem, o kogo chodzi. Wszyscy wokół są tacy oczytani, mądrzy, a ja straciłam już ochotę na czytanie nawet tego, co lubię.

Nienawidzę czuć się głupia. Ale wiem, że będę tak postrzegana, bo nienawidzę także się uczyć. W znaczeniu: wkuwać wiedzę i być z niej rozliczana. Poznawać świat, odkrywać metody i sposoby, uczyć się tworzyć - uwielbiam. Ale umieram ze strachu, kiedy ktoś chce się przekonać, ile zakułam z tego, co kazano mi zakuć i wystawić mi za to ocenę, która przesądzi o tym, czy mogę dalej być na tej uczelni czy nie.

Piszę powieść. W trakcie pisania często muszę szukać informacji na temat różnych rzeczy, o których chcę pisać. Sama z siebie w życiu nie zainteresowałabym się górnictwem, minerałami i podwodnymi rudami metali, ale gdy zaczęłam o tym czytać, okazało się to całkiem interesujące, zwłaszcza w kontekście, jak mogę to wykorzystać w swoim świecie. Nie wiem, czy mam szanse, czy uda mi się to wydać, ale chcę wydać tę książkę... i z grubsza nie obchodzi mnie czyjekolwiek zdanie na ten temat. Chcę, zrobię to i już. I nie mam poczucia, że te studia mogą mi w tym jakoś pomóc. Mówią nam, że nam pomogą, że wydadzą, że są plany zrobienia antologii naszych tekstów... Ale mimo że o niczym nie marzę tak, jak o wydaniu swojej książki, to jakoś nie podniecają mnie te plany. Raczej obawiam się tego, że inni powiedzą: pff, poszła na łatwiznę, wydali ją tylko dlatego że jest na takich studiach.

Inni... Zawsze boję się tych cholernych "innych". Bo przecież co ludzie powiedzą? Groteska. A tak bardzo chciałabym potrafić mieć w dupie to, co ludzie powiedzą. Gdyby tak było, jutro jechałabym nie na zajęcia, na które nie chce mi się przygotowywać, tylko do dziekanatu, by zrezygnować ze studiów raz na zawsze i zacząć w końcu robić coś konkretnego, co przyniesie mi zysk, nawet jeśli miałoby to być malowanie bombek, a w międzyczasie pisać moją powieść z mocnym zamiarem wydania jej.

Tak, chcę... chciałabym rzucić studia. Ale boję się, co inni powiedzą. Nie chcę, żeby wyparowali z: "Porąbało cię?!", ale sztucznych zapewnień o tym, że to świetny pomysł też nie chcę. Chciałabym... wsparcia.

5 komentarzy:

  1. Wiesz co tez rozwazam rzucenie tego w pizdu na dobra sprawe nic po tych studiach mnie nie czeka, nic zupelnie. Nie zapewni i to lepszej przyszlosci wole chyba zalozyc firme i miec w absolutnej dupie jakis smieszny papier ktorym mozna podetrzec sobie dupe.
    Sa dwa przedmioty, które lubie ale reszta jest beznadziejna i niezwiązana z tym co powinno byc na tych studiach. Ile semestrow mozna powtarzac to samo no prooosze.... tylko dlatego zeby ktos mial etat, bo nie wierze ze to dla naszego dobra i rozwoju ciagle sluchamy co na mysli mial Freud i de Saussure.

    OdpowiedzUsuń
  2. Winnie, ja też się czułam kompletną idiotką przez pierwsze dwa lata, a obecnie jestem jedną z lotniejszych studentek (nie, żebym miała średnią 5,0, ale generalnie jakoś leci i to wcale nie najniżej :P). I ja tez nienawidzę wkuwać, także spoko, nie zawdzięczam tego długim godzinom w bibliotece ;P I choć zabrzmię jak stara baba, to powiem Ci, że warto coś skończyć choćby dla tych durnych literek mgr przed nazwiskiem. Nie budzą mojego pożądania, ale życie mojego taty przekonało mnie, że czasem stają się potrzebne w zupełnie absurdalnych sytuacjach, a potem stres i kombinowanie. Uszy do góry i duuużo dystansu ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Winky,wyższe wykształcenie pomaga.Naprawdę.Dobrze je mieć.Trzymaj się.
    Zasada: zaliczyć,zdać,zapomnieć.

    "Ach,kochany Augustynie,wszystko minie,minie,minie..."
    Nie martw się.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  4. Winky, ja tam już rzucałam cztery kierunki i jestem na tyle stara, że nie mam czasu na rzucanie kolejnego ;). Chociaż też chętnie olałabym to wszystko, mimo cudownych zajęć z prof. Wróżką, bo chronicznie nie mam czasu napisać nawet tych tekstów, które muszę, nie mówiąc o czymś swoim.
    Aaaale, słuchaj, to już tylko półtora roku. Przeżyjemy :).

    KZK

    OdpowiedzUsuń
  5. Winky - jak już wydasz tę powieść, to koniecznie się pochwal, cobym mogła ją zakupić. A co do studiów - niezawodna metoda nie istnieje, jedni rzucają i robią swoje, inni zostają na uczelni, jeszcze inni odbębniają mgr i z ulgą opuszczają świat akademicki. Ale sądzę, że w dzisiejszych czasach lepiej jednak tego nieszczęsnego magistra mieć, niż nie mieć. Z drugiej strony - nic na siłę, jeżeli autentycznie NIC nie wynosisz z tych zajęć (a to, wiem z doświadczenia, jest o wiele istotniejsze kryterium niż lubię/nie lubię danych ćwiczeń)to może faktycznie lepiej zająć się czymś innym.

    Maryboo

    OdpowiedzUsuń