niedziela, 24 lutego 2013

Tytuł posta zbyt oczywisty, by go przytaczać*

No dobra, kłamałam, sesji jeszcze nie zabiłam na dobre. Niby mam już wszystkie wpisy, ale jeszcze muszę odpowiadać z treści jednej książki (której, standardowo, nigdzie nie ma), więc WCIĄŻ nie mogę na dobre odetchnąć z ulgą i spocząć na laurach, a naprawdę tego potrzebuję, bo całe ferie zajęła mi nauka na poprawki, pisanie esejów i zamartwianie się, czy w ogóle zdam. Muszę w związku z tym wysmrodzić jakąś nocię na pocieszenie. Dlatego dzisiaj trochę pitolenia o snach.

Jako człowieczek, którzy żyje fantazjowaniem, uwielbiam śnić. Ze snów powstały pomysły na moje najfajniejsze opka (między innymi Tyrcio, którego nie pisałam od ponad miesiąca, co mnie wpędza w jeszcze większą depresję), w związku z czym prowadziłam kiedyś dziennik snów, do czego stanowczo powinnam wrócić. Aż boję się myśleć, ile super pomysłów odpłynęło w niebyt od czasów, kiedy zarzuciłam zapisywanie wszystkich snów. Ba, potrafiłam (dzięki bardzo prostemu treningowi) zapamiętywać do pięciu dziennie. Teraz jak nie zapomnę jednego na miesiąc to jest święto na wsi... A przecież to takie proste: wystarczy kilka razy dziennie powtarzać sobie w myślach do porzygu zdanie w stylu "Będę śnić i pamiętać swoje sny" i już. Naprawdę, to działa. Brzmi jak z poradnika dla frajerów, ale już po tygodniu widać efekty. Nie zacznie się od razu zapamiętywać co noc wszystkich snów, ale w parę tygodni można spokojnie dojść do tego stanu, tym bardziej, jeśli prowadzi się dziennik. Tylko, jak widać na moim przykładzie, zarzucenie treningu i zapisywania snów prowadzi do szybkiego spadku formy. A przecież warto, warto jak cholera, zwłaszcza jeśli się nie ma pomysłów na jakąkolwiek działalność twórczą.

Ostatni sen, jaki zapamiętałam i mi się bardzo podobał, pochodzi z października i dotyczy Gwiezdnych Wojen - nie mam pojęcia, skąd to mi się wzięło, ani nie wtedy ostatnio oglądałam filmów, ani nie czytałam nic na ich temat, ani nawet nie jestem fanką tychże. Sam sen był głupi jak stołowe nogi, a jednocześnie z kategorii tych, które lubię najbardziej - o złoczyńcach i porwaniach! :D

Byłam taką typową przynieś-zanieś-pozamiataj na jakimś statku kosmicznym. Członkowie z głównego pokładu, na którym się wszyscy zgromadzili, wysłali mnie z dzbankiem po wodę (jak głupio by to nie brzmiało). W czasie, kiedy mnie nie było, sen skupił się na głównym pokładzie, gdzie nagle wdarł się Darth Vader (przez deskę rozdzielczą, co wyglądało... jak wyglądało) i osobiście wytłukł całą załogę. Wtedy "kamera" wróciła do mnie, niczego nieświadomej. Weszłam do tego pomieszczenia, zobaczyłam Vadera otoczonego trupami i sparaliżowało mnie ze strachu. Spokojnie kazał mi wylać tę wodę do kominka (lol), co też uczyniłam, nie kwestionując obecności palącego się beztrosko kominka typu koza na statku kosmicznym. Wróciłam na klęczkach, błagając o litość. No i nie wiem czy to była litość czy dobry humor, czy byłam merysujką, ale nie zabił mnie i od tamtej pory byłam na każdy jego rozkaz.

No mrau po prostu, od tego snu lubię go jeszcze bardziej. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale kocham sny, w których jestem sobą lub kimś innym i staję twarzą w twarz z czarnym charakterem, którego sama obecność grozi mi śmiercią. Mój absolutnie ulubiony sen z tej samej beczki to ten, w którym jestem Harrym Potterem i włóczę się po kanałach, gdy wtem znajduje mnie Lord Voldemort i czuję, że już nie mam żadnych szans; gdy on podnosi różdżkę, by mnie zabić, w przypływie dumy prostuję się, by zginąć z godnością, lecz nie wytrzymuję i padam mu do stóp, błagając, by mnie oszczędził.

Kurde no, nic fajnego. W rzeczywistości za nic w świecie nie chciałabym się znaleźć w takiej sytuacji. Ale tak właśnie sobie pomyślałam, jaką jedną cechę wspólną miały wszystkie szwarc-charaktery z moich snów: byli aseksualni. Vader nawet jakby chciał, to by nie mógł. Voldemort? Niezależnie od tego, co myślą autoreczki niezliczonych fanfików o córciach Mrocznego Pana - wykluczone. A ja jak diabli boję się gwałtu, nienawidzę tego tematu do tego stopnia, że omijam wszelkie książki, które zawierają ten motyw (dobrze mieć szybkoczytającego chłopaka, który przeczyta coś przede mną i ostrzeże w razie czego), a jak słyszę w wiadomościach informacje o gwałcicielach, to zaraz wyobrażam sobie, jak wspaniale byłoby zamienić się w jakiegoś ogromnego potwora albo space marine i brutalnie wymordować wszystkich tych *cenzura*. Zatem skoro złoczyńcy z moich snów nie zagrażają mi pod tym aspektem, nic nie przeszkadza mi w lubieniu tego elementu panicznego lęku przed śmiercią, uległości i bezwolności. Zapewne o czymś to świadczy - według mnie sny są odbiciem uczuć, lęków etc. - ale umiarkowanie mi się chce tę kwestię roztrząsać. Uwielbiam sny w tej konwencji i już.

Ja chcę taki sen z Viktorem... Prrroszę cię, moja podświadomości, proszę!



*Jaki inny tytuł mogłaby mieć ta notka, jak nie tekst piosenki "Sweet dreams" Eurythmics?

niedziela, 17 lutego 2013

Friendship is even lamer than expected

Jakiś czas temu narzekałam, że pierwsze dwa odcinki trzeciego sezonu My little pony: Friendship is magic były okropne. Kiedy wczoraj zobaczyłam ostatni... zaczęłam te pierwsze postrzegać jako arcydzieło. Serio, trzynasty odcinek trzeciego sezonu jest czymś wprost poniżej krytyki. Ale i tak się jej podejmę, bo jestem wrednym hejterem, o.

Zanim jednak to zrobię, najpierw pokrótce przyjrzę się wszystkim innym odcinkom trzeciego sezonu, bo nie wszystkie były tak złe, jak pierwszy i ostatni i wciąż jest co lubić.

Odc. 3 "Too many Pinkie Pies"
Po przeczytaniu opisu odcinka na wiki myślałam, że to będzie raczej kiepski odcinek. Tymczasem okazał się jednym z lepszych tego sezonu. Mimo że Pinkie nie jest moim ulubionym kucem - ba, gdyby była człowiekiem, miałabym ochotę ją zabić, taka jest momentami głupia i wkurzająca - jest też jedną z najdziwniejszych postaci, a to daje sporo okazji do śmiechu. Tyle robi jedna Pinkie Pie, a co dopiero dziesiątki...

Odc. 4 "One bad apple"
NIE SŁUCHAJCIE TEJ PIOSENKI. Jest zarąbista i wkręca się momentalnie. Potrafię jej słuchać cały dzień bez przerwy i wciąż mi się nie znudziła. Co zaś się tyczy odcinka: jeden z moich ulubionych w ogóle. Fajne jest to, że Babs ma nieco inny design niż inne kucyki-dzieciaki, ma bardziej owalną głowę i się wyróżnia w tłumie. 

Odc. 5 "Magic duel"
Po odcinku o powrocie Trixie spodziewałam się czegoś więcej. O wiele lepsze okazały się przedpremierowe domysły fanów: że jej amulet jest nawiedzony przez ducha Sombry z odcinków o Kryształowym Królestwie i ten próbuje wrócić za jej pomocą. Ale dupa. Zamiast tego mamy najpotężniejszy artefakt na świecie, o którym nigdy nie słyszeliśmy i który widzimy po raz ostatni. Dwa plusy: nawiązanie do Yody i delegaci z Saddle Arabii. Chcę więcej! Więcej!

Odc. 6 "Sleepless in Ponyville"
To był dość nudny epizod... Miał dwa plusy w postaci księżniczki Luny i ładnych krajobrazów na koniec, ale poza tym nie zrobił na mnie wrażenia.

Odc. 7 "Wonderbolts Academy"
Czyli Rainbow Dash spełnia swoje marzenie. Podobało mi się to, także Lightning Dust, która wydawała się być lepsza od Dashie, co wpędzało ją w kompleksy.

Odc. 8 "Apple family reunion"
Znów spodziewałam się czegoś lepszego: przede wszystkim fabuła była strasznie przewidywalna. Applejack pierwszy raz bierze na siebie zadanie przygotowania rodzinnego spotkania, stara się za bardzo, co prowadzi do katastrofy, ale koniec końców wszyscy się cieszą i śpiewają... Ale i tak odcinek niezły, i wciąż ciekawszy od szóstego.

Odc. 9 "Spike at your service"
Do tej pory każdy z odcinków trzeciego sezonu obejrzałam już po kilka razy. Tego - nie. Dlaczego? Bo okropnie mnie wkurzają zrobione animacją 3D timberwolfy. Czemu nie mogli zrobić ich we flashu, jak w odcinku, w którym Grannie Smith opowiadała historię powstania Ponyville? Wyglądały wtedy dobrze, a tutaj... Ugh, za bardzo odstają od całej reszty, patrzeć na nie nie mogę!

Odc. 10 "Keep calm and flutter on"
Wspaniale było znów zobaczyć Discorda, a jego interakcje z króliczkiem Fluttershy to coś pięknego. <3 Ale bardzo mi się nie podoba, że mój ulubiony czarny charakter tak łatwo przeszedł na jasną stronę mocy. I jeszcze jedno: żądam odcinka, w którym zobaczymy, jak wygląda wykorzystywanie jego mocy w dobrej wierze, bo jakoś umiarkowanie jestem w stanie to sobie wyobrazić, bez uwzględnienia naruszania równowagi w przyrodzie.

Odc. 11 "Just for sidekicks"
Znowu odcinek o Spike'u... Wyobrażam sobie, że fani Rarity muszą być po czymś takim mocno wkurzeni, żeby drugoplanowa postać dostała aż dwa odcinki w sezonie, a jedna z głównych bohaterek - ani jednego. Ale tragedii nie było, sceny ze zwierzakami siejącymi chaos były zabawne, a w serialu zaistniała jakaś ciągłość - następny odcinek traktuje o tym, co w tym samym czasie robiły główne, czterokopytne bohaterki.

Odc. 12 "Games ponies play"
Matko, jak ten odcinek mnie zirytował. Przecież to było takie oczywiste, że odebrały złego kucyka ze stacji, ale żeby spytać: "Ej, sorry, jesteś tym kucykiem, którego szukamy?" to niuuue, no przecież! Załapać, że coś jest nie tak - no skądże znowu! O matko, jakie to było frustrujące. Ale tyle dobrego, że fryzura-jeżozwierz zwaliła mnie z krzesła.

No i dochodzimy do armageddonu, trzynastego, ostatniego odcinka sezonu - "Magical mystery cure"...

O tym, że Twilight Sparkle stanie się alicornem, plotki krążyły już od dawna - pojawiały się takowe ilustracje w książeczkach dla dzieci, w końcu na jakieś dwa tygodnie przed premierą Hasbro puściło farbę i oficjalnie opublikowało screena ze skrzydlatą Twilight, w fandomie rozpętała się burza... Jedni mówili, że to koniec MLP:FiM, inni, że przecież do tej pory wszystko było ok (ekhem...), więc należy zaufać twórcom, a poza tym to już na samym początku zaplanowali przemianę Twilight, zatem nie ma się czego bać.

Do ostatniej chwili miałam nadzieję, że jej przemiana będzie chwilowa: opis odcinka mówił o przypadkowo rzuconym zaklęciu, które miesza przeznaczenia kucyków, myślałam, że może Twilight zamieni się przeznaczeniem z Cadance, ale potem wszystko uda się odkręcić. Niestety, myliłam się. I może nie mierziłoby mnie to tak bardzo, gdyby nie FORMA, w jakiej zostało nam to podane.

Niezależnie od opowiedzianej w nim historii, sam odcinek też ssie. Zaczyna się piosenką i nie zamyka japy przez następne dwadzieścia minut. Żeby choć jedna piosenka była tak fajna i wkręcająca jak "Babs Seed" z czwartego odcinka, ale nie. Wszystkie jak jeden mąż są nieciekawe i zwyczajnie irytujące - bo pojawiają się, choroba jasna, jedna po drugiej. 

Dalej: okazuje się, że wszystko JUŻ jest nie tak. Wszystkie kucyki mają pomieszane cutie marki, a widz nie ma zielonego pojęcia, co się dzieje. Dopiero z flashbacku Twilight dowiadujemy się, że ta pierdoła saska otrzymała od księżniczki Celestii księgę z niedokończonym zaklęciem Starswirla Brodatego i przez przypadek je rzuciła. I śpiewa o tym, jak bardzo jest jej źle i smutno, a mój emowskaźnik pika na czerwono. Potem Twilight dosłownie od razu wpada na pomysł, jak to naprawić, biegnie na pomoc swoim przyjaciółkom, ZNOWU o tym śpiewa, wszystko się udaje i harmonia zostaje przywrócona. Wtedy nasza genialna fioletowa klaczka wpada na pomysł, jak dokończyć zaklęcie Starswirla, co też czyni. Nagle Elementy Harmonii wszystkich przyjaciółek zaczynają emanować magią i... dzieje się to:

Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że wyleciała w powietrze.
Twilight jest zawieszona w jakiejś czarodziejskiej próżni, gdzie Celestia mówi jej, jaka jest wspaniała, cudowna, mądra i że osiągnęła wszystko, ponieważ rozumie potęgę przyjaźni. Nie, wróć, Celestia jej tego nie mówi. Ona jej to ŚPIEWA. Przy tym przypomina Twilight jej wspaniałość poprzez wyświetlenie dziesiątek ekranów z fragmentami poprzednich odcinków, co wygląda wprost paskudnie i jest tak tanim chwytem ze strony twórców serialu, że zaczynam szczerze wątpić w ich kreatywność - podobnie zrobiła Trixie w piątym odcinku i wtedy też wydało mi się to okropne wizualnie. W każdym razie: w nagrodę Twilight zostaje przemieniona w alicorna i staje się księżniczką.

I tu chciałabym się na chwilę zatrzymać. Księżniczką CZEGO? Już przełknę to, że tutaj "księżniczka" jest ślicznym zamiennikiem dla słowa "królowa", bo mamy księżniczki Celestię i Lunę, które władają całą Equestrią, mamy księżniczkę Cadance, która została władczynią Kryształowego Imperium, ale Twilight? Czego jest księżniczką? Elementów Harmonii? Serio tak niewiele potrzeba, by w Equestrii stać się księżniczką i dostać w bonusie róg i/lub skrzydła? Skoro tak, dlaczego Twilight wydaje się być pierwsza, którą spotkał taki zaszczyt? I dlaczego tylko klacze mają ten przywilej? Nigdy nie było w dziejach alicorna-ogiera? Starswirl Brodaty był za mało zajebisty, by zostać księżniczką? Tyle pytań bez odpowiedzi!

Odcinek kończy się powrotem Twilight do swojego domu. Przyjaciółki dziwią się, ale wszystkie są z niej dumne i szczęśliwe. Potem jest oficjalna... koronacja...? prezentacja...? Whatever, oficjalna oficjalność na cześć księżniczki Twilight w okropnej, różowej sukience. Koniec.

Ech... Już w odcinkach o Kryształowym Imperium niesamowicie wkurzało mnie to, jaką przerażającą Mary Sue była Twilight. Tutaj osiągnęło to po prostu apogeum. Popełnia błąd, ale naprawia go bez problemu, co nie przeszkadza jej przez chwilę popłakać nad swym straszliwym nieszczęściem (i oczywiście musi o tym ŚPIEWAĆ, arrrgh!). Dostaje tytuł szlachecki i, no kurde belans, ZMIENIA RASĘ, praktycznie bez powodu - po prostu bo "wykazała się cechami godnymi księżniczki". A najgorsze jest to, że pozostałe pięć kucyków jest zepchniętych totalnie na drugi plan. Na początku są tylko komiczną wstawką i pretekstem do tego, by Twilight mogła się wykazać - ich chwilowa zmiana przeznaczenia nie ma na nie najmniejszego wpływu, nie pamiętają, jakie były dawniej, a po wszystkim stwierdzają, że musiały mieć straszny sen. Na końcu zaś istnieją tylko po to, by się uśmiechać w tle i cieszyć z wielkości Twilight - co jest bardzo szlachetne i w ogóle, ale dla mnie to było bardzo smutne. Czemu tylko Twilight została nagrodzona? Jasne, jest główną bohaterką i uczennicą Celestii, ale czemu pozostałe mają być teraz tymi gorszymi, czemu mają być uczennicami Twilight i kłaniają jej się w pas? Nie mówię, że teraz wszystkie mają się stać alicornami, ale czemu są tak bardzo spychane na drugi plan?

Still better alicorn than Twilight.
Kiedyś po prostu nie lubiłam Twilight - za jej przemądrzałość i mentorski ton. W tej chwili jej zwyczajnie nie cierpię. Ale i tak z niecierpliwością czekam na kolejny sezon. Mam nadzieję, że nasza świeżo upieczona księżniczka przynajmniej pozostanie skromna i nieśmiała, i nie wyprze całkowicie pozostałych kucyków z serialu swoją nowo nabytą zajebistością.

czwartek, 14 lutego 2013

Commercials

To tylko reklama, przewijaj dalej.

W pierwszej kolejności pragnę zareklamować dziecko mojego zaczynającego blogować lubego, który będzie poprawiał błędy w nowej trylogii Star Wars (a ja będę poprawiać jego błędy ^^): http://swawatar.blogspot.com/

W drugiej - mojego bloga numer milion pincet sto dziewincet, który jest spełnieniem mojego marzenia z dzieciństwa o posiadaniu blogaska z opkiem. Opko ma zerową wartość literacką i stuprocentową sentymentalną. http://tajemnica-bandalady.blogspot.com

I na dziś to tyle.

PS ZAMORDOWAŁAM SESJĘ!

środa, 6 lutego 2013

Twórcze pisanie

Jak w tytule: twórcze pisanie. Taki kierunek na kulturoznawstwie na UŁ. Bodaj pierwszy w Polsce, wzorujący się na zagranicznym creative writing. Studia jak studia - z jednej strony czujesz, że robisz naprawdę to, co zawsze chciałeś robić, a z drugiej musisz co semestr wkuwać bez końca te same dyrdymały tych samych starych pryków, Desosjerów, Bałwanistów i innych Romanów w Ogrodzie. Ot, nie można mieć wszystkiego, ale jak już coś jest dobre, to jest NAPRAWDĘ dobre.

No więc co się robi na takim twórczym pisaniu? Przez pierwszy semestr z grubsza nic związanego z twórczym pisaniem, ale nie ma co się zrażać, bo od drugiego robi się ciekawie. Przykładowo: w tym semestrze na zajęciach z form narracyjnych (pozdrawiam Pana Poktora) skupialiśmy się na wykładach niejakiego Italo Calvino, a dokładniej na jego "Wykładach amerykańskich". Bazując na tychże wykładach, próbowaliśmy własnych sił w pisaniu w określonych przez niego stylach: szybkość, zwłoka, lekkość, ciężkość, przejrzystość, mglistość, dokładność, mętność, jednowymiarowość i wielorakość. Sprawa fajna dla kogoś, kto nie może znaleźć "swojego" stylu, w którym czułby się najlepiej, dla pozostałych - albo katorga, albo niezły ubaw.

Weźmy taką jednowymiarowość. Sprawa jest pozornie prosta: napisać coś z perspektywy innej niż ludzka: świat oczami kota, laptopa, bakterii and so on. Jednak jak już się człowiek ucieszy, że napisał fajne opko o piesku, nagle okazuje się, że nadal pisze o człowieku. Bo zapomina a to o tym, że pies ma węch tysiąckrotnie czulszy od ludzkiego i nie bierze tego pod uwagę w trakcie pisania, albo mówiąc głosem psa używa nazw, którymi posługują się ludzie, a to nie wczuje się zbytnio w rolę i skończy jak ja, któram napisała opowiadanie o ciężkim, dwuręcznym mieczu i na zajęciach doszliśmy do wniosku, że powinnam była napisać o rozentuzjazmowanym, piszczącym z uciechy sztyleciku do listów, i wtedy może by się to trzymało kupy. Trzeba pamiętać o wielu rzeczach i mieć sporą wyobraźnię, by napisać w tym stylu coś naprawdę dobrego i przemawiającego.

Jeszcze śmieszniej ma się sprawa z mętnością. Głównym założeniem jest stwierdzenie, że powiedzenie czegokolwiek o czymkolwiek jest absurdalne. Jako przykład mieliśmy podane "Czułe guziczki" Gertrude Stein. Kilka z tychże cytatów: „Każdy drobiazg jest zmianą, ale tylko wtedy, jeśli nic się nie zmarnowało w piwnicy”, „Niestety brudne tak, niestety brudny smak niestety brudny smak, niestety brudny ptak” oraz „Puszka zawierająca firankę ma trwałe sentymentalne zastosowanie”. Gdy próbowałam napisać coś w tym stylu, wpadłam w panikę. Toż to bełkot pijaka, a ja pić - nie piję, ćpać - nie ćpam, jakim cudem mam stworzyć coś TAK absurdalnego? W końcu, w akcie desperacji, uciekłam się do metody bliższej dokładności: wzięłam swoje opowiadanie z podstawówki i na chybił-trafił kopiowałam po kilka słów. Efekty można podziwiać poniżej.

Fantazja nieokiełznana
Zacznijmy od tego, że się nie ruszyło. A ty masz głośne chrapanie. Śliczna muzyczka z mojego tunelu – widać, że dwie pierwsze osoby szybko odpowiedziały, jakby moja ręka przywarła pod wodą. Zmieniło się bardzo dużo. Pamiętałam Damacona. Był trollem w pięknej komnacie, i to głupim w dodatku. Poszłyśmy więc do swoich czterech koni, a on powiedział nam, że przed nami z drzew zeskoczyły ciche szelesty. „To zbyt obrzydliwe” – stwierdziła Mania. Nie myślałam kompletnie o niczym. Na jakimś brnięciu przez płytką wodę, patrząc, czy mamy głowę, biegło za nami gęsiego tylko sześć katoblepasów. Przeszkody (w końcu ja im dałam umiejętności) zniknęły i zaczęłam krzyczeć. Nie zobaczymy ich, wchodzimy w portal. Powiedziałam ,,Credendo...” i zsiedliśmy z koni na podłodze wbudowaną w ścianę. „Nieźle to skombinowałem, co?” – zawołał i podbiegł otworzyć okno. Minęło jeszcze nam długo, było ciemno jak w grobie. Nie zabrali nam broni... Usłyszeliśmy nad moimi myślami około tysiąca pięciuset jeden chwili. Nikt już się nie odezwał.

A czymże jest dokładność? Tu sprawa jest mniej twórcza - trzeba napisać coś, kierując się pewnym określonym algorytmem. Można na przykład napisać tekst całkowicie pozbawiony jednej albo kilku liter. Można wybrać jakieś liczby i przy pisaniu używać opcji T9 w telefonie. Można zrobić tzw. kulę śniegową, w której każde kolejne słowo ma jedną literę więcej od poprzedniego. Jak w moim cudnej urody wierszyku, w którym każde słowo ma literę więcej, a co drugie jest rozwiniętą formą słowa poprzedniego (o Cthulhu, nie umiem tego matematycznie wytłumaczyć):

KRĘ
KRET
KRĘCI
KRETYN
KRECIKU
KRETYNIE

Jestę poetę.

A przed chwilą wysmrodziłam opowiadanie zaliczeniowe, które miało się składać z co najmniej dwóch stylów. Wybrałam zatem dokładność, szybkość (dynamika zdarzeń i coś tam jeszcze) i mglistość (tekst nie wiadomo o czym). Najpierw dwie godziny spędziłam na etapie dokładnościowym, potem stwierdziłam, że to koszmarne i nic z tym nie zrobię, a dziś przypomniało mi się, że rzuciłam to w cholerę parę tygodni temu, a sesja powoli się kończy. I tak powstało opowiadanie o tytule, który zapomniałam zmienić i którego wszystkie etapy powstawania wrzucę tu dla szeroko pojętej potomności. Matko, jakie to głupie jest.

ETAP 1


Wybrałam 9 książek fantasy (dlaczego 9: w numerologii jest liczbą magiczną, ostatnią i najwyższą, wielokrotnością trójki – liczby, która ma początek środek i koniec; jej słowa-klucze to: talent, ideał, otwartość, uniwersalność, rozmach, wolność) i ułożyłam je w kolejności alfabetycznej nazwiskami autorów. Są to:
1)      Piers Anthony „Zaklęcie dla Cameleon”
2)      Peter S. Beagle „Ostatni jednorożec”
3)      Marion Zimmer Bradley „Mgły Avalonu”
4)      Michael Ende „Niekończąca się historia”
5)      Anne McCaffrey „Biały smok”
6)      Patricia A. McKillip „Zapomniane bestie z Eldu”
7)      Phillip Pullman „Złoty kompas”
8)      Patrick Rothfuss „Imię wiatru”
9)      Andrzej Sapkowski „Krew elfów”

Biorę kości k4, k100 i k10. Odpowiadać one będą kolejno: setkom, dziesiątkom i jednostkom. Przykładowo: wylosowałam kolejno 3, 80 i 7, co oznacza, że pełna wylosowana przeze mnie liczba to 387. Jest to numer strony, na której będę otwierać każdą książkę w powyższej kolejności i przepisywać z niej pierwsze pełne zdanie na tej stronie. Losowanie odbywa się dziewięć razy. Maksymalna liczba, jaką mogę wylosować to 499. Jeśli dana książka ma mniej stron, biorę liczbę stron, jaką ma, odejmuję od wylosowanej liczby i korzystam ze strony, która wyjdzie w wyniku tego odejmowania. Na przykład: jeżeli wylosowałam 387, a dana książka ma 270 stron, wtedy 387-270=117 – jest to strona, z której przepiszę zdanie z tej książki w danym cyklu. Jeśli różnica nadal jest wyższa od liczby stron, odejmuję od tej różnicy jeszcze raz liczbę stron.

Cykl 1: 265

- Przecież...
Przecież kiedyś wymyślił, że w ogóle ma nie być hasła, i kazał strzelać do każdego kto odpowie.
Za sobą usłyszała przeraźliwy, świdrujący krzyk, aż skóra jej ścierpła.
Był to Fuchur, smok szczęścia.
Świadom, jak wiele szczęścia zawdzięcza obydwu jeźdźcom, Jaxom wyjąkał jakieś słowa podziękowania.
- Sybel... Smok... zranił człowieka... Chodź szybko...
Niedobry!
Jedyną rzeczą, jakiej mi brakowało, były odpowiednie dla szlachcica szaty.
Spacerujące po parku adeptki zerkały na nie ciekawie, szeptały, chichotały.

Cykl 2: 360

- Drążyle! – wyszeptał czarodziej, a Bink zawtórował mu, warcząc.
- Jesteś całkiem bystra jak na to, kim się stałaś – stwierdził – ale niemrawa jak na to, kim byłaś.
Usiadła i szybko zjadła trochę chleba i wypiła kubek wody ze Świętej Studni.
- A kto by to miał być?
- Nie widziałeś jeszcze wszystkiego, Robintonie – powiedziała Lessa i wzięła go za rękę.
Szukała Corena.
Nie odniosła żadnych obrażeń, brakowało jej jedynie tchu.
Następnego ranka obudziłem się wcześnie, umyłem się i zjadłem coś w Mesie.
- Rozumiem – skrzywiła się drwiąco Triss.

Cykl 3: 446

Bink zamyślił się przez chwilę.
Płatam psie i małpie figle, bo nie mogę dotrzeć do samej esencji, ale wiem, na czym polega różnica.
- A ten nasz biskup to nieuk.
- Ja na twoim miejscu – szepnął – sam bym zjechał do żupy Minroud i kopał na przodku.
- Jutro w Bendenie będziemy mieli Nici, ale jeżeli jest tak, jak mówisz...
Wiedziałem... wiedziałem, że chce mnie mieć przy sobie.
Ciało Rogera leżało nieruchomo w ramionach dziewczynki.
Manet zaczął od prostych rzeczy, zapoznając mnie z rudymentarnymi formułami w rodzaju tych, jakich wymaga utwardzone szkło czy chłodnice cieplne.
Tuż obok Ciri załomotały nagle kopyta, zachrapały konie – dwóch elfów, wywijając mieczami, spychało ku niej ciskającego się wściekle Yarpena.

Cykl 4: 114

- Zjesz coś? – zapytała troskliwie Iris, kiedy wrócił do niej.
- Przyszliśmy prosić króla Nędzora o audiencję – dodał.
Nie była pewna drogi.
Zapałka sparzyła mu palce, więc ją wyrzucił.
Wtedy Lessa odstawiła czarkę, rozlewając wino na kamienny stół.
Ale dzisiaj, jak sądzę, jest tylko jedna możliwa odpowiedź.
Po przeciwnej stronie znajdowało się wejście stacji kolejki podziemnej; po schodach wchodziło i schodziło jeszcze więcej osób.
- A więc sądzisz, że istnieje jedna pierwotna opowieść, której wszystkie są tylko odrostami? – zapytał Ben.
W życiu żadnego nieluda nie ukrzywdziłem, a spójrzcie, łeb wyszczerbiony krasnoludzkim kordem.

Cykl 5: 145

Ale w jaki sposób przekonać się, że ma rację?
Nowy wiersz miał mieć formę sekstyny.
Jeśli zgodnie z przepowiednią Viviany i Merlina Igriana urodziłaby syna Uthera, Najwyższego Króla Brytanii, pierwszy z nich służyłby drugiemu.
Potykając się dalej na nierównym bruku w oparach mgły, usłyszał we wspomnieniu jeszcze raz łagodny głos Uyulali.
- Wyrządzono zniewagę Weyrowi Benden i Ramoth, i Lessie – powiedział N’ton.
Nie sądziłem, że wyjdziesz za Corena.
Przez mniej więcej dziesięć lat wywiązywał się z tego zadania znakomicie.
Przyniosłem to wszystko do ognia, postawiłem obok Bena.
Znikli, ale Ciri nie poruszyła się, leżała przypłaszczona do ziemi pod jałowcem, starając się oddychać jak najciszej.

Cykl 6: 451

Rok służby – w zamian za całe życie z Sabriną.
Ale że mnie, właśnie mnie wzięła za podobnego sobie szarlatana, to było jej pierwsze i zgubne szaleństwo.
Słyszała jeszcze, jak Artur mówi.
Chciał znaleźć Wodę Życia i był pewien, że zdoła tego dokonać.
Kiedy weszli głębiej, trafili na kolejną parę drzwi: na lewo otwarte, na prawo zamknięte; te ostatnie prowadziły, Farandel był tego pewien, do tyłu, do otoczonego rurami końca wehikułu.
- Bądź dla siebie łagodna, moja biała.
W głąb tej otchłani dzikiej.
- Kilka godzin każdego wieczora.
Ciri odwróciła się, przycisnęła twarz do boku Geralta.

Cykl 7: 261

- Eliksir! – krzyknęła Fanchon.
Jestem starszy niż wyglądam, i wcale nie taki dobroduszny.
Wiele lat temu, tak wiele, że nie pamiętała już ile, ona także oddała swe dziewictwo Rogatemu Bogu, Wielkiemu Myśliwemu, bogu spiralnego tańca życia.
Skraj lasu znajdował się na wzniesieniu, roztaczał się stąd rozległy widok na duże, niemal fioletowe jezioro, otoczone ze wszystkich stron podobnie zalesionymi wzgórzami.
- One nie są z Weyru Południowego, jeżeli o to się martwisz – powiedziała Sharra.
Wielkie zwinięte cielsko tworzyło cień na tle bardziej mrocznego nieba.
Jednak aeronauta – który znał się na zmianach pogody tak dobrze jak żeglarze – podejrzewał, że nadchodzi mgła.
Wziąłem pióro do ręki i napisałem.
Domyślasz się, co jest powodem.

Cykl 8: 340

- Jednak bez wątpienia stworzenia żyjące w Xancie mają przyziemskich protoplastów.
- Szukasz jednorożców – powiedziała.
I byłaś żoną człowieka, którego bardzo kochałaś.
- Dziękuję, dziękuję za wszystko!
- To powinno być takie oczywiste, N’tonie.
- Powiedziałam ci, że nie chcę z nią rozmawiać, dopóki nie skończysz!
- Albo... albo mu pomóc w ucieczce.
- Kategorie sympatii nie są wcale takie łatwe do przyswojenia.
Ściany wąwozu wznosiły się pionowo, zdawały się stykać wysoko w górze, przedzielone wąską kreską nieba.

Cykl 9: 161

Na szczęście siodło było mocno przymocowane, a głowa potwora znajdowała się pod wodą, tak samo jak Binka, a więc on również wstrzymywał oddech.
W rozpierzchłej poświacie promiennego robactwa włosy Lady Amaltei świeciły jak kwiat paproci.
Ja przyjmę mego pana w naszej komnacie.
Był to diabelski krąg, z którego nie sposób się wyrwać.
- Czy ona pozwoli mi Naznaczyć, panie?
Chcę wojny między Sirle i Drede’em; chcę, żeby Drede był bezsilny.
Przez kilka następnych dni Lyra obmyśliła tuzin planów i niecierpliwie je odrzuciła.
W wyrazie twarzy Popioła pojawił się sprzeciw.
Na wszelki wypadek.




ETAP 2


Po upewnieniu się, że nie umarłam z nudów, czytam powstały tekst i układam na jego podstawie fabułę, podmieniając pojawiających się bohaterów własnymi. Pisząc, kieruję się zasadami szybkości i mglistości.

OPOWIADANIE WŁAŚCIWE

Bardzo fajny tytuł

Arawis w osłupieniu patrzył na rozgrywającą się przed nim scenę. Przecież miało nie być hasła, tak? Dzieciak miał zabić każdego, kto spróbuje wejść, przyjaciela czy wroga, tak? Więc dlaczego przepuścił tę dziewczynę, ze sztyletem na udzie i łukiem w dłoni, wyglądającą zdecydowanie jak ktoś, kto jest w stanie walczyć?
Wtem usłyszał czyjś wysoki wrzask i głośny łopot. Smoki... więc może jednak uda się naprawić błąd Dzieciaka. Kiedyś będzie musiał im za to podziękować.
Wyjrzał zza drzewa, lecz zamiast dziewczyny, na ziemi leżał krwawiący obficie Dzieciak.
Nie! Jak to możliwe?! Widok smoka uchodził za zwiastun szczęścia, a tego na pewno nie mógł zaliczyć do szczęśliwego przypadku. Dlaczego smoki zraniły człowieka? Był pakt...
Cichy chichot za plecami Arawisa kazał mu się natychmiast odwrócić. Dziewczyna celowała w niego z łuku krótkiego, lecz o sporym naciągu – wywnioskował to z drżenia jej ręki próbującej utrzymać naciągniętą cięciwę. Gdy ujrzał z bliska jej twarz, od razu zrozumiał.
- Pół-smoczyca! – wysyczał.
- Tessa, jeśli łaska – poprawiła. – Jesteś całkiem bystry jak na człowieka.
Odłożyła łuk, schowała strzałę do kołczanu i wyjęła z torby piętkę chleba i zdobioną manierkę. Arawis łypał na nią podejrzliwie.
- Kim był Dzieciak, że kazałaś smokom go zabić?
- A kim miał niby być? Trzeba być kimś wyjątkowym, by ktoś zechciał cię zabić? – odparła filozoficznie między kęsem a łykiem. Ona sama nie miała na ciele ani zadrapania, jedynie dyszała lekko.
- Tia... – mruknął i skrzywił się. Tessa skończyła jeść i ruszyła z powrotem w stronę polany; Arawis podążył za nią.
- Jeśli koniecznie chcesz znaleźć jakiś powód – powiedziała – to niech będzie, że spłatałam mu psikusa. Jutro tu nie będzie bezpiecznie. Zrobisz lepiej, jeśli nie będziesz wchodzić mi w drogę.
Uklękła przy zakrwawionym ciele Dzieciaka i wzięła je w ramiona, kołysząc jak matka swoje dziecko do snu. Przez chwilę myślał, że to prosty gest współczucia, lecz nagle ciało zbladło i dziewczyna wchłonęła je. Gdy wstała, była zauważalnie wyższa. Arawis zatoczył się z przestrachu i obrzydzenia. Tessa spojrzała na niego.
- Oj, wybacz. Nie zapytałam, czy też nie chciałbyś czegoś zjeść.
Podała mu odkorkowaną manierkę, z której pachniało winem, lecz odtrącił ją ze złością, rozlewając część napitku. Zmarszczyła brwi.
- Sądzisz, że znasz jedyne słuszne metody postępowania, lecz nie wiesz, że twoje myśli są jedynie małym odgałęzieniem na wielkim drzewie moralności.
- Nie pouczaj mnie, smoczy pomiocie.
Zszedł schodami w podziemia, minąwszy czaszkę z krasnoludzkim mieczem wbitym w oczodół. Tessa podążyła za nim.
- Jeśli chcesz mnie przekonać do swojej racji, to zrezygnuj – warknął przez ramię.
- Złagodź język, człowieku. Nie dbam o twoje zdanie.
- To czemu za mną idziesz?
- Szukam Wody Życia.
Zatrzymał się i spojrzał w jej gadzie oczy, lśniące w mroku.
- W głębinach ludzkiego miasta jej nie ma. Nasza sytuacja nie byłaby tak dramatyczna, gdybyśmy ją znaleźli. To, na co się porywasz, to jak szukanie jednorożców na bagnach demonów.
Tessa spuściła wzrok. Padła na kolana i przycisnęła twarz do boku mężczyzny. Szarpnął się i próbował jej wyrwać, ale pół-smoczyca była bardzo silna.
- Ty ją masz! – krzyknęła, spojrzawszy na niego, ale nie puściwszy.
- Co?
- Żywa Woda jest w tobie – rzekła, z nabożną czcią patrząc na okolice jego pępka; poczuł się jeszcze bardziej nieswojo niż przed chwilą. – To takie oczywiste. Nikt by nie szukał jej źródła w człowieku. Ale ona tu jest. – Znów spojrzała mu w oczy. – W tobie.
- Więc musisz pomóc mi uciec. Zabiją mnie, by ją zdobyć, jeśli się dowiedzą.
Jej ciało skurczyło się i pokryło zielonkawymi łuskami, ręce zmieniły w wielkie, błoniaste skrzydła, a spodnie popruły się z trzaskiem, gdy wystrzelił z nich długi, biczowaty ogon. Chwyciła jego ramiona w szpony i wraz z nim wyleciała z tunelu. Jej ludzko-smocze ciało wyróżniało się na tle księżyca. Arawis wstrzymał oddech, starając się nie patrzeć w dół.
- Dziękuję ci – zadudnił gdzieś nad nim zmieniony głos Tessy. – Za wszystko.
Spojrzał w górę. Zniszczone przez przemianę ubrania zsuwały się z jej ciała. Łuskowate piersi kołysały się w locie, a śnieżnobiałe włosy łopotały głośniej niż skrzydła.
- Dokąd mnie zabierasz? – spytał, próbując przekrzyczeć wiatr.
- Na audiencję do mej królowej.
Porzucił nadzieję na wyrwanie się ze szponów klanu pół-smoków. Mimo to postanowił, że nie odda się ich królowej bez sprzeciwu.
Tak... na wszelki wypadek.


wtorek, 5 lutego 2013

Coś tam

Zmieniłam sobie szablonik, bo tamten od początku wydawał mi się brzydki, ale nie chciało mi się z nim dłużej męczyć, więc został. Ale dziś, z okazji chorych nerek i przeraźliwych nudów, postanowiłam go ogarnąć. No i nie powiem, efekt mi się całkiem podoba. Najbardziej dumna jestem z tego barokowego tła - znalazłam na googlach, zmieniłam kolor, ale okazało się, że symetrii nie ma w nim za grosz i musiałam sama próbować to dopasować, łobosz.

Żeby nie było za nudno: ostatnio miałam bardzo fajny sen o czarnoksiężniku, któremu demon namotał z magicznym talentem i od razu zaczęłam realizować ten pomysł w formie opowiadania. Ale w miarę pisania, gdzieś tak na szóstej stronie, zdałam sobie sprawę, że nie jest to materiał na nic ambitnego, więc potraktuję to jako wprawkę do publikacji na blogasku. Może kiedyś, jak będzie mi się chciało i będę już sławna, x) zamienię to w jakiś konkretniejszy zbiór opowiadań. Za parę dni wrzucę coś konkretniejszego w tym temacie (i wymyślę temu cholerstwu tytuł...), a póki co - szalenie dramatyczny wstęp.


Kiedyś mój uczeń, Jayce, podczas eksperymentowania z magią, przypadkiem uwolnił odrobinę energii na wolność. Niespętana żadnymi słowami magia wybuchła mu w twarz. Przez tydzień próbowałem przywołać z powrotem jego głowę, która odłączyła się od ciała i zaginęła gdzieś w Świetlistej Próżni, no i prócz tego jeszcze musiałem opiekować się jego bezgłowym ciałem, co było gorsze od prób nauczenia zombie savoir-vivre’u. W końcu udało mi się odnaleźć i sprowadzić ten jego zakuty łeb – wrócił ozdobiony lśniącymi, czerwonymi łuskami, które Jayce nosi do dziś, jako symbol swej bezbrzeżnej głupoty.
Niewiarygodne? Nie tak, jak to, co przydarzyło się mnie.
Nazywam się Coridall Velor. I mam przerąbane.

No i teraz się skopiowały akapity z Worda, a jak wklejałam Tyrcia, to nie. Foch. 

Jeszcze małe postscriptum: jeśli ktoś jest zainteresowany, jakiś czas temu założyłam sobie tumblra, żeby mieć gdzie składować najpiękniejsze okładki książek fantasy, na które się natknę. Link tutaj.