sobota, 9 marca 2013

Giddy up!

Uwielbiam gry komputerowe. Z uciechy się niemal posikałam w klasie maturalnej, kiedy jako jeden z tematów do wyboru na maturę ustną z polskiego była "Moralność w grach komputerowych" i później na studiach kulturoznawczych, gdzie miałam okazję już być na dwóch przedmiotach dodatkowych na temat gier. A jednak nie jestem tak zwanym hardkorowym graczem, zwłaszcza w ostatnich latach, bo takiego Wiedźmina pierwszej części do tej pory nie przeszłam, a tu już trójka wychodzi... Cóż, mam mechanizm zafiksowywania się na jednym tytule przez dłuuugi okres czasu. Tak było z Heroes of Might and Magic III i IV, Morrowindem, Oblivionem, Falloutem 3 i Dragon Agem (jeżu w borze, dlaczego dopuścili do tego, by druga część była taka wujowa...). A jak mi się to chwilowo znudzi, to mam ochotę pograć w coś lekkiego, niewymagającego i uroczego. Takie właśnie są uwielbiane przeze mnie... gry o konikach. ^^

Niestety, choć jest ich sporo, to nie można znaleźć na ich temat zbyt wielu dobrych recenzji i w związku z tym ciężko wybrać taką grę, która nie okazałaby się małym koszmarkiem. Dlatego zrobię krótki spis końskich gier, w które do tej pory grałam, wraz z krótkimi recenzjami i moją opinią. Ot, może komuś się przyda. Wybaczcie brak screenów własnych, ale nie mam w tej chwili wszystkich tych gier na dysku. Kolejność, jak zwykle, przypadkowa. Wszystkie gry testowałam na PC, nawet jeśli przytoczona okładka sugeruje coś innego.

1. Bella Sara

Pierwsza gra na PC na podstawie marki, która od roku istnieje także w Polsce (ale już nie wypuszczają kart kolekcjonerskich... :C). Jedna z niewielu gier o koniach, które zawierają w sobie elementy fantastyczne w dominującej ilości. Rzecz dzieje się w znanej miłośniczkom Bella Sara krainie - Najdalszej Północy. Tworzymy sobie strasznie brzydką postać i zaczynamy całkiem przyjemne życie w stadninie sympatycznej staruszki imieniem Freya. Nasz pierwszy koń to izabelowaty Excelsior, później możemy odblokować ognistą Fionę, obwieszoną perłami Jewel, władcę burz Thundera oraz boginię koni we własnej osobie (?) - Bellę. W trakcie gry otrzymujemy dużo bliźniaczo podobnych zadań: po kilka razy zbieramy jabłka w sadzie, muszelki na plaży, grzybki w lesie, gonimy kapelusz, papugę, elfa i od czasu do czasu bierzemy udział w biegu z przeszkodami celem zdobycia trofeów. Prócz tego zbieramy podkowy, które są walutą w grze oraz kolekcjonujemy karty z magicznymi końmi, które później możemy obejrzeć w naszym domku.

Grafika, delikatnie mówiąc, nie zachwyca - no cóż, gra nowa nie jest - ale jak już przywykniemy do ogólnej kanciastości i jaskrawych kolorków, możemy czerpać sporo przyjemności z biegania po magicznym świecie i zbierania kart (obrazki na tychże pochodzą z pierwszych serii, więc w większości są brzydkie, ale jeśli ma się cierpliwość, wystarczy wejść w odpowiedni folder i pobawić się w podmienianie brzydkich obrazków na ładniejsze). A biegać można, jak wspomniałam wyżej, po trzech lokacjach: sadzie, który jest ogromny, mało ciekawy i łatwo się w nim zgubić, plaży, gdzie można galopować PO CHĘDOŻONEJ TĘCZY oraz po lesie - moim ulubionym miejscu, bo nieco mrocznym i tajemniczym. Element opieki nad koniem też jest zapewniony: szybki i mało upierdliwy, co liczę na plus, bo w niektórych grach można z tym cholery dostać.

Kiedy grałam w to pierwszy raz, wprost nie mogłam się oderwać, mimo tej powtarzalności zadań. Uwielbiam zbieranie kart i chyba dzięki temu Bella Sara nieprędko mi się znudzi. Jednak aby nie było za słodko, jest jeden element, który irytuje tak niewiarygodnie, że aż musiałam zrobić sobie moda, który by to naprawił. Otóż za każdym koniem ciągnie się coś, do czego bardzo pasuje słowo smrodek. Ów ciągnący się za koniem smrodek to pełno błyszczących gwiazdeczek i świecidełek, które chyba tryskają mu wprost spod ogona i w trakcie przejażdżek sprawiają wrażenie, jakby pryskały ci prosto w twarz. Mało przyjemne uczucie.

Sterowanie koniem też potrafi być irytujące. Nie można obracać widoku kamery, co mnie denerwuje, bo chciałabym móc się rozglądać albo popatrzeć z boku, jak epicko wyglądam, ujeżdżając karego rumaka z błyskawicą na tyłku. Czasem zdarza się, że koń wjedzie na jakąś górkę niemal pionowo do góry, ale wyhamuje z impetem, gdy wpadnie na jakiś niewidzialny listek. To drugie potrafi dać się we znaki, bo kiedy koń zatrzyma się przed przeszkodą, automatycznie robi kilka kroków do tyłu i można stracić sporo czasu na przywrócenie go na właściwy tor, co jest nie bez znaczenia, gdy wszystkie zadania mają limit czasu.

Plusy:
+ wciąga
+ kolekcjonowanie kart
+ karmienie i czyszczenie konia nie zajmuje pół godziny
+ można galopować po tęczy!
Minusy:
- błyszczący smrodek
- brzydka, jaskrawa grafika
- wtórność zadań
- wadliwe momentami sterowanie

A oto i smrodek w całej swej chwale. Na szczęście można się go pozbyć: wystarczy znaleźć odpowiednie pliki png, w fotoszopie całkowicie je wygumkować i zastąpić oryginalne pliki.
Bella Sara to z pewnością jedyna gra, w której konie mogą bez obaw popylać po tęczach, gigantycznym posągach oraz drewnianych mostkach zawieszonych na drzewach.

2. Horse life 2


To druga z końskich gier, w które grałam, a wybrałam ją, bo miała najładniejszą grafikę. I to prawda: grafika jest bardzo ładna, a modele koni wprost przepiękne. To samo się tyczy animacji: oglądanie pokazów dresażowych w wykonaniu jednorożca to moja ulubiona część tej gry. A tak: w jednym z zadań można odnaleźć jednorożca, który od tej pory stanie się jednym z naszych rumaków, obok naszego konia startowego, zebry i kilku koni, które po wypełnianiu zadań chyba po prostu kradliśmy do swojej stajni. I jednorożec jest PIĘKNY! *_*

Gra oferuje kilka typów rozrywki: przejażdżkę w terenie zwykle połączoną z jakimś minizadaniem (zrób zdjęcie, znajdź zbiegłe źrebaki), trening i zawody w skokach, dresażu lub cross-country oraz opiekę nad koniem. Która jest istnym bólem w dupie. Czyszczenie konia najpierw z jednej, potem z drugiej strony, które czasem nie może się skończyć, bo nie można długo trafić na jedno maciupkie miejsce, którego jeszcze nie smagnęliśmy szczotką to jedno. Ale zamiatanie boksu to KOSZMAR, który zawsze odwlekałam najdłużej, jak się da (tzn. dopóki ten upierdliwy dziad, który się z nami wita każdego dnia, nie powiedział, że czas posprzątać boksy). Najpierw trzeba usunąć wszystkie kupki gówna, co jest czasem niewykonalne, zwłaszcza w stajni na dzikim zachodzie, gdzie 1/4 podłoża zasłaniają drzwi boksu i jeśli trafi się, że gówienko leży właśnie tam, to STRASZNIE ciężko je kliknąć, by móc przejść do drugiego etapu: wykładania czystego siana. O matko, jak ja tego nienawidziłam.

W przeciwieństwie do Belli Sary, w Horse Life 2 istnieje fabuła. Gracz jest nowicjuszem, który trafia do stadniny wujka czy kogoś takiego, uczy się do zawodów, ma kompletnie nieistotnych przyjaciół i zueee rywalki, które ciągle z nas szydzą, po czym chcą być naszymi przyjaciółkami natychmiast po tym, jak zdobywamy najwyższe odznaczenia. Trójwymiarowych ludzi w tej grze nie uświadczymy: wszyscy bohaterowie są narysowani i wyskakują wraz z okienkiem dialogowym. W żadnym momencie nie kierujemy też swoją postacią, nie siedząc na koniu. Jesteśmy do niego przyspawani na śmierć i życie i schodzimy tylko wtedy, gdy trzeba upierdliwca wyczyścić lub by wypuścić go na popas, gdzie możemy mu pozawracać głowę, wołając go do płota, głaszcząc i dając smakołyki. Dodatkowo w grze występują pory dnia, bardziej jako przyjemny akcent graficzny (zmiany oświetlenia) niż cokolwiek innego, dodatkowo czasem irytujący, bo nigdy nie da się w ciągu jednego dnia zrobić wszystkiego, co byśmy chcieli. A jak postanowimy poczynić wszystkie porządki w stajni od A do Z, to nagle się okazuje, że nie mamy już czasu na nic i pora spać.

Tu również nie można obracać kamery, a jest to o tyle bardziej irytujące niż w przypadku Belli Sary, że na jadącego konia mamy widok tak jakoś dziwnie od dołu, tak że gdyby konie byłyby tu stuprocentowo poprawne anatomicznie, mielibyśmy okazję dokładnie sobie obejrzeć ich genitalia. Nie wspominając o kiepskiej widoczności tego, co przed nami, co utrudnia jeszcze jedna rzecz: przy ostrym skręcaniu kamera automatycznie zmienia kąt widzenia na przeciwległy bok konia, ale nie zawsze to zaskakuje i po prostu nie widzimy, co znajduje się za zakrętem. A tu bum - przeszkoda, i już za późno, by wykonać poprawny skok.

Plusy:
+ grafika
+ animacje koni
+ piękne lokacje
Minusy:
- szybko się nudzi
- SPRZĄTANIE BOKSÓW
- nieprzyjemna praca kamery

To nasze centrum dowodzenia. Stąd możemy iść na zakupy, trening, zawody, na padok, do stajni oraz na wycieczkę w teren.

Na brak ładnych widoczków nie ma co narzekać. Z tej perspektywy koń w cwale wygląda śmiesznie, jakby kicał.

3. Let's ride! Friends forever / Konie i kucyki: najlepsi przyjaciele

Heh, lubię te sprytne okładki z ładnymi zdjęciami koni, które nie pokazują, jak brzydka jest właściwa gra. Ta z początku zachwyciła mnie tym, jak duży nacisk położono na realizm. Potem jednak szybko mnie zdenerwowała i przekonałam się, że jeśli ktoś pragnie realistycznych przeżyć z udziałem koni, to niech przejedzie się do prawdziwej stadniny...

Gra zaczyna się od narodzin naszego wymarzonego źrebaka, który jednak dorasta bardzo szybko i niezauważalnie - gra nawet nie informuje nas o tym, że źrebak urósł, ot: raz na niego patrzymy i jest mały, odwracamy się na chwilę, a tu puf! wielkie konisko w boksie. Doskonałą większość gry spędzimy tu na opiece nad koniem z wykorzystaniem naprawdę mnóstwa środków. Mamy kilkanaście rodzajów pasz, smakołyków, przyborów do czyszczenia i lekarstw. Niestety, zdarza się, że nasz wierny rumak przymiera głodem mimo żłobu pełnego siana i zajmuje mu sporo czasu, by zdać sobie sprawę, że tam z tyłu jest jedzenie.

Była mowa o lekarstwach - oj, z początku będziemy częstymi gośćmi w aptece, więc nie wydawajcie od razu wszystkich pieniędzy na kokardki, bo zarabia się tu ciężko. Najczęstszymi powodami wizyt w aptece będą urazy mechaniczne. Otóż - podobnie jak w rzeczywistości - gdy chcemy pojeździć na naszym czterokopytnym przyjacielu, nie możemy jak w innych grach tego typu beztrosko przejść do galopu i przemierzyć tak cały świat, bo od tego koń natychmiast nam okuleje i będzie wymagał ciepłych okładów. Jak tego uniknąć? Zaczynając każdą jazdę od rozgrzewki... długiej... powolnej... nudnej jak jasna pelargonia. Raz chciałam sprawdzić, jak długo należy jechać stępem, by nie narazić konia na uraz (samouczek tego nie wyjaśnia). Zajęło mi to gdzieś tak dziesięć minut. Dziesięć minut poruszania się tempem żółwia biegnącego do skorupy na nowy odcinek "Klanu". Być może nie brzmi to tragicznie, ale wyobraźcie sobie za każdym razem tracić te 10 minut na potwornie nudną rozgrzewkę. Od razu odechciewa się jeździć.

Inny częsty uraz to otarcie o przeszkodę, gdy pokonamy ją w niewłaściwy sposób i koń zaryje piersią o pień czy belkę. Mnie udało się bez urazów przeskoczyć tylko raz... Nie rozumiem: skoro tak łatwo tutaj o tragedię, dlaczego w grze nie istnieje jakiś tutorial, który od podstaw pokazałby nam, jak działa gra? Jedyne, co mamy, to encyklopedia, w której możemy szukać odpowiedzi, jak nasz koń już złamie nogę.

Rzeczą, która przepełniła czarę goryczy i po której od razu odinstalowałam grę, była przejażdżka w terenie. Jak już udało mi się rozpędzić konia do galopu i nie zabić go przy tym, trafiłam na zerwany most. Gra poinformowała mnie, że można dostać się na drugą stronę przez góry. Objechałam caluteńki teren dwa razy i nie znalazłam żadnego innego przejścia ani sposobu na naprawienie mostu. Podziękowałam raz na zawsze.

Plusy:
+ realistyczna
+ człowiek ma ochotę wyłączyć komputer i poobcować z prawdziwą przyrodą
Minusy:
- gówniany samouczek
- potwornie nudne przejażdżki
- na dobrą sprawę całość jest potwornie nudna

Nacieszcie się widokiem źrebaka, póki możecie.
Wygląd i animacje koni są... dziwne.

4. Let's ride! Silver Buckle Stables

Uwaga: gra o tytule Konie i kucyki: Akademia jazdy konnej to nie jest to samo, co seria Let's ride. Właściwie to nie wiem, która gra wyszła jako pierwsza: grafika sugerowałaby, że Silver Buckle Stables była pierwsza, ale na różnych stronach znajduję przeróżne daty premiery obu gier, więc chędożyć.

A więc zaczynamy naszą wielką westernową przygodę od stworzenia postaci: chłopaka lub dziewczyny, i nie wiadomo, która szkaradniejsza. Mamy dość sporo narzędzi jak na taką grę i modyfikujemy rysy twarzy, kształt i kolor oczu etc., ale z drugiej strony fryzury dla dziewczyn są ino dwie: niski kucyk i wysoki kucyk. Hm. Potem możemy przejść samouczek lub od razu rzucić się w wir przygody. Samouczek bardzo dokładnie i łopatologicznie tłumaczy wszelkie aspekty gry, ale nie wyjaśnia, czemu spragniony koń stoi przed wiadrem pełnym wody i się nań gapi jak cielę w malowane wrota, zamiast po prostu się napić. Dlaczego to ma znaczenie? Bo im bardziej głodny/spragniony/brudny koń, tym wolniej kopytkuje. Ja rozumiem, że realizm i w ogóle, ale jak w coś gram, to chcę widzieć niczym w simsach, jak mój współczynnik rozrywki sukcesywnie rośnie, a nie stoi w miejscu, skonfundowany.

Grafika jest dość toporna, ale kolorowa i nie aż tak nieprzyjemna dla oka. Jednak tym, co sprawiło, że wywaliłam tę grę w cholerę jakieś półtorej godziny po zainstalowaniu, było sterowanie. Jest KOSZMARNE. Lekko naciśniesz strzałkę w lewo, a koń robi piruet w miejscu i nici z okrążenia słupka w zawodach - przegrałeś. Kamera przy tym nieprzyjemnie skacze, a dźwięk jest strasznie dziwny. Zamiast odgłosu kopyt uderzających o ziemię, słychać coś, co brzmi jak szczur biegający po metalowej kratce. Serio, sześć szuflad różnych smakołyków dla konia nie sprawi, że ma się ochotę grać w coś tak frustrującego swoją klawiszologią.

Istnieją zawody, ale z tym sterowaniem nie miałam siły męczyć się z więcej niż dwoma. Udało mi się wygrać dwie wstęgi, a w porozrzucanych po mapie eventach takie wspaniałe nagrody jak minifontanna, kwiatek w doniczce i ogromna koniczyna. Nie mam wiele więcej do powiedzenia. Obcowanie z tą grą to nie była żadna przyjemność.

Plusy:
+ hm...
Minusy:
- koszmarna grafika
- koszmarne sterowanie
- koszmarny dźwięk

Tak, ten znudzony zombie w rozpikselowanej koszuli to nasza postać.
Hurra! Przejechałam cały tor i ani razu nie zabluźniłam!

5. Stajnia marzeń: Wiosenna przygoda, Letnie zawody, Jesienny galop, Zimowy rajd

Każdy z tych tytułów to osobna gra, ale nie ma sensu omawiać ich z osobna, bo różnią tylko lokalizacjami i czasem rodzajem zawodów, w których można brać udział. Zaczęłam od Zimowego rajdu, bo akurat był grudzień i chciałam pograć w coś odrobinę świątecznego. W pierwszej chwili grafika może odrzucać: jest raczej nieładna, trochę komiksowa, ale szybko przestaje się zwracać na to uwagę, a nawet zaczyna się podobać. Lubię tę serię, bo bardzo blisko jej do RPG. Mamy swoją bohaterkę, która na początku każdej gry trafia do innej stadniny wraz ze swoim koniem. I od tej pory panuje pełna swoboda: można pracować w różnych stadninach, by zarobić na ubrania, ekwipunek i jedzenie dla konia lub na całkiem nowego, wspaniałego rumaka. Zarówno bohaterka jak i koń mogą levelować i zdobywać różne umiejętności. Można bez przeszkód galopować po całym dostępnym fragmencie świata, w dzień czy w noc. Można przyjmować przeróżne questy od napotykanych osób, by zdobyć trochę doświadczenia, pieniędzy czy sympatii. Można wreszcie brać udział w zawodach i zdobywać brązowe, srebrne i złote odznaki.

Sterowanie jest przyjemne i swobodne kopytkowanie po świecie sprawia sporo frajdy. Zaś zawody potrafią często nastręczyć wiele trudności - ło matko, najwyższy poziom zawodów w skokach przechodziłam chyba z pół dnia, ale za to jaka była satysfakcja, kiedy w końcu mi się udało... Szkoda, że za wygrane w zawodach nie zarabia się pieniędzy - czyszczenie boksów, koni, karmienie i pojenie ich zajmuje dość sporo czasu, a powtarzanie tego wszystkiego raz po raz, by zarobić dziesięć tysięcy na wymarzonego, doskonałego konia potrafi się zrobić naprawdę nużące.

W żadnej z gier nie było zbyt wielkich zgrzytów poza Letnimi Zawodami. Tam system questów jest totalnie zabugowany. Może się udać przejść całą grę bez problemów, ale może się zdarzyć nawet kilka sytuacji (jak mnie), w których ma się w dzienniku informację o niewykonanym zadaniu, które już zostało wykonane, ale rozmowa z questodawcą nic nie daje i lipa - nic nie da się zrobić, a jeśli w międzyczasie zapisało się grę, to już po ptokach. Nie da się przejść. Trzeba zacząć od początku i się bardzo pilnować, by nie zapisać gry z takim zabugowanym zadaniem. Nie miałam na to cierpliwości.

Plusy:
+ prawie jak RPG
+ dużo koni do wyboru
+ ładne i rozległe lokacje
+ wciąga
Minusy:
- grafika
- momentami nużąca
- zabugowane Letnie Zawody

Momentami grafika nie dość, że nie przeszkadza, to jeszcze cieszy oko.
Jeśli chcesz zarobić na lepszego rumaka, to spędzisz w takim miejscu bardzo dużo czasu...

6. Planet Horse

To kolejna gra, przy której spędziłam sporo czasu, a to dzięki jej prostocie. Jest nieduża i darmowa, ale żeby płynnie chodziła, czasem trzeba poeksperymentować z ustawieniami grafiki. A ta jest całkiem ładna: modele koni są żywcem wyjęte z Horse Life 2 i tu dla odmiany od początku możemy sobie wybrać jednorożca jako pierwszego konia - później możemy kupić jeszcze dwa.

Koniem sterujemy za pomocą myszki, co w sumie sprawdza się całkiem dobrze. Ruch jest płynny i miły dla oka. Galopujemy po dwóch lokacjach: europejskich łąkach i amerykańskich kanionach rodem z filmów westernowych. Jedna i druga są bardzo ładne, choć osobiście wolę europejską, bo znajdujące się w niej ruiny przywodzą na myśl baśniowe klimaty. Otrzymujemy różne zadania, przeważnie polegające na zbieraniu znajdziek porozrzucanych tak, że za każdym razem wędrujemy w inną część lokacji, czasem wyścigi, zawody w skokach i cross country. Przy zbieraniu znajdziek i wyścigach musimy kontrolować ilość energii, jaka pozostała naszemu rumakowi i podnosić ją przy pomocy znalezionych na drodze marchewek. Ale nawet mając maksymalnie wyszkolonego konia i znajdując wszystkie marchewki, jakie tylko można znaleźć, nie udaje mi się wygrać ostatniego wyścigu w Ameryce - koń mi siada po prostu kilka metrów przed metą. Jak to jest możliwe?! No jak?!

Plusy:
+ grafika
+ jednorożec <3
+ szybka i nieuciążliwa opieka nad koniem
+ ogólnie przyjemna w odbiorze
Minusy:
- niekiedy trzeba powtarzać zadanie po kilka razy
- niekiedy nie da się przejść zadania...

Mając takiego wierzchowca aż chce się grać.
Statystyki dla swoich koni należy wybrać rozsądnie: dobrze mieć po jednym specjalizującym się w jednej dziedzinie.

7. Secret of the Magic Crystals

Moja reakcja na tę okładkę była mniej więcej taka: ojaaaa, ale zarąbista gra, muszę ją mieć! Ze zdobyciem nie było problemu - to kolejna darmówka - i już po chwili rzuciłam się do hodowania magicznych koni, bo na hodowli skupia się rozgrywka. I moje rozczarowanie powoli rosło...

Z umiarkowanie ciekawego intro dowiadujemy się od strasznie brzydkiej dziewczynki lub jeszcze brzydszego chłopca, o co chodzi z magicznymi kryształami i przechodzimy do widoku naszej stadniny. Z początku wygląda dość biednie, ale jak zarobimy trochę kasy, możemy każdy budynek ulepszyć, co zapewni nam dodatkowe bonusy. Hodowlę magicznych koni zaczynamy od izabelowatego jednorożca nieokreślonej płci. Trenujemy go, wysyłamy na zawody, wypełniamy zadania... I wierzcie lub nie, ale wszystkie te czynności są tak nudne, jak sprzątanie boksów w Horse Life 2. W żadnym momencie nie jeździmy na koniu. Treningi polegają na tym, że koń idzie z lewa na prawo i od czasu do czasu naciskamy coś, by skoczył, zwolnił, przyspieszył. Zaś zadania i zawody to jakaś parodia: wybieramy co chcemy, koń wychodzi z kadru... i czekamy jakieś 45 sekund, aż wróci. Uhm... nudy! W czasie nieobecności konia możemy wyjść i porobić coś innego, ale co można zrobić przez niecałą minutę? Już lepiej poczekać i popatrzeć, jak zegar tyka...

Kiedy zarobimy odpowiednio dużo kasy, możemy kupić drugiego konia. I tego systemu trochę nie rozumiem. W sklepiku nie ma podglądu kupowanych koni, a jedynie niewiele mówiące opisy: że ten koń jest potomkiem wielkich rumaków, że ten pochodzi z wysokich gór etc., ale jak kupiłam dwa razy konia o identycznym opisie, raz nabyłam kolejnego jednorożca, a raz jakiegoś chudego, eterycznego konia z piekieł. Rozmnażanie zaś rozwiązane jest w dość irytujący sposób: nasze konie nie mają określonej płci, więc można je krzyżować bez przeszkód, ale z drugiej strony każdego konia można bzyknąć tylko raz. No bessęsu. A jak z krzyżówki jednorożca i tego piekielnego wyszedł mi KOLEJNY jednorożec, to się grzecznie z grą pożegnałam. Trening każdego konia na maksimum trwa strasznie długo i jest tak nudny, że można usnąć. Ale jeśli ktoś jest uparty i pragnie wyhodować wszystkie pięć dostępnych magicznych ras - niech próbuje, czemu nie, nic to nie kosztuje.

Plusy:
+ śliczna grafika
+ pięć różnych magicznych ras do odkrycia
+ zmieniające się pory roku i pogoda
Minusy:
- nudna jak diabli
Jedna z niewielu końskich gier, która może się pochwalić tak piękną grafiką. A to darmówka!
Myślisz sobie: łaaał, ale zarąbiste konie, ta gra nigdy mi się nie znudzi! A potem okazuje się, że jednak owszem.

8. Imagine champion rider / Laura Hobby, mistrzyni jazdy konnej

Ta gra uczy nas, że dzikiego konia wystarczy pogłaskać i skusić smakołykiem, a już możemy go osiodłać i jeździć na nim bez najmniejszych przeszkód. Zaczęłam w nią grać dopiero wczoraj, ale parę słów już mogę o niej powiedzieć.

Nasza bohaterka, Lily (czemu w polskim tytule jest jakaś Laura...?), ma dziwny mechanizm zabierania głosu. Przy każdej czynności wykonywanej przy koniu rzuca pełno taaakich śmiesznych uwag, ale w scenkach dialogowych bezgłośnie kłapie paszczą. No cóż. W każdym razie Lily trafia do idyllicznej stadniny, która ma problemy: klacze nie chcą się rozmnażać! Wtedy Lily odkrywa swój niezwykły dar do zjednywania sobie dzikich koni, które mogą okazać się idealnymi matkami i ojcami dla źrebaków z rancza.

Grafika jest nienajgorsza, choć jak na swój rok wydania (2009) mogłaby być zdecydowanie lepsza. Modele koni również: o ile źrebaki z wielkimi oczami wyglądają uroczo, o tyle dorosłe konie wyglądają już dziwnie. Sterowanie też pozostawia trochę do życzenia. Przy skręcaniu wygląda to, jakby Lily szarpała konia i kamera nieprzyjemnie skacze. Widokiem kamery można obracać, ale dzieje się w to nieco nieprzewidywalny sposób: raz przesunie się tylko odrobinę, a raz wykona pełny obrót wokół konia, co w moim przypadku skończyło się hamowaniem na drzewie. Ale to nic w porównaniu z klawiszologią, której na dokładkę w ogóle nie da się zmienić (mimo że można ją obejrzeć w menu opcje, a po to chyba są opcje, by dało się je modyfikować?). Myszkę można spokojnie odłączyć, bo używa się jej tylko przy czyszczeniu koni. Menu jest konsolowe i porusza się po nim strzałkami (jak ja tego nienawidzę!). A pierwsze pięć minut gry spędziłam gapiąc się na wodospad, bo myślałam, że muszę poczekać, aż podpowiedź zniknie z ekranu, podczas gdy okazało się, że za dwoma pierwszymi razami gra nie zaskoczyła, że wcisnęłam - zgodnie z podpowiedzią - enter.

Dodatkowym i całkiem fajnym aspektem jest rozmnażanie koni, choć jest to trochę konfundujące. Możemy wybrać ojca i matkę i zobaczyć, jaką po nich źrebak odziedziczy maść... tylko po to, by w kolejnym menu wybrać maść źrebaka od podstaw. Hm. Kiedy źrebak się urodzi, możemy się z nim zaprzyjaźnić i opiekować się nim, by szybko dorósł i nadał się pod wierzch. A propos maści, to intryguje mnie jeszcze jedna sprawa: niezależnie od tego, do jakiego źrebaka podejdziemy, gdy wybierzemy opcję czyszczenia, zawsze pojawi się taki sam, jasny źrebaczek. Skąd to lenistwo? Ubisoft to nie jest jakieś podrzędne studio, wypuścili Heroes of Might and Magic V, do jasnej ciasnej. Chyba mogli poświęcić jeszcze kilka linijek kodu, by maść konia, którego wybieramy zgadzała się z maścią tego, którego widzimy w menu czyszczenia?

Plusy:
+ kolorowa, pastelowa grafika
+ ładne, momentami całkiem imponujące lokacje
+ rozmnażanie koni
+ piękna muzyka
Minusy:
- grafika mogłaby być o wiele lepsza
- widoczne tu i ówdzie lenistwo programistów

Lily i jej nowi znajomi mają dużo do zrobienia w stadninie, ale koniec końców całą robotę i tak będziemy musieli odwalić za nich.
A tak się robi małe koniki...


2 komentarze:

  1. Nie przepadam za grami z końmi właśnie z powodu ich tandetności i nieoryginalności, jednak kilka pozycji na tej liście rzeczywiście przykuło mój wzrok. Same konie uwielbiam - swoją drogą mam coś, co już pewnie widziałaś, ale mimo wszystko linkuję, bo jest zabójczo urocze: http://i2.kym-cdn.com/photos/images/newsfeed/000/482/692/67e.gif
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Caramell dansen, łii! Aż muszę sobie załączyć do tego gifa. :D

      Usuń