środa, 6 marca 2013

Narcyzm u młodych pisarzy fantastyki

Obiecałam już jakiś czas temu, trochę poprawiłam, parę pierdół dopisałam i oto jest: esej o młodych pisarzach-narcyzach. Został oceniony na 4+ (i dostałam karę za nieoddanie w terminie, hio hio), więc tragedii chyba nie ma - no chyba że przeczyta go jeden ze wspomnianych w nim autorów i poczuje się urażony. ;P Nie przejmujcie się, profesorem nie jestem (i najprawdopodobniej nie będę) i nie trzeba traktować tego tekstu stuprocentowo poważnie; zawsze można wyjść z tego rozkosznego założenia, że jestem zakompleksioną, zazdroszczącą wszystkim sukcesu złośliwą studenteczką, która nie robi nic, tylko sączy jad.

W sumie to chciałam zmienić formę tego eseju i przepisać go tu w formie bardziej potocznej, bo nienawidzę tego silenia się na naukowy bełkot, ale jak próbowałam to zrobić, to odkryłam, że jest to bardzo trudne. Na dokładkę, skoro to tekst naukowy, to chyba jednak wypadałoby się podpisać imieniem i nazwiskiem (prawnicy mnie znajdą!), co mi się średnio podoba z uwagi na charakter tego bloga, ale trudno. No to bum - forma niezmieniona, treść uzupełniona i poprawiona. Nie klikajcie w linki do przypisów - próbowałam, ale za Chiny Ludowe nie jestem w stanie zrobić tego tak, by działało.

I przy okazji zapraszam wszystkich chętnych na warsztaty kolczugi i chainmaille na tegorocznym Pyrkonie, piątek godzina 21:00. ^^ Będziemy pracować na małych kółeczkach do biżuterii, ale wezmę też jeden zestaw dla hardkora (kółeczka do prawdziwej kolczugi i dwie pary kombinerek), jakby ktoś się chciał pobawić.





Narcyzm u młodych pisarzy fantastyki
Joanna Gajzler

Wstęp

Człowiek skromny to – według najprostszej, słownikowej definicji – osoba niedbająca o rozgłos i uznanie, odznaczająca się prostotą, pozbawiona wygórowanego mniemania o sobie[1]. Idąc prostym tokiem rozumowania, człowiek narcystyczny charakteryzowałby się posiadaniem przeciwieństw tych cech: chęcią rozgłosu i uwielbienia, przesadnym poczuciem własnej wartości i ważności, przekonaniem o swojej „specjalności”, oczekiwaniem podziwu i samych pochwał[2]. Wśród wielu grup społecznych, jedną z najbardziej narażonych na narcyzm wydają się artyści – tworzą coś i ze zrozumiałych powodów oczekują pozytywnej reakcji odbiorców na swoją sztukę, w którą włożyli czas, wysiłek i serce. Niekiedy jednak zdarza się, że ich oczekiwania okazują się mocno wygórowane i przesadzone reakcje na krytykę stają się powodem do jeszcze większej krytyki oraz śmiechu zamiast pożądanego uwielbienia. Chciałabym zwrócić uwagę na kilka przypadków podobnych narcystycznych zachowań wśród debiutujących w młodym wieku pisarzy literatury fantastycznej i na tej podstawie wyodrębnić kilka powtarzających się typów postępowań.
Przed przystąpieniem do właściwej analizy sprecyzuję dokładnie obiekt moich badań. Przez pisarzy młodych rozumiem takich, którzy zadebiutowali w wieku od 10 do 20 lat, urodzonych po roku 1980. Wybrałam te roczniki z uwagi na ich aktualność i obecność w świecie literackim w chwili, gdy o tym piszę. Nie oznacza to, że do tej pory nie zdarzało się, by tak młodym ludziom udało się wydać swoją pierwszą książkę, wręcz przeciwnie; chcę jednak skupić się na przypadkach ludzi nam współczesnych, żyjących w rzeczywistości, jaką znamy.

Potęga marketingu

W 2003 roku w świecie literackim zrobiło się głośno o Christopherze Paolinim (ur. 1983 r.) i jego debiutanckiej powieści „Eragon”, zapowiadanej jako pierwszy tom trylogii. Paolini zaczął pisać swoją książkę w wieku piętnastu lat, a w 2001 roku została wydana przez Paolini International LCC, spółkę wydawniczą jego rodziców. Przez następny rok podróżował po całych Stanach Zjednoczonych, odwiedzał szkoły i dyskutował na temat swojej książki. Wtedy o „Eragonie” dowiedziało się wydawnictwo Alfred A. Knopf i zdecydowało się opublikować drugie, poprawione wydanie, które ukazało się w 2003 roku.
Paolini spotkał się z falą krytyki, między innymi z powodu wydania pierwszej edycji książki przez rodziców. Niezaprzeczalnie ogromną rolę w jego medialnym sukcesie odegrała sprytna strategia marketingowa, którą obecnie posługuje się wiele wydawnictw promujących dzieła młodych autorów:
1) Paoliniego opisywano jako genialnego, „piętnastoletniego debiutanta”, choć w rzeczywistości książka została wydana po raz pierwszy, gdy miał lat osiemnaście. Mówiono także o tym, jak niezwykle świeże i odkrywcze jest jego dzieło[3]. Miało to wzbudzić ciekawość: czy to możliwe, by piętnastolatek napisał tak dobrą powieść? Czy młody umysł zaskoczy nas nieznanymi dotąd wizjami? Niedopowiedzenia i przeinaczanie faktów na korzyść autora to bardzo częsty chwyt marketingowy: Michalinę Olszańską (ur. 1992 r.) reklamuje się jako autorkę ośmiu powieści, podczas gdy do tej pory zostały wydane tylko dwie i obecnie nie ma żadnych informacji na temat puszczenia w obieg pozostałych sześciu.
2) Autora porównywano do znanych i wielkich twórców fantastyki, takich jak John Ronald Reuel Tolkien, autor trylogii „Władca Pierścieni”. Ten chwyt zwykle objawia się w hasłach typu: „Następca Tolkiena”, „Książka lepsza od «Harry’ego Pottera»”, „Powieść dla fanów Narnii” itp. Jest to sposób na przyciągnięcie czytelników, którzy znają już tamtych autorów i tytuły, ma też nieco prowokacyjny charakter.
3) Paolini uchodzi za rekordzistę w kategorii „Najmłodszy autor bestsellerowej serii książek”. Często pisze się o „najmłodszym pisarzu”, co w wielu przypadkach jest jawną nieprawdą. Przykładowo: w samych Stanach Zjednoczonych jest kilka pisarzy i pisarek, którzy opublikowali (nie poprzez self-publishing) książki w wieku 13-15 lat, na przykład Amelia Atwater-Rhodes, ur. 1984, która zadebiutowała powieścią „In the Forests of the night” w 1999 roku.  Zaś tytuł najmłodszej pisarki w Polsce przypada Karolinie Romanow, która swoją książkę „Wybrańcy jednorożca” wydała w wieku dwunastu lat.
Wszystko powyższe zawsze prowadzi do dyskusji na temat, jaki jest właściwy wiek na wydawanie książki. Szum w mediach, opinie naukowe i wypowiedzi pisarzy oraz krytyków literackich przekładają się na wzrost zainteresowania nastoletnimi debiutantami i ich powieściami, co zapewnia im pożądany rozgłos i sławę.
Pytanie, na które chcę odpowiedzieć w tym podpunkcie, brzmi: skąd u piszących nastolatków potrzeba na jak najszybsze wydanie książki? Okres dojrzewania to dla wielu trudny czas w życiu, z uwagi na zachodzące w człowieku zmiany fizyczne i psychiczne. Nastolatki często boją się pospolitości, lubią znajdować się w centrum uwagi, pragną być zauważani i postrzegani jako osoby wartościowe, wręcz wzbudzające zachwyt[4]. Wydanie książki może się wydawać dla kogoś takiego doskonałym sposobem na zwrócenie na siebie uwagi: rozgłos gwarantuje mu młody wiek jako podstawowe narzędzie zareklamowania się. Niektórzy sięgają dalej i starają się za wszelką cenę udowodnić swoją wartość, biorąc maksymalny udział w produkcji swojej książki. Michalina Olszańska ukończyła powieść „Dziecko Gwiazd. Atlantyda” w 2004 roku. Pięć lat później ukazała się nakładem wydawnictwa Albatros. Prócz treści, autorka zadbała także o okładkę, na której pozuje jako bohaterka „Dziecka Gwiazd...”, a także o „soundtrack” powieści w postaci dołączonej na płycie piosenki, którą skomponowała i zaśpiewała. Na oficjalnej stronie internetowej autorki można przeczytać długie noty biograficzne, podkreślające ogrom talentów Olszańskiej: „Kiedy miała 13 lat napisała swoją pierwszą książkę – «Podróż Wigilijną». W następnym roku powstała powieść «Marta i Królowa Czajników», którą Miśka stworzyła dla i o swojej przyjaciółce, Marthcie”, „Od siódmego roku życia gra na skrzypcach”, „Pisze i komponuje piosenki, które sama też wykonuje”, „Lubi ją obiektyw. Już dwa lata temu (mając 15 lat) dostała propozycję pracy jako fotomodelka w USA[5]. Prócz osobnej, obszernej galerii (zawierającej 163 fotografie), na każdej podstronie znajduje się kilkanaście zdjęć autorki. To dość skrajny przykład narcyzmu, jaki mogą reprezentować młodzi autorzy – większość z nich jest mimo wszystko powściągliwa w pisaniu o sobie i skupiają się na opisywaniu swoich powieści, stworzonych przez siebie światów i bohaterów, jak w przypadku Christophera Paoliniego: na jego oficjalnej stronie internetowej[6] nota o autorze liczy niecałe 200 słów, galeria jego zdjęć jest niewielka, a większość strony wypełniają ciekawostki ze świata „Eragona”, gry oraz newsy na temat powieści czy spotkań autorskich. Nawet i takie zachowania można by odbierać jako narcystyczne, nie należy jednak zapominać, że mimo opinii krytyków i niezależnie od wykorzystanych środków, Paoliniemu udało się odnieść międzynarodowy sukces i nie można powiedzieć, by liczba jego fanów ograniczała się do rodziny i znajomych – a więc to radosne rozpisywanie się o swoim świecie z powieści nie jest zwykłym chwalipięctwem, a wynika z realnego zainteresowania czytelników.

Pisarz-kryptosamochwała

Swego czasu głośno zrobiło się o pisarzu R. J. Ellorym, który zakładał w sieci fałszywe konta, by wystawiać swoim powieściom pozytywne recenzje i opinie[7]. Myliłby się jednak ten, kto by twierdził, że Ellory był jedynym, który ucieka się do podobnych metod promowania swojej twórczości.
Po premierze wspomnianej wyżej powieści Michaliny Olszańskiej „Dziecko Gwiazd. Atlantyda”, w internecie pojawiło się wiele hurra-optymistycznych recenzji, a opinie negatywne często spotykały się z długimi komentarzami[8] pisanymi w bardzo podobnym tonie i stylu, zarzucającymi krytykom niekompetencję, zazdrość, chamstwo, a także „bycie szkodnikiem”, „zatruwanie społeczeństwa” i tym podobne. Gdy takie komentarze pojawiły się pod recenzją książki na portalu Biblionetka.pl, moderatorzy szybko odkryli, że choć wszystkie komentarze pochodzą z różnych kont, to z tego samego adresu IP i wykasowali je z powodu naruszenia regulaminu serwisu. Nie ma żadnych dowodów na to, że za wszystkim stała autorka we własnej osobie, nie sposób jednak nie podejrzewać jej lub osób jej bliskich, mających na względzie promowanie twórczości swojej znajomej.
Interesującym przypadkiem jest Ireneusz Kołodziejczyk (ur. 1990 r.), którego pierwsza powieść, „Warszawa 2048”, trafiła na półki w 2012 roku. Jeszcze przed premierą autor zamieścił na swojej stronie internetowej pochwalną recenzję własnego autorstwa, z czym się nawet nie próbuje kryć i podpisuje się pod nią własnym nazwiskiem. W takim kontekście bawi używanie trzecioosobowego sformułowania „autor” i niczym nieskrępowane wychwalanie powieści słowami (pisownia oryginalna): „Dzięki umiejętnemu lawirowaniu przez autora między akcją a opisem świata powieściowego czytelnik szybko wsiąka w powieść, chłonąc jej kolejne karty z wypiekami na twarzy”, „Konstrukcja krótkich rozdziałów pozwala na szybkie prowadzenie akcji, z przeskakiwaniem w inne miejsce, by ukazać kolejnych bohaterów Warszawy 2048, którzy są niezwykle oryginalni” czy wreszcie „Książkę cechuje lekki klimat, dzięki czemu szybko się ją czyta, a duża dawka akcji sprawia, że miłośnicy tego gatunku nie będą mieć powodów do narzekań. Po tę pozycję powinni sięgnąć także ci, którzy chcą odpocząć od zalewającej nas w hurtowej ilościach fantastyki, a w książce szukają przede wszystkim czegoś świeżego[9].
Sztuczne nabijanie pozytywnych opinii może świadczyć o dwóch rzeczach: albo że autor jest tak przekonany o swojej wspaniałości, że nie wierzy, jak można krytykować jego dzieło, albo wręcz przeciwnie – że jest bardzo niepewny siebie i w ten sposób stara się podbudować swoje ego, licząc, że inni podłapią trend. Może to być również wynikiem niedojrzałości i braku umiejętności przyjmowania krytyki. Młody człowiek łatwo przyzwyczaja się do pochwał i kiedy nagle okazuje się, że opinii negatywnych jest więcej niż się spodziewał (zakładając, że w ogóle się takowych spodziewał), wpada w panikę. Narcyz uważa, że pochwały mu się należą. Gdy ich nie otrzymuje, reakcje potrafią być gwałtowne lub wręcz histeryczne, i pełna pretensji polemika z krytykiem jest tylko jednym z wielu przykładów. Gloria Tesch (ur. 1994 r. w San Diego), autorka cyklu „Maradonia”, znana jest między innymi z umieszczania na portalu Youtube.com filmików, na których ubliża krytykującym ją osobom, a czasem nawet wdaje się z nimi w bójki (które również były uwieczniane i upubliczniane na Youtube).
Warto zwrócić też uwagę na ostatnie zdanie z przytoczonego tu fragmentu recenzji Kołodziejczyka: „Po tę pozycję powinni sięgnąć także ci, którzy chcą odpocząć od zalewającej nas w hurtowej ilościach fantastyki, a w książce szukają przede wszystkim czegoś świeżego”. Wielu młodych pisarzy ma silne poczucie misji, są przekonani, że ich twórczość jest tak wyjątkowa, że aż przełomowa. Nie zdają sobie sprawy, że aby powieść była naprawdę przełomowa, musi w jakiś sposób wychodzić naprzeciw utartym schematom – a tych w dziełach większości początkujących autorów jest bez liku.

Zagrożenia self-publishingu

Przypadek Glorii Tesch prowadzi do kolejnego problemu, na który warto zwrócić uwagę. Jak można przeczytać na jej stronie[10]: „Gloria Tesch zaczęła pisać swoją pierwszą, 800-stronicową książkę w wieku dziesięciu lat i świętowała swe trzynaste urodziny publikacją dwóch powieści, «Maradonia and the Seven Bridges» oraz «Maradonia and the Escape from the Underworld»”. Wszystkie jej powieści (także te najnowsze z sześciotomowej sagi) zostały wydane przez vanity publishing – w tym procesie większość kosztów pokrywa autor, a wydawnictwo nie interesuje się zawartością merytoryczną publikacji, nie przeprowadza selekcji wydawanych przez siebie pozycji i nie zajmuje się ich promocją. Dodatkowo uważa się, że wydawnictwa typu vanity celowo używają różnych technik psychologicznych, które mają na celu rozbudzenie i wykorzystanie samouwielbienia ich klientów. Zatem wydawnictwa self-publishingowe doskonale zdają sobie sprawę, jak dobrze mogą zarobić na narcyzach.
W przypadku Tesch, być może to, co miało być miłym prezentem urodzinowym, w niekontrolowany sposób rozbudziło miłość własną autorki tak bardzo, że zaangażowała się w promocję siebie i swojej twórczości z przesadnym zapałem, ściągając na siebie uwagę – zamiast fanów i wiernych czytelników – krytyków i złośliwców. I tak, prócz zamieszczania w internecie filmików, na których boksuje się z krytykami, Gloria Tesch znana jest z opiewania swojej twórczości z wielu fałszywych kont, wyreżyserowanych filmików-relacji ze spotkań autorskich, na których tłumy ustawiają się w kolejce po autograf, wielkich planów prowadzenia własnego show w telewizji (do którego przygotowała amatorskie intro, które traktuje najzupełniej poważnie), nakręcenia filmu na podstawie jej cyklu[11], a także zbudowania całego tematycznego parku rozrywki. Jej poczynania doprowadziły do tego, że doczekała się strony na swój temat na słynnej Encyclopedia Dramatica[12] – żartobliwej wersji Wikipedii, na której artykuły mają charakter prześmiewczy. Na tejże stronie autorzy wpisu o Tesch nie mają wątpliwości, że młoda pisarka padła ofiarą wychowania w atmosferze złotego dziecka i bezstresowego wychowania, z rodzicami, którzy opłacili cały jej „sukces” i utrzymują ją w przekonaniu, że jest doskonała. To ostre słowa, jednak analizując zachowanie młodych pisarzy takich jak Tesch, Olszańska czy Paolini, trudno nie brać ich pod uwagę.
Nie wszystkie wydawnictwa oferujące samopublikację zgadzają się na bezkrytyczne drukowanie wszystkiego „jak leci”. Jednak wszystkie chcą przede wszystkim zarobić. Czasem poza wydaniem książki oferują także minimalny marketing, najczęściej jednak o reklamę musi zadbać sam autor. Dla części z nich nie stanowi to żadnej przeszkody – młodzi pisarze są zbyt przeświadczeni o swoim talencie i czasem zranieni przez tradycyjne wydawnictwa, które odrzuciły ich twórczość, by zrezygnować z perspektywy wydania swojej książki jak najszybciej, by udowodnić światu, jak bardzo się mylił, nie wierząc w ich możliwości.

Ile autora jest w bohaterach powieści

Twórczość młodych pisarzy znana jest z tego, że autorzy bardzo utożsamiają się z głównymi bohaterami swoich powieści w sposób, którego nie da się nie zauważyć. Bohaterowie zwykle są w wieku zbliżonym do autorów lub autorek, ich wygląd jest bardzo podobny lub wręcz identyczny, często wyidealizowany aż do granic przesady i absurdu, oraz służą jako przekaźniki osobistych przekonań autora/autorki. Tak wykreowani bohaterowie zawsze noszą znamiona marysuizmu – maniery przesadnej, wręcz karykaturalnej idealizacji postaci i zdarzeń. Być może młodym autorom wydaje się, że w ten sposób stworzą bardzo przekonującą postać – w końcu kogo znają lepiej od siebie? – najczęściej jednak efekty są takie, że wykreowany przez nich bohater jest sztuczny, „tekturowy”, pozbawiony jakichkolwiek indywidualnych cech i często wręcz niezdolny do wzbudzenia w czytelniku sympatii, co spowodowane jest głównie przez jego podkreślaną ustawicznie wspaniałość (lub odwrotnie: wielkie nieszczęście i bycie dręczonym przez los). Tworzenie bohaterów tak doskonałych może być także dla młodych autorów formą terapii i leczenia kompleksów: w rzeczywistości mam pryszcze i krzywe nogi, więc niech mój bohater będzie piękny i podziwiany przez wszystkich.
Takim przypadkiem może być Christopher Paolini. Bohater jego cyklu „Dziedzictwo”, Eragon, w pierwszym tomie zaczyna swą wielką przygodę jako piętnastolatek (warto przypomnieć, że Paolini zaczął pisać książkę w wieku piętnastu lat właśnie) wychowany na wsi. Jest stereotypowym nikim – mieszkańcy lubią go, ale nie ma wielu przyjaciół, nie ma również rodziców, wiedzie ubogie życie na farmie wuja i nigdy nie zrobił nic nadzwyczajnego. Wszystko zmienia się, gdy znajduje jajo, z którego wykluwa się smok – jak dowiadujemy się z dalszych tomów, wykluł się specjalnie dla niego, jako że smoki mogą pozostawać w jajach przez setki lat, aż znajdą się w pobliżu człowieka, którego uznają za godnego zostania smoczym jeźdźcem – a więc warunek wyjątkowości jest spełniony. Od tej pory Eragon wiele podróżuje, uczy się magii i walki, zabija wrogów bez skrupułów i przeżywa wiele dylematów moralnych, jak na przykład: która religia jest prawdziwa. Apogeum narcyzmu dokonuje się w drugim tomie, gdzie podczas święta elfów, wbrew wszystkiemu, czego do tej pory czytelnik dowiedział się o smokach i ich jeźdźcach, Eragon ulega nie do końca wyjaśnionej, magicznej transformacji z człowieka w elfa:
„[Eragon] Poszedł do łazienki, wziął używane do golenia lusterko i zaniósł w krąg światła rzucanego przez pobliską lampę.
Po czym zamarł wstrząśnięty.
(...) Twarz miał teraz równie gładką i kanciastą jak elfy, uszy identycznie szpiczaste, a oczy skośne. Blada jak alabaster skóra połyskiwała lekko magicznym blaskiem.
Wyglądam jak książątko.
Eragon nigdy wcześniej nie użył tego słowa wobec mężczyzny, a już na pewno nie wobec siebie, teraz jednak najlepiej odpowiadało jego wyglądowi: był piękny. Ale nie do końca zamienił się w elfa. Szczękę miał mocniejszą, brwi grubsze, twarz szerszą. Był piękniejszy niż jakikolwiek człowiek i mężniejszy niż jakikolwiek elf.”[13]
Przemiana brzydkiego kaczątka w łabędzia ma w tym przypadku dość słaby wydźwięk, jako że – od chwili związania swego życia ze smokiem – Eragon już i tak zdążył zapracować na swoją wspaniałość: ukazał się uciśnionemu ludowi jako ostatni smoczy jeździec, poprowadził zwycięską bitwę przeciw królowi-tyranowi i uratował od śmierci elfią księżniczkę. Argument, że bohater był do tej pory za brzydki, musiał się wydać Paoliniemu niewystarczający, dlatego dodał niemający większego znaczenia wątek magicznej blizny, która sprawiała Eragonowi potworny ból, a zniknęła całkowicie po jego przemianie w elfa. Jej obecność nie wniosła nic do fabuły, a tylko dała kilka stricte narcystycznych pretekstów: Eragonowi do użalania się nad sobą oraz do transformacji, która go z blizny uleczyła, a zmiana wyglądu (czy wręcz rasy, bo prócz nowej prezencji Eragon zyskuje także wszystkie cechy właściwe elfom, takie jak nadludzka szybkość czy widzenie w ciemności) pełni rolę interesującego, acz bardzo miłego dla bohatera efektu ubocznego.
Podobnie ma się sprawa Michaliny Olszańskiej, choć tu rola terapeutyczna jest raczej znikoma – mamy tu do czynienia z narcystycznym wykreowaniem bohatera w najczystszej postaci, wynikającym z głębokiego przeświadczenia o wielkości i wspaniałości, a także mądrości i przenikliwości, która – jak pragnie wierzyć autorka – ukazuje ją jako osobę niezwykle dojrzałą jak na swój młody wiek (świadczyć o tym mogą liczne filozoficzne wstawki, często umieszczone w książce bez żadnego związku z fabułą). Podobnymi słowami opisuje główną bohaterkę swojej książki „Dziecko gwiazd. Atlantyda”, szesnastoletnią (znów podobieństwo wieku) księżniczkę Meihnę:
Drugim dzieckiem Menrosa była Meihna. Dziewczyna o urodzie tak wielkiej, że zachwycali się nią królowie z całego świata, posądzając nieraz w skrytości jej matkę o jakieś nieczyste czary odprawiane nad kołyską małej królewny. Była przy tym osobą dojrzałą i rozsądną mimo swojego młodego wieku. Czasem zadumę, w jakiej tkwiła, brano za głęboki smutek, jakiś nieokreślony żal, tęsknotę... Bywało, że miała smutne oczy, nawet gdy nie czuła smutku.”[14]
Autorka nie szczędzi również miejsca na opisy porażającej urody swojej bohaterki:
Kiedy [Meihna] obudziła się następnego dnia, cztery córki gospodarzy siedziały już naokoło niej, wpatrując się w nią jak w bożka. (...) Patrzyły więc szeroko otwartymi błękitnymi oczyma na stworzenie o długich ciemnych włosach, pełnych ustach i oczach przysłoniętych gęstą firaną czarnych rzęs. Podekscytowane szeptały między sobą, pokazując Meihnę palcami, biorąc w palce jej włosy, przypatrując się oczom i policzkom. Księżniczka cierpliwie znosiła pełne ciekawości dotyki i chichoty, siedząc spokojnie, niczym posąg, pozwalający łaskawie na siebie patrzeć. (...) Kiedy Meihna zmęczona setkami dotyków wstała, dając dziewczętom do zrozumienia, że ma ich już dosyć, z ich gardeł wydobyło się coś na kształt okrzyku prawdziwego podziwu. (...) niemożliwe wydało im się, jakoby coś tak «cudownego» miało być ludzkim dziecięciem.”[15]
W kolejnych powieściach młodych autorów opisy niezwykłej urody powoli przestają dziwić. Ciekawszym zagadnieniem jest wmawianie przez narratora czytelnikowi, że wszystkie poczynania głównego bohatera są słuszne i sprawiedliwe, nawet jeśli gołym okiem widać, że wcale tak nie jest. Oprócz wynikającego z narcyzmu przekonania o własnej nieomylności, może to również być skutkiem – całkiem po prostu – braków warsztatowych. Wszystkie opisy tego, jak zaczęła się pasja pisarska u młodych autorów, wyglądają podobnie: że od najmłodszych lat dużo czytali, że bardzo szybko nauczyli się pisać, często podkreśla się ilość stron ich pierwszej powieści (por. Michalina Olszańska: „Mając lat 15 pisze dużą, prawie 500-stronicową  powieść pt. «Dziecko Gwiazd Atlantyda»[16]). Prawie nikt nie przyznaje się do tego, że jego pierwsze próby pisarskie były niewypałem (jako wyjątek warto wyróżnić wspominanego wyżej Ireneusza Kołodziejczyka: „Pierwsze teksty i pierwsze baty, gorzkie słowa, które sprowadziły mnie na ziemię i pokazały, gdzie moje miejsce w szeregu[17]), nieliczni mówią o wiedzy czerpanej od osób doświadczonych, podręczników czy z portali internetowych o pisarstwie. Doskonała większość pragnie uchodzić za samorodne talenty, geniuszy w kołysce, którzy wszystko zawdzięczają sobie i nie potrzebowali niczyjej pomocy w osiągnięciu sukcesu.

Podsumowanie

W świecie, w którym rządzi reklama, a za odpowiednia sumę można sobie kupić marzenia i sławę, pokusa bywa nie do odparcia dla młodych, spragnionych uznania ludzi. Nie widzą tego, że w sztuce powinno chodzić o promowanie swojej twórczości, a nie siebie. Gdy zachłysną się sławą w tak młodym wieku, szanse na to, że z tego wyrosną, są bardzo małe.


[1] http://www.sjp.pwn.pl
[2] Paul J. Hanning, [w:] Christopher Lasch, „Narcystyczna osobowość naszych czasów”, „ResPublica”, nr 1/2002.
[3] Z czym nie zgadza się wielu recenzentów. „«Eragon» nie jest powieścią oryginalną. Młodociany autor (...) garściami czerpie z klasyki fantasy. Z «Władcy Pierścieni» wykorzystał motyw wędrówki-dojrzewania, a z cyklu «Jeźdźcy smoków z Pern» pożyczył tytułowych jeźdźców” – Agnieszka Szczyrbak, „Nowa Fantastyka”, nr 1/2005. „Standardy gonią tu oklepane motywy i odwrotnie. (...) Wszystko w tej książce już gdzieś indziej było. Można przeczytać, ale bez rewelacji – standard” – Michał Sołtysiak, recenzja dostępna online: http://ksiazki.polter.pl/Eragon-Christopher-Paolini-c587
[4] Anna Lissewska, „Narcyzm”, artykuł dostępny online: http://www.psychoterapia-lissewska.pl/narcyzm
[5] http://michalina-olszanska.pl/index.php?strona=oMnie
[6] http://www.alagaesia.com/
[7] Małgorzata I. Niemczyńska, „O pisarzu, co sam sobie pisał recenzje”, Gazeta Wyborcza, artykuł dostępny online: http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105226,12441728,O_pisarzu__co_sam_sobie_pisal_recenzje.html
[8] Przykład: http://pamietnikiliterackie.blogspot.com/2010/03/dziecko-gwiazd-atlantyda-michalina.html
[9] http://www.ireneusz-kolodziejczyk.pl/Recenzja.html
[10] http://www.maradonia.com/author.html, tłumaczenie własne.
[11] http://www.maradonia-themovie.com/
[12] https://encyclopediadramatica.se/Gloria_Tesch
[13] Christopher Paolini, „Najstarszy”, przeł. Paulina Braiter, wyd. Mag, Warszawa 2005, s. 274.
[14] Michalina Olszańska, „Dziecko gwiazd. Atlantyda”, wyd. Albatros, Warszawa 2009, s. 9-10.
[15] Tamże, s. 263.
[16] http://michalina-olszanska.pl/index.php?strona=oMnie
[17] http://www.ireneusz-kolodziejczyk.pl/O_mnie.html

11 komentarzy:

  1. "WŁADCA PIERŚCIENI" NIE JEST TRYLOGIĄ! *dziki tolkienista mode off*
    To taka uwaga na gorąco, idę czytać dalej, bo poza tym elementem, bardzo mi się podoba.

    Btw. "Autora porównywano do znanych i wielkich twórców fantastyki, takich jak John Ronald Reuel Tolkien, autora trylogii „Władca Pierścieni”."
    Powinno być chyba "autor"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytałam.
      Szczerze powiedziawszy, od tych wszystkich "genialnych nastolatków" już od dawna trzymam się z daleka. Co prawda, kiedy miałam te dwanaście lat, to może i podobał mi się Paolini, ale jak czytam dziada teraz, to czuję rozczarowanie - po zachwalanej książce spodziewam się, że będzie po prostu dobra, a nie dobra jak na wiek autora.
      Poza tym Miśkę poznałam z "Czarnych Owiec" i jestem przekonana, że nigdy nie sięgnę po żadną jej książkę. Może i historia Baby jest ciekawa, ale bez komentarzy w życiu bym przez nią nie brnęła, natomiast "Atlantyda" zabiła mnie na samym wstępie łopatą wszechzajebistości.

      Przyznam, że sama mam czasami tendencję do narcyzmu: "No, wiem, że piszę zajebiście, dziękuję", "Jak już wydam bestseller, to kupię ci zamek z tego zdjęcia w oryginale". Jednak nie podchodzę do tego poważnie, zdaję sobie sprawę, że tak dobrze jak niektórzy, to nigdy nie będę pisać - Tolkien czy Conrad, chociażby - a żeby osiągnąć poziom innych - Brzezińskiej, powiedzmy - potrzebuję jeszcze dużo, dużo czasu. No, pomijając już fakt, że mam tendencję do żartowania z własnego narcyzmu, ale to już inna kwestia.
      Nie ukrywam, że chciałabym kiedyś wydać książkę, nie wiem, czy to, co teraz piszę, czy może cokolwiek, kiedy nauczę się nie porzucać projektów w połowie, jednak na pewno nie będzie to self-publishing. Przy moim perfekcjonizmie nie zniosłabym, gdyby coś było wydane pod moim pseudonimem tylko dlatego, że ja i kilku czytelników sądzi, że jest dobre. Musiałoby to być sprawdzone - i odrzucone, jeśli nie spełni kryteriów - przez eksperta. A więc, koniec końców, chyba nie mam specjalnych szans, na zostanie kolejnym "genialnym nastolatkiem". (W razie gdyby mi się udało, autografy wysyłam Pocztą Polską :P).

      Usuń
    2. "Powinno być chyba "autor"?"
      Nie, czemu...?

      A co jeszcze się wlicza do "Władcy Pierścieni", skoro nie jest trylogią? *panika* "Hobbit" to też już "WP"?

      Każdy człowiek, który coś tworzy, jest narcyzem. Ja też. ^__^ Problem zaczyna się w momencie, gdy zbyt wcześnie zacznie się takiemu wydawać, że jest geniuszem i żaden progress po prostu nie jest mu potrzebny, bo już osiągnął wszystko.

      Usuń
    3. "Autora porównywano do znanych i wielkich twórców fantastyki, takich jak John Ronald Reuel Tolkien, autora trylogii „Władca Pierścieni”."
      Porównywano Paoliniego do kogo? - twórców fantasy, takich jak Tolkien, kto? - autor WP.
      Przynajmniej ja to tak rozumiem.

      Oj, nie czytało się przedmowy do Władcy, nie czytało... :P Chodzi o to, że pierwotnie Tolkien chciał wydać wszystko w jednym tomie, a jedyny podział, jak uznawał, to na sześć ksiąg (w każdym z tomów rzekomych są dwie). Wydawnictwo Allen&Unwin stwierdziło jednak, że w sumie nie wiadomo, czy jakieś cudactwo fantasy się przyjmie, więc nie chcieli moczyć kasy w wydawaniu zaraz całej cegły i rozbili na trzy tomy. Tolkien protestował, ponieważ chociażby księgi trzecia i czwarta, po części też piąta i szósta, nie mają ze sobą nic wspólnego i nie należałoby ich łączyć, ale zgodził się, bo inaczej by mu tego nie wydali.
      My, tolkieniści, lubimy się nabijać z niczego niespodziewających się ludzi i wyskakiwać z zębami, że WP to nie trylogia (i że elfowie tolkiena nie mają spiczastych uszu), taka sekciarska rozrywka. ^.^

      Usuń
    4. A, myślałam, że chodzi o pierwszego "autora" i drugiego w ogóle nie zauważyłam. xD Już poprawiam. A Władcę czytało się tak dawno, że z treści się już niewiele pamięta, a co dopiero z jakiejś tam przemowy. ;P

      Usuń
    5. O, "jakiejśtam"? Zaraz tolkienista będzie linczował: nie jakiejśtam, tylko przemowy do Władcy! :P

      Usuń
  2. Acha, to dlatego omijam wszystkich nowych Tolkienów, Zmierzchów i Preczetów... Tak, to ma sens.

    Tekst dobry, każdy, kto chce coś napisać powinien to chociaż okiem przelecieć.

    Chociaż... chyba zawsze w jakiejś powieści znajdzie się, może nie odbicie czy kalka autora, ale chociaż cień w jakimś bohaterze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobry tekst.
    Paoliniego czytałam dwa tomy - i żałuję.Dość intensywnie lansuje się też Stefan Darda.No,nieznośne to bywa.


    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  4. Wypracowanie naprawdę interesujące, co jest dużym komplementem z racji tego, że większość informacji już znałam (swojego czasu poruszałam się po tym młodym, literackim światku w nadziei, że lada dzień wydam coś przed czternastym rokiem życia). Pewnie przeczytam jeszcze raz albo dwa. Czytałam Paoliniego (tylko ja uważam karę dla rzeźnika za trochę nielicującą z dobrocią ogólną dobrej strony?), obie książki Olszańskiej też (nie wiem, czemu to uczyniłam, ale ubaw był wielokrotnie, szczególnie z lasu bez drzew), czytalam i analizy. Bardzo rozbawiła mnie zacytowana w wypracowaniu autorecenzja :)
    PS. również zrobiłam coś w stylu Gary Stu, miałam trzynaście lat... tyle, że mój ideał był okrutnym demonem z psychozą maniakalno-depresyjną ^ ^ więc ktoś z zewnątrz by nie wiedział, iż dla autorki to Gary Stu. nie wiem, co miałam w głowie :)
    Mello

    OdpowiedzUsuń
  5. Super wypracowanie! Rzeczywiście przydatne dla piszących ludzi :)

    A jeśli chodzi o to, co pisała Davis, to też myślę, że coś z autora zawsze znajduje się w jakimś bohaterze. W końcu twórca, pisząc, chce coś przekazać ludziom, a jednym ze sposobów jest włożenie, któremuś z bohaterów swoich przekonań w usta, mózg, czy jakoś tak XD
    Ja osobiście chyba najbardziej lubię porozdzielać swoje cechy różnym bohaterom. Trochę dla tego, ciut dla tamtego i narcyzm zaspokojony, a Mary Sue nie ma :)

    OdpowiedzUsuń