poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Smile, smile, smile

Ja rozumiem irytujące do granic możliwości sny o pośpiechu i spóźnianiu się. Ale czemu dziś musiały się połączyć ze snem o tym, że jest pierwszy maja i spadło 30cm śniegu?!

Mimo wkurzających snów, staram się zachować względny spokój i pogodę ducha, choć wiem, że i tak za jakiś miesiąc huśtawka nastroju znowu się bujnie w drugą stronę i znów będę w takim emonastroju, że nikt nie będzie w stanie wytrzymać w moim towarzystwie dłużej niż minutę. Dlatego też zaprojektowałam i zamówiłam na Alledrogo koszulkę z najbardziej epickim nadrukiem ever (przy tworzeniu którego naruszyłam co najmniej dwa prawa autorskie, ale nie zamierzam czerpać z tego korzyści innych od zacieszu na pysku ani tym bardziej udawać, że to wszystko stuprocentowo moje dzieło, więc czuję się usprawiedliwiona), żrę mnóstwo słodyczy i czytam serię "Heartland", która jest cudownym odstresowywaczem na wszystko. I nawet nie muszę zakładać maski, by udawać, że się uśmiecham.


Tylko z drugiej strony... hm, hm. Tak czytam ten "Heartland" i coraz bardziej tęsknię za czasami, kiedy miałam do czynienia z końmi. Nawet nie o jeździectwo chodzi, a samo obcowanie z nimi. Kiedyś przez krótki czas chodziłam do przytuliska dla zwierząt i razem z mnóstwem innych dziewczyn (a wszystkie o co najmniej 5 lat młodsze ode mnie, aaa, jak ja się staro czułam) po prostu się opiekowałyśmy końmi: czyściłyśmy, sprzątałyśmy stajnię, takie tam. Najpiękniejsza chwila, jaką pamiętam z tego miejsca, to jak pewnego słonecznego październikowego dnia (uch, ile przymiotników) wypuściłyśmy wszystkie konie i kuce na łączkę i biegałyśmy razem z nimi, by się wyszalały. To są emocje i uczucia nie do opisania.

Niestety, te czasy to już z grubsza przeszłość. Koszulkę z Vaderem kupiłam za pieniądze ze sprzedaży mojego starego toczka i czapsów, które kilka lat przeleżały nieużywane w szafie. Stadnina, do której zawsze jeździłam, wciąż prosperuje, ma się dobrze i pełno w niej sympatycznych ludzi. Chciałabym... a mimo to nie udało mi się tam powrócić przez te wszystkie lata.

Matko Borska, co się ze mną stało? Miałam tyle planów: nauczyć się dobrze jeździć, iść do zawodówki na leśniczego, na studia na SGGW, pracować ze zwierzętami, związać się z łódzką Strażą dla Zwierząt... A gdzie wylądowałam? Na uczelni najbliżej miejsca zamieszkania, na kierunku humanistycznym, który dał mi już wszystko, co miał najlepsze do zaoferowania, perspektyw na pracę nie mam żadnych i dzień w dzień łeb mi pęka, bo praktycznie cały czas siedzę przy kompie - trochę piszę, trochę gram, trochę się obijam. Plusem tego stanu rzeczy jest to, że na obijanie się czasu mam mnóstwo. Minusem: że nie o takiej sobie marzyłam. W ogóle moim jednym wielkim minusem jest to, że jestem cholernie niedookreślona. Nigdy nie wiem, czego tak naprawdę chcę. Jak jakaś głupia, disneyowska księżniczka.

No widzicie, widzicie? Miało być wesoło i optymistycznie, ale niuuueee, księżniczka Winifreda nie potrafi nie marudzić. -.-

środa, 24 kwietnia 2013

Przegląd gier smoczych

O tym, że ubóstwiam smoki, parę razy zdarzyło mi się już tu pisać. Że lubię grać - też. A kiedy mogę pograć w coś, w czym smoki nie istnieją wyłącznie jako potworki do zabicia, moje serducho się raduje. Niestety, zbyt wielu takich gier nie ma, niemniej gdybym miała wymieniać po prostu wszystkie, w których występują smoki, to by mi życia nie starczyło. Oto zatem gry, w których smoki pełnią rolę naszych towarzyszy, w które zdarzyło mi się grać, w kolejności przypadkowej. Z jednym, skromnym wyjątkiem na końcu.

PRZEGLĄD SMOCZYCH GIER

1. Drakan. Order of the Flame
Długo nie mogłam się przekonać do tej gry, lecz gdy w końcu się zdecydowałam, okazało się, że nie mogłam się mylić bardziej. Choć gra nie jest nowa (1999r.) i wizualnie na pierwszy rzut oka nie zachwyca, to cholernie wciąga już od pierwszych minut obcowania z nią. Drakan miał być konkurencją dla Larwy Croft i choć nigdy nie miałam przyjemności poznać słynnej pani archeolog osobiście, w ciemno mogę powiedzieć, że jej przygody to NIC w porównaniu z lataniem na smoku po fantastycznej krainie. Naszą bohaterką jest Rynn, która w poszukiwaniu swojego porwanego przez potwory brata, budzi ze snu smoka Arokha i z jego pomocą nie tylko stara się odszukać dzieciaka, ale i przy okazji wpłynąć na losy całej krainy. Powtórzę: gra jest ZAJEBISTA. Świat podzielony jest na sektory (w sumie 9 różnych map), które po kolei zwiedzamy i wyludniamy z potworów wszelkiej maści. Rozgrywka jest dość prosta: idziesz, walczysz, wykonujesz zadania. Można walczyć kilkunastoma rodzajami broni, należy jednak przemyśleć, co zabrać ze sobą, bo skąpo odziana Rynn ekwipunek ma o dość ograniczonej pojemności. Walka potrafi być bardzo wymagająca nawet na niskich poziomach trudności, zwłaszcza, gdy naszego wiernego gada nie ma w pobliżu i nie może nas wyręczyć jednym ognistym podmuchem. Sam Arokh pełni nie tylko funkcję środka transportu i wsparcia bojowego, ale też towarzysza, który w cut-scenkach zabiera głos częściej od naszej piersiastej, anorektycznej heroiny. W miarę rozwoju akcji Arokh zdobywa nowe umiejętności, czy raczej rodzaje zionięcia: trucizną, lodem. A lot na nim to moja ulubiona część gry - praktycznie nic nie ogranicza ruchów gracza, można robić beczki i wszystkie akrobacje powietrzne, jakie tylko przyjdą nam do głowy, a animacja smoka - jak na tamte czasy - jest po prostu świetna, lepsza niż w niejednej nowszej grze, w której występują smoki.
Parę lat po premierze wyszła druga część Drakana... Niestety, tylko na PS2. :C

Plusy:
+ wciąąągaaa
+ przyjemna rozgrywka
+ latanie i bitwy powietrzne
+ nie prowadzi gracza za rączkę, jak mają w zwyczaju nowe produkcje
Minusy:
- ...i w związku z tym czasem jest trudna
- za mało miejsca w ekwipunku
Tyle zostało z włochatego giganta, kiedy spotkał się z Arokhiem
Czy wspominałam, że latanie jest zajebiste?
  
2. The I of the dragon
W the I of the dragon to MY jesteśmy smokiem. Jednym z trzech: czerwonym wojownikiem, błękitnym czarodziejem lub czarnym nekromantą (mają imiona, ale zbyt trudne do zapamiętania). Trafiamy do rozległych krain, które zostały opanowane przez tysiące potworów. Naszym głównym zadaniem jest wybicie ich co do nogi i obrona ludzkich miast znajdujących się pod naszą opieką. Czasem jednak zdarzają się misje, w których nie kierujemy smokiem, a na przykład generałem, który musi dojechać do miasta lub myśliwym, który musi odbić z rąk wrogów pięciu czarowników (ta misja jest KOSZMARNA). Kiedy nagle nie widzimy wszystkiego z góry i nie możemy zionąć ogniem, gracz natychmiast czuje się straszliwie mały i bezradny na tej wielkiej mapie. W każdym razie, gra się całkiem przyjemnie (dopóki kierujemy smokiem, czyli przez doskonałą większość gry, na szczęście): latamy, zioniemy na potwory, zjadamy je, gdy zaczyna doskwierać nam głód, niszczymy ich gniazda, rzucamy zaklęcia, levelujemy. Mimo tego, że co chwilę dostajemy jakąś misję, czasem nawet dość wymagającą, to gra potrafi się znudzić, i to dość szybko. Robienie w kółko tego samego zbyt fascynujące nie jest, warto jednak wytrwać nudne momenty, by dojść do tych ciekawszych: moim ulubionym momentem w grze jest wielka inwazja potworów, które przechodzą przez portale wprost do jednego z miast. Przy wyborze smoka na samym początku oraz jego umiejętności przy levelowaniu należy się dobrze zastanowić, bo finałowa walka z gigantycznym bossem potrafi nastręczyć wielu trudności, jeśli źle dysponowaliśmy punktami doświadczenia. Taka na przykład ja nie byłam w stanie go zabić żadnym sposobem, choć wydawało mi się, że mój nekromanta jest całkiem niezły.

Plusy:
+ jestem smokiem!
+ duże mapy i mnóstwo miejsc do zwiedzania
+ ciekawe misje
+ w zabijanie potworków można się nieźle wkręcić
Minusy:
- ...ale potrafi też się szybko znudzić
- niesmocze misje - trudne i irytujące
Choć smok-czarodziej bazowy atak ma słaby, jego lodowy oddech zamraża przeciwników na kilka sekund
I Herkules dupa...

3. Divinity II. Ego draconis
Z poprzednimi częściami serii nie miałam styczności, więc skupię się wyłącznie na Ego draconis. Grę zaczynamy jako młody zabójca smoków (płci dowolnej)... tylko po to, byśmy wkrótce, wbrew naszej woli, stali się tym, z czym mieliśmy walczyć: człowiekiem mającym zdolność przemiany w smoka. Niestety, zanim będziemy mieli okazję naprawdę móc wykorzystywać tę zdolność, minie jeszcze duuużo czasu i pierdyliard misji. Ot, nic za darmo - do uzyskania pełni mocy potrzebna nam jest pewna rzecz w pewnej wieży zamieszkanej przez pewnego nekromantę, lecz nawet dowiedzenie się tego zajmuje kupę czasu. Nie zdążyłam jeszcze przejść gry do końca, ale w smoka można zmieniać się gdzieś tak pi razy drzwi od połowy rozgrywki. Czy to nie wspaniała wiadomość? Jednakowoż, mimo tego mankamentu, przez ten czas absolutnie nie będziemy się nudzić. I nie chodzi tylko o zatrważającą ilość stworów do zadźgania, ale też przeróżne misje poboczne pełne humoru. Gra nie jest też przesadnie prosta i wiele razy przyjdzie nam wczytywać grę po sromotnej porażce. Haczyk jest taki, że wszystkie wypasione umiejętności, których możesz się nauczyć... są również w zasięgu twoich przeciwników, a więc mogą cię ogłuszyć, oślepić, dobiec do ciebie w ułamku sekundy, przeszyć naraz garścią strzał, wezwać na pomoc armię nieumarłych, stać się niewidzialni... Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie nigdzie podobnego rozwiązania - owszem, wrogowie mogli ci oddać fireballem, jednak byli mimo wszystko ograniczeni. Tu nie są. I dobrze!
A co z byciem smokiem? No cóż, fajnie jest. Można się w niego zmienić w każdym momencie (wyłączając zbyt ciasne lokacje) i - podobnie jak postać ludzka - można rozwinąć kilka różnych umiejętności, w tym... zaklęcie zmieniające przeciwników w biedronki. Hm. Jeśli znudzi nam się fruwanie po fiordach, zawsze możemy udać się do jednej z kilku latających fortec, przedrzeć się przez hordy wrogów i spróbować zabić właściciela fortecy (na każdego z nich przypada jakaś misja). Niestety, będąc smokiem nie możemy walczyć z istotami naziemnymi, tak samo będąc człowiekiem nie możemy walczyć z latającymi stworami i balistami. Dlatego też walki w latających fortecach potwornie się dłużą, bo do zabicia i zniszczenia jest naprawdę pełno tego gówna... Nie wspominając o tym, że nie należy się w takie miejsca zapuszczać zbyt wcześnie, bo co z tego, że dobrniesz do właściciela twierdzy, skoro on pierwsze, co robi, to paraliżuje cię, a następnie zabija dwoma uderzeniami?

Plusy:
+ grafika
+ humor
+ duży, ciekawy świat
+ fajne cut-scenki
+ walka wymagająca nieco więcej finezji od bezmyślnego maltretowania LPM
Minusy:
- najlepszy aspekt - przemiana w smoka - dostępny dopiero po wielu godzinach gry
- przebijanie się przez hordy wrogów potrafi być nużące
- modele postaci (ze smokiem włącznie) wyglądają i poruszają się dziwnie
Minie sporo czasu, nim będziesz mieć okazję obserwować świat z tej perspektywy
Świat, prócz potworów, pełen jest barwnych postaci. Do moich ulubionych należą trzy plotkary ze wsi oraz sepleniąca zmartwychwstała marionetka należąca do nekromanty

4. Eragon
Ehehehe.
Do rzeczy. Komputerowy Eragon bardziej bazuje na filmie niż książce, a i na nim dość luźno. Ciekawie wyglądają cut-scenki, jak animowane we flashu ilustracje z książki. Grafika jest ok, choć w żadnym momencie pupy nie urywa. A gra ma stanowczo za duże wymagania wiekowe (16+, wtf), bo traktuje gracza jak idiotę. Przez całą długość scenariusza ma się wrażenie, że bierze się udział w niekończącym się samouczku - podpowiedzi wyskakują na każdym poziomie. Jeśli zdarzyłoby się, że nie wiesz, co zrobić, uprzejmy kamerzysta skieruje twój wzrok we właściwą stronę. Tu się praktycznie nie da zgubić lub utknąć. Samych poziomów jest sporo, ale takich, w których się lata na Saphirze... cóż, ja pamiętam DWA. Trochę mało, jak na mój złakniony smoków gust. Sam lot jest nawet fajny, choć swobody w nim za grosz - lecisz w kółko po wyznaczonej trasie i jedyne, co możesz robić, to odbić trochę na boki, zionąć ogniem czy zeżreć gołębia. Wszystkie pozostałe poziomy polegają wyłącznie na napieprzaniu w lewy przycisk myszy w trakcie dłużących się niemiłosiernie walk. Idziesz dwa kroki - 10 minut spędzasz na waleniu w spawnujących się wrogów. Idziesz kolejne dwa kroki - znowu to samo. Można jajko znieść z nudów. Lub pobawić się w zbieranie takowych: na każdej planszy umieszczono sekretne, błękitne jajo, z którego w menu głównym wykluwa się jakiś filmik lub grafika traktująca o powstawaniu tego epickiego tytułu. Gratka chyba tylko dla zagorzałych fanów, bo jakość materiałów nie jest zbyt porywająca. Podobnie jak sam tytuł.

Plusy:
+ jak już latamy na Saphirze, to lata się fajnie
+ ładne cut-scenki
+ takoż grafika i animacje
Minusy:
- nuuudnaaa
- poziom trudności dla debili
- niekończąca się sieka
Jedna z niewielu okazji do polatania, celebrujmy tę chwilę
Początek gry, najbardziej niedorzeczny: ludzie sobie po prostu wchodzą spacerowym krokiem i nagle bum, trzeba ich wszystkich zabić. A co jeśli to tylko dostawcy pizzy?

  5. Panzer Dragoon
Stara gra, oj, stara, z zamierzchłych czasów w roku 1995. Tytuł doczekał się już kilku kontynuacji, z o wiele lepszą grafiką i bardziej rozbudowanych, nie wszystkie jednak wyszły na PC, a ponieważ udało mi się dobrać do najpierwszej części serii, to czemu nie, mogę parę słów powiedzieć (tym bardziej, że żadnej magii nie trzeba odprawiać, by gra ruszyła, jak bywa w przypadku starych tytułów). Nasz bohater przez przypadek zostaje jeźdźcem błękitnego smoka w dziwnym pancerzu, przez który długo nie mogłam się domyślić, gdzie gad ma przód, a gdzie tył. Zadanie jest proste: leć przed siebie, strzelaj we wszystko, co się rusza i nie daj się zabić. Gra jest w całkiem ładnym 3D, choć strasznie rozpikselowanym i momentami ciężko mi ocenić, w co właściwie strzelam. Zapis gry nie istnieje - jak zginiesz, zaczynasz od nowa. Dla mnie oznacza to, że jeszcze dużo czasu minie, nim dotrwam do trzeciego levelu, bo jak na razie na pierwszym tracę 3/4 zdrowia. A jednak gra potrafi wciągnąć.

Plusy:
+ wciąga
+ rozkosznie oldschoolowa
Minusy:
- brak save'a
- ciężko przywyknąć do dziwnej klawiszologii (do tej pory nie wiem, jak z tej gry WYJŚĆ)
Ale co się dzieje się?!
Tak, to ładne kolorowe też chce cię zabić

I na koniec wzmianka o serii gier, w której nie dość, że smoki są brutalnie przez nas mordowane, to jeszcze nie wyszła na PC, a na PSP:

Monster Hunter
ze szczególnym uwzględnieniem
Monster Hunter Freedom Unite
bo widziałam, jak luby gra
Nie mogę nie wspomnieć o tej serii z jednego prostego powodu: występujące w niej smoki i wszelkie smokopodobne stwory są wprost PRZEPIĘKNE, a ich animacja jest ZACHWYCAJĄCA. Choć zadaniem gracza jest wybić, oskórować i wybebeszyć wszystkie bestie, nie mogę się napatrzeć na to, jak one wspaniale wyglądają. Jestem w stanie wybaczyć nawet to, że postać gracza walczy tymi idiotycznymi, gigantycznymi brońmi, których żaden normalny człowiek nie byłby w stanie podnieść, a co dopiero nimi walczyć. Co się będę rozpisywać: pooglądajcie na youtube cut-scenki, filmiki promocyjne i gameplaye, a zrozumiecie, o co mi chodzi.




niedziela, 21 kwietnia 2013

Chciej dobrze - zjeb i tak

To już oficjalne - nie nadaję się do jakichkolwiek kontaktów międzyludzkich. Okazuje się, że jestem taka zła i okropna, że należy mi okazywać pogardę poprzez zwrot wszystkich prezentów, które kiedykolwiek dałam danej osobie. A wszystko to skutki tego, że chciałam być uprzejma i dusiłam w sobie negatywne emocje, żeby nie urazić tej osoby, nawet mimo tego, że ona ustawicznie sprawiała przykrość mnie. Tak więc chrzanić przyjaźnie. Innym jest lepiej beze mnie, mnie jest lepiej bez innych.


Nie, wcale nie. Potrzebujesz innych, nawet jeśli usilnie wmawiasz sobie, że tak nie jest. Potrzebujesz tego poczucia, że jesteś komuś potrzebna, że jest na świecie ktoś, kto nie uważa cię za bezwartościowe gówno. Potrzebujesz kogoś, komu mogłabyś opowiedzieć swój dzisiejszy sen, zwierzyć się z niepewności, spytać o radę i ponabijać się z głupot.

Gówno prawda. Kogo obchodzi to, że dziś śniły mi się dwa gigantyczne pająki i denerwuje mnie ich znaczenie w senniku, że nie cierpię studiować i nie wiem, co zrobić ze swoim życiem, że mam ochotę na czekoladową figurkę, bo je się je fajniej niż zwykłą tabliczkę? Nikogo. Jestem tylko jedną z wielu płaczliwych zrzęd i - jak się ostatnio dowiedziałam - zasługuję na wszystko, co mnie spotyka. Nie ma potrzeby się nikomu narzucać. Potrafię tylko zrażać do siebie ludzi.

I dlatego wylewasz żale na blogu, z nadzieją, że ktoś to zauważy, pochyli się, pogłaszcze po główce? Jak mocno trzeba cię kopnąć w dupę, żebyś zdała sobie sprawę, że nie możesz spędzić całego życia zamknięta w domu, przemykając tylko ukradkiem do sklepu, żeby przypadkiem nie spotkać kogoś znajomego?

Co ci do tego? To moje życie, spędzę je tak, jak uważam za stosowne.

Powiedz, jakie to uczucie rozmawiać ze swoim schizofrenicznym alter ego tylko dlatego, że nie masz nikogo innego, z kim mogłabyś pogadać?

Chujowe.

Więc dlaczego nie spróbujesz odnowić dawnych znajomości? Przecież to nie jest tak, że nigdy nie miałaś żadnych przyjaciół.

Zmieniliśmy się. Urwał się kontakt. Jedni zranili mnie, innych ja. Nie mam ochoty wskrzeszać trupów. A gdyby oni chcieli, już dawno by się odezwali.

No, tak se tłumacz.

Daj mi spokój.


poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Przegląd dziewczyńskich filmów różnych

Po primo, to po prostu muszę się pochwalić, jaką śliczną Raindancer sobie zamówiłam. :3 Zlecenie wykonała ta pani, której twórczość pragnę tu bardzo polecić, popatrzcie tylko, jaka śliczna broszka. ^^

No, to teraz można przejść do meritum. ^^

Poza filmami o Barbie, lubię się czasem odmóżdżyć wszystkim, co obiera za główny target dziewczyny w wieku od 5 do 15 lat. Często filmy przeznaczone dla nastolatek są o wiele, wiele, WIELE gorsze od tych dla małych dziewczynek... Kiedy je oglądam, odnoszę wrażenie, że wychowałam się w jakiejś innej, alternatywnej rzeczywistości i czuję się jak kosmita studiujący rasę obcej planety i niemogący tego wszystkiego objąć rozumem. Panie i (nieliczni zapewne) Panowie, przedstawiam oto:

PRZEGLĄD DZIEWCZYŃSKICH FILMÓW RÓŻNYCH

1. Bratz Starrin' & Stylin'
Pierwsze, co rzuca się w oczy w tym filmie, to koszmarny wygląd. Tła to po prostu obrobione w programie graficznym zdjęcia (i to góra dwoma filtrami), wszystkie napisy - włącznie ze sklepowymi szyldami i tymi na ekranach komputerów - są wypisane typograficzną porażką stulecia, czyli czcionką Comic Sans (Comic Sans!), a wszystkie postaci są pozbawione nosów. Naprawdę, w połączeniu z tym, że jednocześnie wszyscy są wyposażeni w gigantyczne wary-obciągary, mam wrażenie, że oglądam jakąś dziwną wersję "Rybek z ferajny". Powiedzcie, że nie wyglądają podobnie?
O fabule nie ma się co rozpisywać, bo jest tak nieoryginalna, jak 3/4 filmów aktorskich o nastolatkach. Cztery przyjaciółki - Yasmin, Sasha, Cloe i Jade (wciąż nie mogę spamiętać, która jest która) muszą jednocześnie przygotować projekt do szkoły o sobie i swoich pasjach oraz jakimś cudem przygotować się na bal. Postanawiają połączyć przyjemne z pożytecznym i skupiają się na balu, a w tym czasie kręcą żenujące filmiki o sobie, połączone z mnóstwem trzepotania rzęsami i przebierankami. Poza tym, przez większość filmu (właściwie to nie jest film - to VIDEO, jak informuje nas okładka) nie robią nic, tylko malują się, trajkoczą o modzie i wdzięczą, mrużąc seksownie ogromne gały. Wszystkie są jednakowo durne; szczególnie zirytowały mnie w scenie, w której rozbijają się w lesie, gdzie panikują z powodu potarganych fryzur a nie faktu, że o mało nie zginęły, oraz biorą skunksa za małego kotka, co kończy się w wiadomy sposób. Och, no i jak możemy zapomnieć o największej tragedii: ktoś je obgaduje w szkolnej gazetce!!! Ale najgorsze jest to, że one nie są nawet denerwujące. One są po prostu... żadne. Nie różnią się od siebie niczym poza kolorem włosów, o jakichkolwiek charakterach można zapomnieć.

2. Bratz Genie Magic (Bratz Magiczny Dżin)
O. Mój. Boru.
Razem z tym filmem włączyłam sobie notatnik, by zapisywać wszystkie durnoty, ale już po pięciu minutach okazało się, że materiału miałabym na całą dużą, oddzielną notkę. Tak więc, w jak największym skrócie:
- to drugi po Starrin' & Stylin' film z tymi obrzydliwymi lalkami w rolach głównych, a mam wrażenie, że tym razem obsadza kogoś zupełnie innego. Dziewczyny niby nazywają się tak samo, ale wyglądają drastycznie inaczej (to Sasha przez cały czas była czarna?) i teraz nagle są gwiazdami czegoś, co nazywane jest tu rockiem, ale ma z nim niewiele wspólnego... po czym na resztę filmu kompletnie się o tym zapomina;
- w animacji komputerowej postaci wyglądają JESZCZE bardziej odrażająco niż gdy są narysowane i ani trochę nie pomaga fakt, że tym razem mają nosy (choć bez dziurek);
- w pierwszych minutach filmu, gdy dziewczyny występują na scenie, cztery razy puszczona jest identyczna scena z kręcącymi się bioderkami i majtającymi włoskami. CZTERY;
- cztery zdzirowate nastolatki, magiczny dżin i Zły Czarny Charakter, który za sprawą gwałtownych zmian pogody chce zawładnąć światem i ma na usługach armię klonów. Nie mam więcej pytań;
- największą tragedią dziewczyny-dżina i powodem, dla którego uciekła, było to, że ojciec nie pozwalał jej się malować. No przecież;
- czy te nastoletnie miurwy w ogóle mają jakichś rodziców? Blondyna panikuje, że dadzą jej szlaban, ale nigdy ich nie widać, nie słychać i ma się wrażenie, że gówniary całe życie spędzają same, bez żadnych ograniczeń i zahamowań.
Nie dałam rady obejrzeć do końca - za durne. Mój limit to 40 minut, i tak jestem z siebie dumna, że wytrwałam aż tyle.

3. Bratz Passion 4 Fashion Diamondz / Forever Diamondz
Każde Z w tytułach tych filmów doprowadza do szału. To jest niby taka młodzieżowa maniera, żeby było cool i osom? Nieważne. Z jakiegoś powodu ten film wydaje mi się jeszcze brzydszy od dwóch poprzednich razem wziętych i nie wiem, czy to prawda, czy po prostu zaczynam już rzygać tymi klimatami. Uchylę rąbka tajemnicy: pierwsza scena wygląda tak. Już nawet Tommy'ego Wiseau stać na lepsze efekty. Enyłej, tym razem cztery zdziry biorą udział w jakimś show i poszukują nastoletnich projektantek. Konkurują z nimi odrażające bliźniaczki w różu i ich demoniczna mamunia (oczywiście - to antagonistki zawsze muszą być blond i różowe, ale mnie to nie zwiedzie, i tak wiem, że Bratz to puste miurwy). Główną nagrodą jest kontrakt z prawdziwym projektantem i para najobrzydliwszych kozaczków, jakie w życiu widziałam. Ale najzabawniejsze jest to, że obie drużyny poruszają się po Stanach... TIRami. Tak jest, Bratz oficjalnie zostały tirówkami.
Matko, tak się rozpisałam, a tu mam dopiero drugą minutę filmu...
Generalnie to tak: twórcy wciąż nie potrafią używać czcionki innej od Comic Sans. Bratz postępy poczyniły takie, że tym razem są naprawdę wkurwiające. Popowe przyśpiewki w tle lasują mózg bardziej niż "Ona tańczy dla mnie" i "Friday" puszczane w kółko na zmianę. Zaraz, czy one właśnie jadą przez różową pustynię?! Jak babcię kocham, widzę oczojebnie różowe góry na ekranie. JEŻU, nie mogę patrzeć na te ich gargantuicznych rozmiarów WARY. Jakby każdy na tej planecie wstrzyknął sobie 5kg silikonu, botoksu czy cokolwiek tam się wstrzykuje w wargi. Matko, nie, nie mogę dalej. Sami to sobie oglądajcie, ja mam dość. Nigdy więcej filmów o Bratz. NIGDY.

4. Bratz
Nasze cztery ulubione kurewki, tym razem w wersji aktorskiej. Widziałam raz. Więcej nie mam zamiaru. Jedyne, co zapamiętałam, co scena walki na żarcie w stołówce. Patrząc na amerykańskie filmy o nastolatkach, odnoszę wrażenie, że bitwa na jedzenie to jakaś lokalna tradycja. Nawet Barbie w "Pamiętnikach" zaliczyła takową. Jako osoba - jak to się mówi u mnie w rodzinie - "brzydliwa", brzydzę się takimi scenami, bo widzę tylko ten ohydny do granic możliwości bałagan, który ktoś musi po tej roześmianej hołocie posprzątać, wyprać i się przy tym nie porzygać (zmywać po kimś mogę tylko w masce przeciwgazowej i kaftanie przeciwpromiennym). 

5. Klub Winx. Tajemnica Zaginionego Królestwa
O serialu wiem niewiele. W dzieciństwie odrzucił mnie na kilometr tym, jaki był brzydki, bohaterki puste, świat paskudny, a przygody nieinteresujące. Nawet jak kilka lat później próbowałam go oglądać, nie dałam rady. Ale wtedy wyszedł na ekrany kin pierwszy film i moje masochistyczne zapędy w końcu znalazły ujście.
Na dobrą sprawę nie trzeba znać serialu, by zrozumieć, o co chodzi w filmie, choć początek jest bardzo konfundujący. Sześć wróżek włamuje się do jakiegoś ponurego zamczyska, walczy z potworami przy wtórze okropnej, popowej piosenki (swoją drogą, radio doprowadza mnie do szału puszczając w kółko to okropieństwo, bo jest takie właśnie stuprocentowo winxowe, arrgh), a po tym wszystkim nagle okazuje się, że właściciel pałacu jest jednak dobry i ma ważne informacje dla Bloom (tej rudej) na temat jej pochodzenia. Dobra, niech wam będzie, przynajmniej film się szybciej skończy. W każdym razie, głównym problemem jest właśnie Bloom, która pragnie się dowiedzieć, gdzie się podziali jej prawdziwi rodzice. Jakby mi ktoś powiedział, że ich rodzinna planeta została zniszczona, to doszłabym do wniosku, że zginęli, ale wiecie, merysujki mające Przeczucie i takie tam. Tak więc Bloom ze zgrają tęczowych, słodkopierdzących przyjaciółek rusza na poszukiwania, w czym przeszkadzają jej trzy pradawne wiedźmy, które nie chcą dopuścić do odrodzenia królestwa, pragną wchłonąć moc Bloom, coś tam, coś tam. Aha, prawie zapomniałam: każdej wróżce towarzyszy malutka wróżka: twory wyglądające tak koszmarnie, że można tym straszyć dzieci w nocy. Czy to miało być SŁODKIE?! One... one są... STRASZNE! Jak zmutowane radioaktywnym promieniowaniem niemowlęta ze skrzydełkami! Jak można uważać coś takiego za SŁODKIE?!
Och, nie zapominajmy o gwieździe polskiego dubbingu: Piotrze Kupisze udzielającego swego monotonnego, zakatarzonego głosu różowowłosemu burakowi o imieniu Riven. Można się posikać ze śmiechu za każdym razem, gdy wypowiada jakąś kwestię. W ogóle w tym filmie są dialogi na cztery nogi. "Skye, mój książę wybawca!"

 6. Winx. Magiczna przygoda
Nie sądziłam, by to mogła być prawda, ale ten film jest jeszcze gorszy od poprzedniego. Przede wszystkim animacja jest jakaś dziwna: postaci poruszają się strasznie szybko, jakby miały jakieś tiki nerwowe, strasznie nieprzyjemnie się na to patrzy. Jeśli chodzi o fabułę, to umiarkowanie pamiętam, jakie było główne zagrożenie (zdaje się, że powrót trzech złych wiedźm z poprzedniej części), bo przez większość czasu film skupia się na innych duperelach. Bloom żyje wraz ze swymi cudownie ożywionymi rodzicami w cudownie ożywionym królestwie Domino na cudownie ożywionej planecie chyba też Domino (gmina Ziemia, powiat Ziemia, województwo Ziemia, królestwo Ziemia na planecie Ziemia brzmi równie sensownie). Pragnie poślubić księcia Skye'a, ale ich rodzice się nie zgadzają, co jest na dobrą sprawę nieważne, bo godzą się równie szybko, jak się pokłócili, ale to nie przeszkadza w zmontowaniu przezabawnej sceny, w której do Bloom walą kandydaci, a ona próbuje ich do siebie zniechęcić. Ja wiem, że trzeba było podkreślić, że tylko Skye jest jedyny i wspaniały, ale czy naprawdę trzeba było robić z innych książąt AŻ TAKICH tłuków i idiotów? Wybrankowie wszystkich wróżek poza Skyem też są używani głównie do scenek komediowych, w których nie wiedzą, jak użyć ściereczki do kurzu, przewracają się, niosąc zakupy za swoimi dziewczynami i ogólnie wszystko sprowadza się do wesolutkiego chichotu i komentarza "ach, ci mężczyźni!". Inne denerwujące aspekty tego dzieła: 
- na początku Bloom dostaje od rodziców w prezencie konia. Nienawidzę tej cholernej szkapy. Bloom ma inne zwierzątko, niebieskiego króliczka, który podobnie jak te chibiwróżki wygląda jakby był efektem wybuchu elektrowni atomowej i też go nie cierpię, ale wszystkie sceny, w których koń go z siebie zrzuca, kopie, podszczypuje i robi z uroczym uśmiechem na złość, a Bloom ma to kompletnie w dupie, sprawiały, że miałam ochotę przerobić i ją, i tę chabetę na klej.
- teksty jeszcze gorsze i głupsze niż poprzednio. Spadłam z krzesła jak usłyszałam hasło "Gdy się zdarza kiks, do akcji wkracza Winx".
- widoczne też w poprzedniej części idiotyczne parcie na MODĘ. Zakupy, przebieranki, fryzura, makijaż - to są najważniejsze rzeczy w winxolandii!
- brak Kupichy, nie ma się z kogo ponabijać. :C

7. Monster High. Why do ghouls fall in love? (Upiorna siła miłości)
O Boru, jak dobrze, wszystko, tylko nie Bratz. Kiedyś z ciekawości oglądałam serial (chociaż czy góra czterominutowe odcinki to już dość, by nazywać coś serialem, a nie tylko nieco bardziej rozbudowaną reklamą...?) i muszę przyznać, że jest całkiem ok, jeśli traktować go jako parodię. Oczywiście znowu duża uwaga skupiona jest na modzie (jak i lalki, które są strasznie pokraczne, ale z drugiej strony wdzięku odmówić im nie można [chcę Ghoulię :3]), ale nie tak nachalnie i miło się ogląda tę animację we flashu.
"Upiorna siła miłości" niestety we flashu zrobiona nie jest. Seriously, czemu twórcom filmów się wydaje, że komputerowa animacja 3D zawsze jest najlepszym wyjściem? W tym przypadku nie jest. O ile same postaci jeszcze mogą być, to otoczenie wygląda po prostu brzydko. Na co jeszcze ponarzekać... O, głos Draculaury. W oryginale jej seplenienie przez wampirze ząbki jest urocze, zawsze miło mi się jej słucha, ale w polskiej wersji brzmi jak Dolores Umbrigde próbująca naśladować głos małej dziewczynki. Ugh. Nie wspominając o tym, że tu po prostu nikt nie ma  żadnego charakterystycznego akcentu.
Tak czy siak, film (czy raczej odcinek specjalny, bo od zwykłego dłuższy aż 10 razy, łał) jest przyjemny w odbiorze. Fabuła skupia się na nadchodzących, tysiąc sześćsetnych urodzinach Draculaury i problemach jej chłopaka-wilkołaka w znalezieniu prezentu będącego w stanie sprostać jej romantycznym marzeniom. To naprawdę miła odmiana po tych wszystkich... mało ambitnych... filmach... o dziewczętach... o małym... bardzo... rozumku.

8. Monster High. Ghouls rule (Upiorki rządzą)
W sumie nie mam tu dużo do powiedzenia: znów fajny film o potwornych uczniach Monster High. Tym razem akcja skupia się na Frankie Stein, która boi się swojego pierwszego Halloween, bo nauczyciel nastraszył ją, że to czas, kiedy zwykli ludzie polują na potwory. W sumie jak się już przywyknie do tej animacji komputerowej, to ogląda się równie miło, co flasha. Postaci jak zwykle są bardzo różnorodne i nie do niepolubienia. Im więcej się tego ogląda, tym bardziej ma się ochotę samemu chodzić do takiej szkoły. Właśnie to jest fajne: zamiast serwować widzowi jedną, dwie czy - EKHEM - cztery bohaterki i praktycznie nikogo poza nimi, zapełnić świat mnóstwem barwnych postaci, by każdy wybrał kogoś dla siebie. Nawet jeśli jego ulubiona postać pojawia się przelotem w jednym, jedynym odcinku. Ale hej, to i tak niemal gwarancja, że zrobią taką lalkę i już za 140zł może być twoja! ;P

9. Dzwoneczek
Dla odmiany zero nastolatek i zero mody, o matko, jaka ulga. Nigdy nie byłam fanką Piotrusia Pana (zwłaszcza tego disneyowskiego...), ale zaciekawiło mnie to nagłe skupienie się na Dzwoneczku. Przede wszystkim odnoszę wrażenie, że akcja wcale nie dzieje się w Nibylandii - w żadnym filmie nie wystąpiła ani jedna charakterystyczna kraina z tego świata: zatoka piratów, laguna syren, coś tam, nie pamiętam. No nic, na dobrą sprawę wszystko jedno. Film zaczyna się narodzinami Dzwoneczka i rozpoczyna się jej długa droga w poszukiwaniu swojego prawdziwego talentu i miejsca w świecie wróżek, do którego zdaje się w ogóle nie pasować. Jest w tym filmie sporo głupotek większych i mniejszych, ale odpowiednio wyluzowany widz nie zwraca na nie uwagi. Podobało mi się, że w całej tej zgrai wróżek zajmujących się przyrodą i zwierzątkami, Dzwoneczek okazała się być świetnym inżynierem-wynalazcą. Czego nie lubię... to sama Dzwoneczek. Ona jest wprost okropna: złośliwa, choleryczna i obrażalska. Ale dobrze chociaż, że dzięki temu jest bliska oryginałowi, bo w "Piotrusiu..." była przecież zazdrosną jędzą, która chciała pozbyć się Wendy. Minusem filmów o Dzwoneczku jest to, że są po prostu strasznie nudne. Fabuła jest zawsze bardzo przewidywalna, a wylewająca się z ekranu wszechobecna dobroć i proekologiczne przesłanie potrafią zemdlić.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Najbrzydsze zabawki

Była tu przed chwilą przepełniona nienawiścią notka o rzeczach, których nienawidzę, ale jednak ją skasowałam. To jest moje małe królestwo i nie będę go zaśmiecać rzeczami, które mnie denerwują samym swoim istnieniem.

Zamiast tego - pośmiejmy się. Czasem przeglądam zabawki na Allegro, by popatrzeć, jakie marzenie z dzieciństwa udałoby mi się spełnić (nigdzie nie ma tej lalki Barbie z koniem, który zmieniał kolor jak się go potarło gąbeczką z ciepłą lub zimną wodą :C). I czasami trafiam na zabawki tak szkaradne, że głowa mała. Oto niektóre z nich, najbrzydsze z najbrzydszych. 


My Little Hippo.

JEZU, TRUP. Nigdy nie byłam w stanie zrozumieć zabawy lalkami-bobasami (wolałam niańczyć misie i inne zwierzątka), a ta jakaś nowa moda na bardzo realistycznie wyglądające lalki-bobasy mnie po prostu przeraża.

 Nie chcę wiedzieć nic na temat tej lalki.

 Ta była reklamowana jako posiadaczka "pięknych, długich nóg". A ja myślałam, że zdjęcie jest zrobione pod jakimś dziwnym kątem albo rozciągnięte w fotoszopie...

Nie, idei głów do stylizacji też nie jestem w stanie pojąć. Ta tutaj ewidentnie chce zeżreć moją duszę.

 DŻIZAS.

 To zdecydowanie najbrzydsze podróby kucyków, jakie w życiu widziałam. One się nie powinny nazywać Pony Land tylko Zombie Land.

 O, Paris Hilton.

 Nie, żeby Winx same w sobie były ładne (matko, do tej pory nie rozumiem, jak coś tak szpetnego mogło zostać tak popularne), ale ta lalka ma coś dziwnego z twarzą. I ciałem. I w ogóle wszystkim.

 Dinozaur zauważył, że błyszczy się w słońcu i nie wie, jak to zinterpretować.

Cornelia jest wkurwiona. Też bym była, gdyby zrobili ze mnie taką paskudną figurkę.

Różowy smok-hipster w okularach. Znaczy, w aukcji twierdzą, że to smok. Dla mnie to jest raczej jakaś dziwna glizda z nóżkami.

Ten PYSK.

Nie powiem, z czym mi się kojarzy jego róg...

Ekskjuzemła, ale dlaczego Leia wygląda jak zapaśnik?



I na koniec mój ulubieniec: Vader-chippendales.

Kwik. :D


niedziela, 7 kwietnia 2013

Żyć i nie zwariować

Miałam się uczyć od nowa zapamiętywania snów, ale po moich ostatnich stwierdzam, że to bardzo, ale to bardzo zły pomysł. I tak nie śni mi się absolutnie nic twórczego, a li jedynie wkurzające do granic możliwości pierdoły. Nie wiem, czy to z powodu takiego stanu ducha, depresji, obsesji, nerwicy (w sumie nigdy żadna osoba z "dr" przed nazwiskiem nie stwierdziła u mnie któregokolwiek z powyższych stanów, więc jakie mam prawo sądzić, że którykolwiek z nich mnie dotyczy? Ja tylko siedzę bezczynnie w domu, pozbawiona nadziei i motywacji, gorączki nie mam, więc zdrowa jestem, nic mi nie jest), ale kiedy człowiek nawet wyspać się nie może z powodu irytujących snów, to naprawdę może szlag trafić.

Powtarzający się do obesrania motyw: pośpiech i spóźnianie się na coś, najczęściej na pociąg. Średnio raz na tydzień śni mi się, że muszę się bardzo spieszyć, mam dosłownie kilka minut do wyjścia, patrzę co chwilę nerwowo na zegarek, ale wszystko i wszyscy stają mi na drodze i w efekcie spóźniam się. Dziś na przykład w takim śnie spieszyłam się na pociąg, który miał odjeżdżać za pięć minut, zaczęłam zakładać kozaki, bo są na ekspres i szybciej schodzi, ale gdy założyłam już prawy, nagle okazało się, że na lewej nodze mam dokładnie zasznurowanego glana i straciłam kilka cennych minut na zmianę obuwia. Potem mama mnie zatrzymała, potem nie mogłam znaleźć swojego płaszcza, a potem było już wszystko jedno, bo mój superważny pociąg już odjechał. 

Potem - wpływ obejrzenia wczoraj VI epizodu "Gwiezdnych Wojen" (wreszcie) - śniło mi się, że nastąpiła apokalipsa i 3/4 ludności świata poszła w pizdu. Wędrowałam przez opustoszone metropolie w towarzystwie Darth Vadera, samej będąc wiecznie nachmurzonym Anakinem Skywalkerem, co w jakiś sposób czyniło z nas ojca i syna. Ale to nie wszystko: w pewnym momencie nawet zatrzymaliśmy się w McDonaldzie na hamburgera, którego podał nam jakiś długowłosy żul. Irytującym aspektem tego snu było to, że nieustannie gubiłam (gubiłem?) swój miecz świetlny i bałam się, co tatuś na to powie.

Co na ten temat mówi sennik?

miecz, zgubić go (w sumie to jestem zdziwiona istnieniem takiego hasła): zmień swoje postępowanie, w przeciwnym razie bliscy odwrócą się od ciebie
ujrzeć wielkie miasto: niepokoje w życiu

Darth Vadera jakimś trafem nie ma wśród haseł.


Pociąg lub kolej żelazna to jeden z najważniejszych symboli sennych, w którym odzwierciedla się przede wszystkim nastawienie do życia, doświadczenia, motywacje, wartości i cele. Sugeruje to lepsze poznanie siebie.
śpieszyć się: niepokoje

śpieszyć się do pociągu: oznacza wiele trudności

mimo pośpiechu spóźnić się na pociąg: chcesz osiągnąć rzeczy niemożliwe

spóźnienie: odnosisz wrażenie, że coś w życiu przeoczyłeś, może jakąś ważną znajomość. Niewykluczone, że sen odnosi się do przyszłości i przestrzega cię przed niezauważeniem kolejnej szansy.

buty nie od pary: cudzołóstwo.

buty czarne: choroba, ostrzeżenie przed popadnięciem w kłopoty z powodu oszustwa

No wprost wyśmienicie. Po doprowadzających do szału i dołujących snach niczego nie pragnęłam bardziej, niż ich dołującej interpretacji. Nie, żebym wierzyła w proroczą moc snów - uważam po prostu, że sny są odzwierciedleniem tego, co się w danym momencie w człowieku dzieje, o czym myśli, co go martwi, blebleble. Jak powyższe ma się do mnie? Hm.

Ostatnio, po pewnym niemiłym incydencie, postanowiłam nie bawić się w żadne bliskie przyjaźnie, bo jestem stuprocentowym introwertykiem i ani się do tego nie nadaję, ani nie potrafię się w takie relacje bawić, ani po prostu nie mam ochoty, bo wiele rzeczy mnie irytuje i męczy. Ale z drugiej strony... czasem czuję się okropnie samotna, kiedy ja kiszę się tu, luby trzysta kilometrów ode mnie i nie mamy możliwości się spotkać. Nie ma nawet do kogo gęby otworzyć, tylko wylewać żale na blogasku. Matko, jaka ja się żałosna zrobiłam.

Smoczek na pocieszenie. Teraz to Boga zrobiła się najbardziej socjalna. Moja ulubienica. <3 Niestety, nie mam nawet średnio dobrego aparatu, by robić porządne zdjęcia.


O, to w razie czego wiem, kim zostanę w przyszłości. Crazy gecko lady! *ba-dum pss*

wtorek, 2 kwietnia 2013

Żeby nie było, że jestem emo

Wymyśliłam kolorki! Oficjalnie przedstawiam moją OC, Raindancer!


typ: pegaz
imię: Raindancer
cutie mark: biało-błękitne pióro
talent: pisarstwo (pozwólcie mi w to wierzyć)
znaki szczególne: beżowa maść, szaro-niebieskie oczy, grzywa w dwóch odcieniach błękitu
uwielbia: pisać, bujać w obłokach (dosłownie i w przenośni), obserwować dzikie i opiekować się udomowionymi zwierzątkami, zwłaszcza króliczkami, prócz tego: czekoladę, gorące kakao i zapach wanilii (smak zresztą też)
nie znosi: chamstwa, natrętów, zimy i śniegu
charakter: jest nieśmiała i zamknięta w sobie, daje upust emocjom w swojej twórczości; boi się kontaktu z obcymi, lubi samotność; łatwo ją zranić; potrafi cały dzień płakać bez powodu i następnego dnia być radosna jak rzodkiewka na wiosnę, jakby nic się nie stało

Czemu Raindancer, skoro nienawidzę deszczu (i wilgoci w ogóle), o tańcu nawet nie wspominając? To taka mała metafora: deszcz=łzy, taniec=radość, czyli można powiedzieć, że śmiech przez łzy, pozytywy w negatywach, coś w tym kierunku. No i wspomnę, że moim ulubionym kucykiem z dzieciństwa była Baby Moondancer z odcinka "Escape from Catrina" (ojej, aż chyba sobie obejrzę ^^) i skojarzyło mi się to imię, gdy próbowałam wymyślić coś sensownego. Łii! Jak zgłupieję i zdziecinnieję jeszcze troszkę, to zacznę pisać fan fiki z Raindancer, tylko nie ma gdzie tego zamieszczać bez robienia siary. Jeszcze jeden blog? Ło matko, nie chce mi się. Ale z drugiej strony... uwielbiam tworzyć. :D

Pełzu pełzu ^^
No to jeszcze kolejny raport z królestwa gekonów. Gdy przy sprzątaniu wygoniłam paskudy z góry, Luna znów weszła mi na rękę - w sumie to zaczynam podejrzewać, że ona po prostu nie patrzy, gdzie idzie i traktuje mnie jak element wystroju terrarium, tylko ruchomy i zmieniający kolory. Przespacerowała się po mnie wte i nazad we wszystkie strony i mama nie zdołała zrobić nam zdjęcia, na którym jednocześnie ona by się nie ruszała i ja nie wyglądałabym jak dekiel.
W tym czasie Boga strzeliła focha i schowała się do kokosa. Gdy podsunęłam jej rękę, polizała ją kilka razy, czyli powąchała mnie, dziwiąc się, co za paluchy jej się pchają do JEJ kokosa. Była czujna, więc chcąc sprawdzić, czy jest w nastroju do polowania, podsunęłam jej suchą pęsetę. Cóż, była w nastroju - o mało mi jej z ręki nie wyrwała. Zeżarła pięć mączników, które jej podałam i poszła spać. Uwielbiam ją. :3
Później chciałam nakarmić jeszcze Morię wciśniętą w kąt między ścianą terrarium a górą. Podsunęłam jej mącznika i chciała go zjeść, dziabnęła kilka razy, ale nie trafiła, lecz wtem Luna poczuła się zazdrosna i bezczelnie wlazła Morii na głowę i zatkała mi do niej dostęp na amen. No co za buc. I musiała akurat wtedy, gdy udało mi się skłonić to małe lunatykujące żyjątko do ciamkania mączników z pęsety. :c Mimo całego jej wcześniejszego rozbrykania i zaufania, jakim mnie obdarzyła - foch. Jutro znów spróbuję nakarmić to malutkie, bo jak parę dni temu wyszła się napić (i wydudliła pół miski), tak od tamtej pory nie wychodziła i mnie stresuje, że pewnego dnia znajdę martwego gekonka na piachu. No ja wiem, że one w ogonie magazynują tłuszcz i mogą miesiąc nie jeść, ale tak jakoś nie lubię, jak moje zwierzątka nie jedzą.

Coś mało marudzenia w tej notce, hm hm. O, już wiem: jestem chora i mam nakaz leżenia w łóżku od lekarza, ale i jutro i pojutrze muszę jechać na zajęcia, bo albo nie mam już nieobecności do wykorzystania, albo mam referat do zreferowania z grupą. No to już jest po prostu chamstwo ze strony losu.

Na zakończenie coś optymistycznego, bo już chyba wszyscy (ze mną włącznie) rzygają tym smęceniem:


Doczekasz jeszcze dnia gdy stopa stanie na brzeg
I pozazdrości ptak tego co w duszy ci gra
A deszcz jeśli już to będzie padał do nóg
I przyjmiesz pokłon zórz jak ekstatyczny dreszcz


Edit: W zeszłym roku na Pyrkonie dwa razy prosili mnie o taniec w przebraniu Kapitana Zee, a mimo to w klipie nie wystąpiłam. Tegoroczny Zee pojawia się już w pierwszej minucie Pyrkon Dance'u 2013. No kurwa mać.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Chaotyczna notka, w której staram się ułożyć sobie życie

Żaden człowiek nie jest w stanie wyjrzeć pierwszego kwietnia przez okno, zobaczyć krajobraz jak z bożonarodzeniowej pocztówki i nie zacząć szlochać z bezsilnej złości. No dobra, uściślijmy: JA nie jestem w stanie wyjrzeć pierwszego kwietnia przez okno, zobaczyć krajobraz jak z bożonarodzeniowej pocztówki i nie zacząć szlochać z bezsilnej złości. Nigdy nie podejrzewałam się o bycie meteoropatką, ale jak przez bitych kilka miesięcy widzę za oknem tylko śnieg i mróz, to z miejsca mam depresję i nie cieszy mnie absolutnie nic. Od trzech dni od rana do nocy nic, tylko płaczę (na zmianę ze smarkaniem, kaszleniem i kichaniem), zachowuję się jak jakieś cholerne emo i wszystko widzę w czarnych barwach. Różne rzeczy robiłam na pocieszenie, ale z umiarkowanym skutkiem. Pisałam to głupie opko o Świecie Fantazji, ale skręciłam niebezpiecznie w kierunku typowej fabułki polegającej na interakcjach z kandydatami na tru-loffa. Chciałam stworzyć (tutaj) siebie jako kucyka, ale za nic nie mogę się zdecydować na swoje kolory, żadne nie pasują. Jakiś czas temu na zajęciach mówiliśmy o metodzie sześciu kapeluszy i każdy znalazł swój. Ja nie - żaden nie brzmiał w 100% jak ja. Gdy spytałam o to panią profesor, powiedziała, że mój kapelusz jest różowo-seledynowy: czerwony+biały i niebieski+zielony. Różowo-seledynowy kucyk...? Nie brzmi ani trochę jak coś, co mogłoby mi odpowiadać.

Czy ja w ogóle mam jakieś kolory?

Przedwczoraj czytałam kucykowy komiks o Rainbow Dash (zapraszam do nabijania mi punktów na chomiku, muehehe). W nim magiczna chmura sprowadzona przez jakieś chochliki odbierała mieszkańcom Ponyville całą radość - no popatrzcie, to zupełnie jak u nas niekończąca się zima. Ale Rainbow nie poddała się i po wielu próbach przegoniła na cztery wiatry i chochliki, i chmurę. Ech... Przydałaby mi się taka Rainbow Dash, która rozjaśniłaby nawet najbardziej ponury dzień. (Tak, czytałam ff "My little Dashie". Jest beznadziejnie głupi).

Z obserwacji okołogekonowych:
Moria niedawno zjadła cokolwiek po raz pierwszy od przybycia: świerszcza z pęsety. Ponoć to dobrze i znaczy, że mi ufa, ale wciąż prawie w ogóle nie wychodzi z góry (w dzień jest to do zrozumienia, bo jest albinosem i nie przepada za światłem) i nie widziałam, by jadła z własnej inicjatywy. Ogonek jej niby zgrubiał, ale i tak się o nią martwię. Za to jak już wyjdzie, to przykleja się do basenu i na raz wypija prawie całą wodę.
Luna poluje na wszystko, co się rusza i wygląda na jedzenie. Nauczyła się, gdzie są mączniki, a na świerszcze rzuca się jak tygrys. Od przyjazdu urosła już chyba z dwukrotnie, a ogon ma gruby jak 2x cała Moria. Czasem wychodzi z góry, raz przy sprzątaniu sama wlazła mi na ramię i udawała papugę, ale od tamtej pory przejawów oswojenia nie wykazywała.
Boga zaś jest utajonym brony (a w sumie raczej pegasis). Wczoraj wieczorem oglądałam sobie kucyki, odwracam się, a ta siedzi przy szybie wpatrzona w ekran laptopa. Jak zauważyła, że na nią patrzę, natychmiast było "Co? Kucyki? Pff, to dla małych dziewczynek i pedałów" i odeszła. Ostatnia próba zaprzyjaźnienia się z nią skończyła się tym, że na mnie nawrzeszczała, ale świerszczem z pęsety nie pogardziła. Nieodgadnione żyjątko.

O planach cosplayowych nie będę się zbytnio rozpisywać, bo tylko wpadam w większą depresję. Powiem w skrócie i bez uwzględniania jęków, że jestem brzydka, mam rozstępy etc.:
Galadriela wydaje się być najbardziej prawdopodobną opcją, bo niezaprzeczalnym plusem jest fakt posiadania odpowiedniej sukni - do drobnych przeróbek, ale jest. Minusem jest to, że dobre elfie uszy to wydatek rzędu 80zł. Nawet tyle nie mam i umiarkowanie się zapowiada bym miała mieć do sierpnia, czyli Polconu (czy wspominałam już, że nienawidzę tego ustawicznego braku pieniędzy, pracy i niezrozumiałej konieczności siedzenia na studiach, których nie znoszę - jakie by nie były?). Znalazłam na jakimś blogu instrukcję, jak zrobić takie uszy z plasteliny, pończochy i wikolu, ale z bliska to wygląda koszmarnie, a lateksowe byłyby wielokrotnego użytku i przydałyby się jeszcze nieraz, no ale... ta cena...
Ok, zdradzam tajemnicę, i tak zbyt długo nie potrafię ich utrzymać. Mój mhroczny plan na przyszły Pyrkon to Richard z "Looking for group". Wymyśliłam już nawet, jak zrobić maskę i szczudła (no bo nie mogę być Richardem z niecałymi 160cm wzrostu), ALE. Ale jak zaczynam podliczać, ile będę musiała wydać na materiały na szaty, to mi się słabo robi. Znów to samo: pieniądze, pieniądze, pieniądze. Chyba rzucę studia i zostanę złodziejem. Mam już doświadczenie z Obliviona i Thiefa, jestem na dobrej drodze.
Trzecia opcja zaproponowana przez lubego: sexy Mandalorianka. Jak mam mieć wiadro na głowie, to mogę się rozbierać, czemu nie, proszę bardzo. Po szybkich podliczeniach wyszło nawet, że koszta wykonania nie byłyby aż takie duże, może nawet mniejsze niż same lateksowe elfie uszy. Co więc stanowi problem? Samo wykonanie. Co z tego, że znalazłam instrukcję, która ze zdjęciami i jak krowie na granicy tłumaczy, co po kolei zrobić, by z kilku kawałków tektury powstał hełm? NIC Z NIEJ NIE ROZUMIEM. I to nie dlatego że jest po angielsku. Sama nie jestem w stanie powiedzieć, co tu jest do nie rozumienia, ale czytam to, patrzę i widzę, że nie jestem w stanie tego zrobić. No po prostu nie. Inna opcja: wygrać w totka i KUPIĆ gotowy hełm za 300zł. Ha, ha, ha.

Cóż. Wygląda na to, że w najbliższym czasie konwenty będę odwiedzać wyłącznie jako Zee. Co jest ok, ale w sierpniu może być ciut niewygodne. I bardzo nie lubię rutyny i braku zmian. No ale... ech.