poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Przegląd dziewczyńskich filmów różnych

Po primo, to po prostu muszę się pochwalić, jaką śliczną Raindancer sobie zamówiłam. :3 Zlecenie wykonała ta pani, której twórczość pragnę tu bardzo polecić, popatrzcie tylko, jaka śliczna broszka. ^^

No, to teraz można przejść do meritum. ^^

Poza filmami o Barbie, lubię się czasem odmóżdżyć wszystkim, co obiera za główny target dziewczyny w wieku od 5 do 15 lat. Często filmy przeznaczone dla nastolatek są o wiele, wiele, WIELE gorsze od tych dla małych dziewczynek... Kiedy je oglądam, odnoszę wrażenie, że wychowałam się w jakiejś innej, alternatywnej rzeczywistości i czuję się jak kosmita studiujący rasę obcej planety i niemogący tego wszystkiego objąć rozumem. Panie i (nieliczni zapewne) Panowie, przedstawiam oto:

PRZEGLĄD DZIEWCZYŃSKICH FILMÓW RÓŻNYCH

1. Bratz Starrin' & Stylin'
Pierwsze, co rzuca się w oczy w tym filmie, to koszmarny wygląd. Tła to po prostu obrobione w programie graficznym zdjęcia (i to góra dwoma filtrami), wszystkie napisy - włącznie ze sklepowymi szyldami i tymi na ekranach komputerów - są wypisane typograficzną porażką stulecia, czyli czcionką Comic Sans (Comic Sans!), a wszystkie postaci są pozbawione nosów. Naprawdę, w połączeniu z tym, że jednocześnie wszyscy są wyposażeni w gigantyczne wary-obciągary, mam wrażenie, że oglądam jakąś dziwną wersję "Rybek z ferajny". Powiedzcie, że nie wyglądają podobnie?
O fabule nie ma się co rozpisywać, bo jest tak nieoryginalna, jak 3/4 filmów aktorskich o nastolatkach. Cztery przyjaciółki - Yasmin, Sasha, Cloe i Jade (wciąż nie mogę spamiętać, która jest która) muszą jednocześnie przygotować projekt do szkoły o sobie i swoich pasjach oraz jakimś cudem przygotować się na bal. Postanawiają połączyć przyjemne z pożytecznym i skupiają się na balu, a w tym czasie kręcą żenujące filmiki o sobie, połączone z mnóstwem trzepotania rzęsami i przebierankami. Poza tym, przez większość filmu (właściwie to nie jest film - to VIDEO, jak informuje nas okładka) nie robią nic, tylko malują się, trajkoczą o modzie i wdzięczą, mrużąc seksownie ogromne gały. Wszystkie są jednakowo durne; szczególnie zirytowały mnie w scenie, w której rozbijają się w lesie, gdzie panikują z powodu potarganych fryzur a nie faktu, że o mało nie zginęły, oraz biorą skunksa za małego kotka, co kończy się w wiadomy sposób. Och, no i jak możemy zapomnieć o największej tragedii: ktoś je obgaduje w szkolnej gazetce!!! Ale najgorsze jest to, że one nie są nawet denerwujące. One są po prostu... żadne. Nie różnią się od siebie niczym poza kolorem włosów, o jakichkolwiek charakterach można zapomnieć.

2. Bratz Genie Magic (Bratz Magiczny Dżin)
O. Mój. Boru.
Razem z tym filmem włączyłam sobie notatnik, by zapisywać wszystkie durnoty, ale już po pięciu minutach okazało się, że materiału miałabym na całą dużą, oddzielną notkę. Tak więc, w jak największym skrócie:
- to drugi po Starrin' & Stylin' film z tymi obrzydliwymi lalkami w rolach głównych, a mam wrażenie, że tym razem obsadza kogoś zupełnie innego. Dziewczyny niby nazywają się tak samo, ale wyglądają drastycznie inaczej (to Sasha przez cały czas była czarna?) i teraz nagle są gwiazdami czegoś, co nazywane jest tu rockiem, ale ma z nim niewiele wspólnego... po czym na resztę filmu kompletnie się o tym zapomina;
- w animacji komputerowej postaci wyglądają JESZCZE bardziej odrażająco niż gdy są narysowane i ani trochę nie pomaga fakt, że tym razem mają nosy (choć bez dziurek);
- w pierwszych minutach filmu, gdy dziewczyny występują na scenie, cztery razy puszczona jest identyczna scena z kręcącymi się bioderkami i majtającymi włoskami. CZTERY;
- cztery zdzirowate nastolatki, magiczny dżin i Zły Czarny Charakter, który za sprawą gwałtownych zmian pogody chce zawładnąć światem i ma na usługach armię klonów. Nie mam więcej pytań;
- największą tragedią dziewczyny-dżina i powodem, dla którego uciekła, było to, że ojciec nie pozwalał jej się malować. No przecież;
- czy te nastoletnie miurwy w ogóle mają jakichś rodziców? Blondyna panikuje, że dadzą jej szlaban, ale nigdy ich nie widać, nie słychać i ma się wrażenie, że gówniary całe życie spędzają same, bez żadnych ograniczeń i zahamowań.
Nie dałam rady obejrzeć do końca - za durne. Mój limit to 40 minut, i tak jestem z siebie dumna, że wytrwałam aż tyle.

3. Bratz Passion 4 Fashion Diamondz / Forever Diamondz
Każde Z w tytułach tych filmów doprowadza do szału. To jest niby taka młodzieżowa maniera, żeby było cool i osom? Nieważne. Z jakiegoś powodu ten film wydaje mi się jeszcze brzydszy od dwóch poprzednich razem wziętych i nie wiem, czy to prawda, czy po prostu zaczynam już rzygać tymi klimatami. Uchylę rąbka tajemnicy: pierwsza scena wygląda tak. Już nawet Tommy'ego Wiseau stać na lepsze efekty. Enyłej, tym razem cztery zdziry biorą udział w jakimś show i poszukują nastoletnich projektantek. Konkurują z nimi odrażające bliźniaczki w różu i ich demoniczna mamunia (oczywiście - to antagonistki zawsze muszą być blond i różowe, ale mnie to nie zwiedzie, i tak wiem, że Bratz to puste miurwy). Główną nagrodą jest kontrakt z prawdziwym projektantem i para najobrzydliwszych kozaczków, jakie w życiu widziałam. Ale najzabawniejsze jest to, że obie drużyny poruszają się po Stanach... TIRami. Tak jest, Bratz oficjalnie zostały tirówkami.
Matko, tak się rozpisałam, a tu mam dopiero drugą minutę filmu...
Generalnie to tak: twórcy wciąż nie potrafią używać czcionki innej od Comic Sans. Bratz postępy poczyniły takie, że tym razem są naprawdę wkurwiające. Popowe przyśpiewki w tle lasują mózg bardziej niż "Ona tańczy dla mnie" i "Friday" puszczane w kółko na zmianę. Zaraz, czy one właśnie jadą przez różową pustynię?! Jak babcię kocham, widzę oczojebnie różowe góry na ekranie. JEŻU, nie mogę patrzeć na te ich gargantuicznych rozmiarów WARY. Jakby każdy na tej planecie wstrzyknął sobie 5kg silikonu, botoksu czy cokolwiek tam się wstrzykuje w wargi. Matko, nie, nie mogę dalej. Sami to sobie oglądajcie, ja mam dość. Nigdy więcej filmów o Bratz. NIGDY.

4. Bratz
Nasze cztery ulubione kurewki, tym razem w wersji aktorskiej. Widziałam raz. Więcej nie mam zamiaru. Jedyne, co zapamiętałam, co scena walki na żarcie w stołówce. Patrząc na amerykańskie filmy o nastolatkach, odnoszę wrażenie, że bitwa na jedzenie to jakaś lokalna tradycja. Nawet Barbie w "Pamiętnikach" zaliczyła takową. Jako osoba - jak to się mówi u mnie w rodzinie - "brzydliwa", brzydzę się takimi scenami, bo widzę tylko ten ohydny do granic możliwości bałagan, który ktoś musi po tej roześmianej hołocie posprzątać, wyprać i się przy tym nie porzygać (zmywać po kimś mogę tylko w masce przeciwgazowej i kaftanie przeciwpromiennym). 

5. Klub Winx. Tajemnica Zaginionego Królestwa
O serialu wiem niewiele. W dzieciństwie odrzucił mnie na kilometr tym, jaki był brzydki, bohaterki puste, świat paskudny, a przygody nieinteresujące. Nawet jak kilka lat później próbowałam go oglądać, nie dałam rady. Ale wtedy wyszedł na ekrany kin pierwszy film i moje masochistyczne zapędy w końcu znalazły ujście.
Na dobrą sprawę nie trzeba znać serialu, by zrozumieć, o co chodzi w filmie, choć początek jest bardzo konfundujący. Sześć wróżek włamuje się do jakiegoś ponurego zamczyska, walczy z potworami przy wtórze okropnej, popowej piosenki (swoją drogą, radio doprowadza mnie do szału puszczając w kółko to okropieństwo, bo jest takie właśnie stuprocentowo winxowe, arrgh), a po tym wszystkim nagle okazuje się, że właściciel pałacu jest jednak dobry i ma ważne informacje dla Bloom (tej rudej) na temat jej pochodzenia. Dobra, niech wam będzie, przynajmniej film się szybciej skończy. W każdym razie, głównym problemem jest właśnie Bloom, która pragnie się dowiedzieć, gdzie się podziali jej prawdziwi rodzice. Jakby mi ktoś powiedział, że ich rodzinna planeta została zniszczona, to doszłabym do wniosku, że zginęli, ale wiecie, merysujki mające Przeczucie i takie tam. Tak więc Bloom ze zgrają tęczowych, słodkopierdzących przyjaciółek rusza na poszukiwania, w czym przeszkadzają jej trzy pradawne wiedźmy, które nie chcą dopuścić do odrodzenia królestwa, pragną wchłonąć moc Bloom, coś tam, coś tam. Aha, prawie zapomniałam: każdej wróżce towarzyszy malutka wróżka: twory wyglądające tak koszmarnie, że można tym straszyć dzieci w nocy. Czy to miało być SŁODKIE?! One... one są... STRASZNE! Jak zmutowane radioaktywnym promieniowaniem niemowlęta ze skrzydełkami! Jak można uważać coś takiego za SŁODKIE?!
Och, nie zapominajmy o gwieździe polskiego dubbingu: Piotrze Kupisze udzielającego swego monotonnego, zakatarzonego głosu różowowłosemu burakowi o imieniu Riven. Można się posikać ze śmiechu za każdym razem, gdy wypowiada jakąś kwestię. W ogóle w tym filmie są dialogi na cztery nogi. "Skye, mój książę wybawca!"

 6. Winx. Magiczna przygoda
Nie sądziłam, by to mogła być prawda, ale ten film jest jeszcze gorszy od poprzedniego. Przede wszystkim animacja jest jakaś dziwna: postaci poruszają się strasznie szybko, jakby miały jakieś tiki nerwowe, strasznie nieprzyjemnie się na to patrzy. Jeśli chodzi o fabułę, to umiarkowanie pamiętam, jakie było główne zagrożenie (zdaje się, że powrót trzech złych wiedźm z poprzedniej części), bo przez większość czasu film skupia się na innych duperelach. Bloom żyje wraz ze swymi cudownie ożywionymi rodzicami w cudownie ożywionym królestwie Domino na cudownie ożywionej planecie chyba też Domino (gmina Ziemia, powiat Ziemia, województwo Ziemia, królestwo Ziemia na planecie Ziemia brzmi równie sensownie). Pragnie poślubić księcia Skye'a, ale ich rodzice się nie zgadzają, co jest na dobrą sprawę nieważne, bo godzą się równie szybko, jak się pokłócili, ale to nie przeszkadza w zmontowaniu przezabawnej sceny, w której do Bloom walą kandydaci, a ona próbuje ich do siebie zniechęcić. Ja wiem, że trzeba było podkreślić, że tylko Skye jest jedyny i wspaniały, ale czy naprawdę trzeba było robić z innych książąt AŻ TAKICH tłuków i idiotów? Wybrankowie wszystkich wróżek poza Skyem też są używani głównie do scenek komediowych, w których nie wiedzą, jak użyć ściereczki do kurzu, przewracają się, niosąc zakupy za swoimi dziewczynami i ogólnie wszystko sprowadza się do wesolutkiego chichotu i komentarza "ach, ci mężczyźni!". Inne denerwujące aspekty tego dzieła: 
- na początku Bloom dostaje od rodziców w prezencie konia. Nienawidzę tej cholernej szkapy. Bloom ma inne zwierzątko, niebieskiego króliczka, który podobnie jak te chibiwróżki wygląda jakby był efektem wybuchu elektrowni atomowej i też go nie cierpię, ale wszystkie sceny, w których koń go z siebie zrzuca, kopie, podszczypuje i robi z uroczym uśmiechem na złość, a Bloom ma to kompletnie w dupie, sprawiały, że miałam ochotę przerobić i ją, i tę chabetę na klej.
- teksty jeszcze gorsze i głupsze niż poprzednio. Spadłam z krzesła jak usłyszałam hasło "Gdy się zdarza kiks, do akcji wkracza Winx".
- widoczne też w poprzedniej części idiotyczne parcie na MODĘ. Zakupy, przebieranki, fryzura, makijaż - to są najważniejsze rzeczy w winxolandii!
- brak Kupichy, nie ma się z kogo ponabijać. :C

7. Monster High. Why do ghouls fall in love? (Upiorna siła miłości)
O Boru, jak dobrze, wszystko, tylko nie Bratz. Kiedyś z ciekawości oglądałam serial (chociaż czy góra czterominutowe odcinki to już dość, by nazywać coś serialem, a nie tylko nieco bardziej rozbudowaną reklamą...?) i muszę przyznać, że jest całkiem ok, jeśli traktować go jako parodię. Oczywiście znowu duża uwaga skupiona jest na modzie (jak i lalki, które są strasznie pokraczne, ale z drugiej strony wdzięku odmówić im nie można [chcę Ghoulię :3]), ale nie tak nachalnie i miło się ogląda tę animację we flashu.
"Upiorna siła miłości" niestety we flashu zrobiona nie jest. Seriously, czemu twórcom filmów się wydaje, że komputerowa animacja 3D zawsze jest najlepszym wyjściem? W tym przypadku nie jest. O ile same postaci jeszcze mogą być, to otoczenie wygląda po prostu brzydko. Na co jeszcze ponarzekać... O, głos Draculaury. W oryginale jej seplenienie przez wampirze ząbki jest urocze, zawsze miło mi się jej słucha, ale w polskiej wersji brzmi jak Dolores Umbrigde próbująca naśladować głos małej dziewczynki. Ugh. Nie wspominając o tym, że tu po prostu nikt nie ma  żadnego charakterystycznego akcentu.
Tak czy siak, film (czy raczej odcinek specjalny, bo od zwykłego dłuższy aż 10 razy, łał) jest przyjemny w odbiorze. Fabuła skupia się na nadchodzących, tysiąc sześćsetnych urodzinach Draculaury i problemach jej chłopaka-wilkołaka w znalezieniu prezentu będącego w stanie sprostać jej romantycznym marzeniom. To naprawdę miła odmiana po tych wszystkich... mało ambitnych... filmach... o dziewczętach... o małym... bardzo... rozumku.

8. Monster High. Ghouls rule (Upiorki rządzą)
W sumie nie mam tu dużo do powiedzenia: znów fajny film o potwornych uczniach Monster High. Tym razem akcja skupia się na Frankie Stein, która boi się swojego pierwszego Halloween, bo nauczyciel nastraszył ją, że to czas, kiedy zwykli ludzie polują na potwory. W sumie jak się już przywyknie do tej animacji komputerowej, to ogląda się równie miło, co flasha. Postaci jak zwykle są bardzo różnorodne i nie do niepolubienia. Im więcej się tego ogląda, tym bardziej ma się ochotę samemu chodzić do takiej szkoły. Właśnie to jest fajne: zamiast serwować widzowi jedną, dwie czy - EKHEM - cztery bohaterki i praktycznie nikogo poza nimi, zapełnić świat mnóstwem barwnych postaci, by każdy wybrał kogoś dla siebie. Nawet jeśli jego ulubiona postać pojawia się przelotem w jednym, jedynym odcinku. Ale hej, to i tak niemal gwarancja, że zrobią taką lalkę i już za 140zł może być twoja! ;P

9. Dzwoneczek
Dla odmiany zero nastolatek i zero mody, o matko, jaka ulga. Nigdy nie byłam fanką Piotrusia Pana (zwłaszcza tego disneyowskiego...), ale zaciekawiło mnie to nagłe skupienie się na Dzwoneczku. Przede wszystkim odnoszę wrażenie, że akcja wcale nie dzieje się w Nibylandii - w żadnym filmie nie wystąpiła ani jedna charakterystyczna kraina z tego świata: zatoka piratów, laguna syren, coś tam, nie pamiętam. No nic, na dobrą sprawę wszystko jedno. Film zaczyna się narodzinami Dzwoneczka i rozpoczyna się jej długa droga w poszukiwaniu swojego prawdziwego talentu i miejsca w świecie wróżek, do którego zdaje się w ogóle nie pasować. Jest w tym filmie sporo głupotek większych i mniejszych, ale odpowiednio wyluzowany widz nie zwraca na nie uwagi. Podobało mi się, że w całej tej zgrai wróżek zajmujących się przyrodą i zwierzątkami, Dzwoneczek okazała się być świetnym inżynierem-wynalazcą. Czego nie lubię... to sama Dzwoneczek. Ona jest wprost okropna: złośliwa, choleryczna i obrażalska. Ale dobrze chociaż, że dzięki temu jest bliska oryginałowi, bo w "Piotrusiu..." była przecież zazdrosną jędzą, która chciała pozbyć się Wendy. Minusem filmów o Dzwoneczku jest to, że są po prostu strasznie nudne. Fabuła jest zawsze bardzo przewidywalna, a wylewająca się z ekranu wszechobecna dobroć i proekologiczne przesłanie potrafią zemdlić.

9 komentarzy:

  1. Bratz wykończyły? :)
    Wrzucam jeszcze: Novi stars vlog (króciutkie, kilka minut), reklama lalek.
    Oraz IDIOTYCZNY i IMHO gorszy od BRATZ serial Bratzillas (takoż). Bohaterki nie do rozróżnienia.

    Ale obejrzyj je sobie po jakiejś przerwie, nie wiem...mały maraton Bergmana?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po samych tytułach już się boję. o.O A póki co leczę traumę Futuramą. ^^

      Usuń
    2. Hie, u mojej super taniej i pustej siostry to działa odwrotnie - loff Bratz, trauma Futurama.

      Usuń
  2. Bratzy są straszne XD maja w sobie cos z alienow :D sam wygląd odstraszył mnie od oglądania i dobrze jak widzę :D
    winxy coś słyszałam, ale nigdy nie zagłebialam się w temat, widocznie znów uratowałam się przed katastrofą
    monster haje uwielbiam, zbieram i z lubością oglądam ;)
    A Dzwoneczek :D nic nie pomoże na to, że jak widzę disneyowskiego Dzwoneczka to widzę też Heydricha. Jest tak samo wredna i zołzowata.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bratz kojarzę, ale chyba nigdy nie oglądałam. Pamiętam tylko, że dziwiło mnie, dlaczego one mają każda inny kolor włosów, jakby się zmówiły (zresztą, tak samo dziwiło mnie to u Barbie). Teraz już rozumiem - gdyby nie inny kolor włosów, nie dałoby się ich rozróżnić.
    Winx przez moment oglądałam, ale serial, i był wyjątkowo durny. Zachęciło mnie chyba podobieństwo do Witch, które kiedyś uwielbiałam, ale zabiło mnie to wszechobecne spraklenie - kostiumy Witch przynajmniej były jakoś dobrane wizualnie, a Winx to mnóstwo brokatu, sprakli i kolorów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Łojezu, są jeszcze ludzie, którzy oglądali jakieś filmy Bratz i Barbie? Myślałam, że tylko ja tak mam. Nic dziwnego, że to zupełnie inny świat, toż to jest ZACHÓD i wszechobecne burżujstwo połączone z gimbusiarstwem (To istniało jeszcze przed gimnazjami, ale w innej formie, jestem pewna!). Mnie się zawsze wydawało, że Cloe to ta blondynka, ale głowy nie dam. Wszystkie wyglądają jak spod jednej latarni. Szczerze, to ja już wolałam te bliźniaczki.

    Z takimi filmami jest jak z blogaskami - rodzice są błyskawicznie uśmiercani, gdzieś wyjechali i ogólnie pełnią rolę wiecznych nieobecnych, bo mogliby, nie daj borze, przeszkadzać w wariactwie młodzieży!

    A może to reklama botoksu?!
    Winx - jak dziewczynki mogą to lubić? Dzieci są aż takimi debilami?!

    OdpowiedzUsuń
  5. Łohoho, z dumą stwierdzam, że nie oglądałam ani jednego tych filmów, a (o zgrozo) mimo wszystko nadal mieszczę sie w przedziale wiekowym dla którego część z nich jest przeznaczona... D: Czytając opisy stwierdzam, że chyba na prawdę wolałabym obejrzeć jeszcze raz Pidżama Party (durny amerykański film, przewidziałam zakończenie po pięciu minutach. i miałam racje w stu procentach). Ale dla mnie nic nie przebije serialów dla tró kjut na100latek z Disney Channel... jestem pewna, że te, które jeszcze ja oglądałam był znacznie lepsze. I przynajmniej coś przekazywały. A jak czasem jestem u znajomych i ich młodsze rodzeństwo ogląda, czy tam po prostu zostawiło, to po dwóch minutach zaczynam się turlać i wyć, żeby to wyłączyli.
    Serio.
    A ap ropo Monster High, to też bym chciała jedną z nich, ale ja tego kościotrupka, Spectrę bo ma fajne ciałko, albo... ee, nie pamiętam. Tak czy inaczej - nie kupię. Ale lubię oglądać ich ładne zdjęcia. :3

    OdpowiedzUsuń
  6. Winky, to ja mogę Ci polecić jeszcze jeden tytuł dla poszerzenia horyzontów poznawczych:

    http://www.youtube.com/watch?v=8wgGTNUGL80 - My Scene Goes to Hollywood (w linku podanym przeze mnie do obejrzenia w całości).

    Fabuła w telegraficznym skrócie: 5 przyjaciółek (My Scene to była pierwsza - przed Bratz, Monster High itp - podróba Barbie) zaczyna statystować w filmie, którego gwiazdą jest panna Lohan (ciekawam, ile zapłacono jej za wykorzystanie wizerunku), a jedna z nich niespodziewanie sama staje się sławna i wpada w oko filmowemu partnerowi Lohan. Film jest głupi, przekomiczny i naiwny, czyli dokładnie taki, jaki powinien być. Innymi słowy, must see.

    Maryboo

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzwoneczek ma przepiękną muzykę...

    OdpowiedzUsuń