niedziela, 26 maja 2013

Idziemy expić, czyli parę gier RPG

To jest podłe: niby mam odwalone 3/4 roboty w sprawie składania ebooka (gruntownie poprawiłam okładkę i zrobiłam też kompletnie niepotrzebny tył - zobaczycie na efekcie końcowym, muihihi, tak strasznie mi się ona podoba :3), ale codziennie okazuje się, że końca roboty nie widać: dwa opowiadania do dokończenia, jedno do całkowitej przeróbki, a wszystkie ogółem do przejrzenia jeszcze tak po dwadzieścia razy w poszukiwaniu umykających błędów. Tyle do zrobienia, a tu jeszcze sesja na karku... Rzygam dalej niż widzę na samą myśl o uczelni, chciałabym móc rzucić te studia w cholerę i skupić się na swojej twórczości. Ale nie, bo przecież papierek mi jest tak bardzo potrzebny, sratatata... Dobra, koniec, bo tylko wpadam w depresję.

Luby obiecał, że jak napiszę nocię o RPG, to mi postawi mnóstwo pysznego żarełka. Jako rasowy student, dobrego, darmowego jedzenia nigdy nie odmawiam, zatem oto jest! Notka o tych nielicznych systemach, w które grałam, z zerową dozą profesjonalizmu i mnóstwem odczuć własnych, w kolejności chronologicznej.

1. Warhammer Fantasy Roleplay
Moja niezbyt fascynująca przygoda z erpegami zaczęła się, gdy w gimnazjum kolega zaprosił mnie na sesję z jego przyjaciółmi - chyba bardziej z grzeczności, biorąc pod uwagę przebieg tej znajomości, no ale mniejsza. Przyszłam kilka razy i spodobało mi się, ale w tamtych czasach byłam chorobliwie nieśmiała i kompletnie nie umiałam się wpasować w tę grupę. Dlatego też wrażenia z obcowania z ludźmi trochę mi przyćmiewają wrażenia z obcowania z samą grą. Pamiętam, że strasznie mi się podobały obrazki z podręcznika i że za cholerę nie mogłam spamiętać reguł walki, których nasz MG skrupulatnie przestrzegał (oni byli obeznani i nikt nie uznał za stosowne mi tego wytłumaczyć, khem). Pamiętam też, że byłam niziołką-posłańcem i jeden z drużynowych krasnoludów ustawicznie chciał moją postać wybzykać, ale byłam zbyt młoda, by rozumieć jego aluzje i nie wiedziałam, z czego oni się wszyscy śmieją. Zachowało mi się również kilka poczynionych przeze mnie ilustracji, na których raz naśladuję mangę, raz nie, a wszystkie postaci jak jeden mąż są szerokie jak szafa trzydrzwiowa. Tutaj moja postać i jeden z krasnoludów kontemplujemy Bardzo Ważny Zwój Stanowiący Oś Akcji, którego Miszczu nas pozbawił jakieś pół godziny później. Tutaj elf próbuje trafić lewitujący nóż w lewą nogę, ku uciesze całej drużyny. A tutaj poniosła mnie wyobraźnia. Było bardzo wesoło, ale i bardzo bezsensownie, bo chyba żadnej misji nie doprowadziliśmy do końca. Sam świat, jak teraz go wspominam, też jakoś strasznie wciągający nie był.

2. Wiedźmin. Gra wyobraźni
Nie wiem, czy powinnam to wliczać... W Wiedźmina grałyśmy dla zabawy z siostrą i kuzynkami, a i tak najwięcej zabawy miałyśmy przy tworzeniu kart postaci, bo nie nagrałyśmy się wiele. Na dokładkę Mistrzem Gry byłam ja, jednocześnie próbując prowadzić swoją postać, co samo w sobie było śmieszne. Pamiętam, że reguły walki były tak poplątane, że w połowie jednej z nich olałam sprawę i prowadziłam tak, jak mi było wygodnie. I jeden kwiatek:
G1: Ja i Sybilla pójdziemy tam, bo tam jest mniej gówna, a wy zostańcie tutaj.
G2: Tam, gdzie jest najwięcej gówna, tak?
gówno = pełno ghuli

3. Amber
Kolejna okazja do pogrania nadarzyła się duuużo później - niecałe trzy lata temu, z moim lubym, który pasjonuje się erpegami i od lat mistrzuje. Uznał, że powinnam zacząć (no, zacząć jak zacząć...) od Amberu - systemu o tyle przyjaznego, że kompletnie bezkostkowego. Może się wydawać niezbyt dobrym rozwiązaniem - pozbawiać grę mechaniki utrzymującej wszystko w ryzach - ale rozsądny MG, który wie, że graczom dosrywać też trzeba z sensem, z pewnością poprowadzi wiele niezapomnianych sesji w tym systemie. Dlaczego? Oparty jest on na cyklu "Kroniki Amberu" Rogera Zelaznego. Amber to prawdziwy świat, który rzuca nieskończoną ilość Cieni, na które składają się wszystkie kiedykolwiek wymyślone uniwersa. Gracze są potomkami zamieszkującej Amber szlachty, a co za tym idzie - są potężni i mają niezwykłe moce pochodzące od magicznego Wzorca (z Amberu) lub Logrusu (z Chaosu). Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że możliwości są nieskończone. Jeśli gracz ma taki kaprys, może nawet grać Sauronem, Vaderem albo Jackiem Sparrowem. Jedyne ograniczenie jest takie, że pewne moce działają tylko w obrębie własnego Cienia. Np. miecz świetlny nie uruchomi się nigdzie poza swoim Cieniem, in a galaxy far away. Możesz być kim chcesz... ale za bycie bardzo potężnym płaci się punktami pecha. Co jeszcze jest ważne: intrygi i interakcje z innymi graczami - moja największa bolączka. Mimo to, Amber to chyba jak do tej pory mój ulubiony system.

4. Warhammer 40000. Deathwatch
Mówcie, co chcecie, ale kosmiczny marine w pełnej zbroi i z mieczem łańcuchowym w łapie to dla mnie ostateczna definicja epickości. Przynajmniej dopóki nie zacznę myśleć o zamkniętym w środku, zmutowanym, przerażająco śmierdzącym, obleśnym facecie, ale mniejsza. Deathwatch jest o tyle sympatyczny (kfi, jak to słowo tu śmiesznie nie pasuje!), że ma bardzo prostą filozofię: jesteś space marine, masz misję, dobierasz sprzęt, wywalają cię na planetę przeznaczenia i robisz z drużyną rozpierduchę. Albo zbierasz informację, ale koniec końców jakaś rozpierducha wystąpić musi. Powiem wam, że o wiele bardziej lubię tworzyć postaci marinesów niż jakiekolwiek inne - bo elfki to głuuupie są, jak wezmę niziołka to się będą śmiaaać, człowiekiem grać nuuudno... A tak to zawsze zrobię sobie jakiegoś wypasionego gościa o imieniu Avast albo Myrfor (imię zaczerpnęłam z Belli Sary, łihihi) i problem z głowy. Mimo że kompletnie nie ogarniam niuansów sprzętowo-technicznych, to mój drugi ulubiony system. Przynajmniej kiedy nie muszę być kapitanem drużyny.
PS Orki nie latają land speederami!

5. Zew Cthulhu
Nie będę udawać, że jestem wielką fanką Lovecrafta, bo nie jestem. Czytałam "Zew..." i moja reakcja ograniczyła się do: meh. Wtedy potworki z mackami bardziej mnie śmieszyły niż przerażały, ale kiedy luby poprowadził mi jednoosobową sesję w Cthulhu na próbę, bałam się zasnąć. Ale jednak... chyba po prostu nie jestem fanką horrorów, bo na dłuższą metę powaga i ciężki klimat zaczynają mnie nużyć i zniechęcać. To nie moja para kaloszy - wolę, jak sesje są nieco luźniejsze, bez zbędnego spinania pośladów.

6. Dungeons and Dragons
Jakie te okładki są rozkosznie, odlschoolowo brzydkie. <3 O głupotach i bezsensownie trudnej mechanice D&D pisali już chyba wszyscy, więc ja nie będę, tym bardziej, że się na tym po prostu nie znam. Odbyłam w tym systemie tylko jedną sesję, z technikaliami przerobionymi tak, by dało się grać, i wspominam ją bardzo dobrze. Szczególnie z uwagi na moją postać - mhroczną Rachel wzorowaną na Richardzie z "Looking for group". :D Strasznie fajnie mi się grało, może z uwagi na taką przeuroczą sztampowość tego świata, w którym jest i magia, i miecz, i masa potworów do zaciukania, i wszystko z mokrego snu nerda. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda nam się pograć w te stare, dobre D&Dki.

7. Will of The Force (WTF)
 nie ma obrazka D:
WTF to system stworzony przez mojego lubego, osadzony w realiach Gwieznych Wojen. O samych kwestiach technicznych nie będę się zbytnio rozpisywać; odsyłam do jego bloga, na którym wszystko jest ładnie wyjaśnione (reklama? jaka reklama?). Ogólnie założenie było takie, by jak najbardziej ograniczyć duperele związane z rzutami tysiącem kości, a skupić się na samej grze. Kolega był zachwycony, jak usłyszał, że przy możliwości zabicia kilku przeciwników bez żadnych problemów, można to dokładnie, po swojemu opisać, ale ja wpadłam w panikę, jak otrzymałam takie polecenie. Co kto lubi. Nie jest to całkowicie pozbawiony kości Amber, ale i nie dedeki, w których gracz tonie w kościach.



Raport gekonkowy. Luna to stalker. Robisz sobie coś w pokoju i nagle zdajesz sobie sprawę, że wprost na ciebie lampią się wielkie, jaszczurze oczyska wystające zza wentyla. Takich stalkerów to ja mogę mieć na pęczki. ^^

PS W najbliższy weekend wybywam do Hiszpanii. Jak w ciągu dwóch tygodni nie pojawi się nowa nocia, to znaczy, że samolot został zaatakowany przez szalejącą brzozę.

wtorek, 21 maja 2013

Narcyzem jestem, nanana

No dobrze, chwila słabości minęła. Zlepię tego ebooka. Ten pomysł jest strasznie głupi, ale strasznie mi się podoba. Także ten, no. Idę zawojowywać półki w Matrasie (empik jest zbyt mainstreamowy) i zdobywać sławę. Jeśli zasługuję. Mam nadzieję. Byłoby miło. I w ogóle to Fluttershy.

Ok, przyznaję się: jestem narcyzem. Zdecydowanie nie w każdym aspekcie życia, ale jeśli się o twórczość rozchodzi, to na pewno. Często zastój w pisaniu bierze mi się stąd, że czytam to, co do tej pory napisałam i się cieszę, że kurde, ale to fajne (cytuję tu Ćwieka z zeszłorocznego Pyrkonu, ale ćśś, nie dowie się, a tę cechę akurat mam z nim wspólną). Lubię pisać i lubię to, co piszę. Jeśli komuś też się to podoba, to euforia i chóry anielskie. Jak nie - oh well, nie wszystkim musi, część krytyków pewnie nawet ma rację. Jedyne, co mnie drażni, to podejście, które ma jeden z moich wykładowców: że fantastykę piszę? No dobrze, ale dlaczego nie będę polskim Pratchettem, dlaczego nie napiszę czegoś w stylu Piersa Anthony'ego, no i przede wszystkim jak ja śmię chcieć na swojej twórczości zarabiać?! Khe khe, a dlaczego, kursywa mać, nie? Dlaczego wszyscy na tych studiach oczekują ode mnie, że będę chciała zostać jakimś superawangardowym pisarzyną, o którym pies z kulawą nogą słyszał, którego nazwisko przewija się od czasu do czasu w jednym z tych niezależnych artystycznych pisemek, w których 3/4 tekstów w ogóle nie nadaje się do czytania, który uważa się za wielkiego, niezrozumiałego geniusza, którego mogą zrozumieć tylko podobne mu hipsterskie geniusze? W dupie mam taką karierę! Nie chcę swoją twórczością odkrywać ameryki w konserwach i nic mnie nie obchodzi, co na ten temat mieliby do powiedzenia rosyjscy formaliści. Chcę pisać zrozumiale, ciekawie i - przede wszystkim - opowiadać interesujące historie. Biorę pod uwagę to, co się sprzedaje i co lubią czytelnicy, bo bez nich NIE BĘDĘ ISTNIEĆ. Nie chcę zmieniać świata, chcę być bardem. I w swoim skromnym, narcystycznym przekonaniu, sądzę, że po tylu latach osiągnęłam już poziom na tyle znośny, by bez wstydu dzielić się swoimi dziełami. Jeśli wypuszczenie w świat tego ebooka może mi choć w minimalny sposób pomóc się wybić, no to wiśta wio, na co tu czekać! Zdaję sobie sprawę z zagrożeń wiążących się z self-publishingiem (hell, esej o tym napisałam!), tym jak to może być odebrane i całą resztą, ale hej, ja wiem, jaka jest prawda. Ze wszystkich tekstów, które chcę umieścić w tym zbiorze, ŻADNEGO nie wysyłałam nigdzie w ramach chęci bycia opublikowaną w magazynie czy czymś takim, dwa zostały ocenione na portalu Nowej Fantastyki (nie szukajcie, już ich tam nie ma; jedno zostało przyjęte bardzo dobrze, drugie - słusznie zjechane i właśnie przechodzi lifting), więc to nie jest tak, że mi wydawnictwo nie odpisało i po wypłakaniu się w poduszkę ogarnęła mnie żądza zemsty. Po prostu uważam te teksty za warte publikacji, a self-publishing jest najszybszą i w tej chwili najlepszą dla mnie opcją. Rynek jest zarąbiście surowy dla debiutantów. Czasem po prostu trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i tylko uważać, by nie stać się drugą, przewrażliwioną na swoim punkcie Katarzyną Michalak. Tyle.

Kurza stopa, ale mi strumień świadomości wyszedł.

Tak swoją drogą, to nie mogę się zdecydować, czy lepsza jest okładka z konturami czy bez.

Smok naszkicowany na zajęciach z początków w literaturze/filmie/grach. To było przeznaczenie.

PS Pierwszy sukces hodowlany! Mączniki nam dorosły! Póki co są trzy: Jeff i dwa bezimienne, i lepiej żeby się szybko rozmnożyły, bo skończyły mi się larwy dla gekonów. Wiodą miły żywot w wiaderku pełnym otrębów owsianych. Swoją drogą, spójrzcie na to zdjęcie i powiedzcie, czy stadium pośrednie (w środku) nie wygląda wypisz-wymaluj jak Obcy? Hodowanie tych robali nagle zrobiło się dziesięć razy fajniejsze.

czwartek, 16 maja 2013

Fuck it

Dajmy sobie spokój z ebookiem. Ludzie nie mają dobrego zdania o pisarzach self-publishujących. Nawet jeśli nie miał by to być prawdziwy i poważny początek mojej kariery, nie warto. I tak nazwą mnie głupią pisareczką, która uważa się za nie wiadomo co. I czyta "bajki" zamiast zachwycać się bełkotem Joyce'a.

Okładka na pamiątkę.


wtorek, 14 maja 2013

Marzenia

Plany ebookowe żyją, ale mają status "wielce niepewne". Z jednej strony snuję marzenia, przeglądam oferty różnych wydawnictw, wybieram opowiadania do poprawki, liczę strony i zastanawiam się gorączkowo, skąd ja, u licha, wytrzasnę okładkę, która nie trafiłaby na bloga Najgorsze okładki. Z drugiej: staram się patrzeć na to trzeźwo i realistycznie, a więc - pesymistycznie.

Plusy wydania ebooka:
- kurzące się od lat opowiadania wreszcie znajdą zastosowanie
- serducho rośnie, gęba się cieszy
- pieniążki, pieniążki
- jeśli się to spodoba i jakoś się spróbuję wypromować, nazwisko zapadnie ludziom w pamięć i MOŻE będę mieć łatwiej, gdy przyjdzie do prawdziwego wydawania
- a może znajdzie mnie przedstawiciel jakiegoś Prawdziwego Wydawnictwa i skontaktuje się ze mną i powie: och, pani Winky, pani zbiór opowiadań jest tak zajebisty, że pragniemy wykupić go od tej nędznej ebookarni i wydrukować u siebie na prawdziwym papierze i damy empikowi w łapę, żeby pani książka stała na półce okładką do przodu, a w ogóle to liczymy na dalszą współpracę, bo wszystko, co wychodzi spod pani pióra jest lepsze od Piekary i Michalak razem wziętych, och, ach, ech!

Minusy wydania ebooka:
- wraz z opublikowaniem czegokolwiek muszę się liczyć z tym, że toto zostanie przez wielu (ha, ha...) ludzi przeczytane, ocenione i zapewne zrecenzowane, niekoniecznie pozytywnie - pół bidy, jak oceny będą pół na pół, ale co jeśli się okaże, iż gniotem to jest?
- może nie w takim stopniu, jak w przypadku wydania prawdziwej książki, ale ZAISTNIEJĘ i nie wiem, czy jestem na to gotowa
- wydając coś własnym sumptem wyjdę na urażoną aŁtoreczkę, której nigdzie nie chcieli, więc radzi sobie sama

Teoretycznie plusów jest więcej niż minusów, ale i tak nie mam pewności. No i jeszcze takie duperele, jak na przykład ustalenie ceny: nie za wysoka, bo nikt nie kupi, choćbym do każdego egzemplarza dorzucała paczkę żelek, nie za niska, bo niepoważnie brzmi, no i, khe khe, charytatywnie to ja mogę naczynia pozmywać, a nie swoją twórczość rozdawać. I jak ja się zareklamuję? Na blogu jednym, drugim, to już uzbiera się może z pięciu czytelników. Na kampanie reklamowe mnie nie stać, tak samo jak i na profesjonalną redakcję, korektę i numer ISBN (800zł, pffff, tyle to ja nawet na tym nie zarobię, nie wspominając o tym, że ostatnio tak zawrotną sumę posiadałam, jak poszłam do komunii). 

Znowu marudzę? Przepraszam.

A w ogóle to ta notka miała być o zupełnie czymś innym, carramba. Chciałam napisać o książkach, do których będę wracać, ale te ebookowe wynurzenia zajęły coś sporo miejsca. Oh well, trudno.

KSIĄŻKI, DO KTÓRYCH BĘDĘ WRACAĆ

1. "Opowieści z Narnii. Lew, czarownica i stara szafa" C.S. Lewis
Zapewne tylko ten tom, wszystkie pozostałe z rzadka. "Lew, czarownica i stara szafa" to wraz z  "Księciem Kaspianem" jedyne książki o Narnii, które przeczytałam w dzieciństwie. Pozostałych nie było w bibliotece... Z całym cyklem zapoznałam się dopiero parę lat temu. I choć seria jest magiczna od początku do końca, tak najlepiej kojarzy mi się właśnie ten tom. Cała moja przygoda z Narnią zaczęła się od serialu BBC, którego pierwszy odcinek - z wchodzeniem do szafy, latarnią, faunem - obejrzany przypadkiem na jedynce, zaczarował mnie na zawsze. Wszystkie tomy Narnii są cudowne, ale żaden nie ma dla mnie takiego znaczenia, jak ten pierwszy.

2. "Sonata jednorożców" Peter S. Beagle
Pozycja obowiązkowa dla tych, którzy kochają Narnię. Zanim kupiłam tę książkę, zdziwiły mnie niepochlebne recenzje na Biblionetce i Lubimy czytać. Czytelnicy narzekali na kolorowe jednorożce, bezmiar słodkości i brak oryginalności. Może to dlatego że lubię motyw wędrówki do krainy marzeń, może to z miłości do jednorożców albo sympatii dla samego autora, ale ja w "Sonacie..." nie dostrzegłam niczego, na co inni tak marudzili. Jednorożce, owszem, mają różne kolory, ale to wynika z różnych ras, i to nie wziętych z kosmosu, a z mitologii całego świata. Mało kto zapewne słyszał o karkadannach albo perytach/perytonach i bardzo się cieszę, że Beagle korzysta z tych elementów. Sama historia jest opowiedziana w typowy dla tego autora sposób: magicznie, ale i komicznie, poważnie, ale i poruszająco. Chciałabym napisać o najbardziej niezwykłym wydarzeniu w powieści, ale musiałabym poczynić paskudny spoiler, powiem zatem tylko: przeczytajcie. A to, o czym mówię, znajduje się w rozdziale szóstym.

3. "Wodnikowe Wzgórze" Richard Adams
Kocham króliki. To moje najukochańsze zwierzęta ever. Kocham je tak bardzo, że w świecie mojej powieści nadaję smokom niektóre cechy zajęcy (nie, nie długie uszy ani puchate ogonki). Uwielbiam też powieści o zwierzętach, które mówią, ale zachowują się nadal jak zwierzęta. Ten gatunek zalicza się do fantastyki, ale mniej znana nazwa to... dzieci Bambiego. Jak zwał tak zwał - to mój drugi ulubiony typ powieści, lecz niestety, w Polsce mało jest wydawanych takich książek. "Wodnikowe Wzgórze" uwielbiam nie tylko dlatego że jest o królikach, ale przede wszystkim jest świetnie napisane, bohaterowie i wydarzenia są wiarygodne (Wodnikowe Wzgórze istnieje naprawdę, wraz ze wszystkimi miejscami opisanymi w książce), ale chyba najbardziej podobają mi się królicze wierzenia i opowieści. Ich odpowiednikiem Robin Hooda jest bystry El-ahrera, (matko, jak to imię wspaniale brzmi) i choć nie cierpię, gdy właściwa akcja powieści przerywana jest listami, artykułami z gazet czy czymkolwiek w tym stylu, legendy o El-ahrerze to moje ulubione fragmenty "Wodnikowego Wzgórza".

4. "Zapomniane bestie z Eldu" Patricia A. McKillip
Uwaga! Nie czytajcie wstępu Sapkowskiego, bo ten idiota spoileruje aż furczy.
"Zapomniane bestie..." napisane są w pewien wyjątkowy sposób, z którym jeszcze nigdzie się nie zetknęłam. Przez całą długość lektury słyszałam w głowie ten utwór, który bardzo pasuje do klimatu. Nie ma żadnych dramatycznych akcji, nie ma rozlewu krwi - jest życie, pełne zwyczajności, a jednocześnie cudów. Jakoś nie potrafię się na temat tej powieści rozpisać. Może to jest coś, czego każdy powinien doświadczyć sam.

I na koniec:

5. "Eragon" Christopher Paolini
Hehe. ^^ Nie ma najmniejszej wątpliwości: "Eragon" to zła książka, a każdy następny tom jest gorszy od poprzedniego. W gimnazjum przez dwa miesiące odkładałam drobne, aż wreszcie uzbierałam na tę powieść i była ona pierwszą, po której lekturze czułam się strasznie rozczarowana, do tego stopnia, że obudziła we mnie instynkty analizatorskie i zaczęłam wypisywać komentarze na marginesach. Czemu więc lubię do niej wracać? Ano dlatego że "Eragon" to moja guilty pleasure. To jak czytanie swoich pierwszych opek - głupie straszliwie, błąd na błędzie, ale towarzyszy temu taka rozkoszna nostalgia. No i Saphira jest fajna, co w dalszych częściach drastycznie się zmienia.

piątek, 10 maja 2013

Raport z życia

Cały dzień bez prądu - mieli włączyć z powrotem o 16, włączyli o 19. Czuję się jak rozbitek uratowany z bezludnej wyspy.

Gekonki robią się coraz bardziej kicate. Luna już codziennie wieczorem podchodzi do szyby i zaczyna drapać, póki się jej nie wyjmie, nawet po kilka razy. Potem intensywnie zwiedza biurko, a jak się zmęczy, to kładzie się na zasilaczu od laptopa (cieeepło...), ładuje akumulatorki i znowu zachrzania. Dzisiaj się wystraszyła, jak rzuciłam się, by ją uratować przed spadnięciem za biurko i ku memu zdziwieniu, wskoczyła na ścianę i zaczęła się wspinać po tapecie. Przy najbliższym sprzątaniu musimy wziąć ze strychu resztki tej tapety i przykleić im na ścianach terrarium, będą zachwycone, bo wciąż próbują się po nich wspinać, ale są za śliskie.

Boga rzadziej wychodzi, jeszcze rzadziej wchodzi w interakcje z człowiekiem, ale jak już wejdzie, to zawsze coś odwali. Ostatnio oglądała ze mną let's play gry The binding of Isaac i była zafascynowana. Rozklapiła się na ciepłej dłoni i śledziła pilnie każdy ruch na ekranie: "O Bozie, a cio to? A to? A to cio? Rusza się! Mogę zjeść?". Moja kochana Bodzia. ^^

A Moria jak to Moria: głównie śpi, głównie w kokosie. Wychodzi tylko ukradkiem, ożywia się tylko jak zobaczy robala. Oczywiście sama do miski nie pójdzie, trzeba księżniczce podstawić pod nos, a najlepiej włożyć do pyszczka, bo pierdoła nie trafi albo się ugryzie w język i strzeli focha.

Bodzia mi molestuje lubego.
Upolowałam królika!
Moriaczek przyłapany na nocnych spacerkach, sytuacja o tyle dziwna, że do tej pory zawsze poruszała się wyłącznie w poziomie.
W majówkę luby zorganizował nam sesję RPG w jego własnym systemie, osadzonym w realiach Star Wars. Było fajnie, choć mało brakło, a nie wzięłabym udziału, bo akurat tego dnia zbuntował mi się pęcherz i ledwo stałam na nogach z bólu, o udawaniu się tam, gdzie król chodzi piechotą co kwadrans (równo, sprawdzałam) nie wspominając. Jedno jest pewne - z takim organizmem to Jedi byłby ze mnie wujowy. A na samej sesji byłam Sithem, umiarkowanie seksowną iktotchi (choć mnie się tam oni podobają [kolejny pomysł na awykonalny cosplay, yay]) imieniem Hethei i wraz z grupką innych szitów robiliśmy nie wiem co na jakimś statku i kompletnie nie ogarniam, co się działo i dlaczego, ale było fajnie, szczególnie, że moja postać jako słaby punkt ma "nieumiejętność oceny sytuacji" i spotkanie z tubylcami, które powinno być dziecinnie proste, skończyło się dla mnie prawie śmiertelną raną. Sith happens. Jak luby wreszcie zepnie poślady i napisze o systemie na swoim blogu (audycja zawiera lokowanie produktu), to będziecie mogli poczytać więcej szczegółów na tematy techniczne.

Wczoraj z nudów zaczęłam zaglądać do różnych dziwnych folderów w moich dokumentach i trafiłam na zdjęcia swoich prac związanych z malowaniem na szkle, i aż się zdziwiłam, jakie ja ładne rzeczy robiłam. :D Poczytałam też kilka starych lub niedokończonych opowiadań i zostawiło mnie to z mocnym postanowieniem dokończenia tego, co nieskończone. W takich chwilach odzyskuję wiarę w siebie.

Baj de łej, wpadłam na pomysł wydania jakiegoś zbiorku opowiadań w formie ebooka, ale czekam, aż mi przejdzie. Chyba że to jednak niegłupia myśl? Bo w sumie lepszego zastosowania już i tak dla nich nie znajdę.

środa, 8 maja 2013

Na brzegu rzeki Dobrzynka usiadłam i smutałam

Wiecie co? Kiedyś chciałam się zabić, i to tak bardzo, bardzo. Byłam głupią uczennicą w wieku od podstawówkowego do licealnego, a powody były następujące:
- bullying,
- samotność,
- strach przed przyszłością.

Na szczęście jestem tchórzem i choć kilka razy próbowałam, to nie byłam w stanie popełnić samobójstwa. Gdyby nie to, już dawno wąchałabym kwiatki od spodu... i miałabym czego żałować. Teraz mi przeszło - nie jest różowo, w porywach jest wręcz ch**owo, ale nabrałam choć tyle rozumu, by ogarnąć, że to najgorsze z możliwych wyjść. Bullying, choć już się nie zdarza, zrył mi psychikę doszczętnie, samotność grozi mi ustawicznie, a o zapatrywaniach na przyszłość nawet nie będę się wypowiadać. Ale poza tym wszystkim jest zbyt wiele rzeczy, dla których WARTO żyć.
 
Ciepło ramion ukochanego.
Królik kicający wokół nóg z radosnym "ny ny".
Piękno zwierząt, które tak uwielbiam obserwować.
Rześkość powietrza po burzy.
Zapach nagrzanej słońcem skóry.
Muzyka poruszająca aż do płaczu.
Nieskończona ilość książek do przeczytania.
To wspaniałe uczucie, kiedy coś tworzę.
Jeszcze lepsze uczucie, kiedy komuś się to podoba.
Wyobraźnia urozmaicająca codzienność.

Zwłaszcza to ostatnie to wspaniała rzecz. Kiedy ktoś mnie wkurza, wyobrażam sobie, że zamieniam się w ogromnego potwora albo space marine i rozwalam go na drobne strzępuszki. Kiedy nudzę się w podróży, wyobrażam sobie, że za szybą pędzi smok (między innymi dlatego lubię podróże pociągiem. Jak już mi się uda wygodnie usiąść). Na nudę w pomieszczeniach mam kilka scenariuszy. Na przykład w kościele (jak czasem zmuszą do pójścia...) - do świątyni wpada Lucien Lachance na Shadowmere, porywa mnie i przez wrota Otchłani zabiera do Cyrodiil. Mrr, ta wizja nigdy mi się nie znudzi. Na nudne wykłady zapraszam zwykle wielkiego gryfa, który zaczyna szaleć po sali i wywołuje panikę. A w różnych, losowych sytuacjach, stojąc lub idąc, wyobrażam sobie, że mam skrzydła i niemal czuję, jak nimi macham, szykując się do lotu.

I co, miałabym się zabić i zostawić za sobą to wszystko, niepewna, co jest dalej, jeśli w ogóle? W bardzo młodym dzieciństwie myślałam, że kiedy człowiek umiera, to jego mózg nadal pracuje i ma się sny. Byłam w szoku, kiedy dowiedziałam się, że to nieprawda. Mimo to właśnie taką żywię nadzieję co do życia po życiu. Ale pewności nikt nigdy nie będzie miał. Może będzie raj i siedemdziesiąt dwie dziewice, a może wielki, zębaty potwór, który będzie mnie na zmianę pożerał i wyrzygiwał, i tak w koło Macieju przez całą wieczność, albo czarny ekran, game over i złość, bo zapomniało się obola na restart. Nieopłacalne ryzyko.

Matko, jak ja pitolę. Zdecydowanie czas spać. Miłych snów wszystkim.

poniedziałek, 6 maja 2013

Pan Celofan

Wiem, że jestem nieważna i bez ustawicznego przypominania mi o tym. Że moje problemy są nieważne, że tak naprawdę to ja nie mam żadnych problemów, a w ogóle to wszyscy mają gorzej ode mnie i mam się zamknąć. No to się zamykam i słucham, co wszyscy wokół mają do powiedzenia i zapewniam ich, że lubię słuchać i interesuje mnie to, co mówią, bo to właśnie lubią słyszeć - że kogoś w ogóle to obchodzi. I wiecie co? Też lubię, jak kogoś obchodzi to, co chcę powiedzieć. No ale cóż, trwa to ponad dwadzieścia lat, powinnam się już dawno przyzwyczaić. Tak więc kontynuujcie nieprzejmowanie się mną. Nie słuchajcie, gdy już zdobędę się na odwagę i zabiorę głos, przerywajcie mi, ignorujcie, traktujcie mnie jak powietrze. Mnie nic nie jest, jestem zdrowa, tylko nerki czasem wysiadają, nie mam też własnego zdania, opinii na żaden temat ani nic ciekawego do powiedzenia. Nie mam problemów, a jak mam, to nieistotne. I inni mają gorzej. W obliczu tych bezosobowych "innych" zawsze będę mniej ważna.

To takie zajebiste uczucie - siedzieć gdzieś i kątem oka widzieć, że wszyscy mijający cię znajomi mają cię głęboko w dupie. Albo mówić coś i nagle zdać sobie sprawę, że nikt cię nie słucha. A na koniec jeszcze usłyszeć, że się alienuję i nic nie odzywam. Cóż, teraz już tak. Bo nie mam po co. Jestem tak niewidzialna, że prawie nie istnieję.

Wiem już, kiedy jestem szczęśliwa. Kiedy jestem z dala od ludzi, a blisko zwierząt.



PS Zacznę chyba zbierać pieniądze na psychologa/iatrę/terapeutę. Przy moim tempie "zarabiania" za jakieś pięć lat będę mieć na wizytę wstępną.