niedziela, 26 maja 2013

Idziemy expić, czyli parę gier RPG

To jest podłe: niby mam odwalone 3/4 roboty w sprawie składania ebooka (gruntownie poprawiłam okładkę i zrobiłam też kompletnie niepotrzebny tył - zobaczycie na efekcie końcowym, muihihi, tak strasznie mi się ona podoba :3), ale codziennie okazuje się, że końca roboty nie widać: dwa opowiadania do dokończenia, jedno do całkowitej przeróbki, a wszystkie ogółem do przejrzenia jeszcze tak po dwadzieścia razy w poszukiwaniu umykających błędów. Tyle do zrobienia, a tu jeszcze sesja na karku... Rzygam dalej niż widzę na samą myśl o uczelni, chciałabym móc rzucić te studia w cholerę i skupić się na swojej twórczości. Ale nie, bo przecież papierek mi jest tak bardzo potrzebny, sratatata... Dobra, koniec, bo tylko wpadam w depresję.

Luby obiecał, że jak napiszę nocię o RPG, to mi postawi mnóstwo pysznego żarełka. Jako rasowy student, dobrego, darmowego jedzenia nigdy nie odmawiam, zatem oto jest! Notka o tych nielicznych systemach, w które grałam, z zerową dozą profesjonalizmu i mnóstwem odczuć własnych, w kolejności chronologicznej.

1. Warhammer Fantasy Roleplay
Moja niezbyt fascynująca przygoda z erpegami zaczęła się, gdy w gimnazjum kolega zaprosił mnie na sesję z jego przyjaciółmi - chyba bardziej z grzeczności, biorąc pod uwagę przebieg tej znajomości, no ale mniejsza. Przyszłam kilka razy i spodobało mi się, ale w tamtych czasach byłam chorobliwie nieśmiała i kompletnie nie umiałam się wpasować w tę grupę. Dlatego też wrażenia z obcowania z ludźmi trochę mi przyćmiewają wrażenia z obcowania z samą grą. Pamiętam, że strasznie mi się podobały obrazki z podręcznika i że za cholerę nie mogłam spamiętać reguł walki, których nasz MG skrupulatnie przestrzegał (oni byli obeznani i nikt nie uznał za stosowne mi tego wytłumaczyć, khem). Pamiętam też, że byłam niziołką-posłańcem i jeden z drużynowych krasnoludów ustawicznie chciał moją postać wybzykać, ale byłam zbyt młoda, by rozumieć jego aluzje i nie wiedziałam, z czego oni się wszyscy śmieją. Zachowało mi się również kilka poczynionych przeze mnie ilustracji, na których raz naśladuję mangę, raz nie, a wszystkie postaci jak jeden mąż są szerokie jak szafa trzydrzwiowa. Tutaj moja postać i jeden z krasnoludów kontemplujemy Bardzo Ważny Zwój Stanowiący Oś Akcji, którego Miszczu nas pozbawił jakieś pół godziny później. Tutaj elf próbuje trafić lewitujący nóż w lewą nogę, ku uciesze całej drużyny. A tutaj poniosła mnie wyobraźnia. Było bardzo wesoło, ale i bardzo bezsensownie, bo chyba żadnej misji nie doprowadziliśmy do końca. Sam świat, jak teraz go wspominam, też jakoś strasznie wciągający nie był.

2. Wiedźmin. Gra wyobraźni
Nie wiem, czy powinnam to wliczać... W Wiedźmina grałyśmy dla zabawy z siostrą i kuzynkami, a i tak najwięcej zabawy miałyśmy przy tworzeniu kart postaci, bo nie nagrałyśmy się wiele. Na dokładkę Mistrzem Gry byłam ja, jednocześnie próbując prowadzić swoją postać, co samo w sobie było śmieszne. Pamiętam, że reguły walki były tak poplątane, że w połowie jednej z nich olałam sprawę i prowadziłam tak, jak mi było wygodnie. I jeden kwiatek:
G1: Ja i Sybilla pójdziemy tam, bo tam jest mniej gówna, a wy zostańcie tutaj.
G2: Tam, gdzie jest najwięcej gówna, tak?
gówno = pełno ghuli

3. Amber
Kolejna okazja do pogrania nadarzyła się duuużo później - niecałe trzy lata temu, z moim lubym, który pasjonuje się erpegami i od lat mistrzuje. Uznał, że powinnam zacząć (no, zacząć jak zacząć...) od Amberu - systemu o tyle przyjaznego, że kompletnie bezkostkowego. Może się wydawać niezbyt dobrym rozwiązaniem - pozbawiać grę mechaniki utrzymującej wszystko w ryzach - ale rozsądny MG, który wie, że graczom dosrywać też trzeba z sensem, z pewnością poprowadzi wiele niezapomnianych sesji w tym systemie. Dlaczego? Oparty jest on na cyklu "Kroniki Amberu" Rogera Zelaznego. Amber to prawdziwy świat, który rzuca nieskończoną ilość Cieni, na które składają się wszystkie kiedykolwiek wymyślone uniwersa. Gracze są potomkami zamieszkującej Amber szlachty, a co za tym idzie - są potężni i mają niezwykłe moce pochodzące od magicznego Wzorca (z Amberu) lub Logrusu (z Chaosu). Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że możliwości są nieskończone. Jeśli gracz ma taki kaprys, może nawet grać Sauronem, Vaderem albo Jackiem Sparrowem. Jedyne ograniczenie jest takie, że pewne moce działają tylko w obrębie własnego Cienia. Np. miecz świetlny nie uruchomi się nigdzie poza swoim Cieniem, in a galaxy far away. Możesz być kim chcesz... ale za bycie bardzo potężnym płaci się punktami pecha. Co jeszcze jest ważne: intrygi i interakcje z innymi graczami - moja największa bolączka. Mimo to, Amber to chyba jak do tej pory mój ulubiony system.

4. Warhammer 40000. Deathwatch
Mówcie, co chcecie, ale kosmiczny marine w pełnej zbroi i z mieczem łańcuchowym w łapie to dla mnie ostateczna definicja epickości. Przynajmniej dopóki nie zacznę myśleć o zamkniętym w środku, zmutowanym, przerażająco śmierdzącym, obleśnym facecie, ale mniejsza. Deathwatch jest o tyle sympatyczny (kfi, jak to słowo tu śmiesznie nie pasuje!), że ma bardzo prostą filozofię: jesteś space marine, masz misję, dobierasz sprzęt, wywalają cię na planetę przeznaczenia i robisz z drużyną rozpierduchę. Albo zbierasz informację, ale koniec końców jakaś rozpierducha wystąpić musi. Powiem wam, że o wiele bardziej lubię tworzyć postaci marinesów niż jakiekolwiek inne - bo elfki to głuuupie są, jak wezmę niziołka to się będą śmiaaać, człowiekiem grać nuuudno... A tak to zawsze zrobię sobie jakiegoś wypasionego gościa o imieniu Avast albo Myrfor (imię zaczerpnęłam z Belli Sary, łihihi) i problem z głowy. Mimo że kompletnie nie ogarniam niuansów sprzętowo-technicznych, to mój drugi ulubiony system. Przynajmniej kiedy nie muszę być kapitanem drużyny.
PS Orki nie latają land speederami!

5. Zew Cthulhu
Nie będę udawać, że jestem wielką fanką Lovecrafta, bo nie jestem. Czytałam "Zew..." i moja reakcja ograniczyła się do: meh. Wtedy potworki z mackami bardziej mnie śmieszyły niż przerażały, ale kiedy luby poprowadził mi jednoosobową sesję w Cthulhu na próbę, bałam się zasnąć. Ale jednak... chyba po prostu nie jestem fanką horrorów, bo na dłuższą metę powaga i ciężki klimat zaczynają mnie nużyć i zniechęcać. To nie moja para kaloszy - wolę, jak sesje są nieco luźniejsze, bez zbędnego spinania pośladów.

6. Dungeons and Dragons
Jakie te okładki są rozkosznie, odlschoolowo brzydkie. <3 O głupotach i bezsensownie trudnej mechanice D&D pisali już chyba wszyscy, więc ja nie będę, tym bardziej, że się na tym po prostu nie znam. Odbyłam w tym systemie tylko jedną sesję, z technikaliami przerobionymi tak, by dało się grać, i wspominam ją bardzo dobrze. Szczególnie z uwagi na moją postać - mhroczną Rachel wzorowaną na Richardzie z "Looking for group". :D Strasznie fajnie mi się grało, może z uwagi na taką przeuroczą sztampowość tego świata, w którym jest i magia, i miecz, i masa potworów do zaciukania, i wszystko z mokrego snu nerda. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda nam się pograć w te stare, dobre D&Dki.

7. Will of The Force (WTF)
 nie ma obrazka D:
WTF to system stworzony przez mojego lubego, osadzony w realiach Gwieznych Wojen. O samych kwestiach technicznych nie będę się zbytnio rozpisywać; odsyłam do jego bloga, na którym wszystko jest ładnie wyjaśnione (reklama? jaka reklama?). Ogólnie założenie było takie, by jak najbardziej ograniczyć duperele związane z rzutami tysiącem kości, a skupić się na samej grze. Kolega był zachwycony, jak usłyszał, że przy możliwości zabicia kilku przeciwników bez żadnych problemów, można to dokładnie, po swojemu opisać, ale ja wpadłam w panikę, jak otrzymałam takie polecenie. Co kto lubi. Nie jest to całkowicie pozbawiony kości Amber, ale i nie dedeki, w których gracz tonie w kościach.



Raport gekonkowy. Luna to stalker. Robisz sobie coś w pokoju i nagle zdajesz sobie sprawę, że wprost na ciebie lampią się wielkie, jaszczurze oczyska wystające zza wentyla. Takich stalkerów to ja mogę mieć na pęczki. ^^

PS W najbliższy weekend wybywam do Hiszpanii. Jak w ciągu dwóch tygodni nie pojawi się nowa nocia, to znaczy, że samolot został zaatakowany przez szalejącą brzozę.

8 komentarzy:

  1. Jeejku, ja zawsze chciałam spróbować grania w prawdziwe RPG (znam tylko munchkina, ale to nie to samo), ale jakoś nie znam nikogo kto gra :( I sama nie wiem czy ogarniałabym wszystko co się tam dzieje. Ale to musi być fajne.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tupaczek jesli mieszkasz w jednym z wiekszych miast to na pewno jest jakiej grajace stowarzyszenie. Wystarczy poszukac w internecie ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, ale musiałabym najpierw pokonać moją aspołeczność, więc raczej szybko się do tego nie zabiorę :(

      Usuń
  3. Ja też zaczęłam od Warhammera i w sumie całkiem długo w nim siedziałam ;] Potem próbowałam jeszcze inne, ale jestem obecnie (pewnie na długo jeszcze) zakochana w Wolsungu. Nie wiem, czy o nim słyszałaś, to polski system steampunkowy z dużą dozą humoru. Każdemu polecam xD

    OdpowiedzUsuń
  4. widze tytul notki i az chce sie rzec
    1000k gold plis

    ;) kurde gralam tylko w wiedźmina i dnd xD i na tym skonczylam przygode z rpg. jestem na to za glupia, doceniam cie ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gralas w jedne z najgorszych systemow na rynku wiec radzilbym sie nie zniechecac i sprobowac ponownie tym razem z amberem, warhammerem 40k albo fantasy (byle nie 3 edycja), legeda 5 kregow, blood&honor, 7th sea, houses of the bloodied, call of cthulhu, paranoja itp. Naprawde powinnas po sesjach w powyzszych miec na ten temat duzo lepsze zdanie
      Awatar

      Usuń
  5. Dextella, a to wydaje ci się, że ja w to dobra jestem? Ja tylko dobrze udaję. xD
    Turasie. :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Moim pierwszym systemem był Tol Calen który uwielbiam (moja postać ma 1.50 wzrostu i nosi w plecaku ludzką rękę). Wolsunga bardzo dobrze wspominam i chętnie bym jeszcze pograła, ale mój MG nie czuję się w tym zbyt pewnie...

    Udanej wycieczki i powodzenia w pracy nad ebookiem ^^

    OdpowiedzUsuń