poniedziałek, 24 czerwca 2013

Sesja-depresja

Jejku, wiecie co, naprawdę nie spodziewałam się, że ktokolwiek okaże jakieś zainteresowanie tym moim zbiorkiem, a tu masz - tyle wsparcia. Dziwnie mi z nim strasznie, bo nie przypominam sobie, by kiedykolwiek ktoś tak interesował się moją twórczością, i jednocześnie miło mi, i strasznie wam wszystkim dziękuję, bo gdyby nie wy, to pewnie już dawno bym olała sprawę. Jestem wam wdzięczna tym bardziej, jak przypominam sobie, co inni mówili o mojej pasji: że pisać to ja sobie mogę do szuflady, a mam się uczyć, że do niczego mi się to nie przyda, albo incydent z liceum, kiedy napisałam opowiadanie na konkurs i na godzinie wychowawczej wychowawca poprosił, bym je przeczytała, ale jedna z dziewczyn - pyskata, otoczona koleżankami-hienami i myśląca, że jest zabawna - gadała tak głośno, że aż w końcu mnie całkowicie zagłuszyła, a potem powiedziała, że nikogo nie obchodzi moje głupie opowiadanko i zaczęła się kłócić z nauczycielem, że ona chce bigos na klasową wigilię, a ja zostałam kompletnie zignorowana... Jasne, że były i miłe słowa: mama dzielnie czytająca i poprawiająca błędy we wszystkim, co jej podsuwam od piętnastu lat, polonistka z gimnazjum zachęcająca mnie do dalszego pisania (mimo że dawałam jej tę gównianą powieść, którą zanalizowałam na prima aprilis), ludzie z forum literackiego i ich konstruktywna krytyka... Ale mimo wszystko większość świata zawsze traktowała moje pisanie mało poważnie - ot, słomiany zapał, przejdzie jej, pójdzie na studia, do pracy, to przestanie. A teraz wreszcie zapowiada się, że być może uda mi się zrobić coś na poważnie w tym kierunku.

Nie płacz, debilko...

I tu mam raczej złą wiadomość (choć dla mnie dobrą) - premierę ebooka muszę odłożyć na czas nieokreślony. Dlaczego? Ano dlatego że luby podsunął mi pomysł, że skoro już złożę, notabene, książkę, to warto najpierw podesłać ją do prawdziwych wydawnictw. Szanse są co prawda niewielkie, ale jednak zawsze jakieś są. Niezaprzeczalnym minusem jest to, że na odpowiedź przyjdzie mi czekać dłuuugo - jeśli w ogóle ktoś się pofatyguje, by takowej udzielić, bo często wydawnictwa olewają, jeśli nie są zainteresowani. Może to być miesiąc, może dwa, a może i pół roku. W każdym razie, przez cały ten czas nie mogę opublikować żadnego z zamieszczonych w zbiorze opowiadań, bo jak by któryś wydawca uznał, że chce drukować, a potem by zobaczył wiszącego sobie beztrosko w sieci ebooka, to podejrzewam, że by mi nogi z dupy powyrywał i zrezygnował. Tak więc nie pozostaje nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość.

No i nic. Siedzę sobie, słucham "Adagio for strings" i popadam w melancholijny nastrój, mimo że na dobrą sprawę studia mam gdzieś, takoż jutrzejszy ustny z filozofii, ale nie pogrążam się w bezbrzeżnej depresji (pogrążę się jutro rano, jak się obudzę i zdam sobie sprawę, że nie pamiętam nic z tego, czego się nauczyłam poprzedniego dnia). Uczyć się nie uczę, pisać - nie piszę, ot, wegetuję sobie i zastanawiam się, po jaką cholerę mi to wszystko, te studia, po co brnąć w coś, co tylko pozbawia mnie motywacji i chęci do zrobienia czegokolwiek. I jak to możliwe, że wszystkim wokół życie się układa, a mi nie tyle komplikuje, co po prostu nie istnieje. Od miesiąca nie mogę skończyć czytać jednej krótkiej książki, od dwóch nie napisałam ani jednego słowa powieści, sprawy uczelni konsekwentnie ignoruję i tylko cudem jakoś brnę naprzód (jeśli przełożenie egzaminu można nazwać krokiem naprzód). No i te ciągłe huśtawki nastrojów - w jednej chwili jestem spokojna i uśmiechnięta, w następnej wpadam w panikę, ryczę i spisuję testament. Ale staram się to ukrywać, bo nie lubię rzucać się w oczy i przede wszystkim - musiałabym powiedzieć, co jest nie tak, podczas gdy ja nie wiem, co jest nie tak, poza tym, że ja jestem nie tak. Bo na przykład wypisuję durnoty na blogasku, zamiast się nauczyć tej cholernej filozofii, której nie lubię, nie interesuje mnie i mam w dupie, że jacyś przeintelektualizowani hipsterzy będą nade mną kręcić z dezaprobatą głowami, że jak ja śmię w ogóle nie lubić filozofii i nie mieć ulubionego filozofa, ulubionej epoki literackiej i ulubionego stylu architektonicznego.

A w ogóle to moi simowie mają życie ciekawsze od mojego i to jest smutne.

piątek, 21 czerwca 2013

Różne różności lub też miscellanea (bo zacniej brzmi)

Primo: UFFF, jedna poprawa egzaminu przełożona na wrzesień (serio, termin poprawkowy TYDZIEŃ PO właściwym egzaminie to poroniony pomysł; poza tym niby od czego jest sesja poprawkowa we wrześniu, jak nie od poprawiania?!). Nadal jestem w czarnej dupie, ale przynajmniej choć odrobinę mniejszej.

Secundo: w menu po prawej utworzyłam cudnej urody Kącik autoreczkowy. Odnośnika do ebooka jeszcze nie ma, jest za to świeżutkie jak bułeczki o świcie konto na Wywiaderze. Rozumiecie, przyzwyczajam się do międzynarodowej sławy. ;P A na serio to zrobiłam to z grubsza for fun, żeby rozmazanej okładce nie było smutno.

Skoro już zaczęłam aŁtorczyć, uchylę rąbka tajemnicy i zdradzę tytuł oraz zawartość zbioru. To wstępny tekst na "tył okładki", który przygotowałam.

Bezgranicze
Nastoletni wampir z osobliwym defektem, czyniącym z niego czarną owcę wśród wampirzej społeczności, sądzi, że w jego nudnym, nieszczęśliwym życiu nic się już nie zmieni. Do czasu, gdy spotyka śliczną, acz głupiutką Beatę.

Spokojne życie mieszkańców wioski wśród gór zakłóca nagłe pojawienie się w okolicy smoka oraz całego tłumu poszukiwaczy przygód.

Jeden z najpotężniejszych czarnoksiężników w krainie próbuje odkręcić zamęt poczyniony przez nieudolnie przywołanego demona... i nie zwariować w obecności swego nieodpowiedzialnego ucznia oraz nastoletniej wieszczki.

Żmijowy Ogon, mierzący niebagatelne dwadzieścia pięć centymetrów jaszczurzec, próbuje zdobyć serce nieprzystępnej Srebrnookiej, nie wiedząc, że przeszkadzać mu w tym będzie Władysław Łokietek we własnej osobie.

W baśniowej rzeczywistości, w której każdy człowiek posiada magiczny dar, los krzyżuje drogi dziewczyny uciekającej przed przeszłością i mężczyzny, który nie ma przeszłości.

Spotkany przypadkiem w parku mężczyzna skrywa pewną niezwykłą tajemnicę. On... lub byt wewnątrz niego.

Bezgranicze – bo fantazja nie ma granic.

Muihihihi, jak mię się to wszystko podoba. <3 Zaczynam rozumieć ten ogrom młodych self-publisherów.

Tertio, bo dawno nie było: RAPORT GEKONKOWY!
Moria wreszcie zaczęła się socjalizować. Przez jakiś czas wieczorami karmiłam ją z pęsety, kiedy akurat siedziała paszczą do świata, bo inaczej to sama by nic nie jadła. Parę dni temu jak przechodziłam koło terrarium, to wyskoczyła spod góry jak oparzona i wpatrzona we mnie szła w moją stronę, póki nie zaczęłam jej karmić. Pewnego dnia obudzę się i zobaczę przed nosem wielkie, wytrzeszczone, gekonie oczy mówiące: NAKARM MNIE. Jest to o tyle prawdopodobne, że już i Luna, i Boga każdy wieczór spędzają na kratce wentylu i drapaniu w szybę, póki się ich nie weźmie na ręce. Jak tak siedzą razem, to wyglądają jak para rabusiów szykujących się do włamu. Raz widziałam, jak Boga położyła władczo łapę na głowie drapiącej Luny, jakby ją przymuszała do roboty. xD Kiedyś im się uda, mówię wam. A jak już się je weźmie na ręce i obie naraz wylezą, to nie ma sposobu, by nad nimi zapanować - łażą, biegają i skaczą (!) po prostu wszędzie. Jak jeszcze Moria zacznie wyłazić, to to będzie Armageddon.

Moriaczek nauczył się łazić po wysokościach i teraz, na wzór koleżanek, zasrywa półki.
Bodzia ogarnia historię sztuki i idzie jej to lepiej ode mnie.
A tu Luna właśnie odkryła, że istnieje świat poza terrarium. Z zafascynowaniem przyglądała się ludziom na zewnątrz i kuliła się, co przejeżdżał samochód. :3

Uwielbiam te potworki. ^^ To bardzo dobre namiastki smoków; Luna ostatnio tak wspaniale zapozowała, że żałuję, iż nie byłam w stanie tego uwiecznić. Wspięła się na czubek kokosa, owinęła wokół ogonek, stała z wysoko podniesionym łebkiem... i nagle zrobiła najszersze ZIEEEW jakie w życiu widziałam. Pełen majestat. A potem ten sam gekonek zezuje na ciebie, jak chce robala.

Ej, uno momento. Gekonków jest trzy. Jeśli gekonek = smok, to... Jestem Khaleesi! :D

Bodzia, Moria i Luna, wszystko się zgadza.

wtorek, 18 czerwca 2013

Marzenia pewnej ziaby

Wiem, że piszę tu o wiele za często, ale sesja doprowadza mnie do stanu załamania nerwowego i muszę sobie czymś poprawiać humor. Dlatego w ramach notki totalnie pocieszycielskiej pobełkoczę trochę o swoich marzeniach czekających na spełnienie. Przyznam, że jestem typem smoka-kolekcjonera, który zbiera mnóstwo rzeczy, a potem nie chce się z nimi rozstać, nawet jeśli z nich nie korzysta - chyba że chodzi o sprzedaż jednej rzeczy, by za pieniądze z niej kupić kilka innych, jeszcze fajniejszych. Nie wszystkie moje marzenia mają materialistyczne podłoże, ale... hehe, cóż, chyba jednak zdecydowana większość ma.

Pośrednio do napisania tej notki zainspirowała mnie pewna mała, zielona ziaba. Potwornie przytłoczona ogromem materiału do wchłonięcia, wybrałam się dziś na przejażdżkę rowerem do pobliskiego lasu na bagna. Cóż, bagna i mokradła mają raczej kiepską sławę, ale to miejsce jest naprawdę ładne, zwłaszcza świeżutkie mokradło powstałe po ostatnich ulewach - jestem pewna, że właśnie tak wyglądały takie miejsca w prehistorii, i smród z pewnością też ten sam. W każdym razie, gdy kucnęłam sobie przy stawie szumnie nazywanym Wielką Wodą, nagle zdałam sobie sprawę, że dokładnie w moim kierunku płynie powoli wyżej wymieniona ziaba. I zaczęłam sobie fantazjować, że może ta niepozorna ziaba wiedzie żywot o wiele ciekawszy od mojego, że może jest zwiadowcą wielkiego płaziego królestwa i takie tam. I zaczęłam jej zazdrościć.

Przepraszam za ten infantylizm, ale kiedy tylko ją zobaczyłam, to w moim umyśle pojawiło się dokładnie to słowo: ziaba. Była taka mała i urocza, że nie mogłam nazwać jej surowo żabą.

No cóż, w każdym razie przedstawiam część moich marzeń w kolejności - jak zwykle - przypadkowej. Żeby moje życie stało się ciekawsze od ziabiego.

Dla wprowadzenia nastroju - kadr z mojego ukochanego filmu "What dreams may come". Bez związku, ale ładny.
  1. Wydać książkę. I to tak naprawdę, w normalnym wydawnictwie, na papierze, za darmo i bez łaski. Ebook swoją drogą, on ma mi tylko zrobić reklamę. I zaciesz na pysku.
  2. Stać się ze swoją twórczością na tyle popularną i dobrze przyjętą, by ludzie robili do niej ilustracje i fan arty. To mnie pociąga chyba nawet jeszcze bardziej od samego faktu wydania książki. Strasznie chciałabym zobaczyć, jak inni sobie wyobrażają to, co opisuję. :3
  3. Rzucić studia i mimo to nie mieć przerąbane. Najbardziej awykonalne marzenie...
  4. Uzupełnić kolekcję kart Bella Sara. Najlepiej o serie Moonlfairies, Starlights, Sunflowers, Spring Carnival i - naj, naj, naj - Summer Camp. Niestety, zapowiada się na drugie awykonalne marzenie, bo ani nie zarabiam, ani nie mam zaskórniaków (o, 6zł na koncie, mam na chipsy!), ani nie umiem robić zakupów na zagranicznych portalach...
  5. Zrobić na jakiś konwent taki cosplay, żeby wszystkim z wrażenia gacie pospadały.
  6. Wymienić całkowicie zawartość szafy na ubrania w stylu fantasy i sci-fi.
  7. ...i nie wracać z płaczem do domu, kiedy po wyjściu w tychże zbluzga mnie pierwsza napotkana banda gówniarskich dresów.
  8. ZABIĆ WSZYSTKIE KOMARY (wciąż bardziej prawdopodobne niż punkt 3).
  9. Mieć kozę, która kosiłaby za nas trawnik i dawałaby pyszne mleko. ^^
  10. Kupić mnóstwo książek, których tytułów nie zacznę tu przytaczać, bo trzeba by zrobić osobną wielką listę.
  11. Nauczyć się znowu zapamiętywać sny.
  12. Zasypiać i budzić się przy tym okropnym bucu zwanym lubym.
  13. Odwiedzić Dolinę Małej Łąki w Tatrach - SAMA, żeby mi nikt nie kazał wracać zaraz po przyjściu, żebym mogła spokojnie usiąść, popatrzeć, ponapawać się i oddać wyobraźni.
  14. Mieć codziennie czas na wszystko, na co bym chciała mieć czas + na upieczenie ciastek.
  15. Nie utyć mimo astronomicznej ilości ciastek.
  16. Z rzeczy bardziej prozaicznych: nigdy więcej chorych nerek, pęcherza i ich okolic.
  17. Latać. Najlepiej na paralotni lub czymś podobnym, żeby czuć wiatr i widzieć więcej niż przez ten znaczek pocztowy w samolocie pasażerskim, szumnie nazywany oknem. A w ogóle to najlepiej mieć własne skrzydła.
  18. Hodować gekonki na tyle skutecznie, by one były zdrowe i szczęśliwe, a my byśmy mieli nabywców.
  19. Kupić sobie Tamagotchi i nie żałować. xD
  20. Napisać takie opowiadanie lub powieść o smokach, by miało sens, zajebistą fabułę, było dobre i bliskie memu serduchu.
  21. Mieć komputer, na którym ruszyłby Skyrim (do szału mnie doprowadza to konsolowe menu, ale i tak pożądam tej gry bardziej niż Viktora).
  22. Przejść wszystkie gry, których wciąż nie przeszłam (pierwszy Wiedźmin...) i nie mieć wyrzutów sumienia, że nie robię czegoś pożytecznego.
  23. W sumie to ponieważ większość marzeń ma związek z ograniczonymi możliwościami finansowymi, może podsumuję wszystko jednym: mieć forsy jak małpa gwoździ i w dupie cały świat.
Na zakończenie anegdotka dnia: tata bez okularów spojrzał z daleka na moją koszulkę z Vaderem i spytał: "A co to za Niemiec?".

piątek, 14 czerwca 2013

Ciuchozachwyty

Niebędęmarudzićniebędęmarudzićniebędęmarudzićniebędęmarudzićniebędęmarudzićniebędęmarudzić.

Ostatnio znów zachciało mi się grać w Simsy - dwójkę, bo trójka jest od niej lepsza tylko o tyle, że ma konie, w trójce bez tysiąca modów simowie wyglądają jak pucowate świnie, a poza tym trójka mi nie chodzi (to znaczy chodzi, ale po kwadransie lapek się przegrzewa i wyłącza i żadne remedium nie skutkuje). A do tych Simsów ściągam mnóóóstwo modów. I matko jedyno, jak ja się zachwycam ciuchami fantasy/sci-fi, które znajduję. Patrzę, ślinię się i jak zombie jęczę: chcęęę...! To samo się tyczy gry Jedi Knight: Jedi Academy, w którą ostatnio pykałam (i szlag mnie trafił przy ostatnim bossie) - tworzę postać i przez dobre pół godziny adoruję ciuszki.





Co na nie patrzę, to myślę coś w stylu: rany rany ja to chcę zrób mi kup mi DAAAJ! Notabene, mogłabym sama sobie takie uszyć. Problem w tym, że moje umiejętności są wystarczające do zrobienia niezbyt skomplikowanej, znośnie wyglądającej peleryny na cosplay, ale kompletnie do dupy, jeśli przychodzi do szycia czegoś, co miałoby się nadawać do wyjścia między ludzi. Cóż, wpada druga myśl - zawsze pozostaje całe stadko krawcowych. I tak zapewne kiedyś to się kończy. W baaardzo dalekiej przyszłości. Jak będę mieć środki. Czyli zapewne nigdy. Imaginujecie sobie, ile kosztuje metr materiału?! Musiałabym na bank napaść, żeby opłacić wykonanie jednego ze wszystkich powyższych strojów. Buhuhu. T_T

Póki co pozostaje mi przeszukiwanie Alledrogo i buszowanie po lumpeksach. W jednym, moim ulubionym, znalazłam prawdziwe perełki: bluzki z gigantycznymi rękawami, wiązane rzemykami jak gorset, no cuda po prostu. Ale to wciąż za mało, by całkowicie wymienić zawartość szafy z "potworne nudy" na "fantasy every-fuckin-day". Bo marzy mi się popylanie w takich strojach na co dzień, wychodzenie na długie spacery do lasu z wielkim, sękatym kosturem rzeźbionym w runy i drewniany dom z tabliczką "UWAGA SMOK" przed furtką.

No, ewentualnie statek kosmiczny. To też by było całkiem zajebiste.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Jak nie opisywać swoich dzieł

W szale przygotowań do wydania tego cholernego ebooka (już prawie kończę poprawianie jednego z opowiadań, yay), przeglądam różne inne książki wydane własnym sumptem, głównie na portalu Wydaje.pl, bo zanosi się, że i ja skorzystam z jego oferty. Tym sposobem pocieszam się, że nawet jeśli moja książka zostanie okrzyknięta gniotem roku, to przynajmniej będzie poprawnie zedytowana, przyglądam się, jak inni to robią i wyciągam wnioski, by starać się wypaść jak najlepiej. Czasem, gdy czytam opisy niektórych ebooków, popadam w stupor i zastanawiam się, co kierowało autorami, kiedy wypisywali takie rzeczy. Pozwolę sobie trochę się pomądrować i zacytować co smaczniejsze kawałki, litościwie wycinając namiary, no bo przepraszam bardzo, ale to jednak wstyd.

Podkreślam, że nie oceniam samych utworów, a tylko opisy i formę wydania tychże.

<br><br>To typowa powieść fantasy, której akcja początkowo rozgrywa się w baśniowej krainie przypominającej starożytną Persję. Następnie zostajemy przeniesieni do świata odmiennego, zarówno kulturowo jak i klimatycznie. Bohaterowie noszą mityczne niemal imiona: Zoobar, Meshala, Sunaro czy Nahir. Nie brak w książce tajemniczych wypraw, bitew czy nawet wątków miłosnych. Akcja bardzo ożywiona, pełna niesamowitych wydarzeń, świetnie opisanych przez Autorkę.
<br><br>Opowieść baśniowa, fantastyczna, frapująca. Szybka akcja i lekko napisane humorystyczne dialogi powodują, że trudno się oderwać od pełnego przygód tekstu. Książkę czyta się z wielkim zainteresowaniem.<br>
Reklamując swoją powieść jako "typową" nie wzbudza się zainteresowania, moim zdaniem wręcz zniechęca się potencjalnych czytelników - to raz. Dalsza część opisu brzmi jak napisane na kolanie wypracowanie szkolne, i to tak ze trzy minuty przed dzwonkiem na lekcję - to dwa. Trzy - znaczniki html, wtf? Książka została wydana z konta wydawnictwa Psychoskok, wnioskuję zatem, iż ktoś od nich jest autorem opisu, co każe mi myśleć, że albo umiarkowanie im się chce, albo umiarkowanie potrafią robić takie rzeczy. Jeszcze większych wątpliwości nabieram, gdy po pobraniu fragmentu ponad 500-stronicowej książki widzę, że formatowanie jest w cały świat: akapity raz są, raz ich nie ma, na końcach wersów wiszą spójniki, brak dzielenia wyrazów robi brzydkie dziury w tekście... Pusty śmiech ogarnia, jak po czymś takim czytam na stronie wydawnictwa zapewnienia o profesjonalizmie. A ja, głupia, myślałam, że żeby coś robić, trzeba UMIEĆ to robić.

(...) Autor potrafi zachwycić czytelnika nieprzewidzianymi zwrotami akcji i nietypową dla tego gatunku fabułą. Tutaj niczego nie da się przewidzieć, ale spodziewać można się dosłownie wszystkiego. Na ponad dwustu stronach tych niezwykłych opowieści *pseudonim autora* dzieli się z nami pięknem mitycznych krain, gorzkim smakiem tajemnicy i zaskakującym zakończeniem.
Autor wydaje się sam sobie pisać opisy, dlatego te wszystkie zachwyty nad samym sobą bawią mnie niezmiernie. I choć ma swój mały dorobek - parę nagród, kilka opowiadań opublikowanych w magazynach - to wciąż brzmi śmiesznie, gdy sam o sobie pisze w stylu "Autor jest zajebisty i pisze genialnie, przeczytaj jego dzieła, a na pewno nie będziesz zawiedziony". To bardzo, ale to bardzo częsta maniera u self-publisherów i dla mnie brzmi trochę jak błaganie o uwagę. Czy dzieło nie powinno bronić się samo? Oczywiście, JAKOŚ trzeba się zareklamować, nie można wydać książki i jednocześnie mówić "w sumie to nic nadzwyczajnego, ale będzie mi miło, jeśli ją kupisz, nawet nie musisz czytać", ale wychwalanie się pod niebiosa to popadanie ze skrajności w skrajność. Można dać jakiemuś recenzentowi do oceny i jeśli powie coś pozytywnego - zacytować. Można też wkleić krótki, charakterystyczny fragment. Od razu wygląda lepiej niż niczym nie poparte chwalipięctwo.

(Autorka opowiadania ma 10 lat.) (...)
To będzie hit.
Najmniej subtelne podkreślenie wieku młodego, genialnego pisarza ever.

*Tytuł* to książka całkowicie inna, niż wszystkie. Trudno zaliczyć ją do jakiegokolwiek gatunku, najbliżej jej jednak do dość nietypowej fantastyki (o ile taka istnieje). (...)
Piszę książki w gatunku, który nie istnieje, więc wiem, co to hipsterska literatura, dzifko.
Na poważnie, to opis fabuły wydaje się ciekawy. Jednak złe wrażenie robi powyższy cytat - nie dość, że autor sam nie jest pewien, co właściwie pisze, to jeszcze podkreśla się na siłę niezwykłość dzieła. Again: dajcie takie rzeczy stwierdzić czytelnikom, nie narzucajcie im swojej wizji tego, jak byście chcieli być odbierani.
A formatowanie nie istnieje. Tekst jest wyjustowany i to cały wysiłek włożony w pracę edytorską. Tak sobie mogą wyglądać wpisy na blogu, ale kiedy bierzemy się za KSIĄŻKĘ, to wypada poczynić tych parę czynności, które mają zrobić z niej coś czytelnego.

To idealna książka zarówno dla fanów takiego gatunku jak fantastyka, ale też i dla osób kochających czytać powieści przygodowe czy też romans. (...)
Wszystko dla wszystkich, idealne, doskonałe, miks thrillera, fantastyki, książki kucharskiej i instrukcji obsługi kserokopiarki, kupujcie, kupujcie!
A tu formatowanie woła o pomstę do nieba. Treść zaczyna się jeszcze na stronie tytułowej, tuż pod okładką. Czytelnik staje przed nieporozdzielanym w żaden sposób blokiem tekstu jak skazaniec pod ścianą. Mam szczerą nadzieję, że to wygląda tak tylko w darmowym fragmencie.

Zbiór pięciu opowiadań mojego autorstwa. Zapraszam do sprawdzenia!
Dla odmiany krótko i na temat, choć mało treściwie. Może by tak krótkie opisy poszczególnych opowiadań? I znów - ŚCIANA NIESFORMATOWANEGO TEKSTU. Normalnie zgłoszę się tam i będę robić pracę edytorskie, choćby i po 10gr za stronę, żeby te wszystkie teksty jakoś wyglądały.

Paraliż senny
Zwykle nie zdajemy sobie sprawy z jego istnienia. Jest to pewnego rodzaju klatka, nakładana przez mózg na ciało podczas snu. Powoduje on, że gdy w śnie np. biegniemy, nie wykonujemy ruchów w rzeczywistości. Gdy zasypiamy, nie zdajemy sobie sprawy z jego obecności – rozpoczyna się on, gdy mózg jest pewien, że straciliśmy świadomość. Jeżeli natomiast zachowamy świadomość podczas zasypiania, i dotrwamy wystarczająco długo, aby w niego wejść, możliwe są halucynacje. Od kolorów i prostych kształtów do osób i miejsc. Osoby mające długotrwałe problemy z zasypianiem, mogą niechcący wejść w ten stan.

Paraliż senny jest najczęściej bardzo nieprzyjemny. Występuje uczucie duszenia się i czasami czyjejś obecności. Paraliż senny był źródłem wielu przesądów, nazywano go dusiołkiem, zmorą senną itp. Występuje on jednak bardzo rzadko, średnio u 0,041% ludzi doświadczających świadomych snów.

Paraliż senny nie obejmuje nerwów kontrolujących ruchy gałek ocznych, dlatego w czasie marzeń sennych takie ruchy występują. Jest to sposób na stwierdzenie, czy dana osoba śni. Fazę snu, w której występują ruchy gałek ocznych, nazwano REM (Rapid Eye Movement). (za Wikipedią)

Wszystkie opowiadania powstały pod wpływem snów. Nie biorę odpowiedzialności za swoją podświadomość!!
*przeciera oczy* What? Autor cytuje WIKIPEDIĘ? W opisie swojej książki? Ba - cytat z Wikipedii JEST opisem książki? No czegoś takiego jeszcze nie było. Wyobrażacie sobie wciąć do ręki "Jeźdźców smoków z Pern" i z tyłu okładki przeczytać jedynie: "Smok – fikcyjne stworzenie, najczęściej rodzaj olbrzymiego, latającego gada. Występuje w licznych mitach i legendach oraz w literaturze, filmach i grach. Według wielu mitów (...)"? To brzmi jak jakaś parodia. Tym bardziej, że na dobrą sprawę, opis ten nie ma nic wspólnego z treścią. W jednym i drugim przypadku.

Ta książka to niezwykła opowieść o miłości. Z dużą ilością fantastyki jak ktoś lubi czytać taki gatunek to mu się spodoba. (...)
A jak ktoś nie lubi TOCOTERAS?!
Wystarczyło dać do sprawdzenia pani od polskiego, żeby zrobiła z tego opisu coś czytelnego.

w roku bodajże 1980 a może jeszcze 1979 zdarzyło mi się napisać wiersz, brzmiący mniej więcej tak:
*wiersz, nieistotne, więc wycinam*
...tytułowe zdjęcie zrobiłem w zeszłym roku, to skrzyżowanie Gdańskiej i Dworcowej, stara kobieta z roku 1979 stała kilkanaście metrów na lewo, tam gdzie obok galerii obrazów a naprzeciwko księgarni jest przystanek tramwajowy...
Systemy się zmieniają, pewni ludzie są zawsze zaś na marginesie, o tym też jest w tym opowiadaniu, ale króciutko, więc może umknąć...
Wszystko fajnie, ale strumień świadomości to jednak gdzie indziej, a nie na opis książki czy tam opowiadania, proszę...

Książka dla osób 18+, ze względu na użyte słownictwo i sceny.
Zawiera wszystkie aspekty dobrej książki, wciąga i zaskakuje.
Znajdziecie tu elementy horroru, romansu i fantastyki.
Zebrała już kilkanaście pozytywnych opinii.
Jest to moja pierwsza dokończona książka, której poświęciłam mnóstwo czasu i z której jestem dumna.
Serdecznie zapraszam do zakupu.
Brakuje mi tu jeszcze jakiejś sztywnej aktorki w żakiecie, ucharakteryzowanej na Ważną Osobę, która by powiedziała na końcu: "Polecam, Kunegunda Nowak".
Aha, no i my też jesteśmy dumni. *daje Scooby-chrupka*

Starałem się, by powieść ta była jak najmilsza w czytaniu, i przypominała bardziej coś w stylu „Warcrafta”, niż „ Zmierzch”, albo „ Harry’ego Pottera”, bez najmniejszej urazy dla fanów tychże dwóch książek. (...)
Dam sobie rękę uciąć, że w książce są setki błędów, lecz ja dopiero zaczynam i absolutnie nie oczekuję niczego poza sprawiedliwymi komentarzami, które pozwolą mi zobaczyć własne niedociągnięcia i się rozwijać.
Ugh, tego nienawidzę najbardziej - porównywania do innych, znanych dzieł. Tu na dokładkę autor - najwyraźniej bardzo młody - obraża inne, znane dzieła, ich autorów i fanów, i dodanie na końcu "bez urazy" nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Nie wiem, czy pokorę autora liczyć na plus (ebook jest darmowy), czy i tak opierdzielić za wypuszczanie w - było, nie było - wydawnictwie czegoś, z czego zdaje sobie sprawę, że zawiera masę błędów. Nie ucinaj sobie rąk, tylko do roboty! Ze wstydu bym się spaliła, wypuszczając coś choć odrobinę niedopracowanego, nawet w niszowym, self-publishingowym wydawnictwie.

Niniejsza powieść jest przeznaczona tylko i wyłącznie dla czytelników pełnoletnich. Znajdują się w niej między innymi szczegółowe opisy aktów seksualnych, wieloosobowych orgii, a także brutalnych morderstw.
To ostrzeżenie czy zachęta? Oczyma wyobraźni widzę bandę podnieconych gimbusów, którzy wyrywają sobie tę książkę i się cieszą, że "ojaaa, są seksy". No i trochę spoiler. I sztywne jak świeżo wykrochmalony obrus.

Powieść z dziedziny Fantasy. Pisarka przenosi nas w czasy średniowiecza , gdzie rycerze przeplatają się z wiedźmami w zyciu i duchami. Zło i dobro razem czy oddzielnie? Wspaniała książka przygodowa.
Tu mam kilka problemów. a) Dziedzina fantasy. b) Interpunkcja. c) Rycerze przeplatający się z wiedźmami w życiu. d) I z duchami. e) Poproszę zapakować osobno.
Serio, czytając opisy w tym stylu, boję się, jaka może być właściwa treść. Czy to aby po polsku? Czy sprawdzone było przez kogokolwiek? A najzabawniej, jak autorzy wyceniają podobne 100-stronicowe książeczki na 55zł (sic!), podczas gdy średnia waha się między 8zł a 15zł, powyżej 20zł to już raczej tylko poradniki.

Tyle. Wracam do nauki historii sztuki. *płacze* Nienawidzę uczyć się historii, jakiejkolwiek...

wtorek, 4 czerwca 2013

Ciekawostki

  1. Hiszpania składa się głównie ze stepów i autostrad.
  2. Latanie samolotami pasażerskimi jest jednak mało ekscytujące, piloci są na tyle delikatni, by przypadkiem się ktoś nie porzygał. Chcę się przelecieć myśliwcem!
  3. Niemniej, widoczki piękne.
  4. Polskie dania przygotowywane przez hiszpańskie firmy cateringowe są ohydne.
  5. Na dobrą sprawę wszystkie potrawy przygotowywane przez jakiekolwiek firmy cateringowe są ohydne. Cytując lubego: co się dziwisz, że niedobre, w końcu to wyszukane.
  6. Krewetki są smaczne, jak już się je uda wydłubać z pancerzyka i nie uświnić przy tym jak Obelix.
  7. W dobrym towarzystwie nawet błądzenie o drugiej w nocy ulicami Madrytu w poszukiwaniu hostelu jest fajne.
  8. Pozdrawiam Jonathana i jego dziewczynę, której imienia zapomniałam, mam nadzieję, że nie rozchorowali się od nocowania na ławce i dotarli tam, gdzie chcieli.
  9. All in all: dalekie podróże są super, ale jednak dobrze wrócić do domu, gdzie jest moje łóżko, mój (czysty!!!) sedes i moje kochane zwierzaki. I INTERNET.
Niestety, od jutra będę musiała spiąć poślady i zacząć toczyć bój z uczelnią, z którą i tak najchętniej bym sobie dała spokój. Najwięksi geniusze byli wywalani ze szkół i co, wciąż zostawali największymi geniuszami. A uczelnia to nie to samo, co szkoła - nie ma przymusu, nikt mi nie każe tam siedzieć. Poza... argh. Nie, nieważne. Po prostu jestem debilem i tyle.

Do szału doprowadza mnie to o tyle, że wbrew durnym stereotypom, nie potrafię robić kilku rzeczy na raz - jeśli mam do zrobienia coś na uczelnię (pisać esej, uczyć się czy cokolwiek), to nie mogę jednocześnie skupić się na tym, na czym mi zależy o tysiąckroć bardziej: na pisaniu. I odwrotnie: jak piszę, to sprawy uczelni mam w dupie. W tym semestrze skupiałam się bardziej na twórczości i już piętrzą mi się kolejne problemy, które na dobrą sprawę są nic nie warte i w ogóle nie powinnam się nimi przejmować, a i tak to robię, bo najbliższe otoczenie wymaga ode mnie, bym skończyła te zasrane studia, miała magistra i ten mityczny "papierek", który ma mi tak bardzo ułatwić życie. Oczywiście.

A w ogóle to dzień bez marudzenia to dzień stracony, jakby się kto pytał.

To co by teraz porobić: dokańczać opka do zbioru, uczyć się na egzamin, który nawet nie wiem, kiedy jest (i z czego) czy pooglądać kucyki? Hmm.


EDIT: Z ostatniej chwili - Boga mnie właśnie użarła w palec. Capnęła, potrzymała chwilę, po czym puściła i spojrzała totalnie zdziwiona: "to nie był robal?!". xD Nie bolało, nie przegryzła skóry, to było raczej śmieszne uczucie.