wtorek, 30 lipca 2013

TEN dzień

Jeżu, jeżu [nieczyt.]

Ja nie wiem, jak to się stało. Po prostu usiadłam, skupiłam się jak Kubuś Puchatek i nagle się okazało, że wszystkie opowiadania są skończone. No to jeszcze raz usiadłam i skupiłam się jak Puchatek, odwaliłam całą robotę edytorską i... nastał moment zwątpienia. Przecież to nie może być JUŻ. Nie mogę tego opublikować TERAZ. Nie, żebym miała jakiś konkretny powód, no ale nie mogę i już. To za szybko. Na pewno czegoś nie dopatrzyłam. Treść do dupy. Okładka do dupy. Wszystko ssie i nie ma prawa ujrzeć światła dziennego. A jak opublikuję to pod moim nazwiskiem, to będę pośmiewiskiem całego świata do końca życia.

Ale wtedy z przeciwległego końca pokoju nadpłynęła euforia i tak się darła i podskakiwała pod sufit z radości, że nie mogłam tego NIE zrobić.

BEHOLD!



Zwątpienie znów wyciągnęło swe macki, gdy po wrzuceniu na serwer okazało się, że zepsuło mi okładkę i wygląda jak niedopracowany badziew, a dzielenie wyrazów - mimo że sprawdzałam dziesięć razy - pozmieniało się w cały świat i gdzieniegdzie pozostawały wiszące spójniki na końcach wersów, co doprowadza mnie do szewskiej pasji, bo spędziłam nad poprawianiem tego dziadostwa cały chędożony dzień tylko po to, by i tak się rozpierdzieliło, i naprawdę mam nadzieję, że dożyję czasów, w których redakcję, korektę i skład będą odwalać za mnie inni. Cóż... teraz wszystko w waszych rękach. Możecie mnie zjechać, zanalizować, co tylko chcecie, my butt is ready.
Już to mówiłam wcześniej, ale muszę powtórzyć - dziękuję za całe wsparcie i zainteresowanie, jakie okazaliście temu projektowi. Gdyby nie wy, po prostu dałabym sobie siana. Powstanie tego ebooka to w 90% wasza zasługa (albo wina, okaże się). ;)
Mam nadzieję, że przedmowa nie wyszła zbyt patetycznie, bo chyba nadęłam się, jakby mnie co najmniej Fabryka Słów wypuszczała, ale nie miałam serca zmieniać w niej ani słowa. I że nie przeoczyłam jakichś koszmarnych, oczywistych błędów. I że opka same w sobie są ciekawe. Matko Borska, nie sądziłam, że człowiek jest w stanie jednocześnie tak się cieszyć i tak się bać.

To ja wracam do skakania pod sufit a wam życzę miłej lektury. :)

PS Opowiadanie o czarnoksiężniku Coridallu tak mi się spodobało, że mam zamiar rozszerzyć jego przygody do zbioru opowiadań. Zapowiadają się pracowite miesiące. ^^

E: W sumie jeszcze coś, bo o tym nie pomyślałam od razu. Jeśli ktoś z jakiegokolwiek powodu nie chce kupować przez wydaje.pl, niech pisze na winkyyy@interia.pl, to po wpłacie na konto wyślę ebooka mailem. Mogę też wystawić aukcję na Allegro.

sobota, 27 lipca 2013

This is how it feels when you take your life back

Po lekturze "Olbrzymich kości" Petera S. Beagle'a i opowiadania "Opowieść Choushi-wai (mrr, jak ja kocham nazwy własne u Beagle'a, są genialne w brzmieniu), odkryłam źródło swojej głupoty.

- Rok łaski - mówił dalej król - jeżeli tylko mi powiesz, dlaczego uważasz, że jesteś głupia. (...)
- Myślę za dużo - wymamrotała pod nosem. - O to chodzi.
- Myślisz za dużo - ostrożnie powtórzył król. Powoli zdjął swoją szarą koronę, aby podrapać się w królewską głowę. - Tai-sharm, to nie jest typowe dla głupców.
- Panie, moi przodkowie to wieśniacy od wielu pokoleń. Żaden z nich nie chodził do szkoły, żaden nie myślał o niczym, tylko co posiać i kiedy. Żyli nędznie, byli tego świadomi, ale byli również na swój sposób zadowoleni. Tylko ja, Tai-sharm, zawsze gdy kopię, orzę albo pielę, spoglądam w górę, żeby pomyśleć o... rybie. O tym co bogowie jedzą na śniadanie. O takich głupich rzeczach, o pieśniach i błyskawicy, o statkach żeglujących po morzu, o tym czy niebo po drugiej stronie świata jest tego samego koloru. O powietrzu, właśnie, o powietrzu, czy potrafisz, panie, to pojąć? Nigdy nie byłam nieszczęśliwa, ale szczęśliwa też nigdy nie byłam - nie tak jak oni, jak ludzie z mojej wioski, moja rodzina, nie tak jak oni. To zrozumiałe, jestem głupia nawet jak na wieśniaczkę.
"Opowieść Choushi-wai", Peter S. Beagle

Czuję się o tyle gorzej od Tai-sharm, że w mojej rodzinie nie ma "wieśniaków" i wszyscy są mądrzy - ten magister, ten inżynier, wszyscy po studiach, wszyscy wykształceni, od lat trzymający się jednej pracy, dobrze zarabiający. Moje pokolenie zmierzające w tę samą stronę - studia takie, śmakie i owakie, tu pedagogika, tam medycyna, zarządzanie... No i jedna czarna owca, która ledwo się na kulturoznawstwie utrzymuje, która nawet nie chce na nim być, która jako jedyny plan na przyszłość ma bardzo enigmatyczne "zostać pisarzem". Która non-stop fantazjuje i rozmyśla na wszelkie tematy, niemające dla nikogo żadnego znaczenia. Z punktu widzenia państwa/społeczeństwa, jestem gówno warta. Boli mnie to, ale nie mam zamiaru tego zmieniać tylko dlatego że ktoś się ze mną nie zgadza, nawet jeśli okazałoby się, ze wszyscy się ze mną nie zgadzają. Nie żyję dla państwa, którego nic nie obchodzę, dla którego jestem tylko jakimś procentem statystyki. Żyję dla siebie, dla TU i TERAZ.

Ustaliłam sobie deadline na ebooka - koniec sierpnia. Jak do pierwszego września nie będzie wisiał tu, obok, w Kąciku Autoreczkowym, to będziecie mieć szansę dać mi za to w łeb na Polconie.

A propos konwentów - miałam piękne marzenie, że wydrukuję ileś-dziesiąt egzemplarzy tego zbioru, wykupię miejscówkę na Pyrkonie i będę się lansować, w pogardzie mając komentarze o "urażonej aŁtoreczce" i "self-publishingowym gównie", i choć ominęłyby mnie wszystkie atrakcje, to może ktoś by się zainteresował, może nawet ktoś ważny, kto mógłby mi pomóc na dalszej drodze wydawniczej, i pogawędziłabym z wami, i żywiłabym się przez trzy dni colą i 7daysami, i byłoby fajnie... Ale wtedy przyrżnął mi w łeb Młot Rzeczywistości i zaraz przypomniało mi się, że jestem biedna jak mysz kościelna, że to najgłupszy pomysł we wszechświecie i w ogóle to ucz się filozofii i historii sztuki, bo nie zdasz.

Nie zależy mi. Na niczym innym poza pisaniem już mi nie zależy. Wiszę gdzieś tak pomiędzy World so cold a Not gonna die i marzę o chwili, w której będę mogła zagrać na nosie wszystkim, którzy kiedykolwiek wątpili w moje możliwości.

E: Zmieniłam szablonik, a co. Stary był prześliczny, ale irytowała mnie nieczytelna czcionka i fakt, że obrazek niecnie wykorzystany (mimo że podpisany). No to teraz jest narysowany przeze mnie pegazik, realistyczna wersja mojej Raindancer, tiu tiu. Ino za radzieckiego boga nie mogę dobrać do tego odpowiedniego tła, te dechy wydają mi się trochę obleśne. :S

środa, 17 lipca 2013

Wakacyjne granie

Pomimo widma kampanii wrześniowej, zacieszam jak nigdy. W tym roku nie planowałam jakichś wielkich wakacyjnych wyjazdów, żadnych gór, jezior ani morza. Przybyłam za to za lubym do bardzo urokliwego miasteczka, które jest tak przesiąknięte wakacyjną atmosferą, że gdybym tu zamieszkała, to byłoby jak niekończące się wczasy. Jest tu trochę wsi i trochę miasta - około sześciotysięczne miasteczko w środku lasu, w zupełności samowystarczalne, gdzie wszędzie jest blisko. Dla mnie: idealne warunki. Są i otwarte do późna sklepy, i las z każdej strony, i dwa urokliwe zalewy, i w pewnej odległości rezerwat przyrody... Czegóż chcieć więcej? Za każdym zalesionym pagórkiem spodziewam się ujrzeć jezioro albo brzeg morza i choć doskonale wiem, że nie ma tam ani jednego ani drugiego, już sama ta atmosfera wystarcza, bym nieprędko chciała wyjechać. Poziom nostalgii porównywalny z czytaniem "Martusi na wakacjach" (jak ja kochałam te książki).

Na dokładkę to miejsce i ludzie tutaj mają na mnie dziwny wpływ. U siebie wprost nienawidzę niezapowiedzianych lub zapowiedzianych mniej niż tydzień wcześniej gości... w sumie to na dobrą sprawę nie bardzo już mam kogo u siebie gościć... w każdym razie, tutaj nawet cieszę się na każdą wizytę przyjaciół lubego, mimo że sama odzywam się średnio raz na godzinę, a jak już coś powiem, to pożal się Boru i boję się, że mogą mnie uważać za idiotkę. Luby zaś organizuje nam czas, najczęściej poprzez sesje RPG albo planszówki. W dzisiejszych czasach pewnie mało kto gra w planszówki (nie licząc hord nerdów takich jak my na konwentach), parę lat temu pewnie sama byłabym sceptyczna, ale niektóre naprawdę potrafią wciągnąć, nawet jeśli w pierwszym odruchu odrzucają ogromem zasad.

Hmm... może by tak toplista?

FAJNE GRY PLANSZOWE
I KARCIANE
(W KOLEJNOŚCI LOSOWEJ)

1. Small World
Jedna z najfajniejszych planszówek ever. Dwóch do pięciu graczy ma za zadanie wygrać walkę o dominację w fantastycznym świecie podzielonym na kilkanaście krain za pomocą kilku z wielu nacji: krasnoludów, elfów, olbrzymów, niziołków, amazonek, szkieletów, szczuroludzi et cetera, et cetera. Jeden gracz nie musi - wręcz nie powinien - ograniczać się do jednej nacji; gdy nadejdzie odpowiedni czas, może "wymrzeć" i wybrać kolejny lud. Im więcej krain opanuje, tym lepiej. Gra ma proste zasady, jest komiczna i wciągająca. Wyszło do niej sporo dodatków, urozmaicających rozgrywkę o nowe plansze i rasy, można też samemu tworzyć nowe nacje wraz z ich specjalnymi właściwościami, co sprawia, że ten mały, fantastyczny świat nieprędko się znudzi.

2. Chaos w Starym Świecie

Apetyczny obrazek... W każdym razie: Chaos w Starym Świecie jest nieco podobny do Small World, z tą różnicą, że jest skomplikowany jak cholera i miną ze cztery partie, nim się załapie wszystkie reguły. Co nie znaczy, że gra jest zła, wręcz przeciwnie. Gracze wcielają się w czterech bogów chaosu z uniwersum Warhammera: Khorne'a, Nurgle'a, Tzeentcha i Slaanesha. Choć rozgrywka każdym z nich wygląda zupełnie inaczej (Khorne to wojownik i powinien się skupić na naparzaniu wszystkiego, co nie zdąży uciec, Nurgle czerpie siły z zarazy i rozkładu i najlepiej zrobi, jak rozklapi się w miejscu, Tzeentch jest upierdliwy jak wrzód na tyłku ze swoimi czarami, a Slaanesh świetnie się broni, co może doprowadzić do łatwego zwycięstwa) gra jest bardzo dobrze zbalansowana. Z początku uważałam, że gra szybko robi się okropnie monotonna - co najmniej godzina gry, ciągle te same ruchy w kółko i w kółko, i od nowa - ale jak tylko sama załapałam wszystkie zasady zamiast polegać na wiedzy innych, od razu zaczęłam siedzieć przy stole w pełnym skupieniu, w milczeniu obmyślając strategię i z nerwów obgryzając paznokcie, mimo że nie cierpię gier strategicznych, bo jestem dupa, a nie strateg. A mimo to wygrałam dwie ostatnie partie, haha!
(Głupi ma zawsze szczęście).
 3. Labyrinth. The paths of destiny


Z serii "Dobre, bo polskie". Labyrinth to gra młodej firmy Let's play (niektórym być może znanej z erotycznej karcianki Arkana miłości [też fajnej :3]), która szybko zdobyła popularność w kraju i poza nim. Do sześciu graczy ląduje w sześciokątnym labiryncie, wcielając się w jedną z kilkunastu różnych postaci. Cel: zdobyć klucz, ominąć strażnika i dojść do środka labiryntu. W tym celu należy zrobić sobie drogę poprzez budowanie korytarzy oraz wykorzystać wszelkie dostępne środki, by uniemożliwić to pozostałym graczom: podkładać pułapki, napuszczać na nich strażnika, stawiać przed nimi ślepe zaułki, atakować i korzystać ze swoich specjalnych umiejętności. Nie da się po prostu zagrać jednej partii - gdy tylko ktoś wygra, cała reszta natychmiast chce się odegrać, a ubaw za każdym razem będzie przedni.

4. Munchkin
Tym razem coś z karcianek. Chyba mało kto jeszcze nie słyszał o Munchkinie - grze parodiującej wszystko, co tylko możliwe w fantasy. Ma kilkanaście wersji (Cthulhu, Zombies, SuperMunchkin...), a każda z nich z kilka dodatków. Każdy z graczy zaczyna zupełnie goło i z pięcioma kartami w ręce. Mogą to być rasy lub profesje (zależnie od wersji gry), które gracz może przybrać, przedmioty, w które może się uzbroić, a nawet potwory, z którymi może walczyć w ramach "szukania guza" lub które może rzucić innym graczom, by im dokopać. W trakcie swojej rundy gracz ciągnie ze stosu dwie karty, które może wciąć na rękę, chyba że to klątwa albo potwór - jeśli wygra z nim walkę, zdobywa określoną ilość kart-skarbów. I tu nadrzędnym celem jest dokopywanie innym, by samemu doczołgać się na podium zwycięzcy, a frajdy jest o tyle więcej, że często od samych kart można się posikać ze śmiechu.

5. Drako
Drako to dość szybka gra - nie nazbyt wciągająca, ale jak się nie ma co robić i nie ma się wiele czasu, to jest jak znalazł. Jeden gracz wciela się w smoka, drugi w trójkę krasnoludów. Celem smoka jest uciec, krasnoludów - duh - zabić smoka. Wbrew pozorom, jedno i drugie okazuje się nie być takie proste, jak wygląda. Każdy z graczy zagrywa wylosowane karty i stara się osiągnąć swój cel. Przez ten czas obie strony mogą nieźle oberwać i wynik nigdy nie jest oczywisty. No i figurki i grafiki ładne.
O, właśnie zauważyłam, że to również polska gra, no patrzcie państwo.

6. Zombiaki
Znów polskie, znów dobre. Jeśli ktoś kiedykolwiek grał w słynne Plants vs Zombies, to nic więcej nie trzeba wyjaśniać. Zombiaki to gra karciana typu tower defence, w której jedna strona to żądne mordu zombie, a druga - broniący się przed atakiem ludzie. Jednocześnie nie jest pozbawiona humoru, co zapewnia sporo dobrej rozrywki. Grałam w nią tylko raz, ale jest na tyle fajna i niewymagająca dużej ilości miejsca, że z chęcią do niej wrócę.

Chciałam jeszcze doliczyć nieśmiertelnego Super Farmera, w którego zagrywałam się w dzieciństwie do porzygu, ale teraz ta gra ma jakieś dziwne nowe wydania i nie wiem, na ile się różnią od mojego, sprzed dobrych trzynastu lat. Ostrzę sobie jeszcze zęby na 7 smoków, które podobno są po prostu trochę bardziej rozbudowaną wersją domino, ale talia jest śliczna i byłoby w co grać w podróży albo innych okolicznościach przyrody pozbawionych gigantycznego stołu.

No, a poza tym to pisze mi się świetnie i coraz bliżej święta, huhuhu! Na dobranoc podzielę się ze światem utworem, który szalenie mi się spodobał i jest jednym z niewielu, które mi nie przeszkadzają podczas pisania. Bo nie mogę jednocześnie pisać i słuchać muzyki - co innego opisuję, a co innego pojawia mi się w głowie, gdy słyszę różne utwory. Muzyka jest dla mnie sporą inspiracją, ale w tym celu muszę się na spokojnie położyć, zamknąć oczy i puścić wodze wyobraźni.

środa, 10 lipca 2013

Pełnia marzeń

Nie opierniczam się i mam na to twarde dowody. O nich jeszcze za chwilę. W sumie to bez studiów wiszących nad głową (no, pośrednio - widmo kampanii wrześniowej) mam wrażenie, że pracuję o wiele więcej niż w roku akademickim.

W każdym razie, wreszcie i czytam, i piszę, i mam z tego radochę, a oprócz tego fantazjuję niemal bez ustanku i mam coraz więcej pomysłów. Naprawdę strasznie nie mogę się doczekać skończenia tego zbiorku i cholernie nie chce mi się wysyłać go do dwóch wydawnictw (tylko tyle zostało, gdy ze wszystkich opcji odsiałam wydawnictwa, które zawiesiły przyjmowanie debiutów, nie chcą zbiorów opowiadań albo każą sobie przysłać maszynopis [z powieścią nie będę się szczypać, ale na zbiorek szkoda mi pieniędzy, skoro i tak mam marne szanse]) tylko po to, by po pół roku dowiedzieć lub domyślić się z ich milczenia, że mają mnie w dupie. Przestaję mieć pewność w tym względzie i najchętniej po prostu wypuściłabym to od razu jako ebook, a potem na przykład zareklamowała się u tych prawdziwych wydawców - gdybym uzbierała sporo czytelników (choć nie wiem, ile to by dla nich było "sporo") i parę pozytywnych opinii, może by się połasili? Trochę to michalakowa* strategia, ale skoro dla niej okazała się skuteczna... Tonący brzytwy się łapie.

*Katarzyna Michalak zadebiutowała w taki sposób, że najpierw wydała swoją książkę w wydawnictwie self-publishingowym (na papierze), a potem porozsyłała ją do prawdziwych wydawnictw i któreś ją kupiło. Biorąc pod uwagę, że jej grafomania się sprzedaje, nie tracę nadziei. Co prawda ona wyłożyła dodatkowo grube tysiące na reklamę i teledysk...

Z samym pisaniem jednak nie ma się co spieszyć. Poza tym, że mam czas dopracować wszystkie duperele techniczne, to przy okazji zżywam się z bohaterami i mogę za pomocą mnóstwa różnych drobiazgów postarać się, by byli jak najbardziej wiarygodni. Wyobrażam sobie, jak zachowaliby się w różnych sytuacjach, dopisuję im różne przywary, przyzwyczajenia... Uwielbiam wymyślać takie rzeczy. Mam tylko nadzieję, że to działa.

Wracając do kwestii nieopierniczania się: jeszcze w trakcie sesji udało mi się skończyć wielkie poprawianie jednego z opek, tego, które zostało zjechane za beznadziejny koniec. W wersji pierwotnej liczyło jakieś 15 stron, w efekcie końcowym zrobiło się ich 28, a pewnie przybędą jeszcze ze 3, bo jeden z ważnych wątków wciąż jest potraktowany ciut po macoszemu. Choć raz pozbędę się fałszywej skromności i przyznam szczerze, że jestem z siebie dumna. :D Opcio stygnie i czeka, aż je otworzę za jakiś czas, by znaleźć jakieś tysiąc błędów, których do tej pory nie zauważałam, a póki co wróciłam do kończenia następnego. Pisałam tu o nim jakiś czas temu, nawet miałam je tu zamieszczać w odcinkach, ale wraz z pomysłem na zbiór idea poszła się chędożyć. No więc ja sobie piszę, mam już 13 stron, a na dowód swojego nieopierdzielactwa prezentuję niedługi, początkowy fragment tego opowiadania. Enjoy. :)

Czarnoksiężnik, który mówił „Ny” 

Kiedyś mój uczeń, Jayce, podczas eksperymentowania z magią, przypadkiem uwolnił odrobinę energii na wolność. Niespętana żadnymi słowami magia wybuchła mu w twarz. Przez tydzień próbowałem przywołać z powrotem jego głowę, która odłączyła się od ciała i zaginęła gdzieś w Świetlistej Próżni, no i prócz tego jeszcze musiałem opiekować się jego bezgłowym ciałem, co było gorsze od prób nauczenia zombie savoir-vivre’u. W końcu udało mi się odnaleźć i sprowadzić ten jego zakuty łeb – wrócił ozdobiony lśniącymi, czerwonymi łuskami, które Jayce nosi do dziś, jako symbol swej bezbrzeżnej głupoty.
Niewiarygodne? Nie tak, jak to, co przydarzyło się mnie.
Nazywam się Coridall Velor. I mam poważne kłopoty.

Jestem jednym z kilku Mistrzów Czarnoksięstwa zamieszkujących królestwo Zielonego Smoka i okolicznych terytoriów. Nie wiem, czy najlepszym, każdy lubi się za takiego uważać. Tak czy inaczej, od dawna nie jestem już młokosem, któremu wciąż mylą się podobnie brzmiące formuły. Miałem się za potężnego czarnoksiężnika, sądziłem, że magia nie ma przede mną już żadnych tajemnic, że mogę dokonać wszystkiego. Dzień, w którym postanowiłem przywołać demona, był dniem, w którym odkryłem, jak bardzo się myliłem.
Powinienem był się domyślić, że to zły pomysł, gdy tamtego ranka niedługo po przebudzeniu ukazała mi się ogromna ćma z trupią czaszką szczerzącą się do mnie szyderczo z jej włochatych skrzydełek. Nie jestem pewien, czy wtedy odebrałem to jako znak i beztrosko go zignorowałem, czy też naprawdę nie zdawałem sobie sprawy z ryzyka. Byłem zbyt podekscytowany wizją przywołania swojego pierwszego demona. Wiedziałem, że z jego pomocą mógłbym wreszcie odegrać się na tej cholernej straży, która poluje na mnie, ilekroć opuszczę mój chroniony zaklęciami dom. Ich kapitan, niejaki Lord Conrad, parę dni wcześniej rozbił obóz jakąś milę stąd, nieopodal świętego gaju driad, zapewne głównie po to, by umilić sobie oczekiwanie widokiem zielonkawych krągłości, ale jednocześnie odciął mnie od źródła ważnych składników, które brałem z gaju. Mogłem spróbować przegonić ich sam, lecz wiedziałem, że dobrze wycelowana strzała może być skuteczniejsza od wszystkich znanych mi zaklęć, a dwadzieścia strzał to już na pewno. Ale gdybym miał demona... Sam widok straszliwej, inteligentnej i potężnej kreatury z Świetlistej Próżni odbiera odwagę najodważniejszym. Nie mogłem tego nie zrobić.
Rytuał przygotowałem bardzo starannie – tak sądziłem. Założyłem szaty w barwach czerni i czerwieni, ulubionych kolorach demonów, których domeną jest zniszczenie i zamęt. Wymalowałem krąg, wypisałem runy, zapaliłem świece. Przywołałem nawet błyskawicę na bezchmurnym nocnym niebie, by było dramatyczniej. Gdy tylko wybiła północ, zacząłem recytować długą inkantację. Trwało to do samego rana, lecz jestem pewien, że nie popełniłem żadnego błędu. I miałem rację – coś zaczęło się dziać.
W środku narysowanego na kamiennej posadzce kręgu kurz zaczął wirować, coraz szybciej i szybciej, aż dołączyły do niego jaskrawe wstęgi magii i utworzyły szalejące tornado. Nagle wir z hukiem wystrzelił pod sam sufit. Lśniące resztki magii spłynęły po nim jak dym. A ja, z triumfem i wyższością, wpatrywałem się w środek kręgu, gdzie stał... mój demon.
Miał prawie ludzkie kształty (lecz od człowieka był dwa razy wyższy), cerę czarną jak smoła i dwie pary skrzydeł: jedną błoniastą i nieuszkodzoną, drugą składającą się wyłącznie z kości obleczonych resztkami skóry. Spod ogromnych rogów wyrastających mu z czoła błyskały złowrogo jadowicie fioletowe oczy, opalizujące i pozbawione źrenic. Demon spróbował się przeciągnąć, lecz moc ochronnego kręgu utrzymywała go w środku i oparzył się z sykiem, gdy jego skrzydła musnęły niewidzialną barierę. Spojrzał na mnie z nienawiścią, a ja uśmiechnąłem się.
- Czego ode mnie chcesz, śmiertelniku? – spytał niskim, dudniącym mi w piersi głosem, który – jestem pewien – mógłby zamrażać wodę w jeziorach.
- Wyjaw mi swe imię – rozkazałem.
Demon popatrzył na mnie, przechylając swój wielki łeb to w jedną, to w drugą stronę. Zerknął na podłogę, machnął ogonem i wyszczerzył szare, ociekające jego własną krwią kły.
- Nie wydaje mi się – odparł. Nie zrozumiałem, co się dzieje. Demon powinien być mi posłuszny, jeśli wierzyć temu, co mówiły księgi. Odchrząknąłem i rzuciłem mu groźne spojrzenie, potęgując je prostym zaklęciem dymu z oczu.
- Nie prowokuj mnie, demonie – rzekłem. – Wyjaw mi swoje imię, albo spotkają cię konsekwencje tak straszne, że...
- Nudny jesteś – przerwał mi demon i do reszty osłupiałem. – Wszyscy jesteście. Może dla was, czarowników, to zabawne przywołać sobie istotę z wymiaru, którego tajemnic nie jesteście w stanie objąć rozumem, ale gdyby to was przywołać i zmusić do posłuszeństwa na godzinę, dzień, rok... Już nie bylibyście tacy pewni siebie.
Gorączkowo zastanawiałem się, co mogło pójść nie tak i jak to naprawić, zanim okaże się, że ten potwór może zabrać mnie do Próżni, a tam... kto wie, co zechce ze mną zrobić? Demon tymczasem rozglądał się po pomieszczeniu – na przeprowadzenie rytuału wybrałem dużą, prawie pustą komnatę, z kilkoma regałami najstarszych ksiąg i kuframi, do których zwykłem wrzucać wszystko, co było nieprzydatne, a jednocześnie żal było się tego pozbyć na dobre. Ponownie zwrócił na mnie swoje niesamowite, lśniące oczy i oblizał się poszarpanym jęzorem.
- Sądzę, że nim odejdę, należy ci się kara za twoją pychę i głupotę.
- Blefujesz – odparłem ostro. – Nie możesz przekroczyć ochronnego kręgu.
- Och, nie – jęknął teatralnie i dotknął bariery zakrzywionym szponem, wywołując kolejny głośny syk. – To takie straszne. Ale widzisz... Popełniłeś jeden błąd. Tutaj – wskazał pazurem stopy na jedną z run wymalowanych na zewnątrz kręgu. – Ortograficzny.

CLIFFHANGERS FOR THE WIN
 

poniedziałek, 1 lipca 2013

Powariujmy

Wiecie, co mam ochotę zrobić? Któregoś zwykłego, szarego, roboczego dnia przebrać się za Zee, wyjść tak na ulicę i potrollować na przykład na Piotrkowskiej. Kij z tym, że trzy czwarte przechodniów nie miałaby pojęcia, kim jestem, starsze pokolenie dopatrywałoby się w tym stroju jakiegoś esesmana albo bolszewika, a straż miejska mogłaby mieć o coś pretensje. Biegałabym sobie, śpiewała na całe gardło, pogadała z Tuwimem na jego ławeczce... i być może wywołała u kogoś uśmiech, za darmo i anonimowo. To by było super.

To chyba wina monotonii. W moim życiu nie dzieje się nic nadzwyczajnego, nie mam żadnych fascynujących historii do opowiedzenia znajomym... znaczy, w sumie mam, ale ich skala jest trochę inna. Nie wyobrażam sobie któregokolwiek z moich znajomych z zafascynowaniem wysłuchujących opowieści w stylu "Dzisiaj spotkałam sójkę i gapiłyśmy się na siebie, i to był taki piękny, magiczny moment" - no bo kogo to obchodzi? Tak więc swoje małe przygody zachowuję dla siebie, a świat musi myśleć, że jestem straszliwą nudziarą.

Ech... No i nic. Wakacje, lato, względna wolność, mam czas na pisanie i marzenia. Wpadłam parę dni temu na pomysł opowiadania o królestwie królików, na które wtargnęło plemię dzikich koni i zwaśnione strony stają do walki, a wszystko w stylu "Legend sowiego królestwa" i króliki noszą zbroje z ostrzami, dzięki czemu mają szanse w starciu z prymitywnymi końmi uzbrojonymi wyłącznie we własne kopyta. I choć to wszystko wygląda zajebiście w mojej głowie, to obawiam się, że efekt końcowy zostałby wyśmiany. Hrmpf, nie znajom siem. Co nie zmienia faktu, że strasznie chciałabym napisać kilka historii w tym stylu. Niestety, w Polsce nie cieszą się dużym powodzeniem i wszystkie tytuły można policzyć na palcach jednej ręki. Hmm... W sumie miałam pisać bez poczucia misji, ale gdyby udało mi się wypromować i rozpowszechnić ten gatunek, to by już było jakieś osiągnięcie. Nowe marzenie!

Chyba bez sensu pitolę. Nudno tu trochę...

Edytka, bo głupio pisać dwie notki tego samego dnia (niby od dawna wiadomo, żem nolife, no ale ten). W poszukiwaniu plagiatorów, przypadkiem trafiłam na mojego starego blogaska i chciała mnie złapać nostalgia, ale wszystko zepsuł fakt, że w blog.pl wprowadzili jakieś debilne zmiany, cały śliczny szablon poszedł się paść i w związku z tym blożek wygląda jak kubeł na śmieci. Ale to nic - jak przeczytałam, jakie duby smalone i emosmęty tam wypisywałam, to mi żal dupę ścisnął i zakrzyknęłam gromko: KILL IT WITH FIRE! Niestety, wszystkie próby zalogowania się spłonęły na panewce. Gdy loguję się po raz pierwszy, serwis informuje mnie, iż:
Twoje wszystkie blogi zostały ulepszone.
A w dupę sobie wsadźcie takie ulepszenie.
Następnie każe mi się zalogować drugi raz. Gdy tak czynię, mówi, że powinnam się logować przez blogpl.onet.pl (dafak iz dat?). Gdy to robię, znów odsyła mnie do informacji o tym, że moje blogi zostały "ulepszone" i mam się zalogować przez blogpl.onet.pl. Stopień wkurwienia rośnie. Wychodzi na to, że mam konto nieaktywne w tym nowym serwisie. Zgodnie z instrukcją, idę się zarejestrować. Ale dup - adres e-mail zajęty, ani słowa o aktywacji od nowa czy czymś takim. No to rejestruję na inny e-mail. Iii... mam nowe, całkowicie zbędne konto i wciąż nie mogę się dostać na stare. Temperatura rośnie... Wylogowuję się, próbuję jeszcze raz zalogować się na stary e-mail, a tu nagle informuje mnie, że nieprawidłowe hasło. Wpisuję hasło z nowego konta... i mnie wpuściło. Czy ktoś tu cokolwiek rozumie? Bo ja się bardzo staram, ale nie. No i tak mój śliczny blogaś, który przestał być śliczny, istniejący w przedziale 2003-200bodaj9 odszedł do krainy wiecznych łowów. Teraz wszelkie kompromitujące materiały znajdują się tu, bez gimbazjalnego angstu i podstawówkowej dramy.

PS Boga ma nowy pseudonim: Geek-onek. Bo jak ją wyjmuję z terrarium, to rozklapia się na ciepłym zasilaczu albo klawiaturze i ogląda ze mną let's playe (naprawdę ogląda, śledzi każdy ruch na ekranie). Muszę jej zapuścić coś z Gwiezdnych wojen, wtedy jej imię stanie się całkowicie kompatybilne z przydomkiem.

Geekonek rozklapia sadło i ogląda.
Ej, ciowiek, ale te lecpleje z konikami to nudne są, załącz no Isaaca.
Bonus: SOON.