środa, 10 lipca 2013

Pełnia marzeń

Nie opierniczam się i mam na to twarde dowody. O nich jeszcze za chwilę. W sumie to bez studiów wiszących nad głową (no, pośrednio - widmo kampanii wrześniowej) mam wrażenie, że pracuję o wiele więcej niż w roku akademickim.

W każdym razie, wreszcie i czytam, i piszę, i mam z tego radochę, a oprócz tego fantazjuję niemal bez ustanku i mam coraz więcej pomysłów. Naprawdę strasznie nie mogę się doczekać skończenia tego zbiorku i cholernie nie chce mi się wysyłać go do dwóch wydawnictw (tylko tyle zostało, gdy ze wszystkich opcji odsiałam wydawnictwa, które zawiesiły przyjmowanie debiutów, nie chcą zbiorów opowiadań albo każą sobie przysłać maszynopis [z powieścią nie będę się szczypać, ale na zbiorek szkoda mi pieniędzy, skoro i tak mam marne szanse]) tylko po to, by po pół roku dowiedzieć lub domyślić się z ich milczenia, że mają mnie w dupie. Przestaję mieć pewność w tym względzie i najchętniej po prostu wypuściłabym to od razu jako ebook, a potem na przykład zareklamowała się u tych prawdziwych wydawców - gdybym uzbierała sporo czytelników (choć nie wiem, ile to by dla nich było "sporo") i parę pozytywnych opinii, może by się połasili? Trochę to michalakowa* strategia, ale skoro dla niej okazała się skuteczna... Tonący brzytwy się łapie.

*Katarzyna Michalak zadebiutowała w taki sposób, że najpierw wydała swoją książkę w wydawnictwie self-publishingowym (na papierze), a potem porozsyłała ją do prawdziwych wydawnictw i któreś ją kupiło. Biorąc pod uwagę, że jej grafomania się sprzedaje, nie tracę nadziei. Co prawda ona wyłożyła dodatkowo grube tysiące na reklamę i teledysk...

Z samym pisaniem jednak nie ma się co spieszyć. Poza tym, że mam czas dopracować wszystkie duperele techniczne, to przy okazji zżywam się z bohaterami i mogę za pomocą mnóstwa różnych drobiazgów postarać się, by byli jak najbardziej wiarygodni. Wyobrażam sobie, jak zachowaliby się w różnych sytuacjach, dopisuję im różne przywary, przyzwyczajenia... Uwielbiam wymyślać takie rzeczy. Mam tylko nadzieję, że to działa.

Wracając do kwestii nieopierniczania się: jeszcze w trakcie sesji udało mi się skończyć wielkie poprawianie jednego z opek, tego, które zostało zjechane za beznadziejny koniec. W wersji pierwotnej liczyło jakieś 15 stron, w efekcie końcowym zrobiło się ich 28, a pewnie przybędą jeszcze ze 3, bo jeden z ważnych wątków wciąż jest potraktowany ciut po macoszemu. Choć raz pozbędę się fałszywej skromności i przyznam szczerze, że jestem z siebie dumna. :D Opcio stygnie i czeka, aż je otworzę za jakiś czas, by znaleźć jakieś tysiąc błędów, których do tej pory nie zauważałam, a póki co wróciłam do kończenia następnego. Pisałam tu o nim jakiś czas temu, nawet miałam je tu zamieszczać w odcinkach, ale wraz z pomysłem na zbiór idea poszła się chędożyć. No więc ja sobie piszę, mam już 13 stron, a na dowód swojego nieopierdzielactwa prezentuję niedługi, początkowy fragment tego opowiadania. Enjoy. :)

Czarnoksiężnik, który mówił „Ny” 

Kiedyś mój uczeń, Jayce, podczas eksperymentowania z magią, przypadkiem uwolnił odrobinę energii na wolność. Niespętana żadnymi słowami magia wybuchła mu w twarz. Przez tydzień próbowałem przywołać z powrotem jego głowę, która odłączyła się od ciała i zaginęła gdzieś w Świetlistej Próżni, no i prócz tego jeszcze musiałem opiekować się jego bezgłowym ciałem, co było gorsze od prób nauczenia zombie savoir-vivre’u. W końcu udało mi się odnaleźć i sprowadzić ten jego zakuty łeb – wrócił ozdobiony lśniącymi, czerwonymi łuskami, które Jayce nosi do dziś, jako symbol swej bezbrzeżnej głupoty.
Niewiarygodne? Nie tak, jak to, co przydarzyło się mnie.
Nazywam się Coridall Velor. I mam poważne kłopoty.

Jestem jednym z kilku Mistrzów Czarnoksięstwa zamieszkujących królestwo Zielonego Smoka i okolicznych terytoriów. Nie wiem, czy najlepszym, każdy lubi się za takiego uważać. Tak czy inaczej, od dawna nie jestem już młokosem, któremu wciąż mylą się podobnie brzmiące formuły. Miałem się za potężnego czarnoksiężnika, sądziłem, że magia nie ma przede mną już żadnych tajemnic, że mogę dokonać wszystkiego. Dzień, w którym postanowiłem przywołać demona, był dniem, w którym odkryłem, jak bardzo się myliłem.
Powinienem był się domyślić, że to zły pomysł, gdy tamtego ranka niedługo po przebudzeniu ukazała mi się ogromna ćma z trupią czaszką szczerzącą się do mnie szyderczo z jej włochatych skrzydełek. Nie jestem pewien, czy wtedy odebrałem to jako znak i beztrosko go zignorowałem, czy też naprawdę nie zdawałem sobie sprawy z ryzyka. Byłem zbyt podekscytowany wizją przywołania swojego pierwszego demona. Wiedziałem, że z jego pomocą mógłbym wreszcie odegrać się na tej cholernej straży, która poluje na mnie, ilekroć opuszczę mój chroniony zaklęciami dom. Ich kapitan, niejaki Lord Conrad, parę dni wcześniej rozbił obóz jakąś milę stąd, nieopodal świętego gaju driad, zapewne głównie po to, by umilić sobie oczekiwanie widokiem zielonkawych krągłości, ale jednocześnie odciął mnie od źródła ważnych składników, które brałem z gaju. Mogłem spróbować przegonić ich sam, lecz wiedziałem, że dobrze wycelowana strzała może być skuteczniejsza od wszystkich znanych mi zaklęć, a dwadzieścia strzał to już na pewno. Ale gdybym miał demona... Sam widok straszliwej, inteligentnej i potężnej kreatury z Świetlistej Próżni odbiera odwagę najodważniejszym. Nie mogłem tego nie zrobić.
Rytuał przygotowałem bardzo starannie – tak sądziłem. Założyłem szaty w barwach czerni i czerwieni, ulubionych kolorach demonów, których domeną jest zniszczenie i zamęt. Wymalowałem krąg, wypisałem runy, zapaliłem świece. Przywołałem nawet błyskawicę na bezchmurnym nocnym niebie, by było dramatyczniej. Gdy tylko wybiła północ, zacząłem recytować długą inkantację. Trwało to do samego rana, lecz jestem pewien, że nie popełniłem żadnego błędu. I miałem rację – coś zaczęło się dziać.
W środku narysowanego na kamiennej posadzce kręgu kurz zaczął wirować, coraz szybciej i szybciej, aż dołączyły do niego jaskrawe wstęgi magii i utworzyły szalejące tornado. Nagle wir z hukiem wystrzelił pod sam sufit. Lśniące resztki magii spłynęły po nim jak dym. A ja, z triumfem i wyższością, wpatrywałem się w środek kręgu, gdzie stał... mój demon.
Miał prawie ludzkie kształty (lecz od człowieka był dwa razy wyższy), cerę czarną jak smoła i dwie pary skrzydeł: jedną błoniastą i nieuszkodzoną, drugą składającą się wyłącznie z kości obleczonych resztkami skóry. Spod ogromnych rogów wyrastających mu z czoła błyskały złowrogo jadowicie fioletowe oczy, opalizujące i pozbawione źrenic. Demon spróbował się przeciągnąć, lecz moc ochronnego kręgu utrzymywała go w środku i oparzył się z sykiem, gdy jego skrzydła musnęły niewidzialną barierę. Spojrzał na mnie z nienawiścią, a ja uśmiechnąłem się.
- Czego ode mnie chcesz, śmiertelniku? – spytał niskim, dudniącym mi w piersi głosem, który – jestem pewien – mógłby zamrażać wodę w jeziorach.
- Wyjaw mi swe imię – rozkazałem.
Demon popatrzył na mnie, przechylając swój wielki łeb to w jedną, to w drugą stronę. Zerknął na podłogę, machnął ogonem i wyszczerzył szare, ociekające jego własną krwią kły.
- Nie wydaje mi się – odparł. Nie zrozumiałem, co się dzieje. Demon powinien być mi posłuszny, jeśli wierzyć temu, co mówiły księgi. Odchrząknąłem i rzuciłem mu groźne spojrzenie, potęgując je prostym zaklęciem dymu z oczu.
- Nie prowokuj mnie, demonie – rzekłem. – Wyjaw mi swoje imię, albo spotkają cię konsekwencje tak straszne, że...
- Nudny jesteś – przerwał mi demon i do reszty osłupiałem. – Wszyscy jesteście. Może dla was, czarowników, to zabawne przywołać sobie istotę z wymiaru, którego tajemnic nie jesteście w stanie objąć rozumem, ale gdyby to was przywołać i zmusić do posłuszeństwa na godzinę, dzień, rok... Już nie bylibyście tacy pewni siebie.
Gorączkowo zastanawiałem się, co mogło pójść nie tak i jak to naprawić, zanim okaże się, że ten potwór może zabrać mnie do Próżni, a tam... kto wie, co zechce ze mną zrobić? Demon tymczasem rozglądał się po pomieszczeniu – na przeprowadzenie rytuału wybrałem dużą, prawie pustą komnatę, z kilkoma regałami najstarszych ksiąg i kuframi, do których zwykłem wrzucać wszystko, co było nieprzydatne, a jednocześnie żal było się tego pozbyć na dobre. Ponownie zwrócił na mnie swoje niesamowite, lśniące oczy i oblizał się poszarpanym jęzorem.
- Sądzę, że nim odejdę, należy ci się kara za twoją pychę i głupotę.
- Blefujesz – odparłem ostro. – Nie możesz przekroczyć ochronnego kręgu.
- Och, nie – jęknął teatralnie i dotknął bariery zakrzywionym szponem, wywołując kolejny głośny syk. – To takie straszne. Ale widzisz... Popełniłeś jeden błąd. Tutaj – wskazał pazurem stopy na jedną z run wymalowanych na zewnątrz kręgu. – Ortograficzny.

CLIFFHANGERS FOR THE WIN
 

5 komentarzy:

  1. Piękne, po prostu piękne. Nie mogę się doczekać pełnej wersji ^^

    Ten demon jest świetny, a błąd ortograficzny mnie rozwalił.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaczynam odkładać piniądżki :D

    OdpowiedzUsuń
  3. O, dramatyczna błyskawica powaliła mnie na kolana ;)
    Klimat kojarzy mi się bardzo z trylogią Bartimaeusa, Jonathana Strouda. Od razu odżyły miłe wspomnienia związane z tymi książkami. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Winky, to jest absolutnie zajebiaszcze! Chyba skuszę się na e booka, chociaż nie ukrywam, że lepiej czytałoby mi się w wersji papierowej.


    Błędzie ortograficzny, zrobiłeś mi noc C:

    OdpowiedzUsuń