niedziela, 25 sierpnia 2013

Blue

Jest to notka napisana kilka dni temu, ale mi przeszło, więc jej nie opublikowałam, potem znowu mi się pogorszyło i napisałam inną, ale też mi przeszło, a teraz ponownie mózg przełączył mi się na "źle, koszmarnie, beznadziejnie" i uznałam, że wrzucę tę pierwszą notkę, bo muszę to z siebie wyrzucić. Internecie, przytul.

A internet na to: patrzcie, jak foka płacze, Boże, jaki żal.

Nie, ja już tak dłużej nie mogę, jeśli pociągnę to jeszcze trochę, to po prostu oszaleję do reszty albo wybuchnę, i z jednej strony tego chcę, a z drugiej - za wszelką cenę staram się uniknąć. W teorii wszystko jest w porządku: jestem zdrowa, mam oboje rodziców, kochanego chłopaka, zwierzaki, (mniej-więcej) wymarzony kierunek, dach nad głową i internet, ale i tak codziennie czuję się jak gówno, nic niewarte, śmierdzące, leżące na łące gówno, które donikąd nie zmierza, nie ma szans ani nadziei na nic, a wszyscy wolą omijać je z daleka, żeby się przypadkiem nie ubrudzić. Chociaż nie, nie do końca codziennie. Bywa, że nawet i po kilka dni mam ochotę śpiewać i tańczyć i nic mi nie przeszkadza. A potem nagle wszystko się kończy, wracają wszystkie koszmary i złe myśli, i pojawia się paniczny lęk, by przypadkiem ktoś bliski nie odkrył, w jakim stanie się znajduję, bo wtedy musiałabym o tym wszystkim opowiedzieć: co, dlaczego, z jakiego powodu - a ja NIE WIEM, kurwa, NIE WIEM, i chcę się wreszcie DOWIEDZIEĆ, ale nie wiem JAK. Jednocześnie chcę i nie chcę powiedzieć rodzicom, chcę i nie chcę iść do specjalisty, chcę i nie chcę żyć, i tak w kółko, raz po raz, raz nie, raz tak, raz słońce, raz deszcz, i łzy, ale przez śmiech, by nikt nie zauważył. W teorii może i potrafiłabym wymienić, co sprawia, że tak się czuję, ale w praktyce nie zawsze akurat to jest powodem, i co ja mam zrobić, jak jeden z drugim machnie na to ręką i skwituje, że mam PMS, że "ty to masz problemy", że w dupie mi się poprzewracało, że mam nie zawracać głowy i się uczyć, że oni mają gorzej, że wszyscy wiedzą wszystko lepiej ode mnie i mam ich wszystkich po prostu biernie słuchać. Więc w dzień słucham, a w nocy ryczę i zmuszam się do przestania tylko dlatego, że nos mi się zatyka, a nienawidzę nie móc oddychać i muszę się wyspać przed kolejnym, gównianym dniem.

O, proszę, dosłownie w tej chwili mi przeszło i mam ochotę skasować to, co powyżej napisałam. Pod prysznicem pewnie znowu mnie najdzie, to dobre miejsce na załamania nerwowe. Ale teraz już jest ok. Chwilowo, bo chwilowo, kto wie, może nawet całą dobę wytrzymam, a może tydzień? Teraz z boku to wszystko zapewne brzmi sztucznie, ale nic na to nie poradzę, mówię jak jest. I choć teraz nie mam już absolutnie na to ochoty, jednak opublikuję tę notkę. Nie wiem, po co. Nie wiem, po co robię cokolwiek, skoro i tak nic nie ma sensu.

Lepiej nie będę się już odzywać do końca konwentu. Mam nadzieję, że będzie fajnie i maska przeciwgazowa nie zacznie służyć jako ukrywacz łez. Jak zobaczycie takie coś niskie, roznegliżowane, w czarnej masce i czapce Zee, to to będę ja. Także ten... do zobaczenia?

E: Właśnie natknęłam się na coś takiego. Znalazłam na stronie, na której ludzie wyśmiewają się ze smutnych intelektualistek "permanentnie rozczarowanych życiem" czy coś takiego. A mnie się to podoba, w sensie, że rozumiem opisywany tam problem, i teraz czuję się głupio, jakby wyśmiewali się tam dokładnie ze mnie.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Somnamskrybizm: Króliczek

Wyśniłam sobie króliczka. :D Miałam jeszcze w międzyczasie zarąbisty sen o zombie, taki trochę w klimatach "The walking dead" (nie widziałam serialu, ale namiętnie oglądałam let's playe gry), ale zapomniałam zbyt dużo szczegółów, a nie chcę na siłę zmyślać.

Króliczek

I haz bunneh
  
Ogromna, biała willa otoczona pięknym ogrodem wyraźnie wyróżniała się na tle tego dość brzydkiego, nadmorskiego miasteczka. Wysokie, żeliwne ogrodzenie starannie trzymało na dystans brudne kamienice i ich mieszkańców, skuteczniej, niż jej strażnicy – każdy otyły, skośnooki i w czarnym garniturze. Willa była jakąś naukową placówką, ale my wiedzieliśmy, że za jej murami dzieją się złe rzeczy.
- Właściciel i jego żona pochodzą z innego świata – opowiadała Kamila, gdy całą czwórką obserwowaliśmy wspaniałą rezydencję zza krzaków w parku. – Portal do niego jest ukryty gdzieś w środku.
- Mówią, że prowadzą ośrodek naukowy dla wybitnie uzdolnionych, coś z medycyny – dodał Bernard, jej chłopak – ale sprawa jest o wiele bardziej tajemnicza. Poszedł tam mój daleki znajomy, trzy lata temu. Od tamtej pory nie kontaktował się z nikim z zewnątrz. Na pewno żyje, ale ponoć jest zupełnie inny. Jakby mu zrobili pranie mózgu.
- Trzeba to zbadać – powiedziałam stanowczo. – Jeśli naprawdę robią coś złego, władze muszą wiedzieć.
- To co, idziemy? Muszę koniecznie zobaczyć ten portal, jeśli istnieje – niecierpliwił się Julian. Bernard dokładnie zlustrował wzrokiem willę.
- Rozdzielmy się – zarządził. – Kamila i Julian pójdą szukać portalu. Ja poszukam dowodów w skrzydle medycznym. A ty – zwrócił się do mnie – wmieszaj się w tłum studentów i posłuchaj, czego są uczeni.
Skinęliśmy w milczeniu głowami. Pocałowałam na pożegnanie Juliana. Zakradliśmy się do rezydencji i gdy znaleźliśmy się w środku, każde poszło w swoją stronę.
Od razu zauważyłam, że ze studentami jest coś nie tak. Każdy z nich był całkowicie skupiony na swoim notatniku, każdy bezustannie coś pisał, i nie zwracali uwagi kompletnie na nic, nawet na mnie, gdy wślizgnęłam się w ich tłumek. Szli gdzieś długimi korytarzami, jednomyślnie zmieniając kierunek jak klucz kaczek. Ze wszystkich sił starałam się robić dokładnie to, co oni.
Wtem wszyscy usiedli na szerokich schodach pokrytych czerwonym dywanem. Poszłam za ich przykładem. Po chwili naprzeciw nam wyszedł on, właściciel tego przybytku we własnej osobie. Dreszcz przebiegł mi po plecach, gdy bezszelestnie wyszedł zza rogu; był wysoki, o długiej, chudej twarzy, wykrzywionych w niemiłym uśmiechu ustach otoczonych rzadkim zarostem i ponurych oczach zerkających znad małych okularów. Za sam taki wygląd powinien zostać przesłuchany.
Zaczął wykład, a studenci notowali z większym zapałem, ani na moment nie podnosząc głów. Nie miałam pojęcia, o czym ten facet gada – coś o transfuzji umysłów, operacjach na mózgu, a wszystko to przy użyciu tak skomplikowanego języka, że miałam wrażenie, iż nawet nie mówi po polsku.
- A teraz czas na zajęcia praktyczne – powiedział wreszcie coś zrozumiałego. – Ci o czystych umysłach mogą odejść. Ta, która przyszła nieproszona, niech wystąpi.
Temperatura mi skoczyła o dobre dziesięć stopni. Zerknęłam w górę i z przerażeniem zobaczyłam, że właściciel patrzy wprost na mnie z mściwym uśmiechem. Czułam się, jakby zaglądał w głąb mojej duszy i wiedział od samego początku, że nie powinno mnie tu być, ale z jakiegoś chorego powodu wolał się zabawić.
Nagle wyskoczył naprzód i chwycił mnie za ramię chudymi, silnymi palcami. Porwał naprzód i rzucił na przygotowany zawczasu, dziwny, owalny stół operacyjny. Studenci ani na moment nie przerwali notowania, gdy na moich kostkach, nadgarstkach i szyi zacisnęły się stalowe obręcze. Zaczął pchać stół w kierunku białych drzwi.
- I tak do niczego się już nie przydasz, więc równie dobrze możemy przeprowadzić eksperyment na tobie – powiedział. Otworzył drzwi i wsunął mnie do środka. – Nie martw się, zostawiam twój mózg w dobrych rękach.
Z trudem spojrzałam w górę... i zobaczyłam odzianego w sterylnie biały fartuch Bernarda. Na twarzy miał chirurgiczną maskę, a w dłoni jakieś narzędzie z zębatym ostrzem. Włączył je i uszy wypełnił mi przerażający wizg.
- NIEEE! – wydarłam się, a właściciel, śmiejąc się ponuro, wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Zaczęłam się rzucać w panice, ale obręcze trzymały mocno. – Nie, nie rób tego! Bernard, to ja! Nie rób mi tego, nie, nie...!
Mało nie odeszłam od zmysłów, gdy wirujące ostrze zbliżyło się do mojej głowy. Już prawie czułam ból... gdy wtem ostrze przecięło stal krępującą mi szyję. W chwilę później to samo stało się z pozostałymi obręczami.
Bernard wyłączył narzędzie i usiadł na krześle po mojej lewej. Oszołomiona strachem, sturlałam się ze stołu na podłogę. Dźwignęłam się na kolana i spojrzałam na przyjaciela.
- To... nie jesteś z nimi? – spytałam. Na biurku za jego plecami stała mała klatka, w której uwięziony był wystraszony, beżowy króliczek. Bernard zdjął maskę i pokręcił głową.
- Podszyłem się pod jednego z nich, by zobaczyć, na czym polega ich praca.
Powietrze uszło ze mnie jak z balonika, z równie głupim odgłosem. Głowa opadła mi bezwładnie na kolano Bernarda.
- Ty psycholu, wiesz, jak mnie wystraszyłeś?
- Nie powinniśmy tu zostawać dłużej. Odszukaj Kamilę i uciekajcie stąd.
Zmarszczyłam podejrzliwie brwi.
- A co z Julianem?
- Już go tu nie ma – odpowiedział rzeczowo. – Idźcie stąd, ja muszę tu jeszcze trochę zostać.
- Po jaką cholerę? Chcesz, żeby ciebie też przyłapali?
- Nic mi nie będzie, słowo. – Pewność siebie w jego tonie nie była normalna jak na sytuację, w której się znajdowaliśmy. – Idź już! Wyjdź drugimi drzwiami, tam jest laboratorium. Stamtąd dostaniesz się do komnaty portalu, znajdź Kamilę i uciekajcie.
Wiele pytań i wątpliwości kłębiło mi się w głowie, ale wolałam nic nie mówić. Spojrzałam na biednego króliczka na biurku. Otworzyłam klatkę i wzięłam go na ręce.
- Jego też stąd zabieram – oznajmiłam stanowczo.
- Zostaw go, rzucisz tylko podejrzenia...
- Powiedziałam, że go zabieram – rzuciłam oschle i wyszłam przez drugie drzwi.
W krótkim czasie dotarłam do miejsca, które musiało być komnatą portalu. Wyglądała jak niewielka hala z pustym basenem, pośrodku którego wznosiły się kwadratowe skały, tworząc platformy o rozmiarach metr na metr i różnej wysokości. Całe pomieszczenie skąpane było w niezwykłym, błękitnym świetle niewiadomego pochodzenia.
Z wnęki w kącie wyskoczyła Kamila. Na mój widok zrelacjonowała:
- To bez wątpienia miejsce, gdzie znajduje się portal, ale sami nie będziemy w stanie go otworzyć. Lepiej się stąd wynośmy.
- Gdzie jest Julian? – spytałam. Królik wtulił nosek w mój sweter.
- Złapali go, jak próbował stąd odlecieć samochodem odrzutowym – odparła bez zająknięcia. „Cooo...?!” – spytałam samą siebie w głowie, ale z jakiegoś powodu wolałam nic nie mówić. I Bernard i ona zachowywali się podejrzanie.
Wyszłyśmy na zewnątrz i przykucnęłyśmy wśród kolorowych kwiatów. Po ogrodzie kręcili się grubawi strażnicy.
- Rozdzielmy się, to nie będą wiedzieć, kogo gonić – zakomenderowała Kamila. – Ty idź wybrzeżem.
I natychmiast puściła się biegiem przez ogród. Zaklęłam i podążyłam za nią. Za bramą ona pobiegła w lewo, w kierunku rynku, a ja rzuciłam się na wprost przez jezdnię. Okrążyłam park i biegłam uliczką wykładaną kocimi łbami, a fale wzburzonego morza rozbijały się tuż obok mnie. Nie byłam pewna, ale wydawało mi się, że nikt nas nawet nie zaczął gonić.
Dotarłam do naszego domku, wciśniętego między inne, równie brzydkie domy. Weszłam do środka, puściłam królika na podłogę i zamknęłam za sobą drzwi. Uszak otrząsnął się i pokicał prosto do sterty marchewek leżącej pod ścianą.
Zawołałam Kamilę, ale nikt nie odpowiedział. Czekałam długo, ale ani ona, ani Bernard, ani Julian – mój kochany Julian, o którego losie nawet nic nie wiedziałam – nie przyszedł. Zaczęłam się martwić i rozmyślać nad wszystkim, co się wydarzyło.
Właściciel rezydencji od razu poznał się na mnie, ale nie zwrócił najmniejszej uwagi na Bernarda. Dlaczego, skoro najwyraźniej doskonale zna wszystkich, których gości pod swoim dachem? Ale jeśli Bernard pracuje dla niego, dlaczego mnie wypuścił? Czy to wszystko było z góry ukartowane? Może mają inne plany wobec mnie, kto wie, jak straszne? A Kamila... tak naprawdę wcale nie uciekła razem ze mną. Ona też jest w to zamieszana.
Pozostało pytanie, co się stało z Julianem? I Kamila i Bernard nie mówili prawdy. Czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczę?
Królik przestał chrupać marchewkę i podkicał do leżącej na podłodze konsoli PSP należącej do Juliana. Spojrzał na mnie, poniuchał ją i oznaczył na króliczy sposób – przesunął podgardlem, zostawiając na niej swój zapach. I znów na mnie spojrzał.
Zmarszczyłam brwi. Klęknęłam przed nim, podniosłam i przyjrzałam się dokładnie.
- Julian? – spytałam niepewnie.
Króliczek spojrzał na mnie smutno.

środa, 21 sierpnia 2013

Fuck reality

Bez Somnamskrybizmu, bo miałam niesamowicie wkurzający sen o byłym (gubił mi pionki i mieszał karty od Relica, grrr! Swoją drogą, zajebista gra, lepsza od Talismanu, polecam). Zainspirowana tym głupim kwejkiem, pomyślałam, że to wymaga rewizji pod kątem moich oczekiwań od studiów i rzeczywistości, jaka mnie zdzieliła w łeb.

Oczekiwania
Praktycznie same zajęcia dotyczące literatury.
Rzeczywistość
Większość zajęć nie ma nic wspólnego z literaturą.

Oczekiwania
Mnóstwo zajęć praktycznych.
Rzeczywistość
Jak na każdy semestr trafi się jeden przedmiot obejmujący ćwiczenia w praktyce, to już dobrze.

Oczekiwania
Przygotowanie do jakiegoś zawodu, a więc oprócz nauki pisania: jak działają wydawnictwa, na czym polega praca w tychże etc.
Rzeczywistość
Parcie na zrobienie ze studenta "artysty", o którym pies z kulawą nogą słyszał. 

Oczekiwania
Praktyki w jakimś zarąbistym miejscu, z nadzieją na przyszłą pracę.
Rzeczywistość
Nawet opiekun roku nie bardzo wie, jakie praktyki może odbyć student twórczego pisania.

Oczekiwania
Mnóstwo czasu na rozwijanie swoich pasji i realizowanie się twórczo.
Rzeczywistość
Brak czasu na wszystko, bo co semestr są Bardzo Trudne Egzaminy z Bardzo Trudnych i Szalenie Ważnych Przedmiotów, każdy obejmujący ogromny materiał do ogarnięcia w stosunkowo krótkim czasie (a mało który związany z pisaniem). 

Oczekiwania
Najprostsze studia na świecie, trzeba być debilem, by nie zaliczyć.
Rzeczywistość
JA CHCĘ NA KASĘ DO BIEDRONKI + wszyscy uważają cię za debila, bo nie zaliczasz.

Pewnie brzmi to strasznie i przyznaję, że trochę demonizuję, ale naprawdę: na tym etapie o niczym nie marzę tak bardzo, jak o rzuceniu studiów. Oczywiście, to tylko takie gadanie, bo jestem zbyt wielkim tchórzem, by naprawdę to zrobić i będę się jeszcze męczyć niepotrzebnie przez rok. Nie chcę żadnego licencjatu, głęboko w rzyci mam magistra. Jedyny inny pomysł, jaki mam, to szkoła policealna i zdobycie tytułu technika weterynarii. Z jednej strony to spełnione marzenie z dzieciństwa, ale z drugiej - BOJĘ SIĘ. To jest biologia, przedmiot, z którego w liceum jechałam na pałach i dwójach, coś, co jest obecnie równie odległe, jak logarytmy - miałam z nich piątkę, a teraz nawet nie wiem, co to jest. Kocham zwierzęta i choć to nie są całe studia na prawdziwego doktora weterynarii, a tylko technika, to boję się, że ogrom nieznanego materiału mnie przygniecie. Trzeba znać anatomię i fizjologię co najmniej kilku gatunków, choroby, symptomy i sposoby leczenia tychże, skład i działanie leków... Jak ja się nauczę tego wszystkiego, skoro nawet nie jestem w stanie spamiętać nazw i kolejności epok literackich (SERIO, NIE WIEM, NIE WIEM TEGO, STUDIUJĄC LITERATURĘ)? Ech... przestaję już mieć nadzieję, że kiedykolwiek zdobędę jakiekolwiek wykształcenie pomocne w znalezieniu pracy. Jestem po prostu niczym: gówno wiem i do niczego się nie nadaję. Wszyscy wokół odnoszą same sukcesy zawodowe, a ja tylko w milczeniu modlę się, by ktoś nie zagadnął, jak tam moje studia/praca/etc, bo albo musiałabym kłamać, że wspaniale i wszystko jest na dobrej drodze, albo powiedzieć prawdę, rozpłakać się i powiesić na strychu na gumce od majtek. A wszystko to boli mnie najbardziej z tego powodu, że najbardziej to bym chciała utrzymywać się z pisania i nie robić nic poza tym, ale to niemożliwe.

Ach, nie chce mi się już na ten temat gadać, znowu chce mi się ryczeć. Potrzebuję terapii.

Ooo, jaki słodkiii <3
"Moja micha!" <3
O Bozie, kjujiciek w kubećku! <3
Jaki bąbelek malutki <3
Ooo, jak ściurka citula <3
Puchadełko! <3

piątek, 16 sierpnia 2013

Somnamskrybizm: Arena

Postanowiłam przeprowadzić pewien eksperyment: ciekawe sny przemieniać w krótkie opowiadania. Nie wiem, co z tego wyjdzie, bo mam skłonności do słomianych zapałów, a na ten pomysł wpadłam parę minut temu, ale będę korzystać, póki idea wydaje mi się ciekawa. 3/4 pomysłów na opowiadania/powieści biorę właśnie ze snów, często łączę je i elementy z jednych przenoszę do drugich. Uwielbiam tę zabawę, czyni pisanie o tyle prostszym - to jak plagiat, tylko legalny.

Eksperymentowi jako całości nadaję tytuł Somnamskrybizm, co jest naprędce skleconą parafrazą somnambulizmu, z tym, że w tym przypadku nie lunatykuję, tylko piszę. Oczywiście, moja wyobraźnia podsycana marzeniami już widzi efekty tego eksperymentu w skórzanej oprawie ze złotymi okuciami na pierwszym miejscu listy bestsellerów empiku, ale nie uprzedzajmy faktów. obrazek Zależnie od snu i tego, co z nim zrobię, mogą pojawiać się ilustracje i takie tam inne pierdolniki, które uznam za pasujące do całości. Jakiejś wielkiej zabawy formą nie przewiduję, bo uważam, że wszelkie większe gmeranie w formie najczęściej służy li i wyłącznie zamaskowaniu niedostatków treści. Nie, żeby z moich snów dało się wyciągnąć jakieś przełomowe treści (choć kto wie, trololo), ale po prostu wolę się skupiać na tym, CO piszę, a nie JAK.

I ty studiujesz twórcze pisanie, tak?
Mózgu, milcz.

No to tadaaam! Dzisiejszy sen w konwentowych klimatach, bo zbliża się Polcon, wymyśliłam sobie prosty cosplay i nie mogę się doczekać.

Arena

Po półtorej godziny stania w kolejce do akredytacji, możliwość zrzucenia tobołów z pleców była jak pokonanie bossa na ostatnim levelu. Thanatos i Myria cudem znaleźli wolne miejsce w szkole noclegowej, mimo że dzień konwentowy jeszcze nie zdążył się dobrze rozpocząć.
- Myślałam, że użyjesz swojego nicka z wowa – powiedziała dziewczyna, rozkładając karimatę. Jej partner wzruszył ramionami, zajęty przytraczaniem pasa z licznymi kaletkami; zapłacił zań jak za zboże, ale opłacało się, przebranie zakapturzonego łowcy wyszło mu całkiem-całkiem.
- Mam tam konto od gimnazjum, ten nick jest głupi. I nie pasuje.
- Alegvaishar-osiemdziesiąt-siedem nie pasuje? Ee tam – zakpiła i bezczelnie pocałowała go w policzek. W odpowiedzi burknął coś niezrozumiałego. Po chwili oznajmił:
- Idę sobie przykleić blizny, be right back.
I wyszedł z klasy w poszukiwaniu toalet. Myria w międzyczasie zdążyła rozłożyć obie karimaty i śpiwory i przebrać się za nocną elfkę (kto by pomyślał, że coś tak skąpego może być tak niewygodne!), a ponieważ Thanatos wciąż nie wracał, położyła się na brzuchu, by nie uszkodzić naramienników, wyjęła informator i zaczęła sprawdzać atrakcje na dziś, ślepa i głucha na otaczający ją, wesoły tłumek konwentowiczów.
Przynajmniej dopóki nie poczuła łap jednego z nich na swoich żebrach.
- Co ty w ogóle robisz? – wykrztusiła dopiero po chwili, osłupiała. Tajemniczy macant podniósł ją lekko i zbliżył nos do jej szyi.
- Poluję na elfki – odpowiedział powoli, zapewne myśląc, że brzmi pociągająco. – I widzę, że upolowałem niezłą sztukę.
Ruchy macanta szybko robiły się coraz śmielsze. Myria próbowała się oswobodzić, ale przysiadł na jej tyłku (co groziło zniszczeniem kostiumu, nad którym pracowała ponad pół roku!) i nie pozwalał na żaden gwałtowniejszy ruch. Kiedy pocałował ją w kark, przestała dbać o pozory i wydarła się, by spadał, lecz bez skutku.
Wtem ciężar zniknął i usłyszała głuche łupnięcie. Wstała pospiesznie i zobaczyła, jak Thanatos trzyma napastnika za gardło, przyszpiliwszy go do ściany. Z jego oczu strzelały iskry gniewu.
- Dotykałeś mojej dziewczyny – wycedził. Macant, grubawy chłopak w koszulce z Cthulhu, podniósł przepraszająco ręce.
- Sorry? – powiedział niepewnie.
- Wiesz, co cię za to czeka? – Thanatos szybkim ruchem dobył sztyletu i przyłożył macantowi do gardła. – Arena.
- Co? Nie no, stary, nie żartuj, ja tylko...
Ale łowca przestał go słuchać. Żelaznym uściskiem chwycił grubasa za kark i ruszył przed siebie, ciągnąc nieszczęśnika za sobą. Myria przykleiła się do boku swego wybawcy.
- O co zakład – spytał – że wykończą go szczury?
- Nie, ja myślę, że padnie dopiero przy ograch – odparła.
Macant zakwiczał żałośnie.
Przed żelazną kratą prowadzącą na arenę stał wysoki facet w jasnozielonej koszulce z logiem konwentu. W ręku trzymał wysłużony kajecik.
- Co tam, nowego prowadzicie? – spytał gżdacz, jak ich zobaczył.
- Tak, ktoś go musi wychować – powiedział Thanatos. Myria zobaczyła pomiędzy grubymi kratami, jak przez piaszczysty plac biegnie jakiś chłopak w zbroi z kartonu, a gdy tylko zniknął za framugą, w ślad za nim skoczyła z rykiem ogromna mantikora. Po chwili rozległ się wrzask, szybko zagłuszony przez wiwaty tłumu. Grubas wydał z siebie odgłos podobny do „mimimimimi”.
Gżdacz wyjrzał na arenę, po czym znów odwrócił się do nowo przybyłych.
- Okej, może wchodzić. E, Malina! Kratę podnieś!
W czasie, gdy gżdacze próbowali zagonić stawiającego opór macanta na plac, Thanatos i Myria zajęli miejsca na widowni. Stamtąd obserwowali walkę, która – jak się okazało – nie trwała długo. Macant co prawda zdołał uniknąć szczurów, ale trzy włochate trolle nie pozwoliły mu na zbyt długie manewrowanie i wykończyły go. Niezadowolona Myria z przygryzioną wargą patrzyła, jak ciało grubasa zostaje wywleczone poza arenę.
- Nie chcę nic mówić – oznajmił Thanatos z zadowolonym uśmieszkiem – ale przegrałaś zakład.

niedziela, 11 sierpnia 2013

30 dni z książkami w pigułce

Znów huśtawka bujnęła mi się w niewłaściwą stronę i zaczęłam pisać swoje typowe emożale, ale przeczekałam, bo już nawet ja rzygam tymi wiecznymi smętami. Zamiast tego zrobię coś, co zaczęłam robić na facebooku, ale tam nikogo to nie obchodzi, więc przeniosę tutaj. 30 day book challenge! Spamowanie codziennie jedną notką jest passé, więc niech będzie wszystko naraz.

Jednak zanim to nastąpi, muszę podzielić się pewnym odkryciem. Pojechałam z gadami do weterynarza, bo baliśmy się, że Moria ma krzywicę, a Boga coś nie jadła. No i tam badanie, pitu-pitu, pierdu-pierdu, Luna zdrowa i wyrywała się jak dziki rex odłowiony z dziczy, Moria nie ma krzywicy, tylko stary uraz i słabe mięśnie, zaś Boga.. okazała się być Bogiem. Cóż, przynajmniej nie musimy już się starać o samca, by rozpocząć hodowlę, problem w tym, że szanowny pan zapchał się piachem, jest totalnie sfochany na to, że ktoś śmie jego królewską mość kilka razy dziennie podnosić i podawać mu lekarstwa (syrop na zaparcia o smaku pomarańczowym, mmm!) i nadal nie je. W każdym razie, ku memu ubolewaniu, pan gekon został przemianowany na Rancora (by choć odrobina starwarsowego klimatu się uchowała) i powoli zbliża się koniec kuracji, wobec czego być może zacznie jeść. Póki co kwacze, prycha i ucieka za komody.

Back to bussiness. Na okładkach podaję linki do odpowiednich stron na lubimyczytac.pl (które jest świetne do dzielenia się opiniami, ale koszmarne pod względem uporządkowania książek, nawet nie ma podziału na serie i cykle, a każde wydanie jednej powieści ma swoją osobną stronę, przez co parę razy zgłupiałam, bo "zaraz, przecież ja to oceniłam, gdzie moja opinia?" -.-).

Dzień 1 - Twoja ulubiona książka
Mówiłam tu o tym nie raz, powtórzę raz jeszcze: kocham fantastykę, kocham króliczki, a "Wodnikowe Wzgórze" zapewnia jednego i drugiego pod dostatkiem, co prawda bez smoków, ale i tak jest zajebiście. Jest świetnie napisana, wspaniale pokazuje świat z perspektywy życia królika i urozmaica je o te wszystkie wierzenia i legendy. A dodatkowo zawiera najpiękniejszy cytat o śmierci, jaki znam: "Moje serce przeszło na stronę wrogów, bo mój przyjaciel zatrzymał się dziś w biegu". To "zatrzymać się w biegu" - przepiękna metafora.

Dzień 2 - Książka, którą lubisz najmniej
To nie jest tak, że ja tej książki nie lubię. Ja jej szczerze, dogłębnie NIENAWIDZĘ. Uważam ją za najwyższej klasy gówno, a wkurza mnie tym bardziej, im więcej fanów zdobywa. Jest beznadziejnie napisana, główna bohaterka to głupia, pusta dzida, która w byciu merysujką bije na głowę wszystkie bohaterki książek zanalizowanych na Czarnych owcach, a wpychane na siłę, bez ładu, składu i polotu poglądy autora (szczególnie wobec kobiet) doprowadzają mnie do furii. Jestem przeciwna paleniu książek, ale gdyby ktoś dał mi cały nakład wszystkich tomów tego czegoś i miotacz ognia, to nie wahałabym się ani chwili.

Dzień 3 - Książka, która Cię kompletnie zaskoczyła
Po intrygującym początku, przez 3/4 tego opasłego tomiszcza towarzyszyły mi myśli: nudy... straszne nudy... przerażające wprost nudy... Po czym na zakończeniu się poryczałam.
Ale tom drugi już nie zaskakuje i jest przez całe 700 stron jednakowo NUDNY. Aż ostatniej części mi zwyczajnie czytać NIE CHCE, mimo że ciekawa jestem, jak to wszystko się kończy. Bo, niestety, w całej trylogii najciekawszy jest świat: brak słońca, brak roślin, padający z nieba popiół. Szlachta żyjąca jak pączki w maśle i uciśnieni, wykorzystywani skaa. I Zrodzeni z Mgły: ludzie zdolni trawić metale i dzięki nim zyskiwać nadzwyczajne zdolności, najmocniejszy punkt powieści. Niestety, wszystko to przytłoczone jest strasznie powoli rozwijającą się akcją, jakby autor znał tylko jeden sposób zaskakiwania: przynudzać przez 200 stron i nagle sru, dowalić wydarzeniem.

Dzień 4 - Książka, która przypomina Ci o domu
Jak ja lubiłam tę książeczkę, jak byłam w podstawówce! <3 Wypożyczałam ją przed każdym końcem roku szkolnego, żeby dobrze nasiąknąć wakacyjnym klimatem. Do morza mam daleko od domu, ale w dziecięctwie co roku wyjeżdżaliśmy nad morze, więc zapewne dlatego mi się skojarzyła.

Dzień 5 - Książka non-ficiton, której czytanie sprawiło Ci niekłamaną przyjemność
Czy ktokolwiek, kto zna Marleya, nie czytał tej książki z przyjemnością? Wszyscy wiedzą, jaka jest: zabawna, pełna inteligentnego humoru, a jednocześnie wzruszająca do łez (nawet mojego tatę, który wychował się w domu, w którym psy się głaskało patykiem, a teraz śpi z jednym na kanapie przed telewizorem). Co zaś się tyczy filmu: nie lubię go. Wszystko zepsuł Owen Wilson, który grał Johna. Nie lubię go i tego, że gdzie by nie grał, to przez 3/4 filmu ma tę idiotyczną minę zdziwionego dziobaka. Scena śmierci Marleya była jak dla mnie zbyt sucha, Wilson grał kompletnie bez emocji, nie wycisnął ze mnie ani jednej łzy. Jeśli miałabym polecać: książkę zdecydowanie tak, film - zdecydowanie obejdzie się.

Dzień 6 - Książka, przy której płaczesz
I przy książce, i przy filmie płaczę jednakowo głośno (choć film lubię o tyle bardziej, że ma wyraźniejsze elementy fantastyczne).

Dzień 7 - Książka, przez którą trudno przebrnąć
Ciekawostka: ta ponad 500-stronicowa książka składa się z dwóch akapitów. Dwóch. Akapitów. Dwa akapity na 500 stron. 
BOŻE.
Z własnej woli nie sięgnęłabym po tę powieść, ale musiałam ją przeczytać na zajęcia, od deski do deski. To była istna katorga. Mało mnie interesuje aspekt ucierania nosa Austriakom za olewanie zbrodni Hitlera i tak dalej, mnie interesuje to, że ta książka jest kompletnie NIEINTERESUJĄCA. To pół tysiąca stron jednakowego, powtarzającego się narzekania i malkontenctwa w kółko o tym samym, na dokładkę będącego tą cholerną, nieporozdzielaną akapitami ścianą tekstu. I jeszcze to zdziwienie na uczelni, dlaczego ja się tym nie zachwycam, uch...

Dzień 8 - Mało znana książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być
No i niech mi teraz ktoś wytłumaczy: dlaczego beznadziejnie napisane, szowinistyczne gówno Ziemiańskiego (patrz: dzień 2) jest bestsellerem, a intrygująca opowieść o głuchym chłopcu posiadającym największy dar tworzenia iluzji w dziejach jest pomijana milczeniem? Ach, no tak, bo nie ma w niej bezsensownej, wciskanej na siłę golizny, a główny bohater nie jest ideałem bez skazy. Dla mnie właśnie to jest najmocniejszym punktem książki - że osoby obdarzone największymi darami przypłacają to różnymi ułomnościami, jak właśnie na przykład głuchota, braki w kończynach czy niepełnosprawność umysłowa. Taki ciekawy motyw, a tak mało zainteresowania.

Dzień 9 - Książka wielokrotnie przez Ciebie czytana
I dotyczy to wszystkich tomów. Za każdym razem, kiedy czekałam na powstanie kolejnego tomu czytałam całą serię co najmniej po dwa razy.

Dzień 10 - Pierwsza książka przeczytana przez Ciebie
A bo ja wiem? Pełno książeczek dla dzieci się walało po domu, z których pamiętam głównie wiersze Tuwima i pana kotka, co był chory i leżał w łóżeczku, i nie pamiętam, kto to napisał, i oba Kubusie Puchatki i takie tam.

Dzień 11 - Książka, dzięki której zaraziłeś się czytaniem
Można tak powiedzieć, choć w sumie nie jestem pewna. Niestety, w dzieciństwie miałam dostęp tylko do dwóch pierwszych tomów, niemniej Narnia w znacznej mierze przyczyniła się do mojej niegasnącej do dziś miłości do fantastyki i motywu ucieczki do innego świata.

Dzień 12 - Książka, która tak wycieńczyła Cię emocjonalnie, że musiałaś przerwać jej czytanie lub odłożyć na jakiś czas
Jakoś nic mi nie przychodzi do głowy. Jeśli odkładam jakąś książkę niedoczytaną, to tylko dlatego że jest strasznie nudna albo strasznie durna. Uwielbiam książki wywołujące silne emocje i kiedy coś takiego zaczyna się dziać, to jest właśnie powód, by jej NIE odkładać.

Dzień 13 - Najukochańsza książka z dzieciństwa
Puchatek był fajny tylko wtedy, kiedy czytała go mama. Jak próbowałam sama, to nie wyłapywałam większości komizmów. xD

Dzień 14 - Książka, która powinna się znaleźć na obowiązkowej liście lektur w szkole średniej
ŻADNA. Bo wtedy bym jej nie przeczytała. Yup, przyznaję się - w liceum przeczytałam tylko trzy lektury i ćwierć "Chłopów". Już od gimnazjum miałam dość bezmyślnego wkuwania i tego, że przez lektury szkolne nie mam czasu na czytanie tego, co JA chcę czytać. I z takim nastawieniem studiuję literaturę, ho-hum. ;P

Dzień 15 - Ulubiona książka traktująca o obcych kulturach

Zapewne powinna się tu znaleźć jakaś przyrodnicza typu Cejrowski albo Wojciechowska, ale po prostu nigdy nie czytałam żadnej podobnej książki. Jakoś mnie nie ciągnie. Lubię, jak coś ma fabułę, nawet momentami tak nudną, jak w kolejnych tomach przygód Tomka. I bohaterów, których da się polubić, w przeciwieństwie do Cejrowskiego.

Dzień 16 - Ulubiona książka, którą sfilmowano
O rany, pamiętam jak w dzieciństwie bardzo chciałyśmy z siostrą obejrzeć ten film, ale nie było żadnej opcji, by do niego dotrzeć, i miałyśmy tylko wspomnienie, że kiedyś leciał na dwójce. Internet to wspaniały wynalazek. Ta animacja to bardzo, bardzo wierna adaptacja, nawet dialogi to dosłowne cytaty z książki (co liczy się na ogromny plus). Animacje i design niektórych postaci bywają dziwaczne, ale to i tak wspaniały film na podstawie wspaniałej książki. I te piękne piosenki...

Dzień 17 - Książka, którą sfilmowano i zrobiono to źle
Matko Bosko kochano, w tym filmie wszystko jest źle i nie tak. Nie ma nic wspólnego z książką, powtarza bez sensu motywy z poprzednich filmów, żeby tylko móc krzyczeć "EJ! TO NADAL NARNIA!" (na przykład co, do diabła, robi na plakacie Biała Czarownica?!), większość elementów pojawia się tylko dlatego że można je zrobić przy pomocy efektów specjalnych, a historia to już w ogóle jest wzięta z rzyci.

Dzień 18 - Twoja ukochana książka, której już nie można kupić
Pff, teraz to wszystko można. Całe dzieciństwo poszukiwałam książki, na podstawie której został nakręcony film "Wyprawa Jednorożca", po czym gdy na mojej wsi zaistniał internet, dowiedziałam się, że ona nie ma polskiego wydania, a parę lat później (w liceum) szarpnęłam się i kupiłam egzemplarz na ebayu, płacąc za wysyłkę tyle, co za samą książkę. Ale opłacało się! <3

Dzień 19 - Książka, dzięki której zmieniłaś zdanie na jakiś temat
Szczerze? Nie wiem. Absolutnie nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Żaden wielki przełom ani nic takiego.

Dzień 20 - Książka, którą byś poleciła osobie o wąskich horyzontach myślowych
Lektura tej książki obecnie jest o tyle szokująca, że data jej pierwszego wydania przypada na rok 1953. A tu proszę, tyle rzeczy się zgadza, tyle prognoz wydaje się jak najbardziej prawdopodobnych!

Dzień 21 - Książka, która przyniosła ci wielką przyjemność, ale wstydzisz się przyznać, że ją czytałaś
Nie wstydzę się tego, co czytam. Nawet głupich erotyków - myślałam, że nie znajdę nic głupszego od "La cuciny", ale "Przebudzenie Śpiącej Królewny" okazało się jeszcze głupsze. ;P

Dzień 22 - Ulubiona seria wydawnicza
Brak. Nie miałam do czynienia z wieloma, a tych, z którymi miałam, nie mogę nazwać ulubionymi.

Dzień 23 - Ulubiony romans
Musiałam się wspomóc Biblionetką i okazało się, że jedyne romanse, jakie czytałam, to Saga o Ludziach Lodu. Nie pałam do niej jakąś wielką miłością, ale pierwszy tom podobał mi się najbardziej, był taki uroczy i magiczny, jeszcze bez tego niezdecydowanego bullshitu, czy ta cała fantastyka jest prawdziwa czy da się ją naukowo wytłumaczyć, który się pojawia później, więc niech będzie, że "Zauroczenie" tu pasuje.

Dzień 24 - Książka, która okazała się jednym wielkim oszustwem
Nie tyle ten tom, co cała trylogia. Zapowiadało się ciekawie, świat jest interesujący, historia niezła... ale co do bohaterów, to po prostu nie ma kogo lubić, może poza Idem. Główna bohaterka z każdym tomem irytuje coraz bardziej, każdy jej kolejny wybranek to coraz większe emo i jęczydusza, poza jednym, którego odtrąciła już na samym początku, a który był najlepszy: Jenna, który ponieważ został opisany jako chudy i pryszczaty, nie mógł zostać jej ukochanym, no bo jakżetotak. Matko, jak ja nienawidzę Dubhe za to, jak go potraktowała i autorki za to, że jak tylko Dubhe daje mu kosza w pierwszym tomie, to natychmiast się o nim zapomina na całą resztę. Nooo, ewentualnie przewija się w tle w retrospekcji dotyczącej tej biednej, umęczonej idiotki.

Dzień 25 - Ulubiona autobiografia/biografia
Steve Irwin był moim pierwszym idolem (poza Michaelem Jacksonem, ale wtedy miałam 5 lat i nawet nie ogarniałam, że on śpiewa, po prostu miałam dużo fajnych karteczek do segregatora). Jak dowiedziałam się o jego śmierci, ryczałam jak bóbr. W jego biografii w pełni objawia się jego talent gawędziarski i miłość do zwierząt. Lubię sobie od czasu do czasu zdjąć tę książkę z półki i poczytać na wyrywki.

Dzień 26 - Książka, którą chciałabyś przeczytać, a jeszcze nie jest napisana
Moją, of course. :D

Dzień 27 - Książka, którą byś napisała, gdybyś umiała
Nie rozumiem frazy "gdybyś umiała". [/narcyzm]


Dzień 28 - Książka, której przeczytania bardzo żałujesz
Jezuuu, jakie to durne. Chcecie streszczenia? Proszę: kobieta z dwiema pochwami poszukuje faceta z dwoma penisami. W tle teatr i kobieta z ogonem, masturbująca się nim analnie. To jest kwintesencja literatury współczesnej i powodów, dla których jej nienawidzę i trzymam się z daleka.

Dzień 29 - Autor, którego omijasz
Dorota Masłowska. Jeżu w Borze, nie ogarniam. Ani jej, ani zachwytów nią, ani niczego, co z nią związane. Dla mnie to dno i metr mułu, z powodów wymienionych powyżej. 

Dzień 30 - Autor, którego wszystkie książki czytasz
Clive Staples Lewis. Wciąż zostało mi kilka nieprzeczytanych pozycji, ale mam silne postanowienie nadrobienia zaległości, bo go uwielbiam. Nie tylko za "Narnię".


PS Mam nadzieję, że te pięć osób, które zaryzykowały kupno "Bezgranicza", nie żałują decyzji. ;D