niedziela, 25 sierpnia 2013

Blue

Jest to notka napisana kilka dni temu, ale mi przeszło, więc jej nie opublikowałam, potem znowu mi się pogorszyło i napisałam inną, ale też mi przeszło, a teraz ponownie mózg przełączył mi się na "źle, koszmarnie, beznadziejnie" i uznałam, że wrzucę tę pierwszą notkę, bo muszę to z siebie wyrzucić. Internecie, przytul.

A internet na to: patrzcie, jak foka płacze, Boże, jaki żal.

Nie, ja już tak dłużej nie mogę, jeśli pociągnę to jeszcze trochę, to po prostu oszaleję do reszty albo wybuchnę, i z jednej strony tego chcę, a z drugiej - za wszelką cenę staram się uniknąć. W teorii wszystko jest w porządku: jestem zdrowa, mam oboje rodziców, kochanego chłopaka, zwierzaki, (mniej-więcej) wymarzony kierunek, dach nad głową i internet, ale i tak codziennie czuję się jak gówno, nic niewarte, śmierdzące, leżące na łące gówno, które donikąd nie zmierza, nie ma szans ani nadziei na nic, a wszyscy wolą omijać je z daleka, żeby się przypadkiem nie ubrudzić. Chociaż nie, nie do końca codziennie. Bywa, że nawet i po kilka dni mam ochotę śpiewać i tańczyć i nic mi nie przeszkadza. A potem nagle wszystko się kończy, wracają wszystkie koszmary i złe myśli, i pojawia się paniczny lęk, by przypadkiem ktoś bliski nie odkrył, w jakim stanie się znajduję, bo wtedy musiałabym o tym wszystkim opowiedzieć: co, dlaczego, z jakiego powodu - a ja NIE WIEM, kurwa, NIE WIEM, i chcę się wreszcie DOWIEDZIEĆ, ale nie wiem JAK. Jednocześnie chcę i nie chcę powiedzieć rodzicom, chcę i nie chcę iść do specjalisty, chcę i nie chcę żyć, i tak w kółko, raz po raz, raz nie, raz tak, raz słońce, raz deszcz, i łzy, ale przez śmiech, by nikt nie zauważył. W teorii może i potrafiłabym wymienić, co sprawia, że tak się czuję, ale w praktyce nie zawsze akurat to jest powodem, i co ja mam zrobić, jak jeden z drugim machnie na to ręką i skwituje, że mam PMS, że "ty to masz problemy", że w dupie mi się poprzewracało, że mam nie zawracać głowy i się uczyć, że oni mają gorzej, że wszyscy wiedzą wszystko lepiej ode mnie i mam ich wszystkich po prostu biernie słuchać. Więc w dzień słucham, a w nocy ryczę i zmuszam się do przestania tylko dlatego, że nos mi się zatyka, a nienawidzę nie móc oddychać i muszę się wyspać przed kolejnym, gównianym dniem.

O, proszę, dosłownie w tej chwili mi przeszło i mam ochotę skasować to, co powyżej napisałam. Pod prysznicem pewnie znowu mnie najdzie, to dobre miejsce na załamania nerwowe. Ale teraz już jest ok. Chwilowo, bo chwilowo, kto wie, może nawet całą dobę wytrzymam, a może tydzień? Teraz z boku to wszystko zapewne brzmi sztucznie, ale nic na to nie poradzę, mówię jak jest. I choć teraz nie mam już absolutnie na to ochoty, jednak opublikuję tę notkę. Nie wiem, po co. Nie wiem, po co robię cokolwiek, skoro i tak nic nie ma sensu.

Lepiej nie będę się już odzywać do końca konwentu. Mam nadzieję, że będzie fajnie i maska przeciwgazowa nie zacznie służyć jako ukrywacz łez. Jak zobaczycie takie coś niskie, roznegliżowane, w czarnej masce i czapce Zee, to to będę ja. Także ten... do zobaczenia?

E: Właśnie natknęłam się na coś takiego. Znalazłam na stronie, na której ludzie wyśmiewają się ze smutnych intelektualistek "permanentnie rozczarowanych życiem" czy coś takiego. A mnie się to podoba, w sensie, że rozumiem opisywany tam problem, i teraz czuję się głupio, jakby wyśmiewali się tam dokładnie ze mnie.

19 komentarzy:

  1. Winky, może przejdź się z tym do specjalisty? Ja wiem, że człowiekowi się nie chce, ja też zapierałam się wszystkimi czterema kopytami, ale w końcu musiałam pójść. Co prawda to było dobrych parę lat temu, ale to wtedy miałam najgorsze załamanie. Teraz jest lepiej, nie cudownie, ale nie fatalnie.
    Pozdrawiam bardzo serdecznie
    Duslawa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak ja poszłam z czymś takim do psychologa, to mi powiedziała, że powinnam rzucić studia i zacząć chodzić na terapię dzienną. Jak się zapytałam, czy nie wydaje się jej, że lepiej, jeśli wychodzę do ludzi i mam co robić, to zwątpiła. Mieszkam w dużym mieście, usiłowałam znaleźć terapię popułudniową, ale oczywiście nowa grupa startowała we wrześniu (tam pani też namawiała mnie, żebym rzuciła studia), a ja jechałam na obczyznę pracować całe wakacje. Nie mówię, że chodzenie do psychologów jest złe, ale po wizycie u kilku mam wrażenie, że oni gówno wiedzą o problemach, nawet nie starają się ich zrozumieć i jeszcze do tego patrzą na Ciebie z góry.
      A Pan Psychiatra sieknął mi od razu najwyższą dawnę leku na schizofrenię, także jak poszłam po tym na uczelnię, to miałam ochotę zabić moją lektorkę (autentycznie, musiałam wyjść i biec do domu, bo bym ją zabiła). A "na trzeźwo" ją uwielbiam.

      Więc nie wiem, czy te "psychologi" i "psychiatry" to taki dobry towar.

      Usuń
    2. Może po prostu trafiłaś na kiepskich specjalistów? Bo ja na przykład znam osobiście kilkoro psychiatrów i wszyscy są porządnymi fachowcami, którzy serio interesują się psychiatrią i psychologią, więc odfajkowywanie pacjentów byle szybciej byłoby dla nich głupotą. No i rzeczywiście pierwszy raz spotykam się z taką opinią jak Twoja.

      Usuń
    3. No, ciężko ich nazwać dobrymi ;) Możliwe, chociaż ostatnio coraz gorsze rzeczy słyszę na temat różnych specjalistów, szczególnie psychiatrów. Dobrze, że Twoi znajomi nie podchodzą "masowo" do pacjentów, przywracasz mi wiarę w lekarzy.

      A co do szanownej autorki: kiedy ostatni raz byłaś na wakacjach i leżałaś do góry zadem na plaży?

      Usuń
    4. Jeśli o sam wypoczynek się rozchodzi, to na dobrą sprawę zawsze jestem w stanie wypoczynku, bo pisanie to jedyna w miarę produktywna rzecz, jaką się zajmuję... Stąd też kolejny problem: nie mam motywacji do robienia czegokolwiek, więc w oczach wszystkich naokoło jestem po prostu śmierdzącym leniem i tym bardziej nic mi nie dolega. Zresztą, nawet nie wiem, czy potrafiłabym odpocząć w ten sposób, że położyć się na plaży i mieć w tyle cały świat, bo wiecznie coś mnie martwi.

      W sumie to byłam raz u psychiatry, w liceum, ale z rozmowy nie wyniosłam po prostu nic, dostałam jakieś prochy, które nie sądzę, by w jakikolwiek sposób pomogły i tyle.

      Usuń
  2. Wiesz, obecnie rozstroje nerwowe to bardzo często problem, więc zupełnie nie dziwię się Twojemu postowi. Co prawda nie wiem, czy polecić Ci udanie się do specjalisty czy nie, bo ocenianie tego przez internet to jednak kiepski pomysł, ale fakt faktem, że na pewno nie jesteś w takich wahaniach nastrojów osamotniona. A co do przyczyn - naukowcy wsnuli już całe mnóstwo teorii na ten temat. Raz, że przy obecnym promowaniu ikony idealnego "człowieka sukcesu" ludzie zaczynają podświadomie oskarżać się o niespełnianie tych "idealnych" kryteriów (coś jak z anorektycznymi modelkami, tylko mentalnie). Dwa, że takie tendencje obserwuje się już od dawna - popularność narkotyków i używek w zeszłym wieku, hippisi, wczesny rock itd., potem popularność środków uspokajających w społeczeństwie komercyjnym. Trzy, przy zwiększonym napływie bodźców (media) i przyspieszeniu tempa życia wahania nastrojów również muszą się zaostrzyć.
    Dlatego mówię - jest mnóstwo przyczyn i to, że czasami czujesz się zdołowana nie jest niczym dziwnym. Jeżeli sądzisz, że potrzebujesz pomocy specjalisty, to nie wahaj się do niego zgłosić, chociażby dla własnego komfortu psychicznego, bo przecież o to chodzi. Nie wiem, na ile strategia jest skuteczna, ale ja czasami staram się spojrzeć na mój zły nastrój z boku i jakoś wytłumaczyć sobie to w naukowy sposób.

    OdpowiedzUsuń
  3. Winky, jeżeli taka sytuacja powtarza się od dawna, to myślę, że dobrym pomysłem byłaby wizyta u specjalisty - choćby po to, żeby upewnić się, czy nie jest to depresja i czy aby nie byłoby dla Ciebie korzystne poddanie się terapii (farmakologicznej lub nie). A tak w ogóle, to najlepiej zacząć małymi kroczkami i powiedzieć najbliższym, co Cię gryzie - np. rodzicom lub chłopakowi.

    Maryboo

    OdpowiedzUsuń
  4. to co opisujesz to raczej nerwica i nie ma co zwlekac z wizyta u psychologa, poczujesz sie lepiej, seriozno ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jestem tu pierwszy raz, ale też chętnie bym cię przytuliła. Szczerze mówiąc, mam to samo (albo coś bardzo podobnego). Ryczenie kompletnie bez powodu, zdenerwowanie, uczucie, że jest się nikim wartościowym, przeplatane z normalnością. Nie mam pojęcią czy powinnaś iść do jakiegoś specjalisty, ale mi np. doradzano jogę, tai chi, czy coś w tym guście. Jeszcze nie próbowałam, ale to podobno uspokaja tak wewnętrznie. Może spróbój się w ten sposób się podnieść z tego dołka?
    Życzę poprawy i trzymam kciuki :)
    Mangha

    OdpowiedzUsuń
  7. Popieram przedmówców, wizyta może pomóc ;) Ja miałam różne problemy i nie mogłam stwierdzić, o co właściwie chodzi, aż w końcu sama zdiagnozowałam u siebie osobowość borderline i łatwiej mi było sobie poradzić.

    OdpowiedzUsuń
  8. Sama wolę sobie nic nie diagnozować, bo zaraz się okazuje, że mam wszystko. Ale boję się wizyty u kogoś też z tego powodu, że powie, że NIC mi nie jest, wszystko zmyślam i jestem po prostu głupim leniem.

    Uprawiałam kiedyś jogę, podobało mi się, ale teraz nie mam możliwości...

    Coś jest w tej presji bycia ideałem i człowiekiem sukcesu, jeśli miałabym szukać przyczyn, to to by była jedna z głównych.

    Nie wiem, co jeszcze powiedzieć... Dziękuję wam wszystkim, myślę, że muszę się w końcu przemóc w którąś stronę, bo nikomu nie życzę takiej wegetacji.

    OdpowiedzUsuń
  9. Może spróbuj sobie podbudować samoocenę? Mi to czasem pomaga jak mi smutno. Możesz sobie np. wypisać na kartce co jest w tobie fajne, dobre, co w sobie lubisz. Czy to w wyglądzie czy w tym co potrafisz (niesamowite pisanie powinno być na pierwszym miejscu!). Albo coś co cię cieszy w otaczającym świecie. I czytać to codziennie rano, czy też w kryzysowych momentach,
    I obowiązkowo uśmiechać się do lustra. Czytałam gdzieś kiedyś, że w ten sposób oszukujesz mózg i on myśli, że jesteś szczęśliwa i uwalnia dodatkową dawkę serotoniny. Nie wiem na ile to może być skuteczne, ale chyba warto wszystkiego spróbować. ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak poza tym to pierwszy krok masz już za sobą. Nie dusisz tego wszystkiego w sobie, tylko dzielisz się tym z ludźmi. Co z tego, że nigdy ich (jak dotąd) nie spotkałaś, ważne jest to, że my słuchamy i staramy się podnosić Cię na duchu. Tak więc, uśmiech proszę ^^

    korano niezalogowana

    OdpowiedzUsuń
  11. Trzymaj sie Winky!
    chomik

    OdpowiedzUsuń
  12. Twój wpis przywodzi mi na myśl psychozę maniakalno-depresyjną (nie obrażaj się, tak mi się skojarzyło)
    Mam nadzieję, że już Ci lepiej :)
    Mello

    OdpowiedzUsuń
  13. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  14. Miłego klikania... ^^"

    http://orteil.dashnet.org/cookieclicker/

    OdpowiedzUsuń