czwartek, 22 sierpnia 2013

Somnamskrybizm: Króliczek

Wyśniłam sobie króliczka. :D Miałam jeszcze w międzyczasie zarąbisty sen o zombie, taki trochę w klimatach "The walking dead" (nie widziałam serialu, ale namiętnie oglądałam let's playe gry), ale zapomniałam zbyt dużo szczegółów, a nie chcę na siłę zmyślać.

Króliczek

I haz bunneh
  
Ogromna, biała willa otoczona pięknym ogrodem wyraźnie wyróżniała się na tle tego dość brzydkiego, nadmorskiego miasteczka. Wysokie, żeliwne ogrodzenie starannie trzymało na dystans brudne kamienice i ich mieszkańców, skuteczniej, niż jej strażnicy – każdy otyły, skośnooki i w czarnym garniturze. Willa była jakąś naukową placówką, ale my wiedzieliśmy, że za jej murami dzieją się złe rzeczy.
- Właściciel i jego żona pochodzą z innego świata – opowiadała Kamila, gdy całą czwórką obserwowaliśmy wspaniałą rezydencję zza krzaków w parku. – Portal do niego jest ukryty gdzieś w środku.
- Mówią, że prowadzą ośrodek naukowy dla wybitnie uzdolnionych, coś z medycyny – dodał Bernard, jej chłopak – ale sprawa jest o wiele bardziej tajemnicza. Poszedł tam mój daleki znajomy, trzy lata temu. Od tamtej pory nie kontaktował się z nikim z zewnątrz. Na pewno żyje, ale ponoć jest zupełnie inny. Jakby mu zrobili pranie mózgu.
- Trzeba to zbadać – powiedziałam stanowczo. – Jeśli naprawdę robią coś złego, władze muszą wiedzieć.
- To co, idziemy? Muszę koniecznie zobaczyć ten portal, jeśli istnieje – niecierpliwił się Julian. Bernard dokładnie zlustrował wzrokiem willę.
- Rozdzielmy się – zarządził. – Kamila i Julian pójdą szukać portalu. Ja poszukam dowodów w skrzydle medycznym. A ty – zwrócił się do mnie – wmieszaj się w tłum studentów i posłuchaj, czego są uczeni.
Skinęliśmy w milczeniu głowami. Pocałowałam na pożegnanie Juliana. Zakradliśmy się do rezydencji i gdy znaleźliśmy się w środku, każde poszło w swoją stronę.
Od razu zauważyłam, że ze studentami jest coś nie tak. Każdy z nich był całkowicie skupiony na swoim notatniku, każdy bezustannie coś pisał, i nie zwracali uwagi kompletnie na nic, nawet na mnie, gdy wślizgnęłam się w ich tłumek. Szli gdzieś długimi korytarzami, jednomyślnie zmieniając kierunek jak klucz kaczek. Ze wszystkich sił starałam się robić dokładnie to, co oni.
Wtem wszyscy usiedli na szerokich schodach pokrytych czerwonym dywanem. Poszłam za ich przykładem. Po chwili naprzeciw nam wyszedł on, właściciel tego przybytku we własnej osobie. Dreszcz przebiegł mi po plecach, gdy bezszelestnie wyszedł zza rogu; był wysoki, o długiej, chudej twarzy, wykrzywionych w niemiłym uśmiechu ustach otoczonych rzadkim zarostem i ponurych oczach zerkających znad małych okularów. Za sam taki wygląd powinien zostać przesłuchany.
Zaczął wykład, a studenci notowali z większym zapałem, ani na moment nie podnosząc głów. Nie miałam pojęcia, o czym ten facet gada – coś o transfuzji umysłów, operacjach na mózgu, a wszystko to przy użyciu tak skomplikowanego języka, że miałam wrażenie, iż nawet nie mówi po polsku.
- A teraz czas na zajęcia praktyczne – powiedział wreszcie coś zrozumiałego. – Ci o czystych umysłach mogą odejść. Ta, która przyszła nieproszona, niech wystąpi.
Temperatura mi skoczyła o dobre dziesięć stopni. Zerknęłam w górę i z przerażeniem zobaczyłam, że właściciel patrzy wprost na mnie z mściwym uśmiechem. Czułam się, jakby zaglądał w głąb mojej duszy i wiedział od samego początku, że nie powinno mnie tu być, ale z jakiegoś chorego powodu wolał się zabawić.
Nagle wyskoczył naprzód i chwycił mnie za ramię chudymi, silnymi palcami. Porwał naprzód i rzucił na przygotowany zawczasu, dziwny, owalny stół operacyjny. Studenci ani na moment nie przerwali notowania, gdy na moich kostkach, nadgarstkach i szyi zacisnęły się stalowe obręcze. Zaczął pchać stół w kierunku białych drzwi.
- I tak do niczego się już nie przydasz, więc równie dobrze możemy przeprowadzić eksperyment na tobie – powiedział. Otworzył drzwi i wsunął mnie do środka. – Nie martw się, zostawiam twój mózg w dobrych rękach.
Z trudem spojrzałam w górę... i zobaczyłam odzianego w sterylnie biały fartuch Bernarda. Na twarzy miał chirurgiczną maskę, a w dłoni jakieś narzędzie z zębatym ostrzem. Włączył je i uszy wypełnił mi przerażający wizg.
- NIEEE! – wydarłam się, a właściciel, śmiejąc się ponuro, wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Zaczęłam się rzucać w panice, ale obręcze trzymały mocno. – Nie, nie rób tego! Bernard, to ja! Nie rób mi tego, nie, nie...!
Mało nie odeszłam od zmysłów, gdy wirujące ostrze zbliżyło się do mojej głowy. Już prawie czułam ból... gdy wtem ostrze przecięło stal krępującą mi szyję. W chwilę później to samo stało się z pozostałymi obręczami.
Bernard wyłączył narzędzie i usiadł na krześle po mojej lewej. Oszołomiona strachem, sturlałam się ze stołu na podłogę. Dźwignęłam się na kolana i spojrzałam na przyjaciela.
- To... nie jesteś z nimi? – spytałam. Na biurku za jego plecami stała mała klatka, w której uwięziony był wystraszony, beżowy króliczek. Bernard zdjął maskę i pokręcił głową.
- Podszyłem się pod jednego z nich, by zobaczyć, na czym polega ich praca.
Powietrze uszło ze mnie jak z balonika, z równie głupim odgłosem. Głowa opadła mi bezwładnie na kolano Bernarda.
- Ty psycholu, wiesz, jak mnie wystraszyłeś?
- Nie powinniśmy tu zostawać dłużej. Odszukaj Kamilę i uciekajcie stąd.
Zmarszczyłam podejrzliwie brwi.
- A co z Julianem?
- Już go tu nie ma – odpowiedział rzeczowo. – Idźcie stąd, ja muszę tu jeszcze trochę zostać.
- Po jaką cholerę? Chcesz, żeby ciebie też przyłapali?
- Nic mi nie będzie, słowo. – Pewność siebie w jego tonie nie była normalna jak na sytuację, w której się znajdowaliśmy. – Idź już! Wyjdź drugimi drzwiami, tam jest laboratorium. Stamtąd dostaniesz się do komnaty portalu, znajdź Kamilę i uciekajcie.
Wiele pytań i wątpliwości kłębiło mi się w głowie, ale wolałam nic nie mówić. Spojrzałam na biednego króliczka na biurku. Otworzyłam klatkę i wzięłam go na ręce.
- Jego też stąd zabieram – oznajmiłam stanowczo.
- Zostaw go, rzucisz tylko podejrzenia...
- Powiedziałam, że go zabieram – rzuciłam oschle i wyszłam przez drugie drzwi.
W krótkim czasie dotarłam do miejsca, które musiało być komnatą portalu. Wyglądała jak niewielka hala z pustym basenem, pośrodku którego wznosiły się kwadratowe skały, tworząc platformy o rozmiarach metr na metr i różnej wysokości. Całe pomieszczenie skąpane było w niezwykłym, błękitnym świetle niewiadomego pochodzenia.
Z wnęki w kącie wyskoczyła Kamila. Na mój widok zrelacjonowała:
- To bez wątpienia miejsce, gdzie znajduje się portal, ale sami nie będziemy w stanie go otworzyć. Lepiej się stąd wynośmy.
- Gdzie jest Julian? – spytałam. Królik wtulił nosek w mój sweter.
- Złapali go, jak próbował stąd odlecieć samochodem odrzutowym – odparła bez zająknięcia. „Cooo...?!” – spytałam samą siebie w głowie, ale z jakiegoś powodu wolałam nic nie mówić. I Bernard i ona zachowywali się podejrzanie.
Wyszłyśmy na zewnątrz i przykucnęłyśmy wśród kolorowych kwiatów. Po ogrodzie kręcili się grubawi strażnicy.
- Rozdzielmy się, to nie będą wiedzieć, kogo gonić – zakomenderowała Kamila. – Ty idź wybrzeżem.
I natychmiast puściła się biegiem przez ogród. Zaklęłam i podążyłam za nią. Za bramą ona pobiegła w lewo, w kierunku rynku, a ja rzuciłam się na wprost przez jezdnię. Okrążyłam park i biegłam uliczką wykładaną kocimi łbami, a fale wzburzonego morza rozbijały się tuż obok mnie. Nie byłam pewna, ale wydawało mi się, że nikt nas nawet nie zaczął gonić.
Dotarłam do naszego domku, wciśniętego między inne, równie brzydkie domy. Weszłam do środka, puściłam królika na podłogę i zamknęłam za sobą drzwi. Uszak otrząsnął się i pokicał prosto do sterty marchewek leżącej pod ścianą.
Zawołałam Kamilę, ale nikt nie odpowiedział. Czekałam długo, ale ani ona, ani Bernard, ani Julian – mój kochany Julian, o którego losie nawet nic nie wiedziałam – nie przyszedł. Zaczęłam się martwić i rozmyślać nad wszystkim, co się wydarzyło.
Właściciel rezydencji od razu poznał się na mnie, ale nie zwrócił najmniejszej uwagi na Bernarda. Dlaczego, skoro najwyraźniej doskonale zna wszystkich, których gości pod swoim dachem? Ale jeśli Bernard pracuje dla niego, dlaczego mnie wypuścił? Czy to wszystko było z góry ukartowane? Może mają inne plany wobec mnie, kto wie, jak straszne? A Kamila... tak naprawdę wcale nie uciekła razem ze mną. Ona też jest w to zamieszana.
Pozostało pytanie, co się stało z Julianem? I Kamila i Bernard nie mówili prawdy. Czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczę?
Królik przestał chrupać marchewkę i podkicał do leżącej na podłodze konsoli PSP należącej do Juliana. Spojrzał na mnie, poniuchał ją i oznaczył na króliczy sposób – przesunął podgardlem, zostawiając na niej swój zapach. I znów na mnie spojrzał.
Zmarszczyłam brwi. Klęknęłam przed nim, podniosłam i przyjrzałam się dokładnie.
- Julian? – spytałam niepewnie.
Króliczek spojrzał na mnie smutno.

4 komentarze:

  1. Powiem tak... Tego to ja się nie spodziewałam. :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Troszkę przykre... ale ogólnie fajne ;] Powiedziałabym, że widać, że napisane jest na podstawie snu: pewne rzeczy dzieją zbyt szybko i jakoś tak... ciut nierealnie? Nawet nie wiem, jak to do końca określić.
    W każdym razie mam nadzieję, że utrzymasz się w swoim postanowieniu opisywania snów, bo są całkiem ciekawe ;>

    An-Elenel

    OdpowiedzUsuń
  3. Podoba mi się. Szkoda, że nie dowiem się niczego więcej :P

    OdpowiedzUsuń
  4. O jejku. Prawie się popłakałam, a to u mnie nie lada wyczyn. Ale całe szczęście, że jej się udało go wyciągnąć stamtąd. Wprawdzie jest królikiem, ale przynajmniej żywym. No i te marchewki tak przypadkowo leżące w stosie mnie urzekły.
    I jest tu coś takiego jak i w opowiadaniach w e-booku (choć na razie przeczytałam tylko dwa) - wciąga i strasznie chce się wiedzieć co będzie dalej. No i to "oo, już koniec :(" za każdym razem :D
    Tak trzymać.

    OdpowiedzUsuń