niedziela, 29 września 2013

Raindancing

Ćwiczę rysowanie kucyków,
ale coraz bardziej nie lubię
fotoszopa
Po tylu latach mogę wreszcie z czystym sumieniem utożsamiać się z tą piosenką. Uwielbiam ją: niby skoczna i wesoła, ale na dobrą sprawę traktuje o cholernie smutnych sprawach. Cała ja: tańczący w deszczu kucyk, śmiejący się przez łzy. Z "zaburzeniami depresyjnymi nawracającymi" i skierowaniem na psychoterapię. Co prawda jeszcze nie tańczę (choć co chwilę pada, ale jak nie muszę wychodzić z domu, to mi nie przeszkadza), ale podobno zacznę, jak prochy zaczną działać. Na pewno będę fikać koziołki z radości, jak jakimś cudem uda mi się zaliczyć filozofię (która jest o tyle trudniejsza od historii sztuki, że nic a nic z tego filozoficznego bełkotu nie rozumiem, no po prostu nic) i dostanę urlop dziekański. Poza terapią oczywistą, jest plan terapii twórczej, obejmującej co najmniej pisanie i malowanie na szkle. I mizianie królika. I czesanie rosnącej kolekcji kucyków g2. I zaciesz z gekonków, które rzucają się na swoje cienie, bo myślą, że to robal. I duże ilości czekolady.

O, a propos gekonów, bo chyba tego tu nie powiedziałam. W wakacje cała trójka odwiedziła weterynarza i okazało się, że Boga jest... Bogiem. W sensie samcem. Tak więc nie ma już Bodzi, jest zezowaty Rancor, żeby pozostać w gwiezdnowojennych klimatach. Szkoda, chciałam mieć swojego varactyla. :c

Nie sądziłam, że powiem to po ostatniej półrocznej zimie, ale... Nie mogę się doczekać zimy. Dla mnie rok dzieli się na okres wakacyjny i okres świąteczny. Ledwie stopnieje śnieg - czekam na wakacje, ledwie się skończą wakacje - czekam na śnieg. Uwielbiam świąteczną atmosferę, lampki choinkowe i zimowe widoczki. Jedyne, czego nie cierpię, to wigilijnych potraw (wszystko poza kapustą z grochem jest o-hy-dne), ale na szczęście nie codziennie jest wigilia, choć resztki z tejże zdają się nigdy nie kończyć. No i mrozu też nie cierpię - pal licho, że jest na zewnątrz, ale żeby człowiek przeziębiał się od siedzenia w DOMU, to jest szczyt wszystkiego. Jak zimą w moim pokoju jest 17 stopni, to już należy to postrzegać w kategoriach upału. Słowo daję, mam czasem ochotę wywalić jaszczurki i sama zamieszkać w terrarium.

A w ogóle to mam fazę na kucyki w każdej postaci i niech już będzie czwarty sezon Friendship is Magic. Naoglądałam się takich piękności i - jak zwykle w przypadku zobaczenia czegoś ładnego - od razu zapragnęłam robić podobne cuda. Niestety, ani nie potrafię, ani nie mam środków, ani w ogóle nic. Tak czy siak, przypomniało mi to, jak w dzieciństwie robiłam całe hordy kucyków z plasteliny lub modeliny. Fajnie byłoby znów się w coś takiego pobawić, oczywiście z większą starannością. Ale niestety - jestem dorosła, mam zapierdzielać do pracy i dzieci rodzić...

Wiecie co? Nie chcę.
Źle być wykorzystywanym przez ludzi, pozwolić, by decydowali, kim masz być, a kim być ci nie wolno.
Patricia A. McKillip "Zapomniane bestie z Eldu"

niedziela, 22 września 2013

Here I am! Will you send me an angel?

Największą bolączką moich huśtawek nastroju jest nie to, że czuję się okropnie, kiedy nastrój huśtnie mi się w depresyjnym kierunku, ale to, że kiedy jestem szczęśliwa, i tak nie robię nic, bo wiem, że za chwilę uznam, że to wszystko nie ma najmniejszego sensu. Nie wierzę, że coś mi się uda. Po co się starać?

Tylko do jednej rzeczy się jeszcze w miarę przykładam: do pisania. Tego, które według reszty społeczeństwa mogę sobie uprawiać do szuflady, a tymczasem mam zapieprzać do roboty. Koniecznie w zawodzie. Bo przecież żadna praca nie hańbi, chyba że taka niewyuczona, nie po studiach. Jeśli ośmielę się nie zostać kobietą sukcesu, nic tu po mnie.

W środę egzamin. Jutro psychiatra. Ho ho, hi hi, ha ha. Ale wbrew pozorom, teraz jest mi dobrze. Wiszę sobie w takim przyjemnym "maniu" w rzyci wszystkiego. Myśli zaprzątają mi głównie kucyki i to, co właśnie piszę. Moje "dzieło życia", czyli Tyrpator i spółka, niestety chwilowo zeszło na dalszy plan. Teraz skupiam się na przemienieniu "Czarnoksiężnika, który mówił Ny" w zbiór opowiadań. Bo spodobała mi się ta postać, bo jego historia ma potencjał... bo wiem, że takie rzeczy się w tym kraju po prostu SPRZEDAJĄ. A ja chcę w końcu zaistnieć, chcę udowodnić sobie i całemu światu: hej, patrz, potrafię, udało mi się, nie jestem tak bezużyteczna, jak całe życie sądziłam! Lubię wymyślać biednemu Coridallowi nowe przygody i tytuły kolejnych opowiadań. "Czarnoksiężnik i kruk", "Czarnoksiężnik i to, co wyszło za nim z grobowca", "Czarnoksiężnik, który się przeliczył"... Najbardziej nie mogę się doczekać wzięcia się za opowiadanie o tytule "Czarnoksiężnik kontra Czarnoksiężkini", w którym to dojdzie do konfrontacji z bohaterką-merysujką o wdzięcznym imieniu Anabella Minah (czekoladowy królik dla tego, kto zgadnie wszystkie trzy nawiązania). Póki co kończę "Czarnoksiężnika i kruka" i mam zaskakująco dobre myśli jak na mnie w związku z tym projektem. Ale jak mi któreś wydawnictwo będzie chciało walnąć na okładkę jakąś szpetną gębę, to zamorduję.

Zastanawiałam się na ostatnią chwilę, czy by może jednak nie wpaść na jeden dzień na Kapitularz, skoro mam niedaleko - można by się przebrać za Zee i spełnić marzenie małego trollowania, naładować akumulatorki konwentową atmosferą, wydać pieniądze na jakąś zbędną, ale fajną duperelę... Ale nie mogłam się zmusić do wyjścia z domu. To by oznaczało konieczność spotkania się z ludźmi, a ja nawet przez internet nie potrafię z nikim rozmawiać, boję się nawet wyjść do sklepu, na zajęcia czy do biblioteki (czaicie, student literatury i wannabe pisarz BOI SIĘ IŚĆ DO BIBLIOTEKI), a co dopiero samej pchać się między tłumy ludzi.

No wiem, że jeśli sama nie zawołam po pomoc, to nikt mi z własnej, nieprzymuszonej woli nie pomoże. Więc jutro idę o nią poprosić. Booojęęę sięęę. Nastrajam się bojowo rzewnymi piosenkami, ale to chyba jednak kiepska taktyka. Tylko jakoś nie jestem w nastroju na "Eye of the tiger".

wtorek, 17 września 2013

All the pretty little horses

Nigdy nie pisałam notki interwencyjnej, ale ta sprawa mocno mnie poruszyła.

W 1995 powstało pierwsze w Polsce przytulisko dla koni - zaniedbanych, wyeksploatowanych, przeznaczonych na rzeź. Od tamtego czasu schronisko Tara rozrosło się, obecnie żyje w nim ponad 200 zwierząt, w tym 121 koni, które zyskały nowe życie. Niestety, dwa lata temu zaczęły się poważne problemy finansowe: szczegóły opisane zostały przez prezes fundacji, Scarlett Szyłogalis, tutaj. Jeśli Tara szybko nie stanie na nogi, może dojść do przejęcia mienia fundacji przez komornika, zwierzęta zostaną wystawione na aukcje, a stamtąd trafią najpewniej do rzeźni - miejsca, od którego już raz zostały uratowane.

To wprost przerażająca ironia losu. Serce mi się kraje na myśl o tym, że te wszystkie konie, które już swoje przecierpiały, które zostały odratowane, obdarzone miłością i swobodą, mogą nagle wszystko to bezpowrotnie stracić. Natychmiast przypomniała mi się jedna z najszczęśliwszych chwil w moim życiu: kiedy w okolicznym przytulisku wypuściłyśmy z dziewczynami konie - również takie po przejściach - na łąkę i biegałyśmy razem z nimi. Ani one, ani konie z Tary, ani żadne inne na świecie nie zasługują na to, by po latach ciężkiej pracy skończyć w rzeźni.

Proszę, przekażcie tę informację dalej, udostępnijcie na facebooku, gdziekolwiek.


Tytuł notki zainspirowany tą kołysanką.

wtorek, 10 września 2013

Somnamskrybizm: Kości


Kości

Usiadła obok drzwi do piwnicy i objęła kolana rękami. Spojrzała na swoją rodzinę; przez otwarte drzwi do kuchni widziała, jak szykują się do obiadu, beztrosko rozmawiają, śmieją się.
- Nic ci nie jest, nie wymyślaj znowu, chodź jeść – powiedział tata, rozkładając talerze.
Ale nie miał racji. Wiedziała, że coś jest z nią bardzo nie tak i panicznie bała się kolejnego ataku. Mocniej skuliła się w sobie.
Kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Spojrzała w lewo. Spod drzwi do piwnicy wypływała powoli smuga białawego dymu. Coś się pali?
Nagle przewróciła się na plecy, wrzeszcząc z przerażenia. To nie był dym – to było dziwnie spłaszczone, trupioblade ciałko niemowlaka, z zamkniętymi oczami i otwartymi ustami, wyglądające, jakby spędziło kilka miesięcy pod wodą. Przycisnęła dłonie do oczu, by nie widzieć tego małego koszmarku, lecz niewyjaśniony przymus kazał jej jeszcze raz spojrzeć...
Pod drzwiami do piwnicy nie było niczego. Z kuchni dobiegały odgłosy telewizora, szczęk sztućców i wesołe rozmowy.
Jak mogli tego nie zauważyć? Nie widzieli, czy nie chcieli widzieć?
Roztrzęsiona, uciekła do swojego pokoju.
Kilka godzin później postanowiła zrobić sobie herbatę na uspokojenie – z cytryną i mnóstwem cukru. Zamyślona, wykonywała wszystkie ruchy machinalnie i niemal bezwiednie. Wlała do kubka herbacianą esencję, trochę gorącej, trochę zimnej wody. Postawiła kubek na stole i sięgnęła do cukierniczki. Jedna łyżeczka... druga...
Nagle zamarła. Z trzymanej w dłoni łyżeczki do kubka opadał powoli dziwny pył. Spojrzała na cukiernicę.
To nie była cukiernica. To była urna.
Łyżeczka wypadła jej z dłoni, gdy przyłożyła dłonie do twarzy i zaczęła wrzeszczeć. Ze strachu i obrzydzenia ledwo mogła się ruszać. Jak w transie doszła do salonu i łamiącym głosem spytała rodzinę, czy mogą jej pomóc.
- Daj spokój – powiedział wujek.
- To nic wielkiego, wszyscy tak mają – zapewniła ciocia.
- Nie wymyślaj, tylko bierz się do roboty – zakomenderował dziadek.
- Ty nic nie wiesz o życiu! – gderała babcia.
- Inni mają gorzej od ciebie – warknęła siostra.
Nie słuchała ich dalszych odpowiedzi. Płacząc, wybiegła z domu. Musiała znaleźć kogoś, kto będzie w stanie jej pomóc.
Kilka lat później siedziała w barze przy ladzie. Od dawna nie była w domu.
W pewnej chwili kobieta siedząca dwa krzesła obok złapała się za brzuch i zaczęła krzyczeć, że rodzi. Rosła barmanka posadziła rodzącą na ladzie, sięgnęła jej pod sukienkę i jednym szarpnięciem wyrwała spomiędzy nóg plastikowy worek pełen zakrwawionych kości.
Spoglądała na to obojętnie. Przyzwyczaiła się. Do wszystkiego.
______________________________________________________________

Sen sprzed pięciu lat. Nawet napisałam na jego podstawie opowiadanie, ale jest beznadziejne. Muszę odgrzewać stare sny, bo ostatnio prawie w ogóle nie mogę spać.

Miałam napisać kolejną notkę dopiero po wizycie u wiadomo kogo, ale w ostatnich tygodniach bełkotanie tutaj to jedyna rzecz, którą jakoś jestem w stanie zrobić. Nie mogę się zmusić nawet do czytania książek - jeżu, przecież ktoś, kto studiuje literaturę i chce zostać pisarzem nie powinien musieć się ZMUSZAĆ do czytania. A jednak... Nie mogę. Zaczynam jedną, natychmiast mi się odechciewa, zaczynam kolejną, to samo, i żadnej nie mogę skończyć. To samo z filmami, grami i czymkolwiek innym. Ledwo zacznę coś robić, to natychmiast mi się odechciewa. Całymi dniami nie robię nic sensownego ani tym bardziej produktywnego. Po co? Wszystko jest jednakowo bez sensu.

Dwa ogłoszenia na koniec. Primo: znajdźki konwentowe na sprzedaż.

Secundo... Przygarnę za symboliczną opłatą kucyki z drugiej generacji (1997-2003), czyli takie:

Cztery miniaturki z McDonalda też przygarnę

Całe dzieciństwo marzyłam o tych pięknościach, nawet miałam jednego, i te z Maka też, ale diabli je wzięli, nie mam pojęcia gdzie, zapewne przy którychś porządkach rodzice oddali je do przedszkola albo na loterię fantową, a ja, głupia, stara krowa, potwornie za nimi tęsknię. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. winkyyy@interia.pl

środa, 4 września 2013

Friendship was magic

Ej, w ogóle to blogaś przedwczoraj skończył drugie urodziny. Sto lat, blogasiu, jeszcze wiele żali tu wyleję i mam nadzieję, że z czasem będzie ich mniej niż fajnych notek o różnych duperelach!

Nowa tradycja: notka bez obrazka (najlepiej z króliczkiem) to kiepska notka

Nawiasem mówiąc, gdyby nie mój autystyczny brat zafiksowany na punkcie kalendarza (ma supermoce: podajcie dowolną datę bieżącego roku, a on natychmiast powie, jaki to dzień tygodnia. A ja nie potrafiłam nauczyć się obliczać tego cholerstwa na matmie w gimnazjum za żadne skarby świata), to nawet o swoich urodzinach bym nie pamiętała. Od jakiegoś czasu tak jakoś... nie bardzo jest co świętować ani tym bardziej z kim. Ostatnie przyjęcie wyprawiłam chyba w drugiej klasie gimnazjum, było nudne i sztywne. Poza tym z czego tu się cieszyć, kolejnego zmarnowanego roku? Jak zaczynam o tym myśleć, to "wydanie" tego głupiego ebooka jest moim największym osiągnięciem od czasów... hm. No właśnie. Narodzin chyba. To też jakieś osiągnięcie, nie?

Ech, nie będę się znowu rozpisywać o tym wszystkim. Niedługo mam nadzieję spowiadać się z tego jakiemuś psy-, i mam nadzieję, że dowiem się wreszcie, co mi jest. Bo coś jest, coś, co cholernie utrudnia mi życie, ale sama się nie zdiagnozuję ani tym bardziej sobie nie pomogę. I wciąż boję się, że usłyszę, że jestem tylko malkontenckim emo, któremu się od dobrobytu w dupie poprzewracało. Ale postanowienie jest i nie zrezygnuję z niego.

Wiem tyle - nie bez powodu zostałam bez przyjaciół. Szczególnie w ostatnim czasie (ostatnim, czyli przez kilka lat) musiałam być okropna w odbiorze i na pewno nadal jestem. Chcę dobrze, a wychodzi ch***wo, ranię innych nie wiedząc, że to robię, nadinterpretuję i odbieram ich słowa jako ataki... Jest mnóstwo rzeczy, których żałuję, części z nich nie mogę już naprawić, a całej reszty - z różnych powodów nie chcę. Zastanawiam się tylko, jak to jest możliwe, że każdy w moim otoczeniu ma całe stada przyjaciół albo chociaż bliskich znajomych, a ja potrafię tylko wszystko niszczyć i zrażać do siebie ludzi? Przy zawieraniu nowych znajomości nie mam już zaufania, nie tyle do poznawanych osób, co po prostu do siebie, bo wiem, że prędzej czy później coś zawalę i wolę się w nic nie angażować, żeby znowu kogoś nie zranić.

Ale nie szkodzi. Niedługo pójdę do psychologa, a to taki przyjaciel za pieniądze, i to taki, że ani ja jemu, ani on mnie krzywdy nie zrobi, a to jest całkiem fajne, prawda?

...

niedziela, 1 września 2013

Polcon 2013

Pojechało się już w środę, by w miarę wcześnie pojawić się na miejscu i nie czekać zbyt długo w kolejce (och, słodka naiwności, ale o tym za chwilę). Od razu się stwierdziło, że Warszawa jest okropna. Znaczy, nie wiem, czy mam cokolwiek do powiedzenia, bo generalnie nienawidzę miast, a im większe, tym gorsze. Metro śmiga szybko, ale jak człowiek chce tramwajem pojechać, to biletu już nie ma gdzie kupić - idzie na przystanek przekonany, że automat działa, a tu dupa, latać po okolicy i szukać kiosku już czasu nie ma, motorniczy biletów nie sprzedaje, bo nie, automatów w środku tys ni mo. A poza tym to w dzień o wiele za dużo ludzi, w nocy zaś o wiele za mało bezpiecznie się czułam, idąc tymi okropnymi tunelami do metra. No ale dobra, miało być o Polconie, a nie Warszawie.

No więc, ponieważ z powodu pewnej wpadki trzeba było wyjść w czwartek z mieszkania jeszcze wcześniej, niż się chciało, przed budynkiem konwentu byliśmy już gdzieś tak od dziewiątej, zadowoleni, że przynajmniej będziemy na samym początku. Przed dwunastą - planowaną godziną rozpoczęcia akredytacji - kolejka urosła już spora. No i choć przybyliśmy tak wcześnie, to akredytację z bólem udało się zdobyć o czternastej. O całej tej masakrze chyba już wszyscy słyszeli - rekord stania w kolejce wyniósł chyba dziewięć godzin, wszyscy na to strasznie psioczą i bojkotują cały konwent, bla bla bla, ale mimo wielu wpadek mniejszych i większych (podobno ktoś nie rozpoznał Jadwigi Zajdel i nie chciał jej wpuścić na konwent, no lol), mnie się tam tegoroczny Polcon podobał bardziej niż ostatni, we Wrocławiu. Cztery dni to idealna długość na taką imprezę, bo jak są trzy, to pierwszego pół dnia się stoi w kolejce (albo i cały dzień, jak widać), trzeciego często trzeba się dość szybko zwijać na podróż powrotną, no i w efekcie właściwie przyjeżdża się tylko na jeden dzień i dwie noce, co dla ludzi niebędących nocnymi markami jest ciut bez sensu.

Tak czy siak, możliwość spotkania znajomych i zupełnie obcych ludzi nadających na podobnych falach zawsze jest fajne, nawet dla tak skrajnego introwertyka i ludziofoba jak ja. Pogadało się, pograło, zapomniało na chwilę o problemach. Prawdziwy świat jest nudny i smutny, wolę ten, w którym dowodzę armią królików bojowych, z których ostatni triumfalnie wbija się na zamek, siedząc na nosie rozwścieczonego smoka (dzisiejsza sesja, łii). Wróciłam bogatsza w endorfiny (choć zapas wyczerpuje się szybciej, niż bym tego chciała), elficką broszkę (w której bym się zaprezentowała, gdyby w tym domu cokolwiek, ze szczególnym uwzględnieniem aparatu, działało) i fajne wspomnienia. To prawda, że nie da się pojechać na jeden konwent - uzależniająca sprawa.

Miałam się swobodnie cosplayować, ale w ostatniej chwili nagle mój strój kompletnie przestał mi się podobać. Staram się nie myśleć o wyrzuconych w błoto pieniądzach na materiały i planuję na Pyrkon wielki cosplay, taki na konkurs i w ogóle, z których to planów pewnie i tak nic nie wyjdzie, ale myślenie o tym względnie poprawia mi humor.

*zaszywa sobie usta i ucieka, by nie zacząć znowu smutać*
*i jeszcze wrzuca zajęca na pocieszenie*

Sio, deprecho, ja tu się próbuję z konwentu cieszyć