czwartek, 31 października 2013

Somnamskrybizm: Wolność


Wolność

Odkąd pamiętam, jaskinie goblinów były moim całym światem. Gobliny trzymały mnie jako strażnika i obrońcę ich wiecznie powiększającej się podziemnej fortecy. Nie znałem innego słońca od blasku pochodni, innego nieba od najeżonego stalaktytami stropu, innego wiatru od przeciągów wyjących w korytarzach. Moim jedynym zajęciem było stanie na czatach i przepędzanie stworów żyjących w mrokach podziemi, chroniąc mrowie goblinów, które znalazły jajo, z którego się wyklułem. W tamtych czasach nawet nie przypuszczałem, że mógłbym wieść inne życie.
Przybysz o czarnych skrzydłach wszystko zmienił.
Strzegłem pracujących na budowie goblinów. Siedziałem jak zwykle na wysokim występie skalnym, lustrując otoczenie w poszukiwaniu zagrożenia. To była jedna z nowo odkrytych jaskiń, ogromna i pusta. Przez długi czas nie wydarzyło się nic niepokojącego, lecz nagle w ciemności dostrzegłem jakiś ruch. Nie zdążyłem zareagować – z mroku jaskini na fortecę runął... smok. Cały czarny, smukły i bardzo zwinny. Przypadał do muru, pożerał po jednym goblinie w całości, odfruwał, nim pozostałe zdążyły zadać mu ranę i znów rzucał się na mur.
Powinienem bronić swoich żywicieli, lecz zamiast tego wpatrywałem się w napastnika jak urzeczony. Pierwszy raz widziałem kogoś mojego gatunku. Poczułem się taki słaby i mizerny w porównaniu z tamtym smokiem – z imponującą kryzą kolców wokół łba, potężnymi mięśniami napinającymi się pod łuskowatą skórą, licznymi bliznami.
Gdy czarny smok dostrzegł mnie, przez chwilę wpatrywał się we mnie w zdumieniu. Potem wydał z siebie ostry wizg i skoczył ponownie w mrok.
Gobliny wiły mi się u stóp, wrzeszcząc, złorzecząc i rzucając w uciekającego tym, co miały pod ręką. Uderzały kijami moje nogi, bym wreszcie jakoś zareagował, ale prawie nie czułem tych razów. Dopiero gdy z głębi jaskini dobiegł ryk zwielokrotniony przez echo, rozłożyłem skrzydła i rzuciłem się za nim.
Czarny smok zwinnie wciskał się między skały w korytarze, których w ogóle nie znałem. Próbowałem za nim nadążyć, rozpaczliwie wypatrując w ciemnościach mignięć jego ogona i podążając za hałasem, jaki czynił. Odniosłem wrażenie, że parę razy przystanął i obejrzał się, jakby chciał się upewnić, że idę za nim. Zauważyłem, że ciemność przestała być tak nieprzenikniona, jak w głębszych partiach podziemi, a powietrze jest zimniejsze. Smok przecisnął się przez ciasny otwór i przestałem słyszeć jego pazury na skałach. Przestraszyłem się, że go zgubiłem i rzuciłem się w dziurę, przez którą przed chwilą przeszedł.
Gdy wyszedłem na zewnątrz, myślałem, że śnię.
Znajdowałem się na brzegu pokrytej lodem skały, wśród ośnieżonych szczytów gór. Sklepienie zdawało się być nieskończenie odległe, upstrzone tysiącami drobnych światełek i okrągłą, srebrną tarczą. Teraz wiem, że wtedy po raz pierwszy zobaczyłem gwieździste niebo i księżyc. Zdumiałem się, jak wiele widzę mimo nocy, choć jeszcze nie znałem dnia. Dostrzegłem w oddali miejsca i rzeczy, których nazwy dopiero miałem poznać: drzewa, doliny, wioski, strzelisty zamek odcinający się na płaskim horyzoncie. Byłem zafascynowany ogromem nowych doznań.
Usłyszałem nawołujący okrzyk gdzieś w górze. To czarny smok przelatywał nad górami. Niepewnie rozłożyłem skrzydła i wzbiłem się w powietrze. Lot na powierzchni, z wiatrem i jego prądami, był cudownym przeżyciem, tak odmiennym od szybowania ze skały na skałę w podziemiach.
Czarny smok wylądował na szczycie pochylonej, ośnieżonej wieży. Zrobiłem to samo, w stosownej odległości, nie spuszczając go z oka. Spojrzał na mnie z wyższością i rzekł:
- Nie musisz dziękować.
I ponownie wzbił się w powietrze, zostawiając mnie samego w nowym świecie.
Nigdy więcej go nie ujrzałem, i nigdy nie miałem okazji powiedzieć mu, jak bardzo jestem wdzięczny za wywabienie mnie na powierzchnię. Za uświadomienie, że wolność jest na wyciągnięcie ręki.
 ______________________________________________________________

Zabierałam się do opisania tego snu jak pies do jeża i w końcu mi się to udało. Ostatnio znowu załączyła mi się faza na smoki. Przy robieniu listy marzeń do zrealizowania wspominałam o chęci napisania książki o smokach bliskiej memu serduchu (a zapomniałam o pragnieniu zobaczenia na własne oczy zorzy polarnej), ale wciąż nie mam pomysłu na tyle dobrego, by z zapałem zacząć go realizować. Miałam sporo fajnych smoczych snów, ale to wciąż za mało na wciągającą fabułę. Chciałabym dla odmiany zrobić żeńską bohaterkę (jakoś tak wolę obierać facetów na głównych bohaterów), taką, z którą mogłabym się utożsamiać bez popadania w skrajny marysuizm. Najchętniej zrobiłabym coś z Winifredą - czyli po prostu mną, bohaterką mojego blogowego opka, ale boję się oskarżeń o narcyzm.

Odkryłam, że twórczość Licii Troisi jest mi bardzo bliska. Mimo marysuizmu, mimo irytujących bohaterek, mimo cukierkowego mroku. Jest w jej książkach coś, co wprawia mnie w nostalgiczny i marzycielski nastrój. Zawsze chciałam mieć jakiś swój charakterystyczny świat fantasy, tak jak Tolkien miał Śródziemie, Le Guin - Ziemiomorze, Troisi ma Świat Wynurzony i tak dalej, który bym kochała i marzyła o zamieszkaniu w nim. Najbliżej temu chyba Światowi Fantazji z wyżej wymienionego opka, ale nie jest to do końca mój świat, to tylko zbiorowisko i kalka innych światów. Z kolei Archmar, świat Tyrpatora Uzur Szalana, choć przykładam się do wymyślania jego szczegółów, nie jest mi jakoś szczególnie bliski - zdecydowanie za dużo w nim wody (mokreee! nienawidzę wody, boję się pływać, nie umiem nawet utrzymać się na wodzie). O światach robiących za tło wydarzeń wszystkich innych moich opowiadań nawet nie ma co mówić.

Nowe marzenie: mieć swój fantastyczny świat. Stworzyć go, nazwać, opisać, wypełnić bohaterami przeżywającymi wspaniałe przygody. I go pokochać.

środa, 23 października 2013

Chwalipięctwo

Po długim czasie wróciłam do malowania na szkle. Jest to sztuka, która mi bardzo odpowiada, bo jest prosta jak budowa cepa, a bardzo efektywna. Niewiele jest w internetach ciekawych przykładów malunków na szkle, bo dzielą się z grubsza na dwie kategorie: kiczowate aniołki, misie i tego typu pierdolniki albo wspaniałe arcydzieła, o osiągnięciu poziomu których mogę co najwyżej pomarzyć. Ale pocieszam się, że sztuka nie musi być zawsze jednakowa i każdy ma swój styl i sposoby wyrażania się w tejże. Tak więc przedstawiam małą galerię moich szklanych możliwości. Niektóre zdjęcia są fatalnej jakości, za co przepraszam, ale nie mam działającego aparatu, a ten w telefonie jest beznadziejny. -.-

Pewnie trochę liczę na cud, ale niektóre z tych dziełek są na sprzedaż, realizuję też zamówienia. Nie bójcie się pytać. ^^

1. Maki
Dla mamy, bo uwielbia maki. Obecnie wiszą w kuchni oprawione w ładną ramkę z ciemnego drewna i wyglądają w niej o wiele lepiej niż jako goła antyrama.

2. Calineczka
Ten fragment z filmu Dona Blutha spodobał mi się tak bardzo, że rąbnęłam screena i  machnęłam taki oto obrazek. Ktoś go nawet chciał kupić na Deviantarcie, ale koniec końców nic z tego nie wyszło i wisi mi nad biurkiem.

3. Jednorożec
Leniwy jednorożec, któremu nie chciało mi się robić tła i wygląda trochę biednie. Może zrobię coś lepszego z tym szkicem, bo - absolutnie się nie chwaląc - całkiem mi wyszedł.

4. Muppet :)
Obrazek dla siostry przedstawiający Kaję - naszego "cukier" spaniela. Nie wysiliłam się za bardzo, ale efekt jest nienajgorszy. ;P

5. Magiczny kałamarz
Inspirowany legendą o odwiecznej walce jednorożca z lwem o miano króla lasu. Jednorożcowi przypisałam chłodne barwy i księżyc, lwu - ciepłe i słońce. Najgorsze jest to, że gdzieś go zapodziałam i nie mogę znaleźć. :C

6. Waniliowa butelka
Na zamówienie dla cioci. Jak ją zrobiłam, to mi się podobała, ale teraz wydaje mi się trochę za mało pomalowana, za pusta. No nic.

7. Winogronowy dzbanek
Pękło mu ucho i stracił wartość użytkową, więc postanowiłam nadać mu wartość artystyczną.

8. Smocza piersiówka
Kiczowata do bólu zębów. Niestety, zakończyła już swój żywot.

9. Element of magic
Jeden z najnowszych obrazków, pierwszy po długiej przerwie od malowania i raczej średni. Za dużo w nim tła, a za mało Twilight, ale ładnie się błyszczy. Kompletnie nie czuję stylu rysunku kucyków z najnowszej, friendshipowej generacji, więc wzoruję się na o wiele mi bliższym stylu G2.

10. Celtycki konik
Bezwstydnie przyznam, że go kocham. <3 Oczywiście gówniany aparat przekłamuje trochę kolory, na żywo wygląda o niebo lepiej. Planuję zrobić całą serię koni na takich ornamentowych tłach. Chętni? :)

środa, 16 października 2013

Krótko o książkach, vol. 2

Wygląda na to, że prochy działają - jak przez pół roku nie mogłam za cholerę skończyć żadnej książki, tak teraz w dwa tygodnie przeczytałam wszystkie zaległe i jeszcze trochę. Umysł mi się rozjaśnia, powrót na jogę po trzech latach był świetnym pomysłem, wreszcie udało mi się dostać urlop (dosłownie przy każdym kroku los mi rzucał kłody pod nogi, od tego stresu włosy mi wypadały po prostu garściami), pozostało jeszcze dostać się na psychoterapię i zacznę wracać do normy, mam nadzieję, że na stałe. A póki co, parę kolejnych minirecenzji.

Andre Norton "Świat Czarownic"
Zaczynając lekturę, spodziewałam się trochę czegoś innego i koniec końców, nie bardzo wiem, co o tej książce myśleć. Choć stare wydanie Amberu jest cieniutkie (w przeciwieństwie do nowego, bo a nuż by się nie sprzedało), to lektura dłużyła mi się niemiłosiernie i nie zawsze nadążałam za fabułą. Główny bohater, Simon, zawiera układ z pewnym tajemniczym człowiekiem i przenosi się do zupełnie innego świata - tytułowego Świata Czarownic. Dalszej fabuły nie jestem w stanie opowiedzieć bez skakania po łebkach i spoilerach, a nie chcę nic przeinaczyć. Podobał mi się wątek technologii z innego świata, która w feudalno-magicznym uniwersum kobiet władających Mocą okazuje się być śmiertelnie niebezpieczna, ale mam wrażenie, że to największe zagrożenie zostało zwyczajnie zamiecione pod dywan - sprawa rozwiązuje się zdecydowanie za szybko i prosto. Co do głównego bohatera, to nie wzbudził mojej sympatii. Nosi znamiona marysuizmu, w ogóle nie otrzymujemy opisów jego trudności zaaklimatyzowania się w nowym świecie, z nowym językiem, zwyczajami, technologią et cetera, po prostu przeskakujemy od razu do momentu, w którym już jest zajebisty. Niewiele też wiadomo o jego życiu na Ziemi - według mnie, dzięki temu nabrałby głębi i wiarygodności. Na razie to tylko taki James Bond, służy do wpadania w tarapaty i wychodzenia z nich bez szwanku.
Ocena: 3,5/6

William Hope Hodgson "Dom na granicy światów"
Tę niepozorną książeczkę wygrzebałam w bibliotece i szczerze mówiąc, nie sądziłam, że okaże się taka dobra. Czyta się ją jak fascynującą creepypastę, w którą nie wiadomo, czy wierzyć, czy nie. Akcja zaczyna się od dwójki młodzieńców, wędrujących po urokliwych zakątkach Irlandii z namiotami, wędkami i chęcią przygód. Po znalezieniu w ruinach jakiegoś domu pamiętnika, obaj są zafascynowani zawartą w nim historią. Dalszy ciąg książki to właśnie zawartość tegoż rękopisu, pełna dziwnych zjawisk, strasznych stworów i niezwykłych cudów. Nie chcę nikomu psuć zabawy z lektury, ale najciekawiej robi się w rozdziale XV - od tego momentu wprost nie mogłam się oderwać. Jeśli miałabym do czegoś porównać, to ta powieść jest jak "Zew Cthulhu", jak by z niego wyciąć wszystkie nudne momenty i zostawić same paranormalne zjawiska. Czuć przy niej ten przyjemny dreszczyk, jaki czuło się w dawnych czasach, kiedy straszono nas czarną wołgą, diabłem pytającym o godzinę albo innymi nawiedzonymi domami.
Ocena: 5/6

Lauren Brooke "Heartland. Obietnica" (tom 10)
Mija rok, od kiedy Amy Fleming straciła w wypadku mamę. Od tamtej pory wspólnie z siostrą Lou, dziadkiem i przyjacielem Tregiem prowadzą Heartland - miejsce, gdzie niechciane konie odzyskują zdrowie i znajdują nowe domy. Amy otrzymuje wspaniały prezent: własnego konia, który nie musi szukać nowego domu, i pragnie zaangażować się w konkursy skoków. Tam poznaje Daniela - chłopaka, który wkrótce będzie potrzebował jej pomocy.
Książki o Heartlandzie mają jeden, ogromny minus - za szybko się kończą. Każdy tom pochłania się w kilka godzin, tak ciepłe i wzruszające są. Wad też im nie brakuje: koszmarnie przerysowana postać Ashley Grant jest opisywana jak karykatura czarnego charakteru - jest bogata, arogancka, konie i jeździectwo traktuje przedmiotowo, a w stadninie jej matki stosuje się surowe metody i przemoc. Do kompletu brakuje tylko picia krwi szczeniaczków. Amy zaś od początku serii była bardzo irytująca. Rozumiem, że śmierć mamy to straszna tragedia, ale jak dziewczyna na każdą informację reaguje wrzaskiem "NIE!!!" i uciekaniem do pokoju, to naprawdę zaczynam mieć dziewuchy dość. Tym bardziej, że narrator jakby trzyma jej stronę: w którymś z tomów Lou zamawia tańszą paszę od nowego dostawcy, na co Amy wydziera się, że ta pasza jest niedobra i konie na tym ucierpią. Ale nikt inny nie potwierdza tej teorii, nikt się do niej nie odnosi, poznajemy wyłącznie opinię Amy, która jest zafiksowana na zostawieniu wszystkiego w Heartlandzie tak, jak było za czasów, gdy jej mama żyła. Na szczęście z tomu na tom Amy robi się coraz mniej irytująca i seria wciąż jest przyjemna w odbiorze.
Ocena: 4/6

Licia Troisi "Legendy Świata Wynurzonego. Przeznaczenie Adhary"
JERZÓ, JAK JA KOCHAM OKŁADKI KSIĄŻEK TROISI. Khy, khy, już, przepraszam. W każdym razie, twórczość Troisi wyróżnia jeszcze coś oprócz okładek, a nie znajduję na to określenia lepszego od "cukierkowego mroku". Obok brutalnych sekt, straszliwych zaraz i krwawych scen walki w świecie tym istnieją też kolorowe, wielkookie duszki, wodniste nimfy i inne tęczowe smoki. Krew jest, mnóstwo krwi, ale bardziej z powodów estetycznych niż jakichkolwiek innych. Widać też, że autorka bardzo przywiązała się do swoich ulubionych postaci z "Wojen Świata Wynurzonego", pojawiających się w nowej powieści, bo każdą opisuje niemal identycznie, z równym uwielbieniem, a od wychwalania pod niebiosa Nihal, bohaterki "Kronik Świata Wynurzonego", już zaczynam rzygać (a "Kronik..." jeszcze nie czytałam). Co do "Przeznaczenia Adhary". Jest w niej wiele z marysuizmu: bohaterka ma różnokolowe oczy, granatowe włosy i całkowitą amnezję. Podobnie jest z pozostałymi bohaterami, ze starymi znajomymi z "Wojen..." na czele. Pojawia się nawet samotna łza! Ale wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Ani trochę mi to nie przeszkadza. Coś w tym jest, może w przedstawionym uniwersum, a może w stylu pisarskim, coś, co sprawia, że na dobrą sprawę wszystko to zdaje się do siebie pasować i nie mierzi tak bardzo. Niestety, minusem znów jest przedstawienie postaci. Na pierwszy rzut oka widać, których bohaterów autorka faworyzuje, a to odbiera im wiarygodności. Jest też sporo naiwności: Adhara szuka informacji o sobie w bibliotece (w świecie raczej feudalnym), jej przyjaciel czerpie przyjemność z zabijania nie dlatego, że po prostu ma taką mentalność, a opanowuje go furia bliźniaczo podobna do "bestii" żyjącej w Dubhe z "Wojen..."... Ale mimo to i tak czyta się nie bez przyjemności.
Ocena: 4/6

Katarzyna Michalak "Sekretnik"
Kiedyś przeczytałam wyrywkowo kilka rozdzialików tegoż i podziękowałam. Ale pomyślałam, że nie no, głupio po dwóch-trzech rozdziałach wystawić pałę i się cieszyć, że książka przeczytana, więc wzięłam się za "Sekretnik" od początku do końca. O matulu ty moja, jakie to jest męcząco głupie. "Sekretnik" dzieli się na dwie części: poradnikową ("Jak marzyć skutecznie") oraz wspominkową ("Czyli zbiór najfajniejszych opowieści znanych i nieznanych"). Ostrzeżenie z tyłu okładki głosi: "Sekretnika nie należy czytać w pociągach i środkach komunikacji miejskiej, bo ludzie dziwnie patrzą na wybuchających dzikim śmiechem współpasażerów. Poza tym możesz minąć swój przystanek", co jest bzdurą wierutną, bo wszelkie elementy komiczne są tak cholernie wymuszone, że nie rozbawiłyby nawet kasownika w tramwaju, a co dopiero pasażera tegoż, głupie i pełne lokowania wszelakich produktów, co tylko pogłębia efekt żenady. A jakich porad udziela nam pani Michalak? Wszelakich: od pisarskich po erotyczne, lecz najważniejsze jest drimowanie. Ten okropny w brzmieniu anglicyzm (jak tu w ogóle porównywać marzycielkę z jakąś udziwnioną "drimerką"?) według autorki oznacza spełnianie marzeń, a wiadomo, że największym marzeniem każdej kobiety jest "WILLA, LEXUS i KSIĄŻĘ..." oraz wydanie książki, najlepiej takiej, w której bohaterka ma willę (koniecznie w lesie), lexusa i księcia. A ponieważ w większości autorka skupia się na sobie, tak naprawdę jest to poradnik, jak zostać Katarzyną Michalak. I trudno się dziwić, bo na dobrą sprawę nic odkrywczego ani wartościowego nie ma nam do przekazania. W przerwach między udzielaniem światłych porad (takich jak: "Wiadomo bowiem, czym się kończy nieznajomość instrukcji obsługi — tym, czym suszenie włosów mikserem"), autorka ucina sobie pogawędki, które w założeniu chyba też miały być śmieszne, z bohaterką jej innej książki (a nawet całej trylogii), "Poczekajki". Czytanie tego pseudoporadnika sprawia fizyczny ból.
Ocena: 1/6

wtorek, 8 października 2013

Krótko o książkach, vol. 1

Ostatnio czytam mniej, niż bym chciała, co zdecydowanie muszę nadgonić. Nie zawsze chce mi się wysilać na długą recenzję, ale mimo to mam ochotę coś powiedzieć o skończonej lekturze, więc będę tak co jakiś czas spamować wrażeniami z lektury ostatnich książek.
(Żeby nie było, że tu tylko smęty i jęki zamieszczam).

James A. Owen "Tu żyją smoki"
Ostrzyłam sobie zęby na tę serię od bardzo dawna i zapewne, gdybym zapoznała się z nią w tamtych czasach, spodobałaby mi się bardziej. Jako książka dla dzieci sprawdza się dość dobrze. Udana jest stylizacja na język z czasów okołotolkienowskich i łatwo dzięki temu popaść w nostalgiczny nastrój. Niestety tym, co tę powieść rujnuje, morduje i bezcześci zwłoki, jest kreacja bohaterów, nie tylko, ale głownie, no, głównych. Trzech dżentelmenów z Londynu to postaci tak skrajnie niedookreślone, o tak słabo zarysowanych charakterach, tak bardzo pozbawione indywidualnych cech, że nieustannie myliło mi się, kto jest kim oraz co, po co i dlaczego robi i mówi. SPOILER. Jest to wadą o tyle ogromną, że na końcu powieści okazują się być Clivem S. Lewisem, Ronaldem R. Tolkienem i ich serdecznym przyjacielem o znanym nazwisku, które mi akuratnie wyleciało z głowy. I czego się o tak znanych postaciach dowiadujemy po 400 stronach przygód? Żeee yyy nooo tego, pochodzą z Anglii. Na dokładkę na tyle, na ile orientuję się w biografii Lewisa, jego postać nie została przedstawiona zbyt dobrze. Zresztą, o czym tu mówić, żadna postać nie została przedstawiona nijak. Czarny charakter jest czarnym charakterem, protagoniści są protagonistami, a borsuk - elementem komicznym. Szkoda, bo historia ma mnóstwo potencjału. Być może w dalszych tomach został lepiej wykorzystany.
Ocena: 3/6

Jakub Ćwiek "Kłamca"
To nie jest tak, że jakoś strasznie hejtuję Ćwieka czy jego twórczość, nawet wziąwszy pod uwagę moją niechęć do rodzimej fantastyki. Na konwentach jest sympatycznym facetem, podobają mi się jego felietony (szczególnie w jednym z ostatnich numerów Cosia na progu [tak, wiem, że to się inaczej odmienia, ale tak brzmi uroczo]). No ale "Kłamca" mu zdecydowanie nie wyszedł. W pełni rozumiem to, że nie chciał tworzyć arcydzieła, a po prostu chwytliwe czytadło, ale jednak nawet czytadło powinno mieć w sobie to coś. Mamy głównego bohatera takiego, jak w każdym modnym ostatnio czytadle: cynicznego sukinsyna. Problem polega na tym, że ichniejszy Loki jest postacią kompletnie nie do polubienia. No za Chiny przeludnione nie byłam w stanie wykrzesać do tego dupka krzty sympatii. Na dokładkę w ogóle się nie wyróżnia na tle reszty. W "Kłamcy" wszystkie postaci to tak naprawdę jedna postać: dosłownie wszyscy mówią i zachowują się identycznie, z identyczną manierą, rzucają identycznymi, nieśmiesznymi one linerami, WSZYSCY, nawet dzieci. To jego najgorsza wada zaraz obok sposobu prowadzenia fabuły: wszystko się dzieje zbyt szybko, opisy praktycznie nie istnieją, tylko ruch i one linery. Słyszałam dwie wersje tego, jakie są dalsze tomy: albo że lepsze, albo że gorsze. Szczerze mówiąc, trudno mi sobie wyobrazić, by mogły być gorsze od pierwszego tomu, ale na dobrą sprawę wsio ryba, bo zniechęcił mnie do serii skutecznie.
Ocena: 2/6

Peter S. Beagle "Olbrzymie kości"
Po "Ostatnim jednorożcu" i "Sonacie jednorożców" w końcu dorwałam książkę Beagle'a, w którym nie występuje ani jeden jednorożec (nie, żeby to była wada). Kolejny wykreowany przez niego świat pełen jest barwnych postaci, pozornie wiodących zwykłe życie, lecz w rzeczywistości - pełne niezwykłych przygód. "Ostatnia pieśń Sirit Byara" to opowiadanie, które nieco mi się dłużyło, ale warto doczytać do końca. "Czarodziej z Karakosk" ma zauważalne cechy baśni, choć szczerze mówiąc, nie bardzo zrozumiałam zakończenie; może dlatego, że nie było tak oczywiste. "Tragiczna historia komediantów Jirila" to kolejne opowiadanie-baśń, tragiczne i komiczne jednocześnie - jak w dobrej sztuce. "Lal i Soukyan" spodobało mi się najbardziej. W większości współczesnej fantastyki spotyka się młodych bohaterów, a tu masz - para staruszków. Między innymi dlatego było tak ciekawe. Pozostaje znów baśniowa "Opowieść Choushi-wai" i tytułowe "Olbrzymie kości", opowiadanie dziwnie mroczne i fascynujące. Zazdroszczę Beagle'owi tej różnorodności pióra i pomysłowości w wymyślaniu nazw własnych.
Ocena: 4/6

Katarzyna Michalak "Zachcianek"
Pani Michalak wypluwa z siebie nowe książki z szybkością i uporem maniaka, ale zbytnio się te twory od siebie nie różnią, głównie z uwagi na bycie zwyczajną grafomanią. Myślałam, że po "Poczekajce" już nic głupszego mnie nie spotka, ale myliłam się. Nie dość, że bohaterka przeraża poziomem skretynienia, nie dość, że intryga jest grubymi nićmi szyta i zwyczajnie głupia jak stołowe nogi, nie dość wreszcie, że elementy nadprzyrodzone występują tu zupełnie niespodziewanie, niepotrzebnie i w zadziwiająco dużej ilości, to absolutnie najgorszą rzeczą w tej serii jest to, że bohaterka najwyraźniej nienawidzi zwierząt, mimo faktu bycia weterynarzem i deklarowania się jako miłośnik tychże. Jaki kochający zwierzęta człowiek brałby się za ich leczenie, nie mając o tym bladego pojęcia, co przejawia się w wypisywaniu bzdur po łacinie, by kierownictwo się nie połapało? Jaki kochający konie (ba, posiadający rodowodową klacz arabską) człowiek mówiłby, cytuję: "przynajmniej w moich powieściach Czarny Książę przedkłada ukochaną nad stado chabet prowadzonych na rzeź" (sic! Ten cytat mnie tak dogłębnie zniesmacza, że mam ochotę napisać parę słów pani autorce, ale wiem, że ta starannie odpiera wszelkie przejawy niechęci wobec jej twórczości i nic z mojego elaboratu by do niej nie dotarło)? Jaki wrażliwy człowiek opisywałby te wszystkie przypadki nieudolnego leczenia pani - pożal się Boże - weterynarz, kończące się śmiercią pacjentów, jako elementy komiczne? Jest jeszcze trzeci tom i przeczytam go tylko z poczucia obowiązku, by móc z czystym sumieniem bezlitośnie napiętnować tę serię.
Ocena: 1,5/6

Michael Swanwick "Córka żelaznego smoka"
Początek jest bardzo obiecujący - świat jest nietuzinkowy, pełen cudów i dziwów, ale w miarę lektury żadne z tych dziwów się nie wyjaśniają, a wciąż przybywa nowych, a sama powieść zmienia się w ten typ literatury współczesnej, której wprost nie znoszę: byle dziwniej, byle bardziej zaszokować nadmiarem erotyki i brutalności, wszystko w grubej otoczce czegoś "mistycznego", a sensu w tym za grosz. Och, tak, zapewne to ma pierdyliard znaczeń, drugich den i innych zen, tylko że mnie akurat nie interesuje to ani odrobinę. Widzę tylko coś, co lubię nazywać natchnionym bełkotem. A przecież to ma taki ogromny potencjał! To świat, do którego elfy porywają dzieci ze wszystkich innych światów! Istnieją w nim dziesiątki ras! Magia przeplata się z technologią! Maszyny mają dusze i umysły! Ale nie. Ważniejsze jest opisywanie tego, jak bohaterka zachwyca się miękką skórką na penisie partnera. Chyba mam umysł niewykształcony odpowiednio, by się tym zachwycać.
Ocena: 3/6

Peter V. Brett "Malowany człowiek. Księga II"
Pierwszą część czytałam dość dawno temu i tak mi się spodobała, że postawiłam jej 6. A gdy skończyłam tą, odniosłam wrażenie, że wszyscy bohaterowie nagle kompletnie pokretynieli. Najbardziej mi się nie podoba nagła przemiana Arlena. Od początku mieliśmy z nim do czynienia jako chłopcem, potem nastolatkiem, a jak dorósł, to nagle zmienił się w ponurą dark Mary Sue. Dosłownie jakby autor wywalił jednego bohatera - Arlena - i wrzucił nowego - Arlenusa Prime czy coś w tym stylu. Między ukazaniem jednego a drugiego oblicza tej samej postaci nie zachodzi żadna płynność. To raz. Dwa, czyli rzecz, która mnie po prostu wkurzyła. Bohaterka, mająca za sobą takie sympatyczne przeżycia, jak nieprawdziwe plotki, napiętnowanie przez mieszkańców wioski i próby gwałtu, rozpaczliwie zachowująca swoje dziewictwo dla odpowiedniego mężczyzny, zostaje w końcu napadnięta i brutalnie zgwałcona przez trzech zbirów... a kilka dni później sama z ochotą oddaje się Arlenusowi Prime'owi. NIE. No po prostu, kuźwa, NIE. To tak NIE działa. Nic już więcej na ten temat nie napiszę, bo mi natychmiast ciśnienie skacze, jak tylko gdzieś się pojawia temat gwałtu, a już szczególnie czyjejś ignorancji na ten temat. Pomimo wad, wciąż czyta się błyskawicznie i z przyjemnością, ale ocenę pierwszej części jednak musiałam obniżyć.
Ocena: 4/6