środa, 16 października 2013

Krótko o książkach, vol. 2

Wygląda na to, że prochy działają - jak przez pół roku nie mogłam za cholerę skończyć żadnej książki, tak teraz w dwa tygodnie przeczytałam wszystkie zaległe i jeszcze trochę. Umysł mi się rozjaśnia, powrót na jogę po trzech latach był świetnym pomysłem, wreszcie udało mi się dostać urlop (dosłownie przy każdym kroku los mi rzucał kłody pod nogi, od tego stresu włosy mi wypadały po prostu garściami), pozostało jeszcze dostać się na psychoterapię i zacznę wracać do normy, mam nadzieję, że na stałe. A póki co, parę kolejnych minirecenzji.

Andre Norton "Świat Czarownic"
Zaczynając lekturę, spodziewałam się trochę czegoś innego i koniec końców, nie bardzo wiem, co o tej książce myśleć. Choć stare wydanie Amberu jest cieniutkie (w przeciwieństwie do nowego, bo a nuż by się nie sprzedało), to lektura dłużyła mi się niemiłosiernie i nie zawsze nadążałam za fabułą. Główny bohater, Simon, zawiera układ z pewnym tajemniczym człowiekiem i przenosi się do zupełnie innego świata - tytułowego Świata Czarownic. Dalszej fabuły nie jestem w stanie opowiedzieć bez skakania po łebkach i spoilerach, a nie chcę nic przeinaczyć. Podobał mi się wątek technologii z innego świata, która w feudalno-magicznym uniwersum kobiet władających Mocą okazuje się być śmiertelnie niebezpieczna, ale mam wrażenie, że to największe zagrożenie zostało zwyczajnie zamiecione pod dywan - sprawa rozwiązuje się zdecydowanie za szybko i prosto. Co do głównego bohatera, to nie wzbudził mojej sympatii. Nosi znamiona marysuizmu, w ogóle nie otrzymujemy opisów jego trudności zaaklimatyzowania się w nowym świecie, z nowym językiem, zwyczajami, technologią et cetera, po prostu przeskakujemy od razu do momentu, w którym już jest zajebisty. Niewiele też wiadomo o jego życiu na Ziemi - według mnie, dzięki temu nabrałby głębi i wiarygodności. Na razie to tylko taki James Bond, służy do wpadania w tarapaty i wychodzenia z nich bez szwanku.
Ocena: 3,5/6

William Hope Hodgson "Dom na granicy światów"
Tę niepozorną książeczkę wygrzebałam w bibliotece i szczerze mówiąc, nie sądziłam, że okaże się taka dobra. Czyta się ją jak fascynującą creepypastę, w którą nie wiadomo, czy wierzyć, czy nie. Akcja zaczyna się od dwójki młodzieńców, wędrujących po urokliwych zakątkach Irlandii z namiotami, wędkami i chęcią przygód. Po znalezieniu w ruinach jakiegoś domu pamiętnika, obaj są zafascynowani zawartą w nim historią. Dalszy ciąg książki to właśnie zawartość tegoż rękopisu, pełna dziwnych zjawisk, strasznych stworów i niezwykłych cudów. Nie chcę nikomu psuć zabawy z lektury, ale najciekawiej robi się w rozdziale XV - od tego momentu wprost nie mogłam się oderwać. Jeśli miałabym do czegoś porównać, to ta powieść jest jak "Zew Cthulhu", jak by z niego wyciąć wszystkie nudne momenty i zostawić same paranormalne zjawiska. Czuć przy niej ten przyjemny dreszczyk, jaki czuło się w dawnych czasach, kiedy straszono nas czarną wołgą, diabłem pytającym o godzinę albo innymi nawiedzonymi domami.
Ocena: 5/6

Lauren Brooke "Heartland. Obietnica" (tom 10)
Mija rok, od kiedy Amy Fleming straciła w wypadku mamę. Od tamtej pory wspólnie z siostrą Lou, dziadkiem i przyjacielem Tregiem prowadzą Heartland - miejsce, gdzie niechciane konie odzyskują zdrowie i znajdują nowe domy. Amy otrzymuje wspaniały prezent: własnego konia, który nie musi szukać nowego domu, i pragnie zaangażować się w konkursy skoków. Tam poznaje Daniela - chłopaka, który wkrótce będzie potrzebował jej pomocy.
Książki o Heartlandzie mają jeden, ogromny minus - za szybko się kończą. Każdy tom pochłania się w kilka godzin, tak ciepłe i wzruszające są. Wad też im nie brakuje: koszmarnie przerysowana postać Ashley Grant jest opisywana jak karykatura czarnego charakteru - jest bogata, arogancka, konie i jeździectwo traktuje przedmiotowo, a w stadninie jej matki stosuje się surowe metody i przemoc. Do kompletu brakuje tylko picia krwi szczeniaczków. Amy zaś od początku serii była bardzo irytująca. Rozumiem, że śmierć mamy to straszna tragedia, ale jak dziewczyna na każdą informację reaguje wrzaskiem "NIE!!!" i uciekaniem do pokoju, to naprawdę zaczynam mieć dziewuchy dość. Tym bardziej, że narrator jakby trzyma jej stronę: w którymś z tomów Lou zamawia tańszą paszę od nowego dostawcy, na co Amy wydziera się, że ta pasza jest niedobra i konie na tym ucierpią. Ale nikt inny nie potwierdza tej teorii, nikt się do niej nie odnosi, poznajemy wyłącznie opinię Amy, która jest zafiksowana na zostawieniu wszystkiego w Heartlandzie tak, jak było za czasów, gdy jej mama żyła. Na szczęście z tomu na tom Amy robi się coraz mniej irytująca i seria wciąż jest przyjemna w odbiorze.
Ocena: 4/6

Licia Troisi "Legendy Świata Wynurzonego. Przeznaczenie Adhary"
JERZÓ, JAK JA KOCHAM OKŁADKI KSIĄŻEK TROISI. Khy, khy, już, przepraszam. W każdym razie, twórczość Troisi wyróżnia jeszcze coś oprócz okładek, a nie znajduję na to określenia lepszego od "cukierkowego mroku". Obok brutalnych sekt, straszliwych zaraz i krwawych scen walki w świecie tym istnieją też kolorowe, wielkookie duszki, wodniste nimfy i inne tęczowe smoki. Krew jest, mnóstwo krwi, ale bardziej z powodów estetycznych niż jakichkolwiek innych. Widać też, że autorka bardzo przywiązała się do swoich ulubionych postaci z "Wojen Świata Wynurzonego", pojawiających się w nowej powieści, bo każdą opisuje niemal identycznie, z równym uwielbieniem, a od wychwalania pod niebiosa Nihal, bohaterki "Kronik Świata Wynurzonego", już zaczynam rzygać (a "Kronik..." jeszcze nie czytałam). Co do "Przeznaczenia Adhary". Jest w niej wiele z marysuizmu: bohaterka ma różnokolowe oczy, granatowe włosy i całkowitą amnezję. Podobnie jest z pozostałymi bohaterami, ze starymi znajomymi z "Wojen..." na czele. Pojawia się nawet samotna łza! Ale wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Ani trochę mi to nie przeszkadza. Coś w tym jest, może w przedstawionym uniwersum, a może w stylu pisarskim, coś, co sprawia, że na dobrą sprawę wszystko to zdaje się do siebie pasować i nie mierzi tak bardzo. Niestety, minusem znów jest przedstawienie postaci. Na pierwszy rzut oka widać, których bohaterów autorka faworyzuje, a to odbiera im wiarygodności. Jest też sporo naiwności: Adhara szuka informacji o sobie w bibliotece (w świecie raczej feudalnym), jej przyjaciel czerpie przyjemność z zabijania nie dlatego, że po prostu ma taką mentalność, a opanowuje go furia bliźniaczo podobna do "bestii" żyjącej w Dubhe z "Wojen..."... Ale mimo to i tak czyta się nie bez przyjemności.
Ocena: 4/6

Katarzyna Michalak "Sekretnik"
Kiedyś przeczytałam wyrywkowo kilka rozdzialików tegoż i podziękowałam. Ale pomyślałam, że nie no, głupio po dwóch-trzech rozdziałach wystawić pałę i się cieszyć, że książka przeczytana, więc wzięłam się za "Sekretnik" od początku do końca. O matulu ty moja, jakie to jest męcząco głupie. "Sekretnik" dzieli się na dwie części: poradnikową ("Jak marzyć skutecznie") oraz wspominkową ("Czyli zbiór najfajniejszych opowieści znanych i nieznanych"). Ostrzeżenie z tyłu okładki głosi: "Sekretnika nie należy czytać w pociągach i środkach komunikacji miejskiej, bo ludzie dziwnie patrzą na wybuchających dzikim śmiechem współpasażerów. Poza tym możesz minąć swój przystanek", co jest bzdurą wierutną, bo wszelkie elementy komiczne są tak cholernie wymuszone, że nie rozbawiłyby nawet kasownika w tramwaju, a co dopiero pasażera tegoż, głupie i pełne lokowania wszelakich produktów, co tylko pogłębia efekt żenady. A jakich porad udziela nam pani Michalak? Wszelakich: od pisarskich po erotyczne, lecz najważniejsze jest drimowanie. Ten okropny w brzmieniu anglicyzm (jak tu w ogóle porównywać marzycielkę z jakąś udziwnioną "drimerką"?) według autorki oznacza spełnianie marzeń, a wiadomo, że największym marzeniem każdej kobiety jest "WILLA, LEXUS i KSIĄŻĘ..." oraz wydanie książki, najlepiej takiej, w której bohaterka ma willę (koniecznie w lesie), lexusa i księcia. A ponieważ w większości autorka skupia się na sobie, tak naprawdę jest to poradnik, jak zostać Katarzyną Michalak. I trudno się dziwić, bo na dobrą sprawę nic odkrywczego ani wartościowego nie ma nam do przekazania. W przerwach między udzielaniem światłych porad (takich jak: "Wiadomo bowiem, czym się kończy nieznajomość instrukcji obsługi — tym, czym suszenie włosów mikserem"), autorka ucina sobie pogawędki, które w założeniu chyba też miały być śmieszne, z bohaterką jej innej książki (a nawet całej trylogii), "Poczekajki". Czytanie tego pseudoporadnika sprawia fizyczny ból.
Ocena: 1/6

11 komentarzy:

  1. Hm, nowe wydanie "Świata Czarowni" też nie jest dużo grubsze, jeśli o liczbę stron chodzi i weźmie się pod uwagę różnicę formatu - ma tylko coś koło 240 stron. I wole nowe, bo ma większe litery.;) Generalnie mam jakiś straszny sentyment do tego cyklu Norton, choć w jednym się zgodzę - szkoda, że nie ma tych trudności z zaaklimatyzowaniem lepiej opisanych.

    'jakiegoś domu pamiętnika, oboje są zafascynowani" - ekhem, a który był kobietą? (NMSP)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fuck. xD Nie zwróciłam uwagi, już poprawiam.

      Usuń
  2. Mnie się Norton podobała,jakieś klimatyczne te książki były.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  3. To przerażające, jak moja mama zaczytuje się w książkach Michalak...

    OdpowiedzUsuń
  4. U, poszukam "domu...", zainteresowałaś mnie. Ale przedtem mam do przeczytania pewien pdf... i zamierzam go przeczytać, jak tylko trochę się ogarnę. Najpierw dopadła mnie wrześniowa masakra, potem zaginęłam na tygodnie w dziekanacie, teraz walczę z wirusowką. W planach mam jeszcze egzamin, na który umiem średnio, więc czytanie odłożę prawdopodobnie do emerytury. Bardzo lubię twoje zestawienia książek, konkretnie, krótko, plus opis klimatu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Sekretnik brzmi tak absurdalnie źle, że gdybym miala wiecej czasu na tego typu stuff to z pewnoscia bym wciagnela sie w bycie drimerka :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Czyli "Sekretnik" jednak przeczytany.

    OdpowiedzUsuń
  7. Legendy jakoś bardziej mi się podobały niż Wojny, Adhara była moim zdaniem milsza. Z książek Troisi najbardziej mi do gustu przypadła Dziedziczka smoków. Co prawda głównej bohaterki, Sofii, nie lubię to Lidję, jej przyjaciółkę, polubiłm bardzo. I owszem okładki są suuper ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, trzeba przyznać, że Adharę bardziej da się lubić od Dubhe. Co prawda jej ślepa miłość do Amhala jest irytująca, ale jestem w połowie drugiego tomu i zapowiada się na to, że wreszcie przejrzy na oczy. ^^

      Usuń
  8. Nie ma jak odezwać się z uberpłytkiego powodu, ale też uwielbiam okładki książek Troisi. Tak bardzo, że chociaż jej książki tylko raz do mnie trafiły ("Dziedziczka Smoka"), to co jakiś czas próbuję ugryźć coś z "Kronik" albo "Wojen". Nie wychodzi mi. Niechęć do postaci kobiecych, czy coś takiego.
    Aha, gratuluję przebrnięcia przez Michalak. Ale w sumie Olszańską zniosłaś, Michalak nie może być dużo gorsza, nie?
    A poza tym odzywam się, bo już od jakiegoś czasu wesoło stalkuję Twojego bloga (jedyny pamiętnik, jaki stalkuję, mój Boże). Masz ciekawe opinie i podoba mi się ta faza na kucyki, jejciu. Jest taka pocieszająca. Sugeruje, że osoby oglądające kucyki to nie tylko... hm, bronies. xD

    OdpowiedzUsuń