wtorek, 17 grudnia 2013

Zebrać wszystkie karty!

"Jestem z tobą, choć mnie nie widzisz"
(Powinno mieć deszczowe tło, ale ni umim)
(Zapomniałam o cutie markach, fuck)
Spędzam urlop bardzo produktywnie: budując ród w Simsach, durr hurr.

Ostatnio dokonałam najbardziej spontanicznego zakupu ever. Dzięki niemu odkryłam swoje nowe, poboczne hobby: kolekcjonowanie kart. Pisałam już kiedyś, że o mało się nie przewróciłam ze szczęścia, gdy wprowadzili do Polski karty Bella Sara. Już je, niestety, zdążyli wycofać, ale nim to nastąpiło, udało mi się zebrać wszystkie, jakie wyszły poza promocyjnymi, które nawet nie wiem, czy można było w jakikolwiek sposób dostać. Choć boostery były dość drogie (przynajmniej jak na moją kieszeń), to cudowne uczucie towarzyszące otwieraniu ich i odkrywaniu zawartości było jak dostawanie co tydzień gwiazdkowych prezentów-niespodzianek. Uzależniające! Niestety, wraz z końcem marki Bella Sara w Polsce z grubsza straciłam możliwość powiększania swojej kolekcji. Bez przekonania przeglądałam różne kolekcjonerskie gry karciane, nie mogąc znaleźć czegoś dla siebie, co zbierałabym z równym zamiłowaniem i dziecięcą radochą. Aż trafiłam na Racial Wars... Jak zobaczyłam te smocze grafiki, nie mogłam się powstrzymać i niewiele myśląc, złożyłam zamówienie na stronie wydawcy. No bo halo, 30zł za praktycznie dwa zestawy gry, z których każdy na Allegro stoi po 40-70? Kto by nie brał?! Luby mi zmywa głowę, że bez sensu kupować grę, w którą się nie zamierza grać (próbowałam ogarnąć trzy różne karcianki - nie ogarnęłam, no po prostu za nic w świecie nie byłam w stanie, potrafię grać tylko w Munchkina), ale co on tam wie. Dla mnie najważniejsza jest wartość kolekcjonerska, a w przyszłości ma wyjść dużo dodatków i boostery. Mój wewnętrzny smok-zbieracz pęka z uciechy. <3

Jednocześnie zaczęłam się pilniej rozglądać za duperelami, które mogłabym dołączyć do kolekcji. Karty z piłkarzami i celebrytami są najłatwiej dostępne, ale mnie z oczywistych względów nie interesują. Wiem, że istnieją karty My Little Pony: Friendship is Magic, czemu ktoś tego nie sprowadzi do Polski? Co prawda wizualnie pupy nie urywają, ale to są KUCYKI. Różne cuda widziałam, nawet karciankę z serialową Xeną, ale jestem wybredny grzdyl i nic mi się nie podoba. Totalnie najlepsze byłyby jakieś epickie grafiki fantasy, ze smokami, jednorożcami i w ogóle. Od razu się nasuwa Magic the Gathering - grafiki ma przepiękne, ale trochę boję się tego, bo ma pierdyliard edycji (a jak by jakiś nerd usłyszał, że zbieram to dla obrazków, to by mnie chyba berdyszem prześwięcił), ale nie wykluczam, nie wykluczam.

No, niech moja cudna kolekcja trochę urośnie, to może nawet spróbuję dorwać lepszy aparat i ją uwiecznić, bo trochę smutno, że nie mam z kim się dzielić i komu chwalić swoimi pasjami. Tymczasem idę piec furę pierniczków, takich z nadzieniem, w polewie i w ogóle. Będę musiała wykorzystać całą swoją siłę woli, by nie zeżreć wszystkich od razu.

piątek, 13 grudnia 2013

Dużo dupereli

daily Raindancer
Miałam świetny sen i zaczęłam już go zapisywać w ramach Somnamskrybizmu, ale był taki długi i dokładny, że wyjdzie tego chyba z piętnaście stron, więc się zastanawiam, czy by od razu nie zrobić z niego pełnoprawnego opowiadania. Będą zombie, apokalipsa, żołnierze w typie space marine i w ogóle. Tymczasem, zmieniam avatarek - bo tak.

Znalazłam wreszcie swój styl jeśli idzie o rysowanie kucyków. Styl czysto G4 kompletnie mi nie wychodził, zwłaszcza pyski, G2 był o wiele za słodki, więc udało mi się stworzyć coś pomiędzy i tak już zostanie. Aż mnie kusi, by zainwestować w tablet, bo szewskiej pasji dostaję przy próbach operowania myszką w fotoszopie, ale z drugiej strony nie przyda mi się to do niczego poza okazyjnym bazgraniem kucyków bez teł... Tyle mało sensu życia.

Próbuję sobie zająć czas czymś twórczym. Maniakalnie rysuję kucyki, piszę, maluję, takie tam czynności, które nigdy mi się do niczego nie przydadzą, ale ładnie wyglądają, a ja nie sprawiam dzięki ich robieniu wrażenia totalnego darmozjada. Parę dni temu skończyłam moją pierwszą PMVkę (pony music video) - co prawda do tej muzyki chciałam wykorzystać postać Tyrcia z mojej powieści, która chwilowo utknęła na rzecz szybszego skończenia zbioru o Coridallu, ale musiałabym w tym celu wszyyystkie kadry ręcznie rysować i animować, a pojęcia o tym bladego nie mam, więc pozostały kucyki.


No, a propos Coridalla - pisze się. Całkiem nieźle mi idzie i potwornie mi się podoba pisanie o jego przygodach. Mam wrażenie, że za dużo tam takiego nużącego wyjaśniania, a za mało właściwej akcji, więc będę musiała nad tym jeszcze popracować. Aż zapodam króciutki fragment z opowiadania, nad którym właśnie pracuję. Chwalipienctfo! <3

Ech, ale w sumie to smutno trochę. Przydałby się ten storm trooper w pokoju, albo najlepiej Vader. Przytuliłabym.

Czarnoksiężnik i to, co wyszło za nim z grobowca

Nagle usłyszałem hałas i coś walnęło mnie w głowę. Omal nie umarłem ze strachu i odruchowo złożyłem dłonie, krzycząc: „Ny!” – natychmiast zdałem sobie sprawę z tego błędu, lecz było już za późno. Usłyszałem głośne krakanie i zalała mnie fala gniewu, gdy zdałem sobie sprawę, że powodem całego zamieszania była Tiriana. Nie zdążyłem jednak na nią nawrzeszczeć, bo pomknęła wąskim korytarzem na powierzchnię, kracząc, jakby ją z piór obdzierano. Zdezorientowany Jayce wstał i uniósł wysoko dłoń z ognikiem.
- Co się stało?
Spojrzałem pod nogi; misterny rysunek na ziemi był zatarty, dwie świece przewróciły się i zgasły, rozlawszy wokół wosk. Zakląłem.
- Przez tę kretynkę muszę zaczynać od początku – warknąłem, wściekły na cały świat. Im bliżej świtu, tym słabsza energia kurhanu.
Za moimi plecami coś zachrobotało. Ze zgrozą przypomniałem sobie, że przez przypadek rzuciłem zaklęcie. Odwróciłem się. Z jednego miejsca na ścianie powoli osuwała się ziemia; grudki piachu sypały się, tworząc rosnący w oczach stożek na podłożu.
Jayce chciał dać nogę, ale złapałem go za rękę, w której płonęło magiczne światełko i zbliżyłem do ściany, by była dobrze oświetlona. Uczeń wybełkotał coś niezrozumiałego, gdy oboje patrzyliśmy, jak z miałkiej ziemi coś się powoli wynurza. Zacząłem mieć bardzo złe przeczucia – ale nie, przecież to nie było możliwe, by...
Z wnętrza ziemi przebiło się ostrze miecza, emanujące złowrogą, zielonkawą poświatą. Jayce przestał dbać o pozory i próbował mi się wyrwać, ale nie pozwoliłem mu na to. Musiałem przekonać się na własne oczy, czego nieumyślnie dokonałem.
Większa część ściany osunęła się gwałtownie, spowijając nas w obłoku pyłu. Kaszląc i mrużąc oczy, z przerażeniem patrzyłem, jak z zasypanej wnęki wychodzi pochowany w niej przed wiekami wojownik: z przegniłą skórą, ledwie oblekającą szkielet; z pordzewiałą, starodawną zbroją wiszącą na poczerniałych kościach; z długim, wyszczerbionym mieczem w jednej dłoni i okrągłą tarczą w drugiej; roztaczający wokół siebie mdlący zapach śmierci i swąd magii. Stojący pewnie na nogach, w pozycji gotowej do ataku, wpatrzony w nas oczodołami, w których świeciły na szmaragdowo dwa upiorne ogniki.
Bardzo pragnąłbym móc powiedzieć, jak bohatersko stawiłem czoła tej niespodziewanej przeszkodzie i po wielkim zwycięstwie nonszalancko otrzepałem dłonie i wróciłem do domu.
Prawda jest niestety taka, że wrzeszcząc, ile sił w płucach, rzuciłem się do ucieczki.


sobota, 7 grudnia 2013

Moi najlepsi przyjaciele

Tak sobie usiadłam i pomyślałam: zaraz, zaraz, przecież ja nie jestem samotna. Mam piątkę wspaniałych przyjaciół, najlepszych, jakich można mieć. Żaden niepodobny do drugiego, totalnie zakręceni, zabawni, empatyczni, zawsze przy mnie, czy ich potrzebuję, czy nie. Nie wyobrażam sobie życia bez nich.

Dobra, walić ten build-up, i tak już wszyscy zauważyli zdjęcia poniżej i wiedzą, o kogo chodzi. 

Manfred, królik rasy baran
Maniek ma już swoje lata, lecz wciąż jest rozbrykanym pieszczochem. Ze starości nabawił się częściowego paraliżu pyszczka, co poskutkowało tym, że ma krzywą mordę, co jednak nie przeszkadza mu w byciu przesłodkim. Wraz z wiekiem przyszła też upragniona mądrość - w pierwszych latach swojego życia zeżarł mi w pokoju tapetę na wysokości pół metra na wszystkich ścianach, teraz już mu się odechciało psot i kica luzem po całym domu, ku uciesze domowników natykających się na niego piętro niżej. Jego ulubiona zabawa to branie w pyszczek nakrętki od słoika i zachrzanianie z nią po pokoju. Swego czasu, nim w moim pokoju położone zostały panele, doprowadzał mnie do białej gorączki tym, że ustawicznie wskakiwał na łóżko celem obsikania go. Samo obsikanie to nic, ale Manfufu miał w zwyczaju podczas tej czynności energicznie majtać tyłkiem, co skutkowało tym, że fontanna sików rozpryskiwała się na łóżko, ściany i moją twarz. Niezapomniane przeżycie. A mimo to - nie wyobrażam sobie życia bez tej małej, puchatej paskudy, która potulnie daje się miziać zawsze, gdy jest mi smutno.



Kaja, cocker spaniel
Kaja aka Dzidul przybyła do naszego domu jako mały, rudy pulpet i nikt nie spodziewał się, jak bardzo odmieni jego mieszkańców (to żem pojechała frazesem). Od zawsze mieliśmy psy różnej maści i rozmiarów, ale chyba z żadnym nie zżyliśmy się tak, jak z Kajką. Jak się patrzy na te rude fumfle i smutne oczy, to się po prostu nie da nie kochać (i nie dać kaszanki). Wywróciła do góry nogami nie tylko nasze życie, ale też Saby - suni owczarkowato-niemieckiej, która w lecie tego roku niestety odeszła. Kajka nauczyła ją wyć za każdym razem, gdy słychać syrenę z remizy strażackiej naprzeciwko naszego domu (niestety...), szczekać na małe dzieci za płotem i jeść jedzenie z miski dopiero po tym, jak się je z niej wyjęło. Do perfekcji opanowała sztukę sępienia wszystkiego, co sobie człowiek wkłada do pyska i słynie z zamiłowania do oscypków. Umie dawać głos, chyba że jej się nie chce, to kicha albo robi "mru" i uważa, że zadanie wykonane. A w nocy chrapie jak niedźwiedź.


 Luna, Moria, Rancor - trio gekonów lamparcich
O nich było tu nie raz i jeszcze często będzie o nich słychać, bo śmieszne i urocze są jak jasna pelargonia. Mój ulubieniec to Rancor, czyli ten żółty, który kiedyś był Bogą, ale okazał się być samcem, więc został przechrzczony na inną bestię z "Gwiezdnych wojen". Uwielbiam go szczególnie za spojrzenie - ma tzw. snake eyes, czyli oczy do połowy całkowicie czarne, przez co wygląda, jakby miał takiego uroczego, derpowatego zeza. Lubi przesiadywać na najwyższej półce terrarium oraz na rozgrzanym laptopie, oglądając ze mną let's playe. Luna (czarno-żółto-zielona) to zdecydowana liderka, która wygryzła z hierarchii nawet samca, który teoretycznie powinien dominować w haremie, ale w praktyce to pantoflarz. Chyba jako jedyna ogarnęła, po co w terrarium stoi miska, bo tylko ją wielokrotnie przyłapałam na jedzeniu robali z niej - resztę gadów muszę z pęsety karmić, co jest w sumie całkiem zabawne. No i w końcu Moria - największa outsiderka, lubiąca człowieki tylko wtedy, kiedy dają jej jeść i całkowicie ich ignorująca, gdy tego nie robią. Z jakiegoś powodu ma słabe mięśnie - mimo że jest dobrze odżywiona - i kłopoty z utrzymaniem równowagi, ale radzi sobie z tym bardzo dobrze i nie przeszkadza jej to w eksplorowaniu terrarium. Jak już wspominałam - te potworki są prześmieszne. Kiedyś Rancor zobaczył mój palec i uznał, że to robal, więc niewiele myśląc, uchlał mnie, chwilę trzymał, po czym puścił i spojrzał prosto na mnie z potwornym wyrzutem i miną mówiącą: "To nie robal! Oszukałaś mnie!".