O czym szumią wierzby

wtorek, 26 marca 2013

Kwestia stroju

No dobra, wiem, że ostatnio piszę nowe notki tak średnio co godzinę, ale smutno mi i muszę się wyżalić.

Otóż przeglądam zdjęcia z Pyrkonu i wpadam w coraz większy dół. Doskonała większość strojów uczestników prezentuje się świetnie. Ale zdjęcia dziewczyn przewijam szybciej, nie zatrzymując się na nich na dłużej. Bo wiem, że wszystkie co do jednej wyglądają lepiej ode mnie: ładniejsze buzie (kutfa, nienawidzę tego słowa, ale "twarz" mi tu jakoś nie pasuje), zgrabniejsze sylwetki, piękniejsze stroje. Doskonale zdają sobie sprawę, że są ładne i nie boją się ubrać wyzywająco. Ja się boję.

Z jednej strony chciałabym choć spróbować pokazać się w stroju jakiejś seksbomby, ale z drugiej - z góry wiem, że nie czułabym się komfortowo, że boję się, że nie lubię, że mi to nie odpowiada z wielu powodów. Drugiego dnia konwentu zakryłam brzuch nie tylko z powodu przeraźliwego zimna, ale też po prostu ze wstydu. Z czasów podstawówki i gimnazjum został mi trwały uraz do głupich, pustych zdzir, które wyzywającym strojem uzupełniają znaczne braki intelektualne (między innymi dlatego, że się swojego od takowych nasłuchałam, jaka to ja nie jestem). Taki cosplay to zupełnie inna para kaloszy, ale boję się, że byłabym właśnie tak postrzegana, gdybym przebrała się za, nie wiem, Leię-niewolnicę. Jeżu kolczasty, przecież ona jest prawie kompletnie naga, już wolałabym się przebrać za Jabbę niż wyjść tak do ludzi. Nie chcę być postrzegana wyłącznie jako obiekt seksualny. A wiem, że tak by było.

Może to dlatego lubię przebierać się za postaci męskie. Oni nigdy nie są postrzegani jako zdziry (zniewieściałe lalusie z anime się nie liczą [sorry, ale oni mnie naprawdę irytują]). Patrząc na cosplay mężczyzny nikt nie pomyśli, że próbuje zwrócić na siebie uwagę niczym klasyczna attention whore. Kapitan Zee, Viktor - dla pewnego wąskiego grona (mnie) może są seksowni (Zee nie, on jest po prostu cudownie ekscentryczny), ale nie przejawia się to w świeceniu golizną i wypinania tej czy innej części ciała do obiektywu. A samego obiektywu też się boję - bo choć czasem patrząc w lustro pomyślę sobie w przypływie narcyzmu, że aż taka szpetna nie jestem, to na zdjęciach ZAWSZE wyglądam jak mutant.  Tak, że za ghula z Fallouta mogłabym robić i bez kostiumu.

Polubiłam cosplay i nadal chcę to robić. Ale... trochę mi przykro. Jednocześnie chciałabym i nie chciałabym przebrać się w coś kobiecego. Tak - by się podobać innym. Nie - bo sama siebie bym się brzydziła. Tak źle i tak niedobrze.

Dodatkowo do szału doprowadza mnie ta niekończąca się zima. Mam dość tych obrzydliwych swetrów, golfów i grubych skarpet, w których po prostu nie da się ładnie wyglądać. Chcę znów móc nosić zwiewne spódnice, lekkie bluzki z rękawami do ziemi i gorsety, i kolczyki bez strachu, że zaplączą mi się w ten zasrany szalik i je zgubię. Wywalić w cholerę tę paskudną czapkę, w której czuję się jak kloszard, ale bez niej jest mi za zimno i natychmiast się przeziębiam. Było, nie było - wciąż jestem kobietą i lubię czuć się ładna, nawet jeśli brzydzę się makijażu i idąc przez tę obrzydliwą, zaplutą Łódź słyszę głównie śmiechy i szyderstwa z mojego ubioru. Ech, odechciało mi się w ogóle wychodzić z domu. Tu przynajmniej nikt nie widzi, że wyglądam koszmarnie.

Powinnam chyba zrobić na ten bełkot osobny tag: marudzenie.

poniedziałek, 25 marca 2013

O Pyrkonie 2013 słów kilka

Pyrkon 2011 był pierwszym konwentem, na jaki w życiu pojechałam. Szczerze mówiąc, niewiele z niego pamiętam, ale był na tyle fajny, że - napatrzywszy się na stada cosplayowiczów - postanowiłam przebierać się na każdy kolejny. I tak na Polcon 2011 w Poznaniu pojechałam przebrana za swoją lumpeksową wersję Milvy. I również było bardzo fajnie, choć szczegóły też rozmywają mi się w pamięci - poza zgrzytaniem zębów, gdy moje kochanie zostawiło na jakimś stoisku torbę z między innymi nowiutkim Munchkinem Cthulhu i moim "Tkaczem Iluzji" z autografem, i 2 godziny spędziliśmy na poszukiwaniach, aż w końcu do punktu informacji przyniósł zgubę skonfundowany właściciel stoiska i wszystko skończyło się dobrze. Next one: Pyrkon 2012, na którym przebrałam się za Kapitana Zee z Romantically Apocalyptic i cała w skowronkach kicałam po terenie konwentu, bo zarąbisty był. ^^ Polcon 2012  we Wrocławiu już nieco mniej - organizacyjne wpadki i koszmarny upał nawet w środku budynku niepozwalający mi na noszenie zbroi Viktora z LoLa dłużej niż czas trwania konkursu (choć może to i dobrze, bo paskudna była) nie wpłynęły dobrze na moje samopoczucie.

A co do Pyrkonu 2013...

Tym razem przebrania nie było. Miał być bliżej nieokreślony, zdzirowaty strój postapokaliptycznej złodziejko-mechani...czki? ale plan upadł wraz z nienastaniem wiosny, co z miejsca doprowadziło mnie do kur... szewskiej pasji. Pierwszego dnia próbowałam dzielnie chodzić z gołym brzuchem, ale no po prostu się nie dało - za zimno.

Nie miałam jednak czasu na martwienie się wyglądem, bo już pierwszego dnia wieczorem miałam poprowadzić swoją pierwszą prelekcję: warsztaty kolczugi. Start był nieco opóźniony przez drobne nieporozumienie z ludźmi prezentującymi jakieś zbroje, ale w końcu udało się zacząć. Kompletnie zapomniałam, co chciałam powiedzieć. Na dokładkę nie dostałam od organizatorów wody (:C) i tak mi w pysku zaschło, że ledwo byłam w stanie mówić i musiałam sępić od przybyłych (dziękuję ci, anonimowa darczycielko <3). Ale jakoś mi się udało zacząć i choć pół godziny później martwiłam się, że za chwilę nie będziemy mieć co robić i wszyscy ze mną włącznie umrą z nudów, gdy następny raz spojrzałam na zegarek, już się zbliżała północ i musiałam kończyć. Tylko jedna dzielna osóbka wytrwała całe trzy godziny (to może jednak było nudno?), ale w miejsce tych, co poszli przychodzili następni i jakoś się wszystko szczęśliwie potoczyło. Mam nadzieję, że nie było tragicznie. Wszystkim, którzy przyszli, dziękuję za obecność i pozdrawiam serdecznie Chomiczka. ^^
(PS Dla zainteresowanych - prezentacja z warsztatów, wraz z instrukcjami i linkami do większej ich ilości: klik!)

Następnym dużym wydarzeniem był konkurs strojów Maskarada następnego dnia. Tym razem nie brałam udziału i pożałowałam tego natychmiast, gdy na scenę zaczęli wylewać się uczestnicy w świetnych (w większości) strojach. Największe wrażenie zrobił na mnie Traktor i jego operatorka, Dragonslayer Vayne (przecierałam oczy ze zdumienia, jak ją zobaczyłam) oraz 9 z filmu pod tym samym tytułem - sama planowałam jego (albo 7) cosplay, ale na bank nie zrobiłabym tego lepiej. Był świetny pod każdym względem, choć po reakcji publiczności wnoszę, że mało kto wiedział, kim on właściwie jest. Wstyd, won do kąta i oglądać "9"! Był nawet kolejny Zee i - co gorsza - wyglądał lepiej ode mnie rok temu. Grr. Jednocześnie cała Maskarada wpędziła mnie w depresję: żałowałam, że tym razem nie miałam żadnego stroju i czułam się strasznie paskudna w porównaniu z tymi wszystkimi roznegliżowanym dziewczynami, z którymi wszyscy chcieli robić sobie zdjęcia, tym bardziej, że wiem, że nie czułabym się komfortowo w takiej roli. I nagle spłynęło na mnie olśnienie - już wiem, za kogo przebiorę się za rok i jaką zrobię scenkę. Nie, nie powiem, kim będę - będzie niespodzianka! Tak, znowu przebiorę się za faceta. ;P Deal with it. Siłą rzeczy postaci męskie pociągają mnie bardziej, a żeńskie - głównie irytują, bo mają tylko jeden cel istnienia, z którym nie mam ochoty się identyfikować. I boję się wyjść na scenę bez maski czy hełmu. Ups, spoiler.

Z rzeczy bardziej prozaicznych: tym razem skorzystaliśmy z lubym z noclegowni na terenie Targów Poznańskich (czy jak tam się ten kompleks nazywa), bo jak sobie wyobraziłam brnąć za każdym razem w tym śniegu i lodzie do szkoły nieopodal, to mi się słabo robiło. Pomysł był o tyle dobry, że było blisko i bez ścisku (nawet mimo 12,5 tysiąca osób, które odwiedziły konwent - ja pierdzielę, to 2x więcej niż rok temu!). Minusem było to, że ta wielka hala była albo ogrzewana słabo, albo wcale, bo zimno było jak ja pierdzielę. Że nie wspomnę o prysznicach, z których nie leciała zimna woda, o nie. To musiał być ciekły azot, bo coś tak lodowatego nie mogło być zwykłą wodą. Drugiej nocy przestałam dbać o pozory i poszłam spać brudna i w ubraniu, bo inaczej wytrzymać się nie dało. Na dokładkę nieopatrznie rozłożyliśmy się ze śpiworami niezbyt daleko od wejścia i w nocy okazało się, że na tym poletku światła nie są gaszone i wielkie halogeny dawały nam po oczach. Ale mimo tych niedogodności (i twardej podłogi... mój biedny tyłek) nie dość, że udawało mi się zasnąć, to jeszcze WYSPAĆ. Magia, no.

Poza tym bardzo podobały mi się powiększone rozmiary games roomu (w którym i tak szybko wyczerpywało się miejsce) oraz zorganizowanie jednej dużej hali specjalnie dla wystawców i sklepików. Wreszcie nie trzeba było łazić po wszystkich budynkach w poszukiwaniu najciekawszych stoisk - wszystko w jednym miejscu. Tyle wspaniałych dupereli, a tak mały budżet... *chlip*

Podsumowując: było zajebiście. Najlepszy konwent, na jakim do tej pory byłam. Chcę jeszcze!

środa, 20 marca 2013

Uprzejmie melduję, iż:

  1. Mam dość śniegu.
  2. Mam dość marznięcia w domu i poza nim.
  3. Mam dość suchych i szczypiących od mrozu dłoni.
  4. Mam dość łażenia w swetrach zamiast moich pięknych fantasy-like ciuchach.
  5. Mam dość ubierania się w płaszcze, szaliki i odrażające czapki.
  6. Mam dość ustawicznych ciemności i całkowitego braku słońca.
  7. Mam dość brodzenia w na wpół roztopionej brei.
  8. Mam dość samochodów chlapiących na mnie na wpół roztopioną breją.
  9. Mam dość wiatru pizgającego mi mrozem prosto w twarz niezależnie od obranego kierunku.
  10. Mam dość tego, że na przystanku nie mogę z dłońmi zrobić nic - książki wyjąć, telefonu - poza włożeniem ich do kieszeni, by nie przemarzły na kość.
  11. Mam dość okien ociekających mi co rano wodą, przez co nie mogę niczego położyć na parapecie.
  12. Mam dość okularów zaparowanych za każdym razem, gdy wejdę z zewnątrz do domu.
  13. MAM DOŚĆ, KUROPATWA, WSZYSTKIEGO.
Dziękuję, dobranoc.

PS Boga właśnie śpi z łepkiem na łepku Morii i wyglądają tak słodko, że się zaraz rozpłynę. Niestety, gówniany sprzęt (którego też mam dość) nie pozwala mi na zrobienie dobrego zdjęcia.

niedziela, 17 marca 2013

Smoki pod strzechą

No ja nie wytrzymam po prostu, by się nie pochwalić. ^^ Z inicjatywy mojego lubego zaczęliśmy wdrażać plan założenia sklepu terrarystycznego. Krok 1: hodowla gekonów lamparcich. Z braku miejsca w jego mieszkaniu, mały harem kilka dni temu zamieszkał u mnie. Terrarium postanowiliśmy zbudować sami, bo tak taniej i w sumie ładniej. Podłogę i ściany boczne wycinał luby, jednak w następnym tygodniu nie mógł przyjechać i wyrzynaniem kolejnych elementów musiałam się zająć sama. Powiem wam, że w życiu się tak nie nabluźniłam i nawrzeszczałam, jak wtedy. A żeby było śmieszniej, to okazało się, że mój tata nie dał nam do tej roboty ostrej piły do wyrzynarki, "a bo nie pytaliśmy". Ale zlitował się i pomógł mi wszystko wyciąć jeszcze raz, tym razem równo. Pomógł także z dopasowaniem, wycięciem i wstawieniem szyb - i tak powstał Chocapic.

Wybaczcie kijową jakość zdjęć, ale nie dysponuję niczym lepszym od mojego telefonu. .__." Oto efekty trzech tygodni pracy, przy których oczywiście MUSIAŁAM o czymś zapomnieć: nie popaćkałam silikonem w jednym rogu pod wentylem i piasek się beztrosko sypie przez cieniutką szparę. Jedna szyba wygląda, jakby ją ktoś ugryzł, ale wszystkie krawędzie są wygładzone, więc nie panikujcie, żadnemu gekonowi nie stanie się tu najmniejsza krzywda.

Gekonki przyjechały dopiero przedwczoraj i wciąż się trochę cykają, ale zdaje się, że podoba im się nowe mieszkanko. Najbardziej upodobały sobie spadek po krabie lubego - tzw. Górę Przeznaczenia. Oblegają ją ze wszystkich stron: po jednym gekonie za górą, w górze i na górze.

Terrarium w połowie prac - to jedyne w miarę ostre zdjęcie Góry Przeznaczenia.

Co zaś się tyczy samych lokatorek... Są trzy: biało-czarna Luna, żółta Boga i biało-kremowa Moria, najmłodsza i najmniejsza (nie chce mi się szukać profesjonalnych nazw ich umaszczenia, znawcy tematu poznają po zdjęciach ;P). Choć są tu od niedawna, już można o każdej z nich coś powiedzieć. Luna to po prostu ninja - w jednej chwili leży schowana między ścianą a górą, wyjdziesz na minutę z pokoju, a jak wrócisz, to Luniak już siedzi na najwyższej półce i spogląda na ciebie z wyższością. Boga - moja ulubienica, nazwana tak po jaszczurze z "Gwiezdnych Wojen" - czasem wyjdzie na widok, ale kiedy zauważy, że ktoś na nią patrzy, zawstydza się i powoli wycofuje w zacienione miejsce. Ale najwięcej zabawy jest z Morią. Ten maluszek niemal wszystko robi z zamkniętymi oczami. Pierwsze, co zrobiła po wpuszczeniu do terrarium, to próba wspinaczki po ściance z kamyków, ale natychmiast się zmęczyła i... zasnęła, przyklejona do ściany w dziwnej pozie. Następnego ranka przysnęła na wentylu nad miseczką robali. Kiedy luby otworzył terrarium, by wymienić wodę, ten głupol - nie otwierając oczu - wylunatykował na zewnątrz wprost na nasze dłonie. I tam znowu zasnął. W życiu nie widziałam niczego słodszego. ^^

To jedna z wielu dziwnych póz, w których potrafi spać Moria. W tej chwili drzemie gdzieś pod sufitem Góry Przeznaczenia i ogonek jej zwisa.

A tu Moria w chwili, kiedy wylunatykowała na ręce lubego. ^^

Luna i Boga, dla odmiany nie śpią.

Za jakiś (pół roku?) czas, kiedy już wszyscy się ze wszystkimi oswoją, spróbujemy dopuścić do panienek samczyka i - miejmy nadzieję - zaczniemy hodowlę. Póki co prężnie rozwija się hodowla mączników młynarków, których widok przypomina mi ten odcinek "Gęsiej skórki" o chłopcu, który uwielbiał glisty.

sobota, 9 marca 2013

Giddy up!

Uwielbiam gry komputerowe. Z uciechy się niemal posikałam w klasie maturalnej, kiedy jako jeden z tematów do wyboru na maturę ustną z polskiego była "Moralność w grach komputerowych" i później na studiach kulturoznawczych, gdzie miałam okazję już być na dwóch przedmiotach dodatkowych na temat gier. A jednak nie jestem tak zwanym hardkorowym graczem, zwłaszcza w ostatnich latach, bo takiego Wiedźmina pierwszej części do tej pory nie przeszłam, a tu już trójka wychodzi... Cóż, mam mechanizm zafiksowywania się na jednym tytule przez dłuuugi okres czasu. Tak było z Heroes of Might and Magic III i IV, Morrowindem, Oblivionem, Falloutem 3 i Dragon Agem (jeżu w borze, dlaczego dopuścili do tego, by druga część była taka wujowa...). A jak mi się to chwilowo znudzi, to mam ochotę pograć w coś lekkiego, niewymagającego i uroczego. Takie właśnie są uwielbiane przeze mnie... gry o konikach. ^^

Niestety, choć jest ich sporo, to nie można znaleźć na ich temat zbyt wielu dobrych recenzji i w związku z tym ciężko wybrać taką grę, która nie okazałaby się małym koszmarkiem. Dlatego zrobię krótki spis końskich gier, w które do tej pory grałam, wraz z krótkimi recenzjami i moją opinią. Ot, może komuś się przyda. Wybaczcie brak screenów własnych, ale nie mam w tej chwili wszystkich tych gier na dysku. Kolejność, jak zwykle, przypadkowa. Wszystkie gry testowałam na PC, nawet jeśli przytoczona okładka sugeruje coś innego.

1. Bella Sara

Pierwsza gra na PC na podstawie marki, która od roku istnieje także w Polsce (ale już nie wypuszczają kart kolekcjonerskich... :C). Jedna z niewielu gier o koniach, które zawierają w sobie elementy fantastyczne w dominującej ilości. Rzecz dzieje się w znanej miłośniczkom Bella Sara krainie - Najdalszej Północy. Tworzymy sobie strasznie brzydką postać i zaczynamy całkiem przyjemne życie w stadninie sympatycznej staruszki imieniem Freya. Nasz pierwszy koń to izabelowaty Excelsior, później możemy odblokować ognistą Fionę, obwieszoną perłami Jewel, władcę burz Thundera oraz boginię koni we własnej osobie (?) - Bellę. W trakcie gry otrzymujemy dużo bliźniaczo podobnych zadań: po kilka razy zbieramy jabłka w sadzie, muszelki na plaży, grzybki w lesie, gonimy kapelusz, papugę, elfa i od czasu do czasu bierzemy udział w biegu z przeszkodami celem zdobycia trofeów. Prócz tego zbieramy podkowy, które są walutą w grze oraz kolekcjonujemy karty z magicznymi końmi, które później możemy obejrzeć w naszym domku.

Grafika, delikatnie mówiąc, nie zachwyca - no cóż, gra nowa nie jest - ale jak już przywykniemy do ogólnej kanciastości i jaskrawych kolorków, możemy czerpać sporo przyjemności z biegania po magicznym świecie i zbierania kart (obrazki na tychże pochodzą z pierwszych serii, więc w większości są brzydkie, ale jeśli ma się cierpliwość, wystarczy wejść w odpowiedni folder i pobawić się w podmienianie brzydkich obrazków na ładniejsze). A biegać można, jak wspomniałam wyżej, po trzech lokacjach: sadzie, który jest ogromny, mało ciekawy i łatwo się w nim zgubić, plaży, gdzie można galopować PO CHĘDOŻONEJ TĘCZY oraz po lesie - moim ulubionym miejscu, bo nieco mrocznym i tajemniczym. Element opieki nad koniem też jest zapewniony: szybki i mało upierdliwy, co liczę na plus, bo w niektórych grach można z tym cholery dostać.

Kiedy grałam w to pierwszy raz, wprost nie mogłam się oderwać, mimo tej powtarzalności zadań. Uwielbiam zbieranie kart i chyba dzięki temu Bella Sara nieprędko mi się znudzi. Jednak aby nie było za słodko, jest jeden element, który irytuje tak niewiarygodnie, że aż musiałam zrobić sobie moda, który by to naprawił. Otóż za każdym koniem ciągnie się coś, do czego bardzo pasuje słowo smrodek. Ów ciągnący się za koniem smrodek to pełno błyszczących gwiazdeczek i świecidełek, które chyba tryskają mu wprost spod ogona i w trakcie przejażdżek sprawiają wrażenie, jakby pryskały ci prosto w twarz. Mało przyjemne uczucie.

Sterowanie koniem też potrafi być irytujące. Nie można obracać widoku kamery, co mnie denerwuje, bo chciałabym móc się rozglądać albo popatrzeć z boku, jak epicko wyglądam, ujeżdżając karego rumaka z błyskawicą na tyłku. Czasem zdarza się, że koń wjedzie na jakąś górkę niemal pionowo do góry, ale wyhamuje z impetem, gdy wpadnie na jakiś niewidzialny listek. To drugie potrafi dać się we znaki, bo kiedy koń zatrzyma się przed przeszkodą, automatycznie robi kilka kroków do tyłu i można stracić sporo czasu na przywrócenie go na właściwy tor, co jest nie bez znaczenia, gdy wszystkie zadania mają limit czasu.

Plusy:
+ wciąga
+ kolekcjonowanie kart
+ karmienie i czyszczenie konia nie zajmuje pół godziny
+ można galopować po tęczy!
Minusy:
- błyszczący smrodek
- brzydka, jaskrawa grafika
- wtórność zadań
- wadliwe momentami sterowanie

A oto i smrodek w całej swej chwale. Na szczęście można się go pozbyć: wystarczy znaleźć odpowiednie pliki png, w fotoszopie całkowicie je wygumkować i zastąpić oryginalne pliki.
Bella Sara to z pewnością jedyna gra, w której konie mogą bez obaw popylać po tęczach, gigantycznym posągach oraz drewnianych mostkach zawieszonych na drzewach.

2. Horse life 2


To druga z końskich gier, w które grałam, a wybrałam ją, bo miała najładniejszą grafikę. I to prawda: grafika jest bardzo ładna, a modele koni wprost przepiękne. To samo się tyczy animacji: oglądanie pokazów dresażowych w wykonaniu jednorożca to moja ulubiona część tej gry. A tak: w jednym z zadań można odnaleźć jednorożca, który od tej pory stanie się jednym z naszych rumaków, obok naszego konia startowego, zebry i kilku koni, które po wypełnianiu zadań chyba po prostu kradliśmy do swojej stajni. I jednorożec jest PIĘKNY! *_*

Gra oferuje kilka typów rozrywki: przejażdżkę w terenie zwykle połączoną z jakimś minizadaniem (zrób zdjęcie, znajdź zbiegłe źrebaki), trening i zawody w skokach, dresażu lub cross-country oraz opiekę nad koniem. Która jest istnym bólem w dupie. Czyszczenie konia najpierw z jednej, potem z drugiej strony, które czasem nie może się skończyć, bo nie można długo trafić na jedno maciupkie miejsce, którego jeszcze nie smagnęliśmy szczotką to jedno. Ale zamiatanie boksu to KOSZMAR, który zawsze odwlekałam najdłużej, jak się da (tzn. dopóki ten upierdliwy dziad, który się z nami wita każdego dnia, nie powiedział, że czas posprzątać boksy). Najpierw trzeba usunąć wszystkie kupki gówna, co jest czasem niewykonalne, zwłaszcza w stajni na dzikim zachodzie, gdzie 1/4 podłoża zasłaniają drzwi boksu i jeśli trafi się, że gówienko leży właśnie tam, to STRASZNIE ciężko je kliknąć, by móc przejść do drugiego etapu: wykładania czystego siana. O matko, jak ja tego nienawidziłam.

W przeciwieństwie do Belli Sary, w Horse Life 2 istnieje fabuła. Gracz jest nowicjuszem, który trafia do stadniny wujka czy kogoś takiego, uczy się do zawodów, ma kompletnie nieistotnych przyjaciół i zueee rywalki, które ciągle z nas szydzą, po czym chcą być naszymi przyjaciółkami natychmiast po tym, jak zdobywamy najwyższe odznaczenia. Trójwymiarowych ludzi w tej grze nie uświadczymy: wszyscy bohaterowie są narysowani i wyskakują wraz z okienkiem dialogowym. W żadnym momencie nie kierujemy też swoją postacią, nie siedząc na koniu. Jesteśmy do niego przyspawani na śmierć i życie i schodzimy tylko wtedy, gdy trzeba upierdliwca wyczyścić lub by wypuścić go na popas, gdzie możemy mu pozawracać głowę, wołając go do płota, głaszcząc i dając smakołyki. Dodatkowo w grze występują pory dnia, bardziej jako przyjemny akcent graficzny (zmiany oświetlenia) niż cokolwiek innego, dodatkowo czasem irytujący, bo nigdy nie da się w ciągu jednego dnia zrobić wszystkiego, co byśmy chcieli. A jak postanowimy poczynić wszystkie porządki w stajni od A do Z, to nagle się okazuje, że nie mamy już czasu na nic i pora spać.

Tu również nie można obracać kamery, a jest to o tyle bardziej irytujące niż w przypadku Belli Sary, że na jadącego konia mamy widok tak jakoś dziwnie od dołu, tak że gdyby konie byłyby tu stuprocentowo poprawne anatomicznie, mielibyśmy okazję dokładnie sobie obejrzeć ich genitalia. Nie wspominając o kiepskiej widoczności tego, co przed nami, co utrudnia jeszcze jedna rzecz: przy ostrym skręcaniu kamera automatycznie zmienia kąt widzenia na przeciwległy bok konia, ale nie zawsze to zaskakuje i po prostu nie widzimy, co znajduje się za zakrętem. A tu bum - przeszkoda, i już za późno, by wykonać poprawny skok.

Plusy:
+ grafika
+ animacje koni
+ piękne lokacje
Minusy:
- szybko się nudzi
- SPRZĄTANIE BOKSÓW
- nieprzyjemna praca kamery

To nasze centrum dowodzenia. Stąd możemy iść na zakupy, trening, zawody, na padok, do stajni oraz na wycieczkę w teren.

Na brak ładnych widoczków nie ma co narzekać. Z tej perspektywy koń w cwale wygląda śmiesznie, jakby kicał.

3. Let's ride! Friends forever / Konie i kucyki: najlepsi przyjaciele

Heh, lubię te sprytne okładki z ładnymi zdjęciami koni, które nie pokazują, jak brzydka jest właściwa gra. Ta z początku zachwyciła mnie tym, jak duży nacisk położono na realizm. Potem jednak szybko mnie zdenerwowała i przekonałam się, że jeśli ktoś pragnie realistycznych przeżyć z udziałem koni, to niech przejedzie się do prawdziwej stadniny...

Gra zaczyna się od narodzin naszego wymarzonego źrebaka, który jednak dorasta bardzo szybko i niezauważalnie - gra nawet nie informuje nas o tym, że źrebak urósł, ot: raz na niego patrzymy i jest mały, odwracamy się na chwilę, a tu puf! wielkie konisko w boksie. Doskonałą większość gry spędzimy tu na opiece nad koniem z wykorzystaniem naprawdę mnóstwa środków. Mamy kilkanaście rodzajów pasz, smakołyków, przyborów do czyszczenia i lekarstw. Niestety, zdarza się, że nasz wierny rumak przymiera głodem mimo żłobu pełnego siana i zajmuje mu sporo czasu, by zdać sobie sprawę, że tam z tyłu jest jedzenie.

Była mowa o lekarstwach - oj, z początku będziemy częstymi gośćmi w aptece, więc nie wydawajcie od razu wszystkich pieniędzy na kokardki, bo zarabia się tu ciężko. Najczęstszymi powodami wizyt w aptece będą urazy mechaniczne. Otóż - podobnie jak w rzeczywistości - gdy chcemy pojeździć na naszym czterokopytnym przyjacielu, nie możemy jak w innych grach tego typu beztrosko przejść do galopu i przemierzyć tak cały świat, bo od tego koń natychmiast nam okuleje i będzie wymagał ciepłych okładów. Jak tego uniknąć? Zaczynając każdą jazdę od rozgrzewki... długiej... powolnej... nudnej jak jasna pelargonia. Raz chciałam sprawdzić, jak długo należy jechać stępem, by nie narazić konia na uraz (samouczek tego nie wyjaśnia). Zajęło mi to gdzieś tak dziesięć minut. Dziesięć minut poruszania się tempem żółwia biegnącego do skorupy na nowy odcinek "Klanu". Być może nie brzmi to tragicznie, ale wyobraźcie sobie za każdym razem tracić te 10 minut na potwornie nudną rozgrzewkę. Od razu odechciewa się jeździć.

Inny częsty uraz to otarcie o przeszkodę, gdy pokonamy ją w niewłaściwy sposób i koń zaryje piersią o pień czy belkę. Mnie udało się bez urazów przeskoczyć tylko raz... Nie rozumiem: skoro tak łatwo tutaj o tragedię, dlaczego w grze nie istnieje jakiś tutorial, który od podstaw pokazałby nam, jak działa gra? Jedyne, co mamy, to encyklopedia, w której możemy szukać odpowiedzi, jak nasz koń już złamie nogę.

Rzeczą, która przepełniła czarę goryczy i po której od razu odinstalowałam grę, była przejażdżka w terenie. Jak już udało mi się rozpędzić konia do galopu i nie zabić go przy tym, trafiłam na zerwany most. Gra poinformowała mnie, że można dostać się na drugą stronę przez góry. Objechałam caluteńki teren dwa razy i nie znalazłam żadnego innego przejścia ani sposobu na naprawienie mostu. Podziękowałam raz na zawsze.

Plusy:
+ realistyczna
+ człowiek ma ochotę wyłączyć komputer i poobcować z prawdziwą przyrodą
Minusy:
- gówniany samouczek
- potwornie nudne przejażdżki
- na dobrą sprawę całość jest potwornie nudna

Nacieszcie się widokiem źrebaka, póki możecie.
Wygląd i animacje koni są... dziwne.

4. Let's ride! Silver Buckle Stables

Uwaga: gra o tytule Konie i kucyki: Akademia jazdy konnej to nie jest to samo, co seria Let's ride. Właściwie to nie wiem, która gra wyszła jako pierwsza: grafika sugerowałaby, że Silver Buckle Stables była pierwsza, ale na różnych stronach znajduję przeróżne daty premiery obu gier, więc chędożyć.

A więc zaczynamy naszą wielką westernową przygodę od stworzenia postaci: chłopaka lub dziewczyny, i nie wiadomo, która szkaradniejsza. Mamy dość sporo narzędzi jak na taką grę i modyfikujemy rysy twarzy, kształt i kolor oczu etc., ale z drugiej strony fryzury dla dziewczyn są ino dwie: niski kucyk i wysoki kucyk. Hm. Potem możemy przejść samouczek lub od razu rzucić się w wir przygody. Samouczek bardzo dokładnie i łopatologicznie tłumaczy wszelkie aspekty gry, ale nie wyjaśnia, czemu spragniony koń stoi przed wiadrem pełnym wody i się nań gapi jak cielę w malowane wrota, zamiast po prostu się napić. Dlaczego to ma znaczenie? Bo im bardziej głodny/spragniony/brudny koń, tym wolniej kopytkuje. Ja rozumiem, że realizm i w ogóle, ale jak w coś gram, to chcę widzieć niczym w simsach, jak mój współczynnik rozrywki sukcesywnie rośnie, a nie stoi w miejscu, skonfundowany.

Grafika jest dość toporna, ale kolorowa i nie aż tak nieprzyjemna dla oka. Jednak tym, co sprawiło, że wywaliłam tę grę w cholerę jakieś półtorej godziny po zainstalowaniu, było sterowanie. Jest KOSZMARNE. Lekko naciśniesz strzałkę w lewo, a koń robi piruet w miejscu i nici z okrążenia słupka w zawodach - przegrałeś. Kamera przy tym nieprzyjemnie skacze, a dźwięk jest strasznie dziwny. Zamiast odgłosu kopyt uderzających o ziemię, słychać coś, co brzmi jak szczur biegający po metalowej kratce. Serio, sześć szuflad różnych smakołyków dla konia nie sprawi, że ma się ochotę grać w coś tak frustrującego swoją klawiszologią.

Istnieją zawody, ale z tym sterowaniem nie miałam siły męczyć się z więcej niż dwoma. Udało mi się wygrać dwie wstęgi, a w porozrzucanych po mapie eventach takie wspaniałe nagrody jak minifontanna, kwiatek w doniczce i ogromna koniczyna. Nie mam wiele więcej do powiedzenia. Obcowanie z tą grą to nie była żadna przyjemność.

Plusy:
+ hm...
Minusy:
- koszmarna grafika
- koszmarne sterowanie
- koszmarny dźwięk

Tak, ten znudzony zombie w rozpikselowanej koszuli to nasza postać.
Hurra! Przejechałam cały tor i ani razu nie zabluźniłam!

5. Stajnia marzeń: Wiosenna przygoda, Letnie zawody, Jesienny galop, Zimowy rajd

Każdy z tych tytułów to osobna gra, ale nie ma sensu omawiać ich z osobna, bo różnią tylko lokalizacjami i czasem rodzajem zawodów, w których można brać udział. Zaczęłam od Zimowego rajdu, bo akurat był grudzień i chciałam pograć w coś odrobinę świątecznego. W pierwszej chwili grafika może odrzucać: jest raczej nieładna, trochę komiksowa, ale szybko przestaje się zwracać na to uwagę, a nawet zaczyna się podobać. Lubię tę serię, bo bardzo blisko jej do RPG. Mamy swoją bohaterkę, która na początku każdej gry trafia do innej stadniny wraz ze swoim koniem. I od tej pory panuje pełna swoboda: można pracować w różnych stadninach, by zarobić na ubrania, ekwipunek i jedzenie dla konia lub na całkiem nowego, wspaniałego rumaka. Zarówno bohaterka jak i koń mogą levelować i zdobywać różne umiejętności. Można bez przeszkód galopować po całym dostępnym fragmencie świata, w dzień czy w noc. Można przyjmować przeróżne questy od napotykanych osób, by zdobyć trochę doświadczenia, pieniędzy czy sympatii. Można wreszcie brać udział w zawodach i zdobywać brązowe, srebrne i złote odznaki.

Sterowanie jest przyjemne i swobodne kopytkowanie po świecie sprawia sporo frajdy. Zaś zawody potrafią często nastręczyć wiele trudności - ło matko, najwyższy poziom zawodów w skokach przechodziłam chyba z pół dnia, ale za to jaka była satysfakcja, kiedy w końcu mi się udało... Szkoda, że za wygrane w zawodach nie zarabia się pieniędzy - czyszczenie boksów, koni, karmienie i pojenie ich zajmuje dość sporo czasu, a powtarzanie tego wszystkiego raz po raz, by zarobić dziesięć tysięcy na wymarzonego, doskonałego konia potrafi się zrobić naprawdę nużące.

W żadnej z gier nie było zbyt wielkich zgrzytów poza Letnimi Zawodami. Tam system questów jest totalnie zabugowany. Może się udać przejść całą grę bez problemów, ale może się zdarzyć nawet kilka sytuacji (jak mnie), w których ma się w dzienniku informację o niewykonanym zadaniu, które już zostało wykonane, ale rozmowa z questodawcą nic nie daje i lipa - nic nie da się zrobić, a jeśli w międzyczasie zapisało się grę, to już po ptokach. Nie da się przejść. Trzeba zacząć od początku i się bardzo pilnować, by nie zapisać gry z takim zabugowanym zadaniem. Nie miałam na to cierpliwości.

Plusy:
+ prawie jak RPG
+ dużo koni do wyboru
+ ładne i rozległe lokacje
+ wciąga
Minusy:
- grafika
- momentami nużąca
- zabugowane Letnie Zawody

Momentami grafika nie dość, że nie przeszkadza, to jeszcze cieszy oko.
Jeśli chcesz zarobić na lepszego rumaka, to spędzisz w takim miejscu bardzo dużo czasu...

6. Planet Horse

To kolejna gra, przy której spędziłam sporo czasu, a to dzięki jej prostocie. Jest nieduża i darmowa, ale żeby płynnie chodziła, czasem trzeba poeksperymentować z ustawieniami grafiki. A ta jest całkiem ładna: modele koni są żywcem wyjęte z Horse Life 2 i tu dla odmiany od początku możemy sobie wybrać jednorożca jako pierwszego konia - później możemy kupić jeszcze dwa.

Koniem sterujemy za pomocą myszki, co w sumie sprawdza się całkiem dobrze. Ruch jest płynny i miły dla oka. Galopujemy po dwóch lokacjach: europejskich łąkach i amerykańskich kanionach rodem z filmów westernowych. Jedna i druga są bardzo ładne, choć osobiście wolę europejską, bo znajdujące się w niej ruiny przywodzą na myśl baśniowe klimaty. Otrzymujemy różne zadania, przeważnie polegające na zbieraniu znajdziek porozrzucanych tak, że za każdym razem wędrujemy w inną część lokacji, czasem wyścigi, zawody w skokach i cross country. Przy zbieraniu znajdziek i wyścigach musimy kontrolować ilość energii, jaka pozostała naszemu rumakowi i podnosić ją przy pomocy znalezionych na drodze marchewek. Ale nawet mając maksymalnie wyszkolonego konia i znajdując wszystkie marchewki, jakie tylko można znaleźć, nie udaje mi się wygrać ostatniego wyścigu w Ameryce - koń mi siada po prostu kilka metrów przed metą. Jak to jest możliwe?! No jak?!

Plusy:
+ grafika
+ jednorożec <3
+ szybka i nieuciążliwa opieka nad koniem
+ ogólnie przyjemna w odbiorze
Minusy:
- niekiedy trzeba powtarzać zadanie po kilka razy
- niekiedy nie da się przejść zadania...

Mając takiego wierzchowca aż chce się grać.
Statystyki dla swoich koni należy wybrać rozsądnie: dobrze mieć po jednym specjalizującym się w jednej dziedzinie.

7. Secret of the Magic Crystals

Moja reakcja na tę okładkę była mniej więcej taka: ojaaaa, ale zarąbista gra, muszę ją mieć! Ze zdobyciem nie było problemu - to kolejna darmówka - i już po chwili rzuciłam się do hodowania magicznych koni, bo na hodowli skupia się rozgrywka. I moje rozczarowanie powoli rosło...

Z umiarkowanie ciekawego intro dowiadujemy się od strasznie brzydkiej dziewczynki lub jeszcze brzydszego chłopca, o co chodzi z magicznymi kryształami i przechodzimy do widoku naszej stadniny. Z początku wygląda dość biednie, ale jak zarobimy trochę kasy, możemy każdy budynek ulepszyć, co zapewni nam dodatkowe bonusy. Hodowlę magicznych koni zaczynamy od izabelowatego jednorożca nieokreślonej płci. Trenujemy go, wysyłamy na zawody, wypełniamy zadania... I wierzcie lub nie, ale wszystkie te czynności są tak nudne, jak sprzątanie boksów w Horse Life 2. W żadnym momencie nie jeździmy na koniu. Treningi polegają na tym, że koń idzie z lewa na prawo i od czasu do czasu naciskamy coś, by skoczył, zwolnił, przyspieszył. Zaś zadania i zawody to jakaś parodia: wybieramy co chcemy, koń wychodzi z kadru... i czekamy jakieś 45 sekund, aż wróci. Uhm... nudy! W czasie nieobecności konia możemy wyjść i porobić coś innego, ale co można zrobić przez niecałą minutę? Już lepiej poczekać i popatrzeć, jak zegar tyka...

Kiedy zarobimy odpowiednio dużo kasy, możemy kupić drugiego konia. I tego systemu trochę nie rozumiem. W sklepiku nie ma podglądu kupowanych koni, a jedynie niewiele mówiące opisy: że ten koń jest potomkiem wielkich rumaków, że ten pochodzi z wysokich gór etc., ale jak kupiłam dwa razy konia o identycznym opisie, raz nabyłam kolejnego jednorożca, a raz jakiegoś chudego, eterycznego konia z piekieł. Rozmnażanie zaś rozwiązane jest w dość irytujący sposób: nasze konie nie mają określonej płci, więc można je krzyżować bez przeszkód, ale z drugiej strony każdego konia można bzyknąć tylko raz. No bessęsu. A jak z krzyżówki jednorożca i tego piekielnego wyszedł mi KOLEJNY jednorożec, to się grzecznie z grą pożegnałam. Trening każdego konia na maksimum trwa strasznie długo i jest tak nudny, że można usnąć. Ale jeśli ktoś jest uparty i pragnie wyhodować wszystkie pięć dostępnych magicznych ras - niech próbuje, czemu nie, nic to nie kosztuje.

Plusy:
+ śliczna grafika
+ pięć różnych magicznych ras do odkrycia
+ zmieniające się pory roku i pogoda
Minusy:
- nudna jak diabli
Jedna z niewielu końskich gier, która może się pochwalić tak piękną grafiką. A to darmówka!
Myślisz sobie: łaaał, ale zarąbiste konie, ta gra nigdy mi się nie znudzi! A potem okazuje się, że jednak owszem.

8. Imagine champion rider / Laura Hobby, mistrzyni jazdy konnej

Ta gra uczy nas, że dzikiego konia wystarczy pogłaskać i skusić smakołykiem, a już możemy go osiodłać i jeździć na nim bez najmniejszych przeszkód. Zaczęłam w nią grać dopiero wczoraj, ale parę słów już mogę o niej powiedzieć.

Nasza bohaterka, Lily (czemu w polskim tytule jest jakaś Laura...?), ma dziwny mechanizm zabierania głosu. Przy każdej czynności wykonywanej przy koniu rzuca pełno taaakich śmiesznych uwag, ale w scenkach dialogowych bezgłośnie kłapie paszczą. No cóż. W każdym razie Lily trafia do idyllicznej stadniny, która ma problemy: klacze nie chcą się rozmnażać! Wtedy Lily odkrywa swój niezwykły dar do zjednywania sobie dzikich koni, które mogą okazać się idealnymi matkami i ojcami dla źrebaków z rancza.

Grafika jest nienajgorsza, choć jak na swój rok wydania (2009) mogłaby być zdecydowanie lepsza. Modele koni również: o ile źrebaki z wielkimi oczami wyglądają uroczo, o tyle dorosłe konie wyglądają już dziwnie. Sterowanie też pozostawia trochę do życzenia. Przy skręcaniu wygląda to, jakby Lily szarpała konia i kamera nieprzyjemnie skacze. Widokiem kamery można obracać, ale dzieje się w to nieco nieprzewidywalny sposób: raz przesunie się tylko odrobinę, a raz wykona pełny obrót wokół konia, co w moim przypadku skończyło się hamowaniem na drzewie. Ale to nic w porównaniu z klawiszologią, której na dokładkę w ogóle nie da się zmienić (mimo że można ją obejrzeć w menu opcje, a po to chyba są opcje, by dało się je modyfikować?). Myszkę można spokojnie odłączyć, bo używa się jej tylko przy czyszczeniu koni. Menu jest konsolowe i porusza się po nim strzałkami (jak ja tego nienawidzę!). A pierwsze pięć minut gry spędziłam gapiąc się na wodospad, bo myślałam, że muszę poczekać, aż podpowiedź zniknie z ekranu, podczas gdy okazało się, że za dwoma pierwszymi razami gra nie zaskoczyła, że wcisnęłam - zgodnie z podpowiedzią - enter.

Dodatkowym i całkiem fajnym aspektem jest rozmnażanie koni, choć jest to trochę konfundujące. Możemy wybrać ojca i matkę i zobaczyć, jaką po nich źrebak odziedziczy maść... tylko po to, by w kolejnym menu wybrać maść źrebaka od podstaw. Hm. Kiedy źrebak się urodzi, możemy się z nim zaprzyjaźnić i opiekować się nim, by szybko dorósł i nadał się pod wierzch. A propos maści, to intryguje mnie jeszcze jedna sprawa: niezależnie od tego, do jakiego źrebaka podejdziemy, gdy wybierzemy opcję czyszczenia, zawsze pojawi się taki sam, jasny źrebaczek. Skąd to lenistwo? Ubisoft to nie jest jakieś podrzędne studio, wypuścili Heroes of Might and Magic V, do jasnej ciasnej. Chyba mogli poświęcić jeszcze kilka linijek kodu, by maść konia, którego wybieramy zgadzała się z maścią tego, którego widzimy w menu czyszczenia?

Plusy:
+ kolorowa, pastelowa grafika
+ ładne, momentami całkiem imponujące lokacje
+ rozmnażanie koni
+ piękna muzyka
Minusy:
- grafika mogłaby być o wiele lepsza
- widoczne tu i ówdzie lenistwo programistów

Lily i jej nowi znajomi mają dużo do zrobienia w stadninie, ale koniec końców całą robotę i tak będziemy musieli odwalić za nich.
A tak się robi małe koniki...


środa, 6 marca 2013

Narcyzm u młodych pisarzy fantastyki

Obiecałam już jakiś czas temu, trochę poprawiłam, parę pierdół dopisałam i oto jest: esej o młodych pisarzach-narcyzach. Został oceniony na 4+ (i dostałam karę za nieoddanie w terminie, hio hio), więc tragedii chyba nie ma - no chyba że przeczyta go jeden ze wspomnianych w nim autorów i poczuje się urażony. ;P Nie przejmujcie się, profesorem nie jestem (i najprawdopodobniej nie będę) i nie trzeba traktować tego tekstu stuprocentowo poważnie; zawsze można wyjść z tego rozkosznego założenia, że jestem zakompleksioną, zazdroszczącą wszystkim sukcesu złośliwą studenteczką, która nie robi nic, tylko sączy jad.

W sumie to chciałam zmienić formę tego eseju i przepisać go tu w formie bardziej potocznej, bo nienawidzę tego silenia się na naukowy bełkot, ale jak próbowałam to zrobić, to odkryłam, że jest to bardzo trudne. Na dokładkę, skoro to tekst naukowy, to chyba jednak wypadałoby się podpisać imieniem i nazwiskiem (prawnicy mnie znajdą!), co mi się średnio podoba z uwagi na charakter tego bloga, ale trudno. No to bum - forma niezmieniona, treść uzupełniona i poprawiona. Nie klikajcie w linki do przypisów - próbowałam, ale za Chiny Ludowe nie jestem w stanie zrobić tego tak, by działało.

I przy okazji zapraszam wszystkich chętnych na warsztaty kolczugi i chainmaille na tegorocznym Pyrkonie, piątek godzina 21:00. ^^ Będziemy pracować na małych kółeczkach do biżuterii, ale wezmę też jeden zestaw dla hardkora (kółeczka do prawdziwej kolczugi i dwie pary kombinerek), jakby ktoś się chciał pobawić.


piątek, 1 marca 2013

The sexiest of them all

Chyba ostatnio za często piszę notki - od stycznia wysmrodziłam tego już prawie tyle, ile przez cały ostatni rok. Oh well. Sesja była. Co miałam robić, uczyć się?

W każdym razie: od zawsze irytowało mnie to, że telewizja, pisemka najpierw dla nastolatek, potem dla kobiet i internet próbują wmówić mi, których mężczyzn powinnam uznawać za bogów seksu, na widok których powinnam mieć ślinotok i kisiel w majtkach. Obok zdecydowanej większości propozycji po prostu przechodziłam obojętnie. No bo ło jeżu, co w tym a tym facecie jest tak szczególnego, by miał zwrócić moją uwagę. Szybko też odkryłam, że "żywe" postaci - aktorzy, piosenkarze etc. - nawet jeśli zgodzę się, że ktoś jest ładny, nie interesują mnie na dłuższą metę. Naveen Andrews ("Zagubieni") jest cudny i ma piękne imię, ale nic poza tym. Ten aktor, co grał Kaspiana w "Opowieściach z Narnii" również bardzo mi się podoba, ale już nawet kompletnie zapomniałam, jak ma na imię. Do bardziej znanych person mam hipsterskie podejście: że ło matko, wszyscy się nimi zachwycają.

Kto mnie w takim razie podnieca? Mężczyźni nieistniejący, oczywiście! Oto mój osobisty ranking najseksowniejszych z najseksowniejszych.

Generalnie to układając tę listę zdałam sobie sprawę z kilku rzeczy. Primo: po dziecięcym uwielbieniu do "Pięknej i Bestii" została mi słabość do lubienia postaci może nie tyle brzydkich, co o nietypowym wyglądzie lub w jakiś sposób zdeformowanych. Secundo: facet w hełmie zasłaniającym całą twarz ma +1000 do seksapilu. No, może z wyjątkiem tego pokracznego stroju z Dead Space (choć trzeba grze oddać honor, że gdyby naprawdę stworzono tak funkcjonalne wdzianko, to na pewno nie wyglądałoby jak z żurnala czy innego "Trona"). Nawet niewiele brakło, bym umieściła w rankingu jakiegoś space marine, ale jednak uznałam, że to chyba lekka przesada. ^^ (Co nie zmienia faktu, że niektóre arty są naprawdę epickie). No, ale przejdźmy już do listy właściwej. Która, w ostatecznym rozrachunku, okazała się dość krótka. Nie chciałam wciskać nikogo na siłę, a po czwartym punkcie już zaczęłam się dość mocno zastanawiać, kogo jeszcze mogłabym dodać i zdałam sobie sprawę, że to bez sensu - zatem pozostają ci, co przyszli mi do głowy bez zastanowienia.

1. Viktor, the Machine Herald (League of Legends)
Tia, ciągle o nim na blogu wspominam, bo wciąż mam na niego fazę. No bo jak nie mieć? Wygląda ZAJEBIŚCIE, jego głos wywołuje u mnie ciary (przepraszam, przerwa na eargasm) i ma dobre, przekonujące backstory. Aż mam dziką ochotę napisać fan fiction (fabułę już mam!), co jest dość znamienne, bo ostatnie popełniłam ładnych parę lat temu, przy okazji pana z punktu 2. Moje uwielbienie do tej postaci popchnęło mnie nawet do zrobienia cosplayu. Wyszedł chu... kiepsko. I w trakcie scenki gacie mi spadły. Nie pokazywałam go na blogu, bo się wstydziałam, ale od tamtej pory nabrałam dystansu, więc proszę, oto ja jako Viktor w całej swej niskiej posturze: klik (rąsi nie widać, a to jeden z niewielu elementów, który mi wyszedł). Ja tam wolę oryginał. <3 I'll certainly join the glorious evolution. Kiedy wreszcie wypuszczą tego zapowiadanego skina, Dark Harvester Viktor?!

2. Lucien Lachance (The Elder Scrolls IV: Oblivion)
Co prawda nie ma hełmu, ale przez całą grę nosi kaptur, a fazę na niego miałam tak długo, że stanowczo zasługuje na drugie miejsce. Po jego śmierci (ups, spoiler) miałam autentycznie kaca moralnego przez kilka dni. Popchnęło mnie to do napisania umiarkowanie oryginalnego fan fiction (i tym samym popełniłam swój rekord w szybkości pisania: 30 stron w niecały tydzień) o jego krótkim związku z moją postacią, okraszonym dodatkowo paroma scenami, które tak mi się podobają, że muszę je kiedyś wykorzystać do czegoś ambitniejszego. ^^ Plus: kolejny fantastyczny głos. Który wciąż brzmi fantastycznie, nawet po dowiedzeniu się, że aktor go użyczający wygląda tak.

3. Megamocny ("Megamocny")
Cóż tu mogę powiedzieć: uwielbiam gościa! Ma dobry gust muzyczny i wprost kocham jego animację: jak tańczy, jak sili się na to, by wyglądać groźnie, jakie miny robi... Dla odmiany zainteresowania romantycznego brak - niech sobie ma tę swoją Roxanne, pouwielbiam go po prostu za design i bycie zajebistym.


4. Darth Vader ("Gwiezdne Wojny")
Szczerze mówiąc, to jest to podpunkt trochę naciągany... No bo wszystko fajnie, ale tak zupełnie szczerze, to storm trooperzy wizualnie wydają mi się tak jakby bardziej pociągający... Naprawdę. Jak głupio by to nie brzmiało. Nie Han Solo, nie Boba Fett (szczerze? Po obejrzeniu wszystkich filmów jak słyszałam jego imię, to nie mogłam sobie przypomnieć, kim, do cholery, był ten Boba Fett?), nie młody Obi-Wan (jego jaszczur był fajniejszy), tylko banda klonów w białych, łatwobrudzących się zbrojach. Na konwentach to nic, tylko wszystkich po kolei wyściskać. A Vader... hm, jego hełm wygląda trochę jak mucha, która dopiero co wyszła z salonu fryzjerskiego Jagi Hupało (ach, była kiedyś na stronie Dzień Dobry TVN cała zakładka z "metamorfozami" w jej wykonaniu i co jedna kobitka, to bardziej oszpecona, ale już ten link, niestety, nie działa). Mimo wszystko Vader wygrywa ze szturmowcami tym, że ma osobowość (i nigdy nie pudłuje, muehehe). No i po tym moim ostatnim śnie, o którym wspominałam w poprzedniej notce, nie mogło go tu zabraknąć. Prowadź mnie, panie!

To ja chyba jednak napiszę to fan fiction o Viktorze, napaliłam się. Głupia notka... jakbym mało miała do pisania. Niestety, zajebistości niektórych postaci naprawdę ciężko się oprzeć. I w sumie ani trochę mi to nie przeszkadza. Od czasu do czasu trzeba pokwiczeć z zachwytu niczym rasowa fangirl, a nie mogę się ograniczać wyłącznie do króliczków. ^^