sobota, 20 grudnia 2014

Krótki hejt na hejterów

Ostatnio boję się cokolwiek przy kimkolwiek powiedzieć, bo istnieje 95% prawdopodobieństwo, że zostanę uraczona długą dysputą na temat tego, jak bardzo to, o czym mówię, jest gówniane. Bywa nawet, że mówię o jednym, a rozmówca nawiązuje do czegoś kompletnie z tym niezwiązanego, byleby tylko trochę poszczekać na temat, który go irytuje. A nawet jak się nie odzywam, to wszędzie widzę nic, tylko tsunami jadu. Jakby świat nagle wypełnił się osobami, które uważają, że świat nie może istnieć, jeśli one nie podzielą się swoją pełną nienawiści opinią o czymś. A najlepiej, jak po wylaniu z siebie tego wiadra pomyj stwierdzają "To je konstróktywna krytyka, jak śmierz polemizować" i patrzą z góry na wszystkich o opinii innej niż ich własna. 

Wiecie, co wam powiem?

Lubię święta. Nie znoszę wigilijnych potraw i dzielenia się opłatkiem, ale lubię dawać innym przemyślane prezenty i lubię tę miłą, ciepłą atmosferę.

Lubię Pewdiepie'a. Nie zawsze podobają mi się jego głupawe żarty i wygłupy, ale to fajny, szczery koleś, który ma serce we właściwym miejscu i nie raz rozbawił mnie do łez.

Lubię Zwierza popkulturalnego. To, że robi błędy interpunkcyjne i się głupio z nich tłumaczy nie zmienia faktu, że pisze bardzo fajne artykuliki.

Lubię nowy miecz świetlny ze zwiastuna epizodu VII. Wcale nie wygląda głupio i jego użytkownik z pewnością umie posługiwać się nim tak, by nie stracić palców.

Lubię zimę. Najbardziej wtedy, kiedy nie muszę wychodzić z domu, ale dobrze, że jest i urozmaica krajobraz.

Lubię Nostalgia Critica. Bywa irytujący i wolę jego stare recenzje od tych najnowszych, ale ma trafne spostrzeżenia i potrafi mnie rozbawić.

Szanowni hejterzy. Bądźcie tak mili i zacznijcie stosować się do jednej prostej zasady: żyj i daj żyć innym. Ja też nie lubię wielu rzeczy. Wiele mnie po prostu wkurwia. Ale nie muszę wszystkim wokół wcierać moich uczuć w ryj, bo to zazwyczaj prowadzi tylko do frustracji - MOJEJ frustracji. A po co się denerwować takimi pierdołami? Nie lepiej się skupić na tym, co jest fajne? Co sprawia przyjemność? Jeśli uważacie, że nie... no to cóż. Kij wam w oko, smętne buce.

Wesołych świąt!


PS W razie gdyby ktoś nie wiedział, na drugim blogasku zorganizowałam konkurs. Konkurencja jest znikoma (by nie rzec - nieistniejąca), więc zapraszam do zgłoszenia się, macie bardzo duże szanse.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Krótko o książkach, vol. 8

W czasie okienek Winifredy się nudzą...

Simon R. Green "Błękitny księżyc", część 1 i 2
Przy lekturze pierwszej części myślałam głównie: ojaa, ale to fajne! Potem, gdy doszłam do drugiego, było już tylko: o maaatko, jakie to nudne! Początek naprawdę jest fajny: książę popylający na gadającym jednorożcu, awanturnicza królewna, smok kolekcjonujący motyle, słowem: pastisz najbardziej oklepanych klisz fantasy. Ale potem nagle w drugim tomie atmosfera robi się ciężka, ponura, co chwilę ktoś ginie straszliwą śmiercią, wszyscy są smutni i zrozpaczeni... Jak bym do połowy czytała "Opowieści z Narnii", a od połowy zmieniła nagle książkę na "Księgę jesiennych demonów" (która jest beznadziejna i naprawdę nie ogarniam zachwytów nią [jak i nie ogarniam zachwytów nad 99% polskiej fantastyki]). 
Ocena: 3/6



Katarzyna Michalak "Serce Ferrinu"
Byłam o wiele zbyt wyrozumiała dla poprzedniego tomu. Ta seria to KUPA. Wielka, śmierdząca kupa zapakowana w ładny, błyszczący papierek. Tu nie ma akcji. Tu nie ma fabuły. Tu nie ma bohaterów. To tylko papierowe lalki, które Michalak ubiera w szkarłatne płaszcze i alabastrowe sukienki, które nie mają żadnego celu, które istnieją tylko po to, by gwałcić lub być gwałconymi. Naprawdę nie rozumiem tej chorej fascynacji gwałtem - czemu ten motyw musi się pojawić w niemal każdej książce tej aŁtorki rzekomo ciepłych książek dla kobiet? No dlaczego? Nie rozumiem!
Nawet nie będę próbować streścić tego gówna, bo tu kompletnie nic nie ma sensu. Wyrażę tylko swoje dogłębne obrzydzenie tym, jak potraktowana została siostra Anaeli - Kamila, samobójczyni z pierwszego tomu, która jednak nie umarła, nie wiem, nie ogarniam, mam to w dupie. W każdym razie, Kamila jest ciężko chora na depresję, a jedyne, co dostaje, to plaskacz w twarz od córci Anaelci, bo ta miała czelność powiedzieć o nich prawdę: że obie są zafiksowane na tym chorym Ferrinie, w którym nie spotyka ich nic dobrego, i zostawiają ją zupełnie samą na Ziemi w rozpadającej się ruderze w środku lasu, i traktują ją jak niewolnicę i służkę. I żeby ta tępa pizda, córcia Anaelci, mogła wrócić do Ferrinu, Kamila poświęca swoje życie, by przeprowadzić ją przez portal. Jak ja NIENAWIDZĘ tych suk, głównych bohaterek.
Ocena: 1,5/6

Anna Downer "Narodziny magii"
Na dobrą sprawę, nie wiem, co powiedzieć o tej książce. Jej lektura jest jak seans jednego z tych niskobudżetowych, amerykańskich filmów fantasy dla dzieci: identyczne schematy, przewidywalny rozwój akcji, nawet przejścia do innych scen opisane są tak, że przed oczami ma się film. No i niby błąd to nie jest... ale mimo że książeczka jest strasznie cieniutka, to lektura się dłuuuży jak kurde blade. Jeśli ktoś ma ochotę na niezbyt wymagającą opowieść o dziewczynce, która znajduje średniowiecznego wywerna, a po piętach depcze jej kilku czarodziejów, może sięgnąć po tę pozycję. Ale nie musi.
Ocena: 3/6





 Licia Troisi "Dziedziczka smoka. Testament Thubana"
Niby wiedziałam, że ten cykl został napisany z myślą o młodszych czytelnikach, ale mimo to jestem ciut zawiedziona tym, za jaką gówniarę uważa mnie ta książka. Enyłej... Licia Troisi postanowiła dla odmiany napisać coś dziejącego się we współczesności i wyszło jej to - moim zdaniem - mocno średnio. Szczególnie rażą potwornie sztuczne dialogi: jaka trzynastolatka mówi takim językiem?! Główna bohaterka zaś, Sofia, to jęczybuła tak emowata, że nawet mnie doprowadzała do szału swoim zachowaniem. Po drugiej stronie barykady mamy Lidję - ta z kolei jest pyskatą, rezolutną gówniarą, która też doprowadza do szewskiej pasji swoim chamstwem. No i jak czytać, jak tu nie ma kogo lubić?
Jeśli w poprzednich książkach Troisi irytowało was hołubienie natury i pogarda dla nowoczesności, to tutaj osiągnęło to apogeum. Maszyny są ZUEEE! A drzewka są DOBLEEE! Najfajniejszy akcent, czyli mechaniczne wszczepy stosowane przez zwolenników Wielkiego Zuego Wiwerna, są zepchnięte na dalszy plan jako zuyyy rekwizyt. Ech, o wiele chętniej poczytałabym o Nidafjoll i jej bracie, mimo że sami też są strasznie nijacy i czarno-biali.
Ocena: 3/6

Licia Troisi "Dziedziczka smoka. Drzewo Idhunn"
Ych, czy w każdej trylogii jest tak, że środkowy tom jest najnudniejszy? Nie wiem, jak u innych, ale u Troisi drugi tom zawsze pełni rolę takiego zapychacza, w którym na dobrą sprawę niewiele się dzieje, no ale gdyby seria nie była trylogią, to nie byłaby TROO.
Sofia nadal emuje, choć trochę mniej, Lidja dalej jest bucem, a na horyzoncie pojawia się ochmójbożejakiprzystojny chłopak, w którym Sofia zakochuje się niczym Bella w Edwardzie - kompletnie go nie zna, wzdycha do niego mimo że on jej robi krzywdę i jej uczucie jest tak mistyczne i w ogóle, że dajcie torebkę na rzygi. I nadal coś mało tu smoków. Jestem zawiedzion.
Ocena: 2,5/6



Natalia Molenda "Anarion"
Nie spodziewałam się wiele po tej książce. Kupiłam opko i dostałam opko - rozkosznie opkowate do bólu. Świat fantasy, cudaczne imiona, idiotyczne nazwy (wioska Darckastlehill - wcale nie angielska, nope), piękne elfki walczące w pięknych sukienkach niczym piękniejsza wersja Bruce'a Lee. Bohaterowie robią coś, choć kompletnie bez przekonania, tak tylko żeby akcję popchnąć do przodu, bo żeby oni mieli w tym jakikolwiek interes, to tego w ogóle nie czuć. Wszyscy jak jeden mąż są dość płascy i nijacy, określa się ich na podstawie wyglądu (fiołkowooki, złotowłosa, ych) i tego, kto komu dokucza. 
No słabo jest, słabo. Ale... uroczo. Książka sprawia wrażenie, jakby sama nie traktowała się zbyt poważnie - vide rozdział zatytułowany "Kiepski zwrot akcji". Ta książka wie, że jest opkiem i nie próbuje udawać, że jest inaczej.
Ocena: 2,75/6

niedziela, 7 grudnia 2014

Somnamskrybizm: Syndrom sztokholmski

Z góry zaznaczam: fakt, że miałam taki sen i postanowiłam go spisać, nie znaczy, że podoba mi się jego treść. Znaczy, w pewnym sensie mi się podoba, ale jest to sens metaforyczny i samanieumiempowiedziećjaki, a nie dosłowny. Porywanie ludzi jest be i twierdzenie, że robi się coś dla ich dobra jest jeszcze bardziej be. Kontynuujmy.

Syndrom sztokholmski


Bezsens – pomyślała, cisnąwszy kamyk do stawu.
Usiadła na brzegu i objęła kolana ramionami. Wytarła łzy, choć w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby je zobaczyć i spytać: „Co się stało? Czemu płaczesz?”. A nawet gdyby był, nie wiedziała, co mogłaby odpowiedzieć. Owszem, mogła powiedzieć: „Wczoraj dostałam pałę z klasówki, którą – byłam pewna – napisałam dobrze”, albo: „Zgubiłam moje ulubione pióro, to, które dostałam od dziadka, nim umarł”, lub też: „Tak bardzo chciałabym mieć pieska, ale jestem uczulona na sierść”. Jednak żaden z tych problemów nie był tym, przez który czuła tak głęboki smutek.
Przełknęła ostatnie łzy i zmusiła się do wstania. Zapadał wieczór, powinna wracać do domu. Nocą w lesie bywało niebezpiecznie, lecz tak bardzo kochała noc!
Szła ścieżką, wpatrzona w gwiazdy. Nawet nie zauważyła, kiedy podjechał do niej granatowy samochód, ze środka wypadł jakiś człowiek, złapał ją na ręce i porwał do pojazdu.
Na początku wystraszyła się. Wyjrzała przez tylną szybę i zobaczyła oddalający się szybko las. Kierowca prowadził jak wariat, samochodem raz po raz rzucało na boki przy wtórze pisku opon. Kto ją porwał, dlaczego? Zdała sobie sprawę, że cały czas siedzi na kolanach porywacza. Z jakiegoś powodu... uspokoiło ją to. Skuliła się i wtuliła twarz w jego tors. Pogłaskał ją po włosach.
– Nie martw się. Teraz wszystko będzie dobrze.
Uwierzyła mu.
Nagle pojazd gwałtownie wyhamował. Usłyszała huk wystrzałów. Kierowca wyskoczył na zewnątrz i odpowiedział ogniem na ogień. Wtem drzwiczki z tyłu otworzyły się, ktoś uderzył pięścią w twarz jej porywacza i wyciągnął ją za rękę z samochodu. Ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że to jej znajomy ze szkoły. Uciekali wzdłuż drogi, wkrótce dołączyli do nich jeszcze jeden kolega i koleżanka. Gdy dobiegli na przystanek, wsiedli w czekający tam autobus, ciągnąc ją za sobą.
Wszyscy byli bardzo zadowoleni z przeprowadzonej akcji. Podnieceni adrenaliną, gratulowali sobie nawzajem.
– Nie martw się – powiedział ten kolega, który wyciągnął ją z samochodu. – Teraz wszystko będzie dobrze.
Skuliła się na siedzeniu i objęła kolana, jak jeszcze parę minut temu nad stawem. Była przeraźliwie smutna i teraz wiedziała, dlaczego – żałowała, że nie jest z tamtym porywaczem.
 ______________________________________________________________

Nie powiem, jak się czuję, bo wiem, jaka by była reakcja, ale załączę filmik.


Zaczęłam myśleć nad opkiem z Naveen w roli głównej. Jak na razie wszystkie pomysły są strasznie cheesy i nie mogę wpaść na lepsze, więc w tym tempie zacznę pisać za jakieś *liczy* pięć lat. Yay! Kocham blokady twórcze. Ich jedynym plusem jest to, że mam czas wszystko dokładnie przemyśleć i przeanalizować na miliard sposobów, tylko po to, by po spisaniu tego wszystkiego dojść do wniosku, że to się nijak kupy nie trzyma. C'est la vie.

Ziółta ziaba zwana Armageddonkiem ostatnio skuliła mi się w kłębuszek na dłoni, po czym nagle coś mu się nie spodobało i uciekł z głośnym KWAK! Poirytowane ziaby właśnie tak robią, skrzeczą, co brzmi bardzo podobnie do KWAK i jest przeurocze. Trochę mniej urocze było to, że potem próbował mi srujnąć na klawiaturę, ale to i tak fajna ziaba i rośnie jak na drożdżach, więc kto wie, może na wiosnę nam terrarium obrodzi w małe ziaby na sprzedaż w dobre ręce.

No, to to by było na tyle.



E: Ulala, aż się zapomniałam radosną nowiną podzielić. Zostałam copywriterem. Na razie idzie mi beznadziejnie, bo nie umiem lać wody, ale powoli nabieram wprawy (choć wizja pisania 20 tekstów dziennie wciąż wydaje mi się odległa i nierealna).
Jeżu w borze, edytowanie notki na telefonie sprawia, że odkrywam nieznane mi dotąd pokłady frustracji.

czwartek, 27 listopada 2014

Tu miała być notka...

...ale nie ma, bo jestem w stanie totalnego, dogłębnego nieogarniania. Niiic mi się nie chce, za nic nie mogę się zabrać, wszystko zaczyna mnie nudzić po pięciu minutach. O pisaniu czegokolwiek innego od wymuszonych prac domowych z liryki nie ma nawet co wspominać. I mam straszną ochotę napisać notkę, bo taka już ze mnie ekshibicjonistyczna potwora, ale jak przychodzi co do czego, to nie bardzo wiem, co napisać. Niby wiem o czym, ale jak już zacznę pisać, to natychmiast stwierdzam, że to nie powinno w ogóle ujrzeć światła dziennego.


Żeby nie było zbyt pusto, zarzucę garścią luźnych, kompletnie niezwiązanych z niczym przemyśleń i obrazków, bo czuję się jakbym miała ADHD i nie mogła się skupić na jednej rzeczy.


Ten gest. W jego wykonaniu. OHMYGOD SO HOT. SO SEXY. AAA.
Jak by mi ktoś n lat temu powiedział, że na widok Boby Fetta będę wydawać odgłosy nieprzystające nawet totalnym mangozjebom, to bym go wyśmiała. Ale... ale... Oh, Fett! *mdleje*

Na kolejny rok kupiłam sobie kalendarz z epickimi starwarsowymi grafikami. Jak na złość, na miesiąc moich urodzin przypada Chewbacca. Cóż... Dobrze, że nie ewoki. Nie cierpię ewoków. Tak, wiem, w "How I met your mother" jest wielka teoria dot. ewoków: jeśli nie lubisz ewoków, to znaczy, że byłaś/eś za stara/y w czasie ich powstania i nie uważasz ich za słodkie pluszowe misie, tylko za chodzące abominacje, a to oznacza, że nie można się z tobą związać!!!11oneone. But I don't care. Wiecie, istnieje zjawisko zwane uncanny valley, które polega na poczuciu dyskomfortu w zetknięciu z robotami lub stworzeniami o twarzy podobnej do ludzkiej. Ja to odczuwam wobec małp człekokształtnych i ewoków. Brr.

To wstrętne Puchaczydło wygryzło mi dziurę w kocyku. Ale i tak go kocham.

A z Armageddonkiem: sukces! Wlazł na rękę! Moją rękę! W akcie maksymalnej łaski się na nią wdrapał, rozklapił sadło i spojrzał na mnie z totalną wyższością.

Ale gupie te ciowieki, wejdziesz takiemu na rękę i ma zaciesz jak noob po pentakillu.

A tak poza tym, to na pyszczku pojawiło mu się kilka ciemnych plamek i wygląda teraz jak dojrzewający banan.

Sprzedałam Ferrin w pizdu i zainwestowałam w "Anarion" - książkę, która spodobała mi się od pierwszego wejrzenia (okładka!). Jak na razie nie zawodzi moich oczekiwań: totalne, urocze opko, które naprawdę pozwala mi poczuć sentyment do dawnych czasów, kiedy samemu się pisało takie opka i miało gdzieś krytykę. Ach, cudowna odskocznia, tym bardziej, że książka nie traktuje samej siebie zbyt poważnie, vide rozdział zatytułowany "Kiepski zwrot akcji". Chyba mi aż blokada twórcza zaczyna przechodzić, ale ćśś, nie zapeszajmy.

Poproszę jeszcze jednego Fetta.
Cool guys don't look at explosions.

Dostałam na Gwiazdkę grę Dragon: The Game i miałam w nią nie grać do Bożego Narodzenia, no ale tak ładnie na mnie patrzyła z biblioteki Steama... Na razie to jest baaardzo wczesna alpha, i mówiąc "baaardzo wczesna" mam na myśli "tak zajebiście wczesna, że praktycznie dopiero co skończyli concept arty rysować", więc nie należy się póki co zbyt wiele po niej spodziewać, ale nawet na tym etapie strasznie mi się podoba. W końcu gra skupiająca się na tym, czego mi zawsze brakowało: JESTEM SMOKIEM. PALĘ WIOSKI I ZJADAM WIEŚNIAKÓW. Latanie, choć strasznie dziwne, daje ogromną satysfakcję. Zabijanie trolli i patrzenie, jak rozpadają się na milion pikselowatych kawałeczków mięsa nawet większą. I bardzo obiecujące jest to, że twórcy cały czas coś przy tym dłubią i podają daty kolejnych aktualizacji, które jak do tej pory nie były od siebie oddalone o dłużej niż dwa tygodnie. Oby tak zostało, bo naprawdę chciałabym, by ta gra była świetna.

I'm so horny.
No, to jeszcze jeden Fett i dobranoc.

Come to me and let me look at how awesome you are.

niedziela, 16 listopada 2014

Wszyscy zdrowi

Jaki miałam fajny sen! Śniło mi się, że byłam łowczynią nagród znaną z grania na dwa fronty, co w praktyce objawiało się przyjmowaniem zleceń od każdego, niezależnie od wszystkiego, i nawet został o tym napisany artykuł w jakiejś galaktycznej gazecie. I byłam kompletną wariatką, jak Jinx z LoLa. Uwielbiałam latanie po kosmosie, strzelanie do myśliwców i przygodne romanse z kosmitami.

Fazy na Star Wars ciąg dalszy. Nawet skłoniła mnie ona do ponownej instalacji The Old Republic, ale ponieważ boję się interakcji z innymi graczami (nawet jeśli są moimi znajomymi), namiętnie oddaję się brykaniu po planetach i podziwianiu, jakie to wszystkie piękne i monumentalne. Dolina Mrocznych Lordów, AAAA EPIC. Nawet Nal Hutta wydaje mi się ładna. 

Wszyscy już pewnie rzygają moim pieprzeniem o SW i Sithach i w ogóle, ale kurde, najwyraźniej to jest możliwe stać się zagorzałym fanem po n latach od pierwszego zetknięcia się z jakimś zjawiskiem. Myślę, że najbardziej się do tego przyczyniły sesje RPG, bo one dały mi okazję do wejścia w ten świat bardziej niż filmy, komiksy, a nawet gry komputerowe. Tym bardziej, że bardzo zżyłam się ze swoją postacią. Która dzisiaj straciła płuco i pół nerki i ma teraz aparat do oddychania jak Vader, i wygląda wcale epicko. I do której bardzo bym chciała zrobić cosplay.

A Armageddonek to wredna małpa. Ja go karmię, poję, dbam o niego, a od mojej ręki zawsze się odwraca z wyrazem totalnego niesmaku na paszczy. Ostatnio kiedy był tu luby, wróciłam do pokoju z łazienki i zastałam tę podłą, zdradziecką żółtą żabę spokojnie rozklapioną na jego ręce. No normalnie foch i tyle. Enyłej, żaba jest bardzo rezolutna, już pierwszego dnia wyczaiła, po co w pojemniku stoi miska, co dziewczynom zajęło miesiąc (Rancorek to nadal nie ogarnia). Wciąż jest o połowę mniejszy od reszty gekonków, więc jeszcze trochę posiedzi w swojej kawalerce.

Puchaczydło zaś chyba usłyszało, jak na ostatniej sesji Amberu został bogiem w jednym z Cieni i teraz staje się coraz bezczelniejszy.



Kto by tracił czas na ścielenie łóżka, hłe.

czwartek, 6 listopada 2014

Priorytety

Zanim przejdę do meritum: w 3/4 lektury "Serca Ferrinu" doszłam do wniosku, że to jest takie gówno, że jednak nie mam zamiaru zaśmiecać tym swojej półki. Wątpię, by znalazł się tu ktoś gotowy rzeczone gówno odkupić, ale wici i tak rozniosę, bo a nuż, a widelec. Link do aukcyji!

A taką sobie zaprojektowałam
mhroczną, szitową maskę, o.
No, to teraz meritum: rany boskie, niby sama tego chciałam i to planowałam, ale przejście Naveen na ciemną stronę tak mi weszło na psychikę, że przez kilka dni miałam coś w rodzaju kaca moralnego. Nie chodzi o to, że żałuję, tylko raczej o coś w stylu, że bardzo się przejęłam tą zmianą, jakby dotyczyła nie postaci, tylko mnie. Skatowana i podjudzona przez potężnego Lorda Sitha, Naveen postanowiła, że już nigdy nie będzie słaba i zwróciła się ku ciemnej stronie. Nie zrezygnowała całkiem ze swojej filozofii - wciąż uważa, że fanatyzm jest zgubny, nieważne czy jesteś Sithem czy Jedi - ale nie ma zamiaru pozwalać traktować się z pogardą, jak było do tej pory.

I nagle dostrzegłam w tym przypadku więcej analogii niż sama chciałam tu umieścić.

Co mnie ostatnio doprowadzało najbardziej do szału, to fakt, że niezależnie od tego co i jak robię, zawsze było źle. Nie robię czegoś - ja jebię, jesteś darmozjadem, leniem i pasożytem, nic nie robisz tylko jęczysz. Robię coś - ja jebię, jaka ty jesteś głupia żeby się takimi rzeczami zajmować, oszukają cię, nic ci to nie da, zajmij się czymś sensownym. Well... FUCK YOU. Jeśli czegoś się wreszcie nauczyłam po tych dwudziestu-paru latach życia, to że nie warto słuchać innych. Nieważne, co robisz, jak robisz i dlaczego to robisz - ZAWSZE będzie to źle odbierane. Naveen dążyła do zaprowadzenia pokoju w galaktyce, ale wszyscy uważali ją za obłąkaną i głupią, Jedi tylko się pobłażliwie uśmiechali z wyższością, a Sithowie nią gardzili. Czemu więc w ogóle zawracać sobie głowę ludźmi, którzy mają ciebie i innych głęboko w dupie? Czy nie lepiej skupić się na własnym rozwoju? Czy nie lepiej starać się pracować na własny szacunek?

Glorious evolution. Nareszcie pojęłam, o co w tym chodzi.

Jestem Naveen Shanti. Jestem Darth Void.


No i gaddemyt, znowu mam ochotę zmienić szablon. Na taki z tą tapetą, którą sobie zmontowałam z obrazka tego autora. Jedyne, co mnie powstrzymuje, to że nie umiem zrobić tak, by nagłówek zajmował całą szerokość strony, niezależnie od rozdzielczości. Oh well.

PS Polecam serwis StudentsWatch, którego banner mam w menu obok. Po niecałym roku wypełniania ankiet o telefonach i lekach na hemoroidy, uciułałam 100 punktów, za które wypłacili mi 50zł. Już je nawet zdążyłam wydać. Nie kłamią, nie oszukują, kasa jest, a wypełnienie paru ankiet na miesiąc nie jest upierdliwe. Kokosów się na tym nie zbija, ale miło dostać pięć dych praktycznie za nic.

PS 2 Huzzah, udało się! Co prawda nie mam bladego pojęcia, jak to wygląda na rozdzielczościach większych niż moja, ale u mnie wygląda dobrze, więc nie narzekam.

czwartek, 30 października 2014

Ready to roar

Znowu zmiana szablonu, bom wiecznie niezdecydowana. Mam fazę na Gwiezdne wojny, bo na sesjach RPG Naveen awansowała do roli mojej ulubionej postaci. Chciałabym ją umieć narysować, ale umiem rysować tylko kucyki, więc zapełniam zeszyt na notatki rysunkami Naveen jako kucyka. Kucyk-kaleesh, bo ponieważ. O bezpośredniej zainteresowanej już tu pisałam jakiś czas temu, ale wtedy dopiero co ją stworzyłam i nie mogłam się jakoś bardzo rozpisać. Teraz, po chyba pół roku grania, mogę z całą stanowczością powiedzieć, że uwielbiam ją odgrywać. Jest przekonana, że zarówno Sithowie jak i Jedi przyczyniają się do zła we wszechświecie, bo fanatycznie bronią swoich przekonań. Uduchowiona jaszczureczka uważa, że należy utrzymać równowagę, korzystając zarówno z ciemnej jak i jasnej strony Mocy. Efekt jest taki, że członkowie drużyny grożą jeńcom, że zostawią ich ze mną i będą musieli słuchać mojego pitolenia. Ale długo to już raczej nie potrwa, bo ostatnio Naveen skłania się ku ciemnej stronie. Jak i ja się skłaniam... Wzięłam się za czytanie wszelkiej maści komiksów Star Wars i święci pańscy, jak ci Jedi pieprzą. Nie znoszę postaci nieomylnych mędrców, bo po prostu NIE MA ludzi nieomylnych, a zdecydowana większość Dżedajów ma skłonności do tego irytującego, natchnionego mędrkowania. Nie, żeby Sithowie nie mieli ciągot do patetyzmu, ale jakoś w ich wydaniu mnie to tak nie denerwuje. W końcu to złodupce. 

Tak à propos komiksów: dzięki nim stałam się fanką Bobby Fetta (choć nadal uważam, że ma głupie imię). Długo mi zajęło przejście od "kim, do jasnej ciasnej, jest Bobba Fett?!" do "łooo, ależ on jest epicki!", no ale cusz. W skanach komiksów z 1999r. znalazłam też rozkoszny konkurs na to, który z filmów SW jest najlepszy i bezkonkurencyjnie wygrało "Mroczne widmo", zaś "Nowa nadzieja" zdobyła marne 2% głosów. Kwik.

BAD. ASS.

Dokładniej o komyksach rozpiszę się w serii recenzji na drugim blogu. Szkoda tylko, że Star Wars Day dopiero czwartego maja, fajnie by było zrobić miesiąc z Gwieznymi wojnami z okazji tego, hm, święta, ale raczej nie wytrzymam tak długo. Tym bardziej, że mój wewnętrzny masochista domaga się obejrzenia "Star Wars Holiday Special", a to będzie jak znalazł na grudzień.

Jak by kogoś to interesowało, to od paru dni czuję się o wiele silniejsza. Doszłam do wniosku (wreszcie), że powinnam mieć na względzie to, czy JA szanuję SIEBIE, a nie co mówią inni. Akceptacja ze strony innych jest miła, ale nie niezbędna do życia. Jeśli skupię się na tym, co jest w życiu dobre i rozwijające, będę sukcesywnie stawać się coraz silniejsza.

I pomyśleć, że doszłam do tego dzięki filozofii Sithów...

Na zakończenie - Katy Perry! Nie rozumiem, skąd tyle hejtu na nią, jej piosenki są fajne.

PS Promotorka powiedziała, że mój pomysł na licencjat jest kapitalny. <3 Wiara w siebie odzyskana.

niedziela, 19 października 2014

And that's how I became a Sith*

Huh, nowego blogaska prowadzi mi się tak przyjemnie, że chyba z tego zrobię wyłącznie pamiętniczek. No, może "Krótko o książkach" zostawię, bo bez sensu to przenosić. Czekam na kolejny anonimowy ból dupy o to, że na tym blogu nic, tylko o sobie piszę. NO POPACZ, na blogasku pamiętnikowym piszę o sobie, CO ZA DNO I CHAŁA.

Do sieci wyciekły concept arty z epizodu VII Gwiezdnych Wojen. Jaram się knight trooperem i tym panem, choć nie mam zielonego pojęcia o lore jednego i drugiego. Niemniej, natchnęło mnie to do namalowania na szkle grupki szturmowców tańczących kankana w ramach kontynuowania serii rozpoczętej przez szturmowca-serduszkowca, a także do wzięcia szturmem Etsy. Co prawda po wpisaniu w ichniejszą wyszukiwarkę "glass painting" wyskakują takie arcydzieła, że z miejsca dostaję depresji, ale jeśli nie spróbuję, to do końca świata będę tylko jęczeć, że nic mi nie wychodzi, a tego by nikt nie był w stanie słuchać. Tak więc, jak tylko skończę z obecnym, gargantuicznym zamówieniem, biorę się do dzieła właściwego.

Z okazji powyższego, wróciłam także do kończenia KotORa. Chyba już wspominałam, jak bardzo pogłębiła się moja nienawiść do Jedi po wielkim plot twiście, a jak znowu obejrzałam tę cut-scenkę, to tylko się utwierdziłam w tym przekonaniu. [SPOILER ALERT] Serio, Jedi to obrzydliwe, wyrachowane dupki, którzy zasłaniają się swoją domniemaną mądrością, by ukryć to, jak bardzo manipulatorscy i oderwani od rzeczywistości są. Niby w jaki sposób Revan miał/a zrozumieć lekcję, skoro usunięto mu/jej wszystkie wspomnienia na temat swojego poprzedniego życia? Gówno, nie chodziło o żadną lekcję i odkupienie, wszczepili Revan(owi) fałszywe wspomnienia i zindoktrynowali, by mieć potężnego niewolnika po swojej stronie. W jaki niby sposób to nie jest złe do szpiku kości? Dlaczego mam sympatyzować z tymi zadufanymi kaznodziejami? Do tej pory kreowałam swoją postać na 100% light side, ale walić to, od konfrontacji z Malakiem skłaniam się ku ciemnej stronie. I dlaczego nie mogę mieć romansu z HK-47?! Carth to dupek!!! (A Bastila jeszcze gorsza).

W zasadzie gdyby nie ogólna arogancja, parcie na władzę i dążenie do celu po trupach, byłabym skłonna uważać Sithów za równych gości. Znaczy, dobra, Sithowie to nie są równi goście, ale ich przekonania mają dla mnie dużo sensu. A kodeks Sithów pragnę mieć na jakiejś koszulce, bo jest epicki.
Peace is a lie, there is only passion.
Through passion, I gain strength.

Through strength, I gain power.

Through power, I gain victory.

Through victory, my chains are broken.

The Force shall free me.
Wracając do normalnego, nudnego życia: po pierwszym seminarium licencjackim stwierdziłam z pełnym przekonaniem, że nie ma szans, bym była w stanie to wszystko zdać. Nie będę się rozwodzić nad powodami i tak dalej - po prostu NIE. A oczywiście nie mam wyjścia. MUSZĘ skończyć studia. Bojakżetotak, cała rodzina magistry, wszystkie koleżanki magistry, cały świat magistry, tylko ja śmiem tego nie chcieć i sobie nie radzić na - och och - najprostszym kierunku we wszechświecie. Okej. Niech wam będzie. Podejdę do tego gówna, żebyście przynajmniej nie mieli pretensji, że nie próbowałam. I tak już się przyzwyczaiłam do tego, że nikogo nie obchodzi moje zdanie i to, co ja chcę robić. Było tak zawsze i we wszystkim, nie mogłam nawet w dzieciństwie zdecydować, w co się bawimy. Całe moje życie to jedna wielka strata czasu, jeden rok więcej nie zrobi mi różnicy. Przepraszam, że mam, jak to było? "Zero ambicji, zero". Przepraszam, że nie chcę być uwięziona na jednym stanowisku - koniecznie w tak zwanym ZAWODZIE - do końca życia. Przepraszam, że moja największa aspiracja związana z zarabianiem pieniędzy to iść-odbębnić-wrócić-mieć w dupie-móc się zająć swoimi zainteresowaniami. Jestem do dupy córką i do dupy człowiekiem.

W takich chwilach żałuję, że naprawdę nie jestem jakimś Sithem, z sithowym charakterem i sithowymi przekonaniami. Zdanie innych po prostu by mnie nie obchodziło.

Karta na dziś:

*Na melodię "How I became the sea" Owl City

E: Włączyła mi się faza na Dimmu Borgir, a ponieważ dobrą muzyką trzeba się dzielić, zarzucam linkiem.

piątek, 10 października 2014

Reklamy, maszyny i takie tam

Znowu mi coś głupiego do łba szczeliło i zrobiłam KOLEJNEGO blogaska. Bo na zaliczenie z jednego przedmiotu mam zrobić bloga i z tej okazji w mojej chorej głowie zrodził się pomysł, który wydał mi się tak fajny, że zasłużył na natychmiastową realizację. Otóż mam zamiar recenzować życie. Tutaj:

Link

Jest już nawet pierwsza recka, trochę nudna i typowa, ale od czegoś trzeba zacząć. W najbliższym czasie planuję zrecenzować grę, film o Barbie, batonik muesli, pewien park w Łodzi i dorosłość. Także ten. Zbyt normalny to ten blog nie będzie. Jak i ja nie jestem. Zapraszam.

O moim ukochanym Tyrciu ostatnio mało piszę, ale bardzo dużo myślę. Skutkuje to tym, że jego światopogląd zaczyna mi się rzucać na mózg. Przejawia się to nie tylko przejmowaniem jego przekonań, ale też pociągiem do wszelkich maszyn, robotów i innych mechanizmów. Wczoraj jechałam autobusem i długi czas obok popylał jakiś facet na motorze i o raju, jaki on był wspaniały. Motor, oczywiście. Nigdy nie interesowałam się motoryzacją, a tu nagle zaczęłam ślinić się na widok motoru i jego elementów, co trochę mnie martwi, bo nie chcę być odbierana jak jakaś fake geek girl (choć do etapu słitfoci z joystickami jeszcze mi daleko). No bo... to mi po prostu bardzo dobrze robi na estetykę. Nie mam pojęcia, jak działa, ale to tylko potęguje fascynację, bo urasta to do rangi czegoś mistycznego i nieobejmowalnego moim ograniczonym rozumem. Ostatnio natrafiłam w internetach na gifa przedstawiającego jakąś dziwaczną maszynę do przesadzania drzew i spędziłam pół godziny na adorowaniu jej wspaniałości. Srsly.

Jaaaka pięęękna! <3

Z mnóstwa wywiadów z pisarzami wynika, że takie przejmowanie cech stworzonych przez siebie postaci to nic nowego i nadzwyczajnego. Oczywiście nie mogę znaleźć żadnych artykułów na ten temat, ale pamiętam, że paru pisarzy mówiło o czymś takim na różnych konwentach. W sumie to mógłby być ciekawy temat na jakiś licencjat czy cuś, ale nie ma mowy, żebym się podjęła czegoś takiego. Nawet nie sądzę bym zaliczyła ten semestr, a co tu dopiero mówić o kończeniu studiów. No ale mniejsza. W każdym razie, jeśli nadal będę przejmować cechy Tyrcia, to może wreszcie uda mi się ogarnąć swoje życie i wyjść na ludzi. Albo zostanę socjopatycznym dziwakiem z manią na punkcie maszyn i pociągiem do mechanicznych protez i egzoszkieletów.

niedziela, 5 października 2014

Make your own kind of music*

Miałam już mówić, że przejrzałam na oczy, dotknął mnie niebiański blask i jest mi dobrze, ale nie, jednak nie jest. Naprawdę się staram, ale im bardziej sobie wmawiam, że mam dużo powodów do szczęścia, tym bardziej w to nie wierzę.

W ramach akcji "żeby tylko się czymś zająć i nie użalać nad sobą", zaczęłam robić coś w stylu kart Bella Sara, tylko że nie tylko z magicznymi końmi i z cytatami, które wywarły na mnie wrażenie. Nobody cares**. Ale i tak je tu wrzucę.













Pewnie to wygląda tak, jakby obrazki nie miały kompletnie nic wspólnego z załączonymi do nich cytatami, ale dla mnie to ma sens i tylko to się liczy. Traktuję robienie tych kart jako rodzaj terapii, staram się codziennie robić jedną, a przy tej okazji przeglądać wszystkie i starać się wyciągać naukę z cytatów. Jak na razie wszystkie pochodzą z mojego kajeciku, w których spisywałam fragmenty czytanych książek... dopóki przestało mi się chcieć. Na chwilę obecną to kompletnie nic mi się nie chce. Nawet żyć, jeśli miałabym zabrzmieć melodramatycznie, ale to by brzmiało strasznie głupio i cheesy, więc tego nie powiem***.

Na dobranoc utwór, którym ostatnio katuję się niemal bez przerwy:

*Tytuł notki jest taki tylko dlatego, że przypomniała mi się taka piosenka, która leciała w którymś tam odcinku któregoś tam sezonu "Lost". Wow, kiedyś mi się chciało nawet seriale oglądać.
**Chyba czas zrobić na to odpowiedniego taga.
***Scheiße, już powiedziałam.

niedziela, 28 września 2014

D. i ja

Jeśli kiedyś spotkacie kogoś, kto uważa, że depresja to tylko taka moda, chęć zwrócenia na siebie uwagi albo przykrywka dla lenistwa, dajcie mu ode mnie w pysk. Nie tylko dlatego że kompletnie nie ma racji, ale też prezentuje podejście "jeśli problem mnie nie dotyczy, to on nie istnieje", a jest to nie dość, że potwornie wkurzające, to strasznie krzywdzące dla wszystkich, których ten problem jednak dotyka.

Depresja to nie moda i nie wyimaginowana przypadłość. To choroba. Równie prawdziwa i niemal tak wyniszczająca, jak rak.



Za każdym razem, kiedy ktoś dowiaduje się o mojej depresji, pojawia się pytanie: "Dlaczego jesteś smutna?". Cóż, chciałabym mieć jakiś powód, choćby po to, żeby móc zamknąć gęby wszystkim, którzy twierdzą, że nie mam prawa do bycia smutną, bo wszystko mam, niczego mi nie brakuje, no i ulubiony argument ludzkości: INNI MAJĄ GORZEJ. Owszem, zdaję sobie z tego sprawę. Ale to tylko sprawia, że czuję się JESZCZE gorzej. Bo jak ja śmiem czuć się źle, kiedy wokół mnie ludziom umierają najbliżsi, kiedy tracą cały majątek, kiedy zapadają na śmiertelną chorobę?

Depresja to podła suka, która wcale nie potrzebuje żadnego konkretnego powodu, by się człowieka uczepić i nie puszczać do końca życia. Bywa, że przez cały dzień czuję się dobrze, aż nagle kulę się na środku drogi i zaczynam niekontrolowanie płakać, myśląc, że nie chcę żyć. Czy mam powód, by akurat w tej chwili czuć się źle i chcieć się zabić? Oczywiście, że nie. Ale D. już tak ma: w najmniej spodziewanych momentach budzi wszystkie najgorsze lęki i wylewa na ciebie wiadro pomyj. Przypomina ci wszystkie niepowodzenia, wylicza twoje najgorsze wady, zwala na ciebie winę za wszystko, udowadnia ci, jak bardzo nie pasujesz do tego świata i jak bardzo innym zawadzasz. Bywa też, że do płaczu doprowadzają największe głupoty, jakie tylko można wymyślić.
Bo trafiło się na rodzynka w cieście.
Bo godzinny program czwarty raz przerywają reklamy.
Bo na obiad jarzynowa.
Bo ulubione skarpetki są w praniu.
Bo w pokoju lata komar.

Ale czasem o wiele gorsze od tych chwil załamania są długie okresy, kiedy po prostu nic człowieka nie obchodzi. Kiedy wszystko obojętnieje i nic ani nie powoduje smutku, ani nie sprawia radości. Kiedy dni mijają jeden po drugim, nie różniąc się od siebie niczym. Spędza się cały dzień, leżąc w łóżku i patrząc w sufit, bez zaangażowania oglądając telewizję albo raz po raz odwiedzając w kółko te same strony w internecie. Żeby tylko jakoś upłynął ten czas, który trzeba spędzić, będąc przytomnym. 


Oczywiście, jak każdą chorobę, depresję można leczyć. I chciałabym tu zamieścić jakąś inspirującą mowę, jak to wyzdrowiałam i moje życie zmieniło się na lepsze, ale, niestety, nie mogę. Walka z depresją nie jest łatwa. Nie wystarczy brać do skutku tabletki, by pewnego dnia się obudzić i zakrzyknąć: hurra! jestem zdrowy! Nie można zabić D. D. to ty. To walkę z sobą trzeba wygrać. Nawet ze wsparciem stada psychiatrów, psychologów, przyjaciół i prochów to się często wydaje niemożliwe. Powiedzieć człowiekowi z depresją: "Hej, uśmiechnij się!" to jak powiedzieć człowiekowi ze złamaną nogą: "Chodź pobiegać!". Dude, wymagasz ode mnie niemożliwego.

Ale to problem, który dotyka nie tylko bezpośredniego zainteresowanego. Każdy, kto próbuje ci pomóc - jak by się do tego nie zabierał - może poczuć się przygnębiony lub zirytowany faktem, że jego działania nie przynoszą żadnych skutków. Ale to nie jego wina, że zdajesz się być odporny na pocieszanie, wynajdywanie solucji i pełne dobrych chęci kopy w zad. Twoja też nie. Zaburzenia depresyjne niejedno mają imię - czasem postawienie trafnej diagnozy trwa kilka lub nawet kilkanaście lat. Ciężko się dokopać do źródła problemu. Ale trzeba próbować.


Karta na dziś:

środa, 24 września 2014

The end is near!

Myślałam, że proces zamawiania i kupowania nowego gekona potrwa jeszcze co najmniej kilka miesięcy, a tu mi nagle luby oznajmia, że hej, jutro przyjadę z gadem. Ok. xD

Nowy narybek jednak nie ma czerwonych oczu, ktoś nas ubiegł w rezerwacji. Ma za to najbardziej smocze oczy, jakie w życiu widziałam i piękne runy na ogonku. Kiedy przekładaliśmy go do nowego lokum, tak się szarpał, wyrywał i kwakał, że otrzymał z tego tytułu imię Armageddon.

Ziółta ziaba i jej runiczny ogonek.

Pyszczek się uśmiecha, lecz oczy łakną krwi..

Na żywo nie jest aż tak kurczaczkowo żółty, raczej pastelowo-bananowy. Jest jeszcze malutki, gdzieś tak o połowę mniejszy od dziewczyn, więc póki nie podrośnie, będzie mieszkał w kawalerce. Teraz czeka nas kilka tygodni oswajania tego przystojniaka. :3

Z innych informacji. Primo: oddam książki w dobre ręce.

Secundo: kurde, lektura Ferrinu, mimo że jest to książka beznadziejnie napisana i pełna patologii (serio, czy ta kobieta ma jakąś chorą fascynację gwałtem, że musi umieszczać co najmniej jeden w każdej swojej książce?), budzi we mnie pełno nostalgicznych uczuć. No bo to przeca opko jest. Na dokładkę sama zaczęłam przygodę z pisarstwem od niemal identycznych: ja jako główna bohaterka przenoszę się do świata fantazji i przeżywam tam mnóstwo przygód (tylko bez gwałtów). Jak tu nie czuć sentymentu do każdego innego podobnego tworu?

Tertio: dokonałam kolejnego odkrycia Ameryki w konserwie. Wiem, co przez całe życie robię nie tak. Dawno temu ktoś mi powiedział i wbiłam to sobie do głowy bardzo mocno, że najlepsza praca to nie taka, w której zarabiasz więcej od premiera (choć to też by było fajne), ale taka, która sprawia ci przyjemność. No i do tej pory wszystko fajnie. Tylko że dzisiejszy świat ma pilne zapotrzebowanie na specjalistów. Co w tym nie gra? Ano to, że ja się wszystkim interesuję powierzchownie. Powierzchownie interesuję się literaturą. Powierzchownie interesuję się zwierzętami. Powierzchownie interesuję się malowaniem. Powierzchownie interesuję się fantastyką. W żadnej, absolutnie żadnej dziedzinie nie jestem ekspertem. Mało tego - nie bardzo chcę być, bo wprost nienawidzę się uczyć, przyjmuję tylko taką wiedzę, którą zapamiętuję mimochodem. A jak powszechnie wiadomo, jeśli coś jest od wszystkiego, to jest do niczego. Dlatego mam 23 lata na karku i żyję na garnuszku rodziców, rzadko mając pieniądze na różne zachcianki, o utrzymaniu się nawet nie wspominając, podczas gdy moi rówieśnicy z podstawówki mają już pracę w zawodzie. Nie wiem, czy wszyscy są bardzo szczęśliwi, malując paznokcie w salonie albo kładąc papę na dachy, ale są samodzielni. I tego im cholernie zazdroszczę. Ale nie wiem, co na tym etapie mogę jeszcze zmienić. Trzeba było olać presję otoczenia, nie słuchać gadania, że do zawodówek idą same debile, pójść do technikum leśniczego, a nie do beznadziejnego, "elytarnego" liceum, z którego wyszłam z ciężką depresją (którą ówczesna pani psychiatra skwitowała machnięciem ręki i słowami "aa, to tylko takie nastoletnie Weltschmerzen, przejdzie jej") i dalej z tą depresją poszłam na jakieś cholerne studia, które gówno mi dadzą. I na dokładkę głowa mnie boli tak, że zaraz sobie chyba w łeb strzelę.

No ale dobra, muszę się zmusić do jakichś pozytywnych myśli, bo za tydzień wracam na te zasrane studia i jak nie odwrócę sobie czymś uwagi, to się chyba naprawdę zastrzelę. Także ten, miłość, radość i kucyki pony.

Karta na dziś:

Jak by udało mi się znaleźć dobrą pracę, w której nie czułabym się zestresowana ani skrępowana, i która dawałaby mi satysfakcję, to za pierwszą wypłatę kupiłabym wszystkie karty Bella Sara na świecie.

E: Steam mnie chyba lubi, bo co chwilę dostaję jakieś kupony. Oddam w dobre ręce kupony zniżkowe 25% na dwie gry: Heavy Bullets i Banished, oba ważne do 16 października. 

niedziela, 21 września 2014

Małe zoo

Ostatnio ciągle mam powtarzający się sen: że mam pięknego, karego konia. Chciałabym kiedyś urozmaicić swój inwentarz o konia... ale co innego kupić, a co innego utrzymać takie bydlątko, więc się raczej nie zapowiada, buu.

Tymczasem gekonki szaleją, królik bałagani, a pies tęskni za pańcią, która wyjechała do Anglii. Zaczynając od tych pierwszych: Luna ostatnio odkryła cudowność pudełka z mokrym ręcznikiem papierowym (no ba, cały dzień go obklejałam kamykami i muszelkami). Zrobiła sobie w nim swoje prywatne spa, z którego nie wychodzi już od dwóch dni. Jak na razie chyba tylko Rancorek odkryła prawdziwe przeznaczenie tego pudełka, to jest pomoc w wylinkowaniu, no ale co będę Lunie odmawiać przyjemności.

Cieeepło. <3

Moookro. <3

W Rancorka (Rancorię?) wstąpiło zaś nowe życie i na robale rzuca się z takim entuzjazmem, że przegryza je na pół (FUUUJ). Byłoby miło, gdyby wreszcie ogarnęła, do czego służy miska, no ale najwyraźniej nie można mieć wszystkiego.

Najmniej aktywna zaś zrobiła się Moria. Ciągle siedzi wciśnięta za górę tak, że widać tylko jej nogę pod dziwnym kątem. Ożywia się tylko wieczorami, jak przed terrarium przejdzie człowiek. Widać wtedy w górze takie wytrzeszczone oczyska mówiące: HYYY! CIOWIEK! DAJ ROBALA! Kiedy raz jej pomerdałam palcem przed oczami, nie dość, że się rzuciła i ugryzła, to jeszcze zaczęła przeżuwać.

Gekonkowa balanga, nananana!

Co do nowego mieszkańca, będzie prawdopodobnie miał na imię King in Yellow i wyglądał tak:

Czerwone kurwiki. <3

Gadzi bonus: Venom, wąż zbożowy lubego. Uwielbiam tego potwora, nie mogę wyjść z podziwu, jak duży urósł. Kiedy go kupowaliśmy, to była taka malutka, chudziutka glizda, która natychmiast po włożeniu do transportera zaryła się głęboko w kokosowe wióry i od czasu do czasu wyglądała spod nich jak peryskop. Udało mu się raz uciec z transporterka i schował się w pudełku gry Dawn of war, jak na prawdziwego nerda przystało. Teraz ma coś ponad metr, prawdopodobnie półtora, i uwielbia wpełzać za rękawy. Ciekawostka: Venomek boi się szczurów... Zawsze dostaje mrożone myszy, nie inaczej było ze szczurem, ale z jakiegoś powodu się go wystraszył. Akurat próbowałam spać, kiedy luby go karmił, a terrarium stoi tuż nad łóżkiem, więc to było ciekawe przeżycie: luby wymachujący mi martwym szczurem nad głową i odgłosy wystraszonego węża, który trzęsie ogonem, robiąc głośne "trrr", po czym "CPSSS!" gdy próbował odgonić intruza.

Zanim odezwie się tu jakiś napalony obrońca zwierząt: tak, wyobraźcie sobie, że węże też muszą jeść. Venom zawsze dostaje "mrożonki", czyli myszy, które zostały humanitarne zabite przed zamrożeniem. Psie/kocie żarcie z puszki też nie rośnie na drzewach - pokusiłabym się o stwierdzenie, że mięso z takiej karmy pochodzi z o wiele bardziej niehumanitarnego uboju. End of topic.

Za młodu był prawie czarny,
na starość wyjaśniał.

Wierzcie lub nie, ale na tym zdjęciu Venomek śpi.

Puchaczydło zaś jest niedobre i próbuje mi zeżreć cały pokój. Wiklinowy fotel się niedługo chyba zarwie, a prześcieradło mam pełne dziur. No ale jak tu się złościć na takiego małego buraka cukrowego, który rano wskakuje na łóżko i liże człowieka po twarzy?

Burak cukrowy w naturalnym
środowisku.

A Kajka siedzi na parapecie i wygląda na pańcię.

Kurde, żeby pies był bardziej
fotogeniczny ode mnie... xD

Hm, znowu mi wyszła notka, która ma w cholerę zdjęć, ale malutko tekstu. Jakoś tak... ostatnio nie umiem się za bardzo rozpisywać. Sorry.

wtorek, 16 września 2014

Krótko o książkach, vol. 7

Licia Troisi "Kroniki Świata Wynurzonego. Misja Sennara"
Cóż... Z tej trylogii będzie to chyba najsłabsza część. Nihal jest jeszcze bardziej irytującą merysujką, jej zachowanie i decyzje przyprawiają o facepalm za facepalmem, a w swej kiczowatości dorobiła się nawet tatuażu: skrzydeł na plecach. Nadal nie mam do tej dziuni ani krzty sympatii. Ale po tytule widać, że nie tylko o niej jest ta powieść: jej trulaw też przeżywa swoje przygody... które z kolei są potwornie nudne. Czy tego już nie było? Wydaje mi się, że w którejś z innych trylogii był identyczny schemat: para trulawów się rozdziela i w środkowym tomie przeżywają każdy swoją przygodę. Troisi chyba naprawdę skończyły się pomysły na tę serię. Dobrze, że wzięła się za coś innego, bo naprawdę, z tomu na tom coraz bardziej dobija ta nużąca wtórność.
Ocena: 3/6


Ari Marmell "Pakt złodziejki"
To była jedna z najbardziej męczących lektur w ostatnim czasie. Po opisie z tyłu spodziewałam się czegoś dużo, dużo lepszego, może w stylu "Zadania goblina", ale "Pakt złodziejki" okazał się być wręcz okropny. Autor popełnił trzy główne grzechy, które w moich oczach pogrzebały tę książkę.
1) Chronologia w cały świat. Rozdział 1: rok temu, Rozdział 2: obecnie, Rozdział 3: sześć lat temu... Nie da się w tym połapać i nie oszaleć. Jakiegoś wprowadzenia w świat nie ma. Są imiona i nazwy jakby francuskie, jest broń palna, są miecze, pudrowane peruki, biskupi... ale na dobrą sprawę nie wiem, co mam sobie wyobrażać. Losy bohaterki mnie nic a nic nie obchodzą, bo nie mam okazji jej dobrze poznać.
2) Autor zapomniał, że humor slapstickowy w prozie po prostu nie działa. Jak długi i barwny nie byłby opis miny faceta, który drugi raz z rzędu dostał kopa w jaja, brzmi to po prostu żenująco, a nie śmiesznie - tym bardziej, że za dwa rozdziały znowu dostaje kopa w jaja, ale nie czuje uderzenia, bo osłonił klejnoty mieszkiem z pieniędzmi (co, w moim rozumowaniu, powinno tylko zwiększyć ból, ale co ja tam wiem o bólu jąder).
3) Półdialogi złodziejki z siedzącym w jej głowie bogiem są przerażająco sztuczne. Mówię "półdialogi", bo bóg jest niemy i komunikuje się z dziewoją za pomocą emocji. Efekt jest taki, że bohaterka nieustannie gada do siebie w stylu: "No wiem, udało mi się dzięki tobie, gdyby nie twoja pomoc, rozmaśliłabym się na ścianie. Co?! Co to ma znaczyć, że już nigdy więcej mi nie pomożesz? Że niby ja z ciebie kpię?" I tak w kółko. W ogóle nienawidzę, gdy bohaterowie mówią do siebie na głos, ale TO to już jest szczyt sztuczności i nieporadności.
Ocena: 2/6

Andrzej Tucholski "Admiralette"
Co ja mogę napisać o tej książce, czego nie napisały już dziesiątki osób przede mną?
Cóż, dla mnie ta cieniutka powiastka była przede wszystkim śmiertelnie nudna. Ale tak serio, poważnie, przytłaczająco, niemiłosiernie NUDNA. Ostatnio tak się wymęczyłam przy "Wymazywaniu", ale "Admiralette" na szczęście nie muszę doczytywać do końca na zaliczenie przedmiotu. I poza tą nudą, "Admiralette" kompletnie niczym się nie wyróżnia. To opko, jakich miliony w internetach, z tą subtelną różnicą, że autor (czy może raczej aŁtor) każe sobie za nią słono płacić. Główna bohaterka to wkurzająca gówniara, oczywiście piękna, arogancka i inteligentna, choć głównie w oczach autora. Książka podzielona jest na trzy opowiadania, w których na dobrą sprawę nic się nie dzieje, a nawet jeśli, to akcja ginie, przytłoczona ogromem opisów. Wierzcie mi, to nie są zwykłe opisy. Cokolwiek autor opisuje, robi to maksymalnie szczegółowo, każda śrubeczka w mechanizmie, każda pojedyncza nitka w cumie, położenie każdego pryszcza na gębie każdej napotkanej przez bohaterkę postaci, a ramach bonusu: każda z tych kompletnie nieznaczących postaci ma swoje dłuuugie backstory. Gdyby usunąć z tej książki wszystkie te niepotrzebne zapychacze, całość dałoby się streścić na góra trzech stronach. Zresztą, nawet przy zastosowaniu mnóstwa środków mających na celu zwiększenie objętości powieści (czcionka większa niż w książeczkach dla dzieci, spore marginesy, mnogość pustych stron), wychodzi z tego coś, co wygląda bardziej na wstęp do czegoś, niż całość sama w sobie. No, ale oczywiście to nie mogła być jedna książka, MUSI BYĆ TRYLOGIA BO TYLKO TAK JEST TROO, więc czekamy na sequel!
Ocena: 1,5/6

Katarzyna Michalak "Powrót do Ferrinu"
Czy popełnię straszne bluźnierstwo, jak powiem, że tę książkę... czyta mi się całkiem przyjemnie?
Nie zrozumcie mnie opacznie - to zła książka jest. Zacznijmy od tego, że aŁtorkasia zastosowała naprawdę beznadziejny chwyt: wszystko, co zostało opisane w tomie pierwszym, nigdy się nie wydarzyło, Karolina/Anaela wraca do Ferrinu i jednocześnie cofa się w czasie do wydarzeń SPRZED wszystkiego, co było w "Grze o Ferrin". Po drugie: Anaela jest nieśmiertelnym pionkiem w grze, jaką toczy między sobą dwójka bóstw. W świetle dwóch powyższych faktów, ciężko nie mieć w dupie wszystkiego, co się dzieje, bo przecież zawsze bogowie mogą stwierdzić, że Anaela dała ciała i wczytają jej save'a, w związku z czym żadne z poprzednich wydarzeń nie miało miejsca. Po trzecie: NIE WIEM, CO SIĘ DZIEJE. A jak dodać do tego wydarzenia kompletnie niemające sensu i logicznego uzasadnienia, to podwójnie nie wiem, co się dzieje, o co chodzi, kto z kim i dlaczego. Jedyny plus jest taki, że tak naprawdę nie ma znaczenia, czy cokolwiek rozumiem - autorka, jak na grafomankę przystało, i tak będzie naginać rzeczywistość do swojego aktualnego widzimisię, a kto wie, ile jeszcze razy wystąpi motyw wczytywania save'a.
Ale tak jakoś... fajnie mi się to czyta. Nie bijcie.
Ocena: 2,5/6

Praca zbiorowa "Balsam dla duszy miłośnika koni"
Dla odmiany będzie coś ocenionego pozytywnie, hłe hłe.
W sumie nie mam tu wiele do powiedzenia. Książka jest tym, na co wygląda: balsamem dla duszy miłośnika koni. Składa się z mnóstwa krótkich opowiadań będących prawdziwymi historiami ludzi, którzy kochali konie. Niektóre zabawne, inne wzruszające, jeszcze inne pouczające. Jedyne, co mnie drażni w niektórych opowiadaniach, to natchnione, egzaltowane wynurzenia o Bogu i cudzie modlitwy... No ale cóż, cała seria "Balsamów dla duszy" została stworzona przez chrześcijan dla chrześcijan, więc trudno.
Ocena: 4/6







Ech... Nie chcę wracać na studia. Poza wszystkim, do czego przejdę za chwilę, mój wydział przeniósł się do nowego budynku, który jest wprost okropny, zwłaszcza w porównaniu z Pałacem Biedermanna, w którym kulturoznawstwo urzędowało do tej pory. Żegnajcie, drewniane schody kryte dywanami, żegnajcie, boazerie i ogromne okna, z których zimą pizgał nieludzki ziąb. Nawet za tym cholernym browarem i jego roztaczającym się nad parkiem smrodem będę tęsknić. Ostatni rok licencjatu spędzę w nowoczesnym badziewiu ze szklanymi podłogami, przez które faceci będą podglądać dziewczyny w sukienkach. *sigh*

Tia... Tylko ciągle zadaję sobie pytanie: po co to wszystko? Po cholerę mi w ogóle były studia? Żeby udowodnić rodzicom, że nie jestem gorsza od siostry i rówieśników? Nienawidzę się uczyć. Naprawdę, dogłębnie nienawidzę tego całego procesu ślęczenia nad trudnym (i nierzadko trudno dostępnym) materiałem, którego treść nawet mnie nie interesuje. Lubię się uczyć WYŁĄCZNIE poprzez praktykę. Nigdy nie czytam instrukcji, nieważne czy gier, czy urządzeń, lubię wszystko odkrywać metodą prób i błędów. Na studiach nie ma miejsca na metodę prób i błędów, masz temat do wykucia, tysiąc nieistniejących książek do znalezienia, a potem miesiąc na przeczytanie, zrozumienie i zapamiętanie absolutnie każdego akapitu z każdej z nich. Nienawidzę tego.

Ale jednocześnie nie mam kompletnie żadnego planu na to, co mogłabym robić poza tymi zasranymi studiami... i w ten sposób błędne koło się zatacza. Ani planu, ani odwagi, nic. Mam tylko kilka antydepresantów, które mają mi pomóc przetrwać.




E: VIKTOR VIKTOR VIKTOR