wtorek, 28 stycznia 2014

Krótko o książkach, vol. 4

Mark Chadbourn "Koniec świata"
Są takie książki, które otwiera się na pierwszej stronie i już się wie, że trafiło się na coś dobrego. Koniec końców, "Koniec świata" pupy nie urywa, ale wciąż pozostaje całkiem dobrym fantasy z połamanym smokiem na okładce. Poznajemy Jacka Churchilla, pogrążonego w żałobie po śmierci narzeczonej. Dwa lata od tego wydarzenia, Jack zauważa coraz więcej dziwnych, niewytłumaczalnych zjawisk. Wkrótce dowiaduje się, że świat, jaki znał, powoli chyli się ku końcowi, by ustąpić miejsca dawno zapomnianej magii. Kluczem do przetrwania są Bracia i Siostry Smoków, a Jack jest jednym z nich.
Książkę czyta się trochę jak powieść młodzieżową: jest piątka przyjaciół (a raczej nieznajomych, którzy nagle muszą ze sobą współpracować), jest misja, są artefakty do odnalezienia, wrogowie do przechytrzenia, świat do uratowania et cetera. Ale jest też seks, narkotyki, nieugrzeczniona śmierć i tym podobne, podane jednak w takiej formie i ilości, że nie sprawiają odpychającego wrażenia. Szału nie ma, ale czyta się szybko, gładko i przyjemnie. Jedyne, co mnie drażni, to że styl okładki pierwszego tomu jest zupełnie inny niż dwóch pozostałych...
Ocena: 4,5/6

James A. Owen "Powrót Czerwonego Smoka"
Drugi tom "Kronik Imaginarium Geographica" okazał się równie nudny, co poprzedni. Wciąż nie mogę przeboleć tego, jak okropnie przedstawieni są główni bohaterowie - tym razem ich tożsamość jest już całkiem jawna, więc tym bardziej rzuca się w oczy, jak mało zdają się mieć wspólnego z pierwowzorami. Na dokładkę, po lekturze posłowia, mam wrażenie, że autor jest tak zakochany w swoim dziele, że najchętniej sam sobie by uścisnął rękę i złożył hojne gratulacje. Z lubością opisuje każde najdrobniejsze nawiązanie (grecki Pan to flecista z Hamelin! Bohaterowie rozważają kwestię ferowania wyroków śmierci na przykładzie malarza, który stanie się tyranem! Ach, och, jakież to zmyślne!), a w samej powieści to "okazywanie się" różnych rzeczy jest tak dramatycznie opisywane mimo swojego znikomego znaczenia, że za każdym razem należałoby wciskać drama button. Dodatkowo, Owen próbuje dorabiać drugie dna tam, gdzie ich nie ma. Szafa, którą zainspirował się Lewis przy pisaniu "Opowieści z Narnii" ma swoje prawdziwe backstory, naprawdę nie trzeba było wymyślać na siłę własnego i wciskać do niego Harry'ego Houdiniego i Jamesa Barriego, okraszając wszystko topornym stylem, który niemal bił czytelnika po twarzy i wrzeszczał: "SZAFA, NO BO LEWIS, NARNIA, ROZUMIESZ, ROZUMIESZ?!". Skupiam się na Lewisie, bo jego biografię akurat znam, co do pozostałych bohaterów - ani odrobinę, ale wątpię, by spotkał ich inny los niż autora "Narnii".
Ocena: 2,5/6

William Goldman "Narzeczona księcia"
Cudowny przykład książki, która ani trochę nie traktuje siebie zbyt poważnie (w przeciwieństwie do wyżej wymienionej...). Nigdy nie widziałam filmu, więc lektura była tym przyjemniejsza - nie wiedziałam, czym jeszcze ta powieść mnie zaskoczy. Co prawda sama akcja okazała się o wiele mniej epicka od tego, co sugerował opis z okładki (olbrzymi wow myśliwi ludzie tacy źli cuda wow namiętność śmierć wow), ale - cytując pewien polski film - też jest zajebiście. Najciekawszym elementem powieści jest ciekawy zabieg - narratorem jest autor, który opowiada treść swojej ulubionej książki z dzieciństwa (fikcyjnej, ale opisane jest to tak przekonująco, że aż musiałam wygooglać, by się upewnić). Pod tym względem jest absolutnie wyjątkowa i genialna. Jednak był jeden poważny mankament - pod koniec zniknęło około 30 stron. Po prostu nie istnieją. Nie są wydarte, to wygląda tak, jakby zostało wydrukowane z tym brakiem. Podejrzewam, że dotyczy to wszystkich egzemplarzy tego wydania (pierwsze, z 1995), dlatego radzę wszystkim zwrócić na to uwagę, by nie dostać potem szału. Musiałam wyszperać ebooka po angielsku, by dowiedzieć się, co się działo, a działo się sporo. W sumie nie straciłam dużo, bo odkryłam przy okazji, że tekst w oryginale jest lepszy.
Ocena: 5

Nicholas Evans "Zaklinacz koni"
Mając mgliste wspomnienia z obejrzanego w dzieciństwie filmu, ochoczo przystąpiłam do lektury. Zaczyna się świetnie i obiecująco. Ale potem... cóż. Mam bardzo mieszane uczucia. Im dalej w las, tym bardziej autor ma w poważaniu wątek okaleczonej dziewczynki i konia, a chętniej przerzuca się na wątek romansowy i rzuca subtelnymi jak walec drogowy sugestiami co do uczuć dwójki bohaterów. I nie drażniłoby mnie to tak bardzo, gdyby nie fakt, że jedną z nich - Annie, matkę kalekiej dziewczynki - darzę szczerą, nieprzejednaną nienawiścią. Matko Borska! To chyba największa egoistka od czasów Meihny z powieści Olszańskiej i samolubna zdzira! Na usta ciśnie mi się jeszcze więcej inwektyw, ale zamiast tego wyjaśnię powód moich odczuć: otóż Annie absolutnie w ogóle nie obchodzi dobro córki, ma głęboko w dupie stan zdziczałego po wypadku konia, ani nawet nie pomyśli o swoim mężu, który kocha ją i ich córkę tak bardzo, że <wycięto, bo spoiler>; jej wysokość Annie robi wszystko, bo tak, bo taki ma kaprys, bo ma ochotę bzyknąć się z kowbojem, bo kto jej zabroni. Nie widzę tu ani odrobiny matczynych uczuć ("chodź ze mną, rozwydrzony bachorze, nic mnie nie obchodzi, że straciłaś nogę, przyjaciółkę i więź z ukochanym koniem, zabieram cię na drugi koniec Ameryki I NIE PYSKUJ GÓWNIARO"), ani trochę empatii (wiedziała, w jakich warunkach przebywał Pielgrzym po wypadku, ale jak sama stwierdziła: "przymykała na to oko"), zero motywacji innych od chęci odmienienia WŁASNEGO życia. No dawno mnie taki szlag nie trafiał przy lekturze.
Ocena: 2,5

Greg Keyes "Miasto w przestworzach"
Lektura tej niewielkiej książeczki to było dziwne przeżycie. Z jednej strony nieustannie przypominała mi, że jest na podstawie gry: przez przeraźliwie sztuczne dialogi, komentarze narratora sugerujące, że w tym momencie w grze zobaczylibyśmy napis "nowy wpis w dzienniku!", okropnie toporne nawiązywanie do nazw statystyk (w jednej scenie bohaterka bawi się alchemią i dostajemy dosłowne stwierdzenie, że dany składnik ma wpływ na taki a taki atrybut, no ludzie...) et cetera. Z drugiej strony, w ogóle nie czułam klimatu serii, w którą zagrywam się od pacholęcia i jest jedną z moich ulubionych. Gdyby nie kilka nazw miast i ras znanych z Morrowinda czy Obliviona, byłabym przekonana, że ta powieść nie ma z nimi absolutnie nic wspólnego. Większość wydarzeń i elementów świata przedstawionego - zwłaszcza tych związanych bezpośrednio z tytułowym miastem - wywoływało u mnie ciężkie wtf. Jakieś larwy, jakieś lśniące liny wysysające dusze, jakiś lud żywiącymi się tymi wyssanymi duszami, rany boskie, czego tu nie ma. Niby rozumiem, że skoro zostało to zatwierdzone przez twórców, to musi to wszystko uchodzić za oficjalne i prawdziwe, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że to po prostu czyjeś kiepskie fan fiction. To taki hamburger - smaczny, szybko wchodzi, ale nie ma wiele do zaoferowania.
Ocena: 3/6

Naoko Takeuchi "Czarodziejka z Księżyca. Tom 1"
Od dziecka chciałam dorwać mangę w swoje ręce i wreszcie nadeszła ta wiekopomna chwila! Opis z okładki ostrzega, że manga nieco się różni od anime i moim zdaniem różni się na plus. W serialu akcja posuwała się naprzód tempem wyścigu dżdżownic pod górę i wiatr, każdy odcinek był w kółko o tym samym, nudne to było jak flaki z olejem. Tutaj nie ma sztucznego przedłużania, jest sama soczysta akcja. W pierwszym tomie poznajemy cztery czarodziejki: Księżyca, Merkurego, Marsa i Jowisza. Usagi (w polskim przekładzie: Bunny...) jest o wiele mniej irytująca niż w serialu, mimo jej płytkości i naiwności da się ją lubić. Kreska jest śliczna, choć niektóre kadry tak chaotyczne, że ciężko mi zrozumieć, co się dzieje. Ale jedna rzecz jest po prostu beznadziejna: polski przekład. Tłumaczenie brzmi okropnie, jak wrzucone na chama do translatora, w dodatku pełne jest błędów ("pujść"? SERIO?!) i literówek, a imiona są idiotycznie spolszczone (Bunny Cukino zamiast Usagi Tsukino...). Charakterystyczne dla mang wyrazy dźwiękonaśladowcze są wyjątkowo dziwne i niepasujące do sytuacji, np. wystraszona kotka Luna biegnie i wydaje z siebie głośne "PI PI PI". Zmieniła się w radiowóz czy co? Dodatkowo, niekiedy widać, że obrazki nie zmieściły się na stronie i są brzydko ucięte. Podobno sailorki mają się doczekać w Polsce nowego wydania i Boru dzięki, bo obecne jest straszne.
Ocena: 5/6

sobota, 25 stycznia 2014

Glorious evolution

Słowem wstępu: JEŻU, JAK JA KOCHAM CYBORGI I ANDROIDY.

Khem. Pragnę podzielić się ze światem mą miłością w twórczy sposób, ale zupełnie nie wiem, jak się za to zabrać. Znaczy, niby wiem, piszę o tym jedną powieść, ale matko świnto, ile mi jeszcze zejdzie, zanim ją skończę. Jedyne, co mogę zrobić, to zarzucić kolejnym fragmentem. Ale to za chwilę.

Jak by tak spróbować przeanalizować powód mojego uwielbienia do cyborgów, to nie dochodzę do absolutnie żadnych sensownych wniosków. Nie jestem gadżetomaniakiem i nie mam bladego pojęcia, jak działa głupi czajnik, a istnienie komputerów przypisuję czarom, bo nie jestem w stanie ogarnąć ich złożoności. Steampunk to fajna ciekawostka, ale nie moja bajka. Cyberpunk - nope. Quasi-średniowieczne klimaty? O tak! Najlepiej ze stalowymi, mechanicznymi końmi i srebrnymi golemami (mod knight w Romantically Apocalyptic, aaa <3). Sens? Ni mo. Za to kiedyś, jak jeszcze na facebooku istniały te głupie quizy i wyrocznie, to w jednym z nich mi wyszło, że najlepszy kierunek dla mnie to automatyka i robotyka. Może faktycznie mijam się z powołaniem.

Do grona ubóstwianych przeze mnie cyberpostaci ostatnio dołączył HK47. Luby mnie wyśmiał za rapeface, jaki miałam w trakcie gry w KOTORa, ale cóż... Coś jest w tym droidzie, że mogłabym paczeć i paczeć, jak się porusza...

Czas uciąć temat, póki nie upokorzyłam się za bardzo. Pozwolę sobie zakończyć drugim fragmentem piszącej się powieści (w założeniu) mego życia. W poprzednim odcinku poznaliśmy głównego bohatera, którym jest rozkapryszony gówniarz Tyrpator. Dziś spełnia się jego dziecięce marzenie.
Wreszcie statek przycumował. Ochana poleciła Gawierowi ubrać opierającego się Tyrpatora w dodatkowy płaszcz i zeszli do pływającej przystani. Nie prezentowała się zbyt elegancko, a w powietrzu unosiła się osobliwa mieszanka zapachów: soli, ryb, rześki zapach kamieni i metali, duszny smród potu. Z nieco większego od innych budynku o zielonych ścianach wyskoczył mężczyzna o twarzy sprawiającej wrażenie wyciosanej przez porywisty wiatr, z kajetem w dłoni i o zaaferowanym spojrzeniu. Naszywka na jego mundurze oznajmiała światu, że nosi ją kierownik zakładu. Uśmiechnął się nieco nerwowo, ukazując dwa rzędy spiczastych zębów i zaczął jakąś oficjalną rozmowę z lordem Erwastanem, na co Tyrpator natychmiast przestał zwracać uwagę i zajął się podziwianiem wszystkiego, co go otaczało. Irytował się, że matka wołała go za każdym razem, gdy oddalił się od niej na więcej niż pięć kroków, bo przecież tyle tu było do oglądania! Dwóch mężczyzn z wyraźnym trudem dźwigało sporą skrzynię, sapiąc przy tym i przeklinając. Przypominali trochę Merawiego w tym, że byli brudni i u żadnego z nich chłopiec nie zauważył stygmatu.
- Ciężkie? – spytał poufale.
- Podnieś, to zobaczysz – odpowiedział jeden i prychnął. Drugi zakląskał językiem i puścił Tyrpatorowi oko. Chłopiec nie zdążył zapytać, co niosą w środku, bo matka znów zawołała go do siebie i – chcąc, nie chcąc – wrócił do niej. Wtem zobaczył otwartą budkę, na wystawie której rozłożone były przeróżne narzędzia, urządzenia i ich elementy. Nie zważając na protesty matki, podbiegł tam, wspiął się na palce i zajrzał do środka. Wśród wszystkich tych mechanizmów siedział pomarszczony starzec o wrogim spojrzeniu gryfa. Dłubał właśnie długimi szczypcami w okrągłym przedmiocie przypominającym kompas, lecz z trzema igłami, gdy spostrzegł uwieszonego na blacie chłopca. Zmarszczył brwi.
- Jesteś zegarmistrzem? – spytał Tyrpator.
- Ta – burknął mężczyzna. Palcem przesunął coś w szczypcach i te przeistoczyły się w śrubokręt. Zmienidło! Tyrpator aż westchnął z zachwytu.
- Ooo. I naprawiasz tu wszystkie maszyny?
- No.
Chłopiec rozglądał się po wnętrzu budki, napawając się widokiem najróżniejszych metalowych cudów. Wtem jeden przedmiot szczególnie przykuł jego uwagę.
Wysoka na dwie stopy, mechaniczna figurka człowieka, stojąca nieruchomo pod ścianą, pokryta kurzem i nieco zardzewiała.
- Co to jest? – spytał Tyrpator i pokazał palcem, o mało przy tym nie spadając z blatu. Zegarmistrz tylko zerknął w bok.
- Konstrukt – odparł.
- A co on robi?
- Nic.
Teraz to malec zmarszczył brwi.
- Jak to nic? Wszystkie maszyny do czegoś służą.
- Ta nie służy do niczego – warknął starzec. – Konstrukty nie działają.
- To po co tu stoi?
- Na szczęście. Jak konstrukt nie działa, to wszystko inne będzie. – Łypnął na chłopca nieprzyjaźnie. – Idźżesz sobie!
Tyrpator zignorował zegarmistrza i wpatrywał się w figurę jak urzeczony. Rozmyślał nad figurkami zwierząt, które budował w domu. One też były konstruktami? Nigdy nie przywiązywał wagi do ich funkcjonalności, ale może mógłby sprawić, by działały?

wtorek, 7 stycznia 2014

Hello Darkness, my old friend...

Dzięki polecance Nadine mam okazję traktować swój proces przemiany jako zbieranie expa całkiem dosłownie - dzięki niej dowiedziałam się o istnieniu HabitRPG. Nagradzasz się za dobre nawyki i wykonane zadania (questy tak epickie jak posprzątanie w pokoju albo wyprowadzenie psa na spacer), karzesz za niechlubne odstępstwa (-2 hp za niezdrowe żarcie!). Zgarniasz doświadczenie i kasę, którą możesz wydać na ekwipunek lub nagrodę w prawdziwym życiu (ciastka <3). W sumie: to świetny sposób na podtrzymanie noworocznych postanowień i uczynienie z nudnych obowiązków - pasjonujących misji. Moim największym długoterminowym questem jest teraz: schudnąć na tyle, by wyglądać dobrze w tej kiecce. Już wydałam na nią kupę forsy, więc nie ma odwrotu. Hm, w sumie jakbym dorobiła sobie do niej pelerynę i wzuła hełm, to byłby ciekawy minicosplay. She-Vader. Hmm... 

*sprawdza ceny hełmów* 

Okej, odwidziało mi się.

Pilnie potrzebuję zleceń na jakieś malowanie na szkle (nie, nie na hełm), ale mam totalnie zerowe umiejętności w kwestii reklamowania się. Nie umiem, boję się. Ot, blog jest, fanpejdż jest i... dalej nie wiem. :( Mam plan wydrukować pierdyliard (czyli przy moich finansach będzie z 50...) ulotek, ale nie wiem, gdzie nimi spamować, by odniosły skutek. Czy mogę prosić was, drodzy czytelnicy, choć o kliknięcie głupiego "lubię to", o tu? W myśl zasady: a nuż widelec ktoś zobaczy i się zainteresuje? Byłabym naprawdę bardzo wdzięczna.

Nie ogarniam się życiowo, nawet bardzo. Co chwilę się rozmawia o tym, jakich to karier nie robią wszyscy wokół, gdzie nie wyjeżdżają, ile nie zarabiają, a ja siedzę cicho przy stole, skupiona tylko na tym, żeby się nie rozpłakać przy wszystkich. Za niecałe pół roku muszę się zameldować na uczelni, że kontynuuję studia, a ja wciąż nawet nie wiem, gdzie bym mogła odbębnić praktyki, tak żeby to nie było "byle co, byle gdzie, byle mieć", ale żebym faktycznie wyniosła z tego coś, co mi się przyda. Pomijając fakt, że to w ogóle są studia, które mi nie dają nic poza rozwojem osobistym, a to nie obchodzi żadnego pracodawcy w najmniejszym stopniu. Ja nawet nie wiem, co chcę robić po studiach. Och, tak, jasne, zostać pisarzem, wspaniały plan, tylko że wszystko może w nim pójść nie tak. Mogą mnie nie chcieć nigdzie wydrukować, choćbym dała rzyci redaktorowi naczelnemu i jeszcze dopłaciła, mogę nie dać rady się wypromować, mogę się całkiem zwyczajnie nie spodobać czytelnikom... Jednym słowem: nie ma najmniejszych szans, bym mogła regularnie na tym zarabiać. Ale jak myślę o robocie polegającej na zapierdzielaniu od świtu do późnego popołudnia, dzień w dzień, to mam ochotę machnąć na to wszystko ręką i łyknąć naraz wszystkie prochy, jakie mam przepisane (nie wiem, czy dostałabym od tego chociaż sraczki, ale tonący brzytwy się chwyta).

Dochodzę do wniosku, że chciałabym być Simem. Jak Sim jest za tępy, żeby utrzymać się w robocie, nie ma najmniejszego problemu z zarabianiem na wytworach rąk własnych.

Kasztan, Winifreda i koniki. Tak Winky spędza czas, gdy nie pisze.
Winifreda jeszcze nie wie, że wkrótce będzie matką czwórki dzieci (jest już Tabitha, Viktoria i Viktor, czwarte w drodze).
Kasztan mi trochę za ładny wyszedł, ale cusz. Przynajmniej dzieci też wychodzą śliczne.
Błagam, nie pytajcie o dokładne mody, bo mam ich sryliard i znalezienie każdego z osobna potrwałoby wieki. Większość pochodzi z Modthesims i Parsimonious.