środa, 26 lutego 2014

Drugie ja

Notka z cyklu: nobody cares, ale Winky ma ochotę. Moje postaci z erpegów! Ostatnio luby odkrył dobrodziejstwa Skype'a i prowadzi po kilka sesji w tygodniu, a ja w większości biorę udział. Z początku się bałam, bo nie dość, że pełno obcych ludzi, to jeszcze ich nie widzę, a to prawie jak rozmowa przez telefon, a rozmawianie przez telefon to moja największa zmora, i w ogóle stres i drgawki. Ale jak już przywykłam, to każda sesja jest fajnym przeżyciem.

Bardzo bym chciała jakoś zilustrować opisy każdej postaci, ale niestety nie mam za bardzo jak. Kompletnie się oduczyłam rysować ludzi, a nawet jak by mi się udało, to nie mam jak zeskanować, a jak bym miała obrabiać w jakimś programie, to po pięciu godzinach bym stwierdziła, że wygląda wujowo i rzuciła to w pizdu. Więc ten, rysunków nie będzie. Ale ponieważ jestem wzrokowcem i z automatu uznaję, że wszyscy wokół też, jakieś obrazki zamieścić muszę. Wybór padł na simsy. ^^

Amber

imię: Winifreda, córka Gerarda
rasa: człowiek
Tak naprawdę ważna nie jest Winifreda, a jej zwierzyniec, z Puchaczem na czele. Puchacz jest ślicznym, białym, puchatym króliczkiem, który potrafi gadać, zmieniać się w miecz lub małego smoka i jest bardzo krwiożerczym, egoistycznym stworzonkiem. Towarzysze na sesji śmieją się, że to on jest bohaterem, a ja tylko dodatkiem wykupionym za punkty awansu. Prócz królika Winifreda ma też shadhahvara - mięsożerną, jednorogą antylopę imieniem Mordred. Choć młoda Amberytka posłusznie wykonuje polecenia ojca i bez pretensji daje się wplątać w każde bagno, o niczym nie marzy tak, jak o tym, by rzucić w cholerę to całe zamieszanie w Amberze, zaszyć się w jakimś miłym Cieniu z tęczami, wróżkami i jednorożcami, które bardzo by lubiły kakałko i chętnie by się tym kakałkiem z nią podzieliły, dla miłej odmiany nie oczekując od niej ratowania świata ani w ogóle niczego. Niestety dla niej, jest zbyt wielką altruistką, by odmówić komukolwiek pomocy.

Will of the Force (Star wars)

 imię: Naveen Shanti
rasa: kaleesh
Ponieważ przy środkach, jakimi dysponuję, nie udało mi się stworzyć takiego sima, jak bym chciała, dorzucam grafikę poglądową. Imię tej uroczej jaszczureczki pochodzi z hindi: Naveen - wieści, Shanti - pokój. Uważa, że największym zagrożeniem nie jest ciemna strona Mocy, a popadanie w skrajności; zatem sprzeciwia się zarówno Sithom jak i Jedi. Według niej należy dążyć do harmonii, łącząc obie strony Mocy. Yin i Yang i te sprawy. Walczy mieczem świetlnym z podwójnym, niebieskim ostrzem, stylem Shien. Z powodu swojego wyglądu i poglądów, nie wzbudza zbyt wielkiego zaufania u innych. To chyba największa merysujka ze wszystkich moich postaci, bo według statystyk większe jest prawdopodobieństwo, że wookie będzie użytkownikiem Mocy niż kaleesh, nie wspominając o tym, że społeczeństwo kaleeshów jest z grubsza patriarchalne i kobiety służą głównie jako krowy rozpłodowe w haremach. Jeszcze nią nie grałam, ale już ją lubię. :3

Warhammer fantasy
 imię: Tiriana
rasa: elf
profesja: wojownik klanowy
Ta dziunia to pierwszy elf, jakim gram w życiu, bo generalnie to nie przepadam za elfami, ale uznałam, że pora się przełamać. Najlepsze w niej jest to, że wszystkie cechy zostały wylosowane i trafiły się same takie, że powstała śliczna, anorektyczna elfka-nimfomanka (srsly, zodiak: znak płodności). No i jest sobie Tiriana, popyla w towarzystwie krasnoluda zabójcy trolli oraz człowieka śmieciarza i zarabia na drużynę, trudniąc się nierządem. A przynajmniej próbując, bo jak do tej pory rzuty na ogładę jej nie wychodziły. I w sumie wiele więcej na jej temat powiedzieć nie można. 

Są jeszcze dwie postaci, które (metaforycznie) umarły.

Rissa Mysikrólik, gnomka, system Wicked Fantasy. Postać jak postać, ale z sesji zrezygnowałam, bo kompletnie mi się nie spodobał system. Są to DeDeki w wersji Johna Wicka, które teoretycznie wszystko usprawniają, ulepszają i tak dalej. No i dobra, technikalia może i są lepsze, ale świat jest taaak nuuudny i ponuuury i w ogóle bleee, że aż się nadziwić nie mogę, że to w ogóle było oparte na D&D. Jednak wolę ten urozmaicony do granic absurdu oryginalny świat DeDeków, niż ponuractwa w wydaniu Wicka (który generalnie jest fajny i genialny, ale ten system to imho porażka).

Skylar Blue, Mandalorianka, system Will of the Force. Choć sama Skylar była fajna i całkiem miło mi się ją odgrywało, tak okazało się, że bez Mocy jakoś nie bardzo wiem, co robić, zwłaszcza w starciu z Dżedajami i Szitami, z którymi z założenia nie mam najmniejszych szans. W systemie jest to oczywiście rozwiązane - przy pomocy takiej sympatycznej cechy, jaką jest improwizacja - jednak mnie zawsze brakowało pomysłów na odpowiednie wykorzystanie tego, co mam. Dlatego pożegnałam się ze Skylar i stworzyłam postać korzystającą z Mocy - jaszczureczkę powyżej.

Tyle. Na zakończenie dodam parę słów odnośnie kaleeshów, dokładnie jednego. Robiąc mały research, odkryłam historię generała Grievousa i muszę przyznać, że facet ma bardzo ciekawe, dość smutne backstory. Straszna szkoda, że w filmach tylko wyglądał epicko, a zrobili z niego straszną lamę, zaś w serialu "Clone wars" robi przeważnie za kaszlący comic relief. Cóż, i tak od dziś Grievous dołącza do grona moich ulubionych cyborgów. :3

piątek, 21 lutego 2014

Sapientia prima stultitia caruisse

Primo: przysoliłam łaciną w tytule, bo kto bogatemu zabroni. Horacy, "Początkiem mądrości jest być wolnym od głupoty".

Secundo: rozmyśliłam się, jednak nie lubię dubstepu. W ramach odchamienia - trochę nokturnów Borodina. Cały jeden. Ale za to piękny.


No to czas na meritum. Panie i Panowie, ogłaszam wszem i wobec całemu światu, że jestem głupia.

Ile się ostatnio nie czyta o tragicznym stanie polskich uczelni. Głównie sprawa się rozchodzi o poziom studentów, którzy nie mogą wyjść z oburzenia, że ktoś im każe na obronie pracy dyplomowej odpowiadać na pytania, nie potrafią napisać poprawną polszczyzną jednego zdania (studiując kierunek humanistyczny), pchają się na uczelnię, mimo że ledwo-ledwo udało im się cokolwiek w ogólniaku zaliczyć. Ile śmiechu jest przy lekturze kwiatków z prac magisterskich, ile facepalmów przy zasłyszeniu od studenta n-tego roku, że nie wie, co znaczy powtarzające się w przypisach tajemnicze słówko "tamże".

A obok siedzę sobie ja. Niedługo, gdy wrócę na uczelnię, zacznę trzeci rok - czas pisania pracy licencjackiej. I swoją niewiedzą w mogłabym obdarować pół świata.

Trochę nieswojo mi się razem z innymi śmiać i załamywać nad głupotą, jaką reprezentują sobą niektórzy studenci, bo gdyby przyszło co do czego, okazałoby się, że należę do grupy tych niedouczonych malkontentów. Jedyne, co mnie od nich różni, to to, że siedzę cicho. Nie wylewam kubła pomyj na wykładowcę, który uwali mnie na egzaminie, nie zwalam winy za swoją niewiedzę na innych. Wiem, że to wszystko nie jest niczyja inna wina, tylko moja. Już od gimnazjum serdecznie rzygam nauką, wkuwaniem formułek bez całkowitego pojmowania ich znaczenia, wiedzą, która wydaje mi się niepotrzebna. Po co ja się na studia pakowałam? Żeby poziom zaniżać? W ramach rozwoju osobistego mogłabym chodzić na wykłady i zajęcia jako wolny słuchacz, bez legitki i widma sesji. Na egzaminach gdy tylko się da, to ściągam. Bez tego co roku miałabym kilka warunków, a już bez nich mam wystarczające wyrzuty sumienia, że rodziców wyzyskuję na migawki, książki, ksero i takie duperele.

A jednocześnie z drugiej strony by wynikało, że jednak nie jestem AŻ TAK głupia. Owszem, jestem baaardzo odporna na przyswajanie dużych ilości wiedzy naraz, ale gdy przychodzi do ćwiczeń praktycznych, czasu, w którym się faktycznie coś ROBI, to nie zgarniam trój na szynach. Ba, rzadko zdarza mi się dostać mniej niż cztery. Może i nie jestem geniuszem, ale jednak zdarza się, że wykładowca pochwali, że doceni w taki sposób, że się od razu robi ciepło na serduchu, jakbym przytuliła dziesięć małych króliczków naraz. Aż się chce studiować.

Rzecz wygląda tak, że gdybym NIE poszła na studia, wszyscy WIEDZIELIBY, że jestem głupia.

W szerszej perspektywie to by pewnie i tak nie miało znaczenia, bo i tak "wszyscy" odnosi się do skrajnie niewielkiej grupy osób. Tylko że nojaktotak, na studia nie pójść. Magistra nie mieć. No pff, debil i tyle.

Więc wiszę sobie w takim rozdarciu między "walić studia, walić opinie innych, niech żyje wolność" a "no jak już zaczęłam to wypada skończyć, nawet jeśli wychodzę na idiotę większego, niż jestem". Doszłam za to do jednego wniosku: próbując zadowolić wszystkich, nie zadowolę nikogo. A siebie najmniej. Trudno, przemęczę się, z łatką debilki, która tak strasznie zaniża poziom. Udało mi się nawet przez te pół roku wymyślić, jaki licencjat napiszę, więc urlop nie poszedł na marne.

Na koniec anegdotka tru studencka. W zeszłym roku w drugim semestrze uznałam, że nie bardzo mi się chce chodzić na angielski, bo zawsze był kłopot z kserowaniem ćwiczeń, a to było wcześnie rano i w ogóle, a na dokładkę pani mgr powiedziała, że nieobecności jej nie robią, ważne, by egzamin był zaliczony. No to na luzie sobie odpuściłam. Po trzech miesiącach stwierdziłam: e, wypadałoby pójść na angielski, dawno mnie tam nie było. Przychodzę, czekam pod salą. Podchodzi kolega i mówi: "Ty, wiesz, że dzisiaj egzamin?". UPS.

A wiecie, co w tym wszystkim najlepsze? ZALICZYŁAM GO. (Egzamin, nie kolegę). In your face, kujony.


niedziela, 9 lutego 2014

Radosna prokrastynacja

Taki dla odmiany miły akcent na dzień dobry.
Raindancer z pyskiem płaskim jak u mopsa i jej ulubiony changeling :3
(znowu zapomniałam o cutie markach, szitafaka)

Zaczął mi się podobać dubstep. Chyba pora umierać.

Dziękuję wszystkim za motywujące kopniaki w zad. Jakoś tak łatwiej się zabrać do czegokolwiek, od wstania z łóżka po pisanie opek, kiedy się ma poczucie, że gdzieś ktoś w ciebie wierzy. Nawet jeśli znam go tylko jako Anonima lub kojarzę głównie z avatarka. ;)

Znalazłam świetny sposób na spełnianie moich kolekcjonersko-karcianych zachcianek bez wydawania astronomicznych ilości pieniędzy. Duel of Champions - moje nowe (tymczasowe, jak wszystko inne poza czekoladą) uzależnienie. Najlepsze w tej grze jest to, że bardzo łatwo się tu zarabia zarówno zwykłego "golda" jak i niezwykłe "foczki", które można wymienić na spore pakiety kart. W League of Legends zarabianie czegokolwiek to był koszmar, każdy droższy czempion oznaczał konieczność rozegrania mnóstwa meczy. Luby próbuje mnie jeszcze wkręcić w Hearthstone, ale raz, że w ogóle nie ogarniam tych warcraftowych klimatów; dwa, że zarabianie wirtualnej waluty i nowych kart jest tam trudne i monotonne, więc póki co ja zaraziłam lubego DoCiem, muehehe.

A propos LoLa, to jedna ciekawostka. Tam trafić na mecz, w którym nie byłoby ani jednego rzucającego mięsem chama to było wydarzenie porównywalne z odkryciem wody na Marsie. Między innymi dlatego przestałam grać - bo miałam dość tego bezustannego potoku bluzgów. Niby można grać ze znajomymi, ale w tym celu trzeba ich mieć, a zresztą czasem nawet wśród znajomych znajdował się flejmujący kretyn. Niby można z botami, ale z nimi gra jest za prosta i natychmiast się nudzi. No i lipa, teraz Winky może się napawać głosem Viktora tylko z filmików na youtube (OJA ALE MAM POMYSŁA NIECH KTOŚ ZROBI Z TEGO JAKIŚ EPICKI DUBSTEPOWY KAWAŁEK BĘDĘ GO ZA TO BARDZO LUBIĆ). Tymczasem w DoCu... są sami sympatyczni gracze. Od siedmiu leveli jeszcze ani razu nie natknęłam się na kogoś niemiłego, ba, z niemal każdym przeciwnikiem przeprowadziłam sympatyczną pogawędkę. Nie wiem, od czego to zależy, ale jest to dla mnie wstrząsające przeżycie. W LoLu każdy mecz zaczynałam z mocno walącym sercem, trzęsącymi się rękami i myślą "tylko niech nikt się do mnie nie odzywa, proszę, proszę, proszę". Dokładnie tak samo jak przed ustnymi egzaminami... A tu? Pełen luz i sielanka, nawet jak kogoś w duchu szlag trafia, że przegrywa, to na koniec się uśmiechnie i napisze to głupie "gg wp". Normalnie aż mi się fobia społeczna cofa na samą myśl.

Ponieważ i tak całymi dniami siedzę w domu, powinno mi to z grubsza zwisać, ale tak jakoś cieszę się, że już wiosna nieśmiało przychodzi. Błoto schnie, ptaszki ćwierkają i w ogóle. Aż się chce rowerkiem pojeździć po okolicy. Co prawda budowa drogi szybkiego ruchu zamknęła mi moją ulubioną trasę, ale w sumie całkiem lubię trochę pobłądzić w poszukiwaniu nowych, ciekawych miejsc, byle dalej od terenów miejskich. Ech, przypomniało mi się, jak chyba dwa albo trzy lata temu pojechałam późną jesienią do lasu - akurat było dość sucho, las wyglądał pięknie i nikogo w nim nie było. Na polance koło punktu czerpania wody nagle mi coś odbiło, rzuciłam rower i zaczęłam popierdalać wokół, stawiając nogi jak koń w galopie, wyobrażając sobie, że jestem centaurem. Naprawdę bardzo się cieszę, że nikt tego nie widział, ale nawet gdyby, to chyba i tak byłam za bardzo uradowana, by zwracać na takie duperele uwagę. To było jednocześnie bardzo dziwne i bardzo przyjemne uczucie, całkowicie odciąć się od rzeczywistości i oddać fantazji. Polecam, Joanna "Winky" Gajzler.

O rany, byłoby super uprawiać jakiś fruwający sport typu spadochroniarstwo albo latanie na paralotni. Ależ ja bym ryczała i ziała ogniem... :D

niedziela, 2 lutego 2014

Forget-me-now

Znam ludzi, którym w sercach zgasło,
lecz mówią: ciepło nam i jasno,
i bardzo kłamią, gdy się śmieją

Wiem jak ułożyć rysy twarzy
by smutku nikt nie zauważył.
Wisława Szymborska


Sama nie umiem ubrać w słowa tego, jak się czuję, więc wysługuję się Szymborską i Pinkie Pie. Coraz częściej nie wiem, co powiedzieć. Chyba jednak nie jest za dobrze.