niedziela, 2 lutego 2014

Forget-me-now

Znam ludzi, którym w sercach zgasło,
lecz mówią: ciepło nam i jasno,
i bardzo kłamią, gdy się śmieją

Wiem jak ułożyć rysy twarzy
by smutku nikt nie zauważył.
Wisława Szymborska


Sama nie umiem ubrać w słowa tego, jak się czuję, więc wysługuję się Szymborską i Pinkie Pie. Coraz częściej nie wiem, co powiedzieć. Chyba jednak nie jest za dobrze.

8 komentarzy:

  1. Trzymaj się.
    "Ważne są tylko te dni,na których jeszcze nie znamy"
    Będzie wiosna,już niedługo.Może czeka Cię coś dobrego.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję, że to, co napiszę, zadziała tak, jak bym chciała, czyli da Ci porządnego kopniaka w tyłek i popchnie do przodu.
    Miałam pecha. W sensie, z moją rodziną. To znaczy, nie z całą, gdyby nie moja mama, nie wiem, co by ze mnie było, ale generalnie 3/4 mojej rodziny, bliższej i dalszej, konsekwentnie mnie zlewało. Jeden po drugim. Jakby nigdy nikomu na mnie nie zależało. Nie, żebym komuś wyrządziła krzywdę; mój ojciec i jego zawistna matka po prostu nawrócili kawał rodziny przeciwko mnie i mojej mamie, bo, cóż... tak im było wygodniej. Mam też siostrę, do której nigdy mi się nie przyznał, a mnie jest tak głupio za każdym razem, gdy go widzę, że nie potrafię o to zapytać. Widujemy się raz od wielkiego dzwonu i na palcach jednej ręki policzyłabym ile razy otrzymałam pomoc od tej części rodziny, kiedy jej potrzebowałam. Nie proszę o nią, bo chyba zwyczajnie nie umiem, ale czasami, gdy byłyśmy na skraju funkcjonowania, moja mama odważyła się poprosić za mnie... Nie, żebyśmy się doczekały odzewu.
    Jestem typem osoby, która łatwo angażuje się emocjonalnie w relacje międzyludzkie, a doświadczenie nie nauczyło mnie, że nigdy nie wychodzi mi to na dobre. Wiele bliższych i dalszych znajomych, ale też "prawdziwych" przyjaciół skrzywdziło mnie do tego stopnia, że potrafiłam tylko płakać w poduszkę i zarzekać się, że nie wyjdę już z domu.
    W mojej głowie często toczy się prawdziwa walka i myślę sobie, że nie dam już rady. Jak mogę dać radę, skoro jestem we wszystkim osamotniona? Jakiekolwiek miałabym dążenia, marzenia, plany, wątpliwości, pytania, trudne decyzje, przemyślenia - we wszystkim jestem sama. Ja i moja głowa. Moja mama jest najcudowniejszą kobietą pod słońcem i wiem, że kocha mnie bezgranicznie, ale przez to jeszcze bardziej nie mam serca obarczać jej moimi niektórymi sprawami, zwłaszcza, że sama ma ich na głowie jeszcze więcej. Czasami myślę, że sfiksuję, że nie dam rady dłużej, że ileż można samemu bić się z myślami. Ale wiesz co? Właśnie TO daje mi kopniaka do działania. Bo ileż więcej warte są każde najmniejsze błahostki, które udaje mi się osiągnąć w życiu, jeśli 100% odpowiedzialności za nie leży na mnie? Owszem, też czasem mam wrażenie, że jestem w martwym punkcie, że to, co robię jest bez sensu, że będę w życiu nikim (wiem, że czasem zastanawiasz się, co robisz na kierunku, na którym jesteś; uwierz mi, mój jest jeszcze bardziej niepraktyczny i bezsensowny, ale jest MÓJ, jest, kurwa, tym, co kocham, bez względu na to, jak bardzo nie przyda mi się w życiu et cetera et cetera), ale, cholera, jeśli nie zaprę się nogami i nie dam się pociągnąć czarnym myślom w dół, to kto inny udowodni mi, że jest inaczej? Pewne rzeczy wydawały mi się niemożliwe, wydawało mi się, że nie nadaję się do nich, że nigdy ich nie osiągnę, bo jestem, kurwa, najbardziej beznadziejną osobą na tym globie, ale za każdym razem, jak słowo daję, ZA KAŻDYM PIEPRZONYM RAZEM udawało mi się te rzeczy osiągnąć, bo byłam pewna, że tylko, działając samodzielnie, mogę sobie coś udowodnić. Mogę udowodnić sobie, że się da, że to ma sens i jeśli to zrobię, każda następna rzecz, jaka z tego wyniknie, też będzie miała sens, bo JA CHCĘ, żeby tak wyglądało moje życie. Żeby te wszystkie pieprzone momenty, zawahania, decyzje, wszystkie głupie i niepotrzebne rzeczy, które robię, składały się na moje życie, bo tylko wtedy będzie miało sens i będzie MOJE. Stwierdziłam, że nie potrzebuję nikogo, żeby mi pomagał, bo jest mi lepiej, jeśli działam sama. Bo wtedy widzę, że moje myśli, że jestem beznadziejna, nie mają sensu, bo jeśli tylko kiwnę palcem tak jak trzeba, osiągam to, czego chcę. Udowodniłam to sobie wiele razy, chociażby dostając się na ten kosmiczny, bezsensowny kierunek, na którym jestem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Godzinę przed maturą ukradli mi portfel z kasą i dokumentami, nie miałam nawet czym potwierdzić tożsamości, ale, kurwa, czy to znaczy, że nie wejdę na salę? Zamiast się stresować, olałam wszystko, i napisałam, cholera, maturę tak, że dostałam się na studia 200 km od domu i jestem, kurwa, szczęśliwa, bo nikt nawet nie miał pojęcia, co to za kierunek, co to za uczelnia, jak wygląda rekrutacja, gdzie trzeba się udać, żeby złożyć wniosek w zupełnie obcym mieście, bla bla bla... Wyszłam z mojej pierdolonej, zapyziałej dziury i olałam wszystko, co jasno jak byk dawało mi do zrozumienia, że nigdy w życiu nie dokonam tego, czego chcę, bo czegoś mi brakuje. Nigdy mi nie brakowało, musiałam tylko próbować. Nikomu nie brakuje. Tobie też. Jesteś, kurwa, zajebista, bo jesteś taka, jaka jesteś. To największy i najbardziej wyświechtany banał, jaki mogłabym powiedzieć, ale wiem, że mam, kurwa, rację. Pierdolić wszystkie ponure myśli, które Cię nachodzą. Wymyśl sobie najbardziej irracjonalny cel i dąż do niego. Pomyśl o czymś, co zawsze chciałaś zrobić, ale odkładałaś na później - a jest milion takich rzeczy, zawsze jest - i zastanów się, dlaczego by nie zrobić tego teraz? Albo tego drugiego? Albo trzeciego? Jeśli nie wyjdzie - dobra, nie moja bajka, ale dążę do miliona innych rzeczy, nigdy nie osiągnę miliona na milion, bo nie jestem nieśmiertelna i nie mam nieograniczonej ilości czasu, ale trzeba łapać się jednej za drugą, żeby znaleźć te błahostki, te pozornie głupie i beznadziejne rzeczy, które budują Twoje życie. Moim najbardziej irracjonalnym marzeniem jest dostać się do prywatnej, renomowanej szkoły za oceanem i kurwa, jest tyle przeszkód do pokonania, że nawet nie widzę ich końca, ale kto oprócz mnie samej może mi udowodnić, że jestem na tyle zajebista, że mogę je wszystkie pokonać? Że mogę zepchnąć na margines myśli "nie nadajesz się do tego", "jesteś beznadziejna", "to nie ma sensu", wziąć dupę w troki i robić po kolei każdy następny krok, który mnie tam doprowadzi. Są ludzie, którym się to udaje? Czym się od nich różnię, że nie mogę chociaż spróbować? Niczym, kurwa. Jestem swoim pierdolonym ideałem i nigdy nie będę dla siebie bardziej idealna niż jestem.
      Możesz myśleć, że to typowy pseudopsychologiczny bełkot, bezsensowny pep talk or whatever. Ale za każde słowo biorę pełną odpowiedzialność, bo wszystko, absolutnie wszystko to moje życie i moje doświadczenie. Zero patetyczności, zero użalania się nad sobą, zero stylizowania się na niepozorną osóbkę znikąd, która może osiągnąć wszystko tylko dlatego, że w siebie wierzy. To wszystko piszę tylko i wyłącznie dlatego, że wiem, że można. Że tak się da. Że ja tak właśnie zrobiłam. Czasem dalej mam napady wątpliwości i niepewności, ale to normalne. Łatwiej jest nie poddać się im, niż może się wydawać. Trzeba... próbować. Wszystkiego. Niczego nie żałować i nie oglądać się za siebie. Jak biegniesz przez płotki i przewrócić jeden z nich, to nie zatrzymujesz się i nie myślisz: "O mój Boże, i co teraz? Co z tym płotkiem? Jak to naprawić? Czy mam zawrócić, postawić go i dopiero ruszyć dalej? Może od razu się wycofać?" Nie, cholera. Masz w dupie przewrócony płotek i po prostu przeskakujesz następny. I następny.
      Zerkam na Twojego bloga od czasu do czasu, bo jesteś cholernie inspirującą osobą, wiesz? Mam nadzieję, że spotkamy się na Pyrkonie i będziesz tryskać energią i szczęściem, bo, cholera, należy Ci się. Pozdrawiam i trzymam za Ciebie kciuki.

      Usuń
    2. To najbardziej pozytywny i budujący kop w dupę, jaki kiedykolwiek dostałam. :) Dziękuję.

      Usuń
  3. Pewnie mnie za to znielubisz, ale muszę Ci to napisać: najgłupszą rzeczą, jaką można zrobić, kiedy jest ciężko, jest czytanie i oglądanie czegokolwiek korespondującego z naszym stanem ducha. Zostaw sobie smęty na dni, kiedy jesteś szczęśliwa, a kiedy czujesz, że nie wyrabiasz szukaj rzeczy radosnych.
    No, dobra, są głupsze rzeczy. ale ta tez jest głupia.

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkoda, że nie potrafisz dostrzec, jak wiele już udało Ci się osiągnąć i - jak napisała moja poprzedniczka - jak bardzo jesteś inspirująca... i jak bardzo krytyczna wobec siebie. Pozdrawiam i trzymaj się mocno, a w końcu na pewno będzie lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dodam swoją małą budującą cegiełkę, bo mogę i chcę to zrobić. Od marca regularnie czytam to co piszesz i wierzę w ciebie całym moim małym, nastoletnim serduszkiem.
    Każdy ma swoje problemy tak po prostu jest. Nie znaczy to, że powinnaś się z tego cieszyć, ale potraktować to trochę jako okazję do rozwoju. Ilekroć mam doła, albo kłócę się z mamą o moje hobby, to staram się zapamiętać wszystkie swoje uczucia i przelać na papier. Po pierwsze to oczyszcza, po drugie potrafi wyjść z tego całkiem niezłe opowiadanie.
    Nawiązując do tytułu posta, nie mam zamiaru o Tobie zapomnieć. I wszyscy tu obecni chyba myślą tak samo.
    Jestem tylko jakąś tak korano, dziewczyną której na oczy nie widziałaś, ale wierzę w ciebie i wierzę w fakt, że osiągniesz sukces. Bo na to zasługujes

    OdpowiedzUsuń
  6. Znam nastolatkę, która swoje problemy w domu przelewała na papier pod postacią prostych rysunków. Naprawdę, te jej bazgrołki znaczyły więcej niż słowa...

    OdpowiedzUsuń