piątek, 21 lutego 2014

Sapientia prima stultitia caruisse

Primo: przysoliłam łaciną w tytule, bo kto bogatemu zabroni. Horacy, "Początkiem mądrości jest być wolnym od głupoty".

Secundo: rozmyśliłam się, jednak nie lubię dubstepu. W ramach odchamienia - trochę nokturnów Borodina. Cały jeden. Ale za to piękny.


No to czas na meritum. Panie i Panowie, ogłaszam wszem i wobec całemu światu, że jestem głupia.

Ile się ostatnio nie czyta o tragicznym stanie polskich uczelni. Głównie sprawa się rozchodzi o poziom studentów, którzy nie mogą wyjść z oburzenia, że ktoś im każe na obronie pracy dyplomowej odpowiadać na pytania, nie potrafią napisać poprawną polszczyzną jednego zdania (studiując kierunek humanistyczny), pchają się na uczelnię, mimo że ledwo-ledwo udało im się cokolwiek w ogólniaku zaliczyć. Ile śmiechu jest przy lekturze kwiatków z prac magisterskich, ile facepalmów przy zasłyszeniu od studenta n-tego roku, że nie wie, co znaczy powtarzające się w przypisach tajemnicze słówko "tamże".

A obok siedzę sobie ja. Niedługo, gdy wrócę na uczelnię, zacznę trzeci rok - czas pisania pracy licencjackiej. I swoją niewiedzą w mogłabym obdarować pół świata.

Trochę nieswojo mi się razem z innymi śmiać i załamywać nad głupotą, jaką reprezentują sobą niektórzy studenci, bo gdyby przyszło co do czego, okazałoby się, że należę do grupy tych niedouczonych malkontentów. Jedyne, co mnie od nich różni, to to, że siedzę cicho. Nie wylewam kubła pomyj na wykładowcę, który uwali mnie na egzaminie, nie zwalam winy za swoją niewiedzę na innych. Wiem, że to wszystko nie jest niczyja inna wina, tylko moja. Już od gimnazjum serdecznie rzygam nauką, wkuwaniem formułek bez całkowitego pojmowania ich znaczenia, wiedzą, która wydaje mi się niepotrzebna. Po co ja się na studia pakowałam? Żeby poziom zaniżać? W ramach rozwoju osobistego mogłabym chodzić na wykłady i zajęcia jako wolny słuchacz, bez legitki i widma sesji. Na egzaminach gdy tylko się da, to ściągam. Bez tego co roku miałabym kilka warunków, a już bez nich mam wystarczające wyrzuty sumienia, że rodziców wyzyskuję na migawki, książki, ksero i takie duperele.

A jednocześnie z drugiej strony by wynikało, że jednak nie jestem AŻ TAK głupia. Owszem, jestem baaardzo odporna na przyswajanie dużych ilości wiedzy naraz, ale gdy przychodzi do ćwiczeń praktycznych, czasu, w którym się faktycznie coś ROBI, to nie zgarniam trój na szynach. Ba, rzadko zdarza mi się dostać mniej niż cztery. Może i nie jestem geniuszem, ale jednak zdarza się, że wykładowca pochwali, że doceni w taki sposób, że się od razu robi ciepło na serduchu, jakbym przytuliła dziesięć małych króliczków naraz. Aż się chce studiować.

Rzecz wygląda tak, że gdybym NIE poszła na studia, wszyscy WIEDZIELIBY, że jestem głupia.

W szerszej perspektywie to by pewnie i tak nie miało znaczenia, bo i tak "wszyscy" odnosi się do skrajnie niewielkiej grupy osób. Tylko że nojaktotak, na studia nie pójść. Magistra nie mieć. No pff, debil i tyle.

Więc wiszę sobie w takim rozdarciu między "walić studia, walić opinie innych, niech żyje wolność" a "no jak już zaczęłam to wypada skończyć, nawet jeśli wychodzę na idiotę większego, niż jestem". Doszłam za to do jednego wniosku: próbując zadowolić wszystkich, nie zadowolę nikogo. A siebie najmniej. Trudno, przemęczę się, z łatką debilki, która tak strasznie zaniża poziom. Udało mi się nawet przez te pół roku wymyślić, jaki licencjat napiszę, więc urlop nie poszedł na marne.

Na koniec anegdotka tru studencka. W zeszłym roku w drugim semestrze uznałam, że nie bardzo mi się chce chodzić na angielski, bo zawsze był kłopot z kserowaniem ćwiczeń, a to było wcześnie rano i w ogóle, a na dokładkę pani mgr powiedziała, że nieobecności jej nie robią, ważne, by egzamin był zaliczony. No to na luzie sobie odpuściłam. Po trzech miesiącach stwierdziłam: e, wypadałoby pójść na angielski, dawno mnie tam nie było. Przychodzę, czekam pod salą. Podchodzi kolega i mówi: "Ty, wiesz, że dzisiaj egzamin?". UPS.

A wiecie, co w tym wszystkim najlepsze? ZALICZYŁAM GO. (Egzamin, nie kolegę). In your face, kujony.


6 komentarzy:

  1. Nie powinno się zmuszać ludzi do robienia czegoś, czego nie chcą. Studia przestają być wyznacznikiem prestiżu, bo jesli wszyscy idą to powszechnieje.
    Dla niektórych to tylko zmarnowane lata i niepotrzebny papierek.
    Mam nadzieję, że da się zrozumieć ten chaos myślowy. ^^"

    OdpowiedzUsuń
  2. Powodzenia z zaliczaniem innych egzaminów 'na wyczucie'.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja mam bardzo podobnie, że z wkuwaniem wiedzy to u mnie bardzo ciężko (ostatnio miałam w dodatku sesję trwającą półtora miesiąca, co totalnie mnie skrzywiło psychicznie :/), ale jeśli chodzi o zajęcia praktyczne, to zapamiętuję wiadomości dosyć łatwo, a i przyjemnie się zadania wykonuje. Niestety praktyki coraz mniej, teorii coraz więcej. Świat jest zły :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na studiach nie jestem, ale zauważyłam że więcej wynoszę z lekcji na których coś się dzieje, niż na takich prowadzonych w formie wykładu.

      Usuń
    2. A u mnie odwrotnie - wykład jest cacy, o ile prowadzi go ktoś ogarnięty, ale jak wprowadzają "metody aktywizujące", to automatycznie zaczynam się nudzić i zapamiętuje tylko godziny z ciągłego zerkania na zegarek :P

      Usuń
  4. Żeby Ci się tak wszystko udawało,jak ten egzamin!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń