piątek, 25 kwietnia 2014

Winky serialuje

Muszę przyznać, że raczej nie przepadam za oglądaniem seriali. Obojętnie jak wciągający i dobry, prędzej czy później się znudzę, najczęściej gdzieś tak w połowie odcinka. Nawet "Gry o tron" mi się nie chce oglądać, utknęłam gdzieś w połowie trzeciego sezonu i nawet obietnica dużej ilości smoków nie jest w stanie mnie przekonać (chociaż w sumie te duże ilości smoków wyglądają tak, jak w ostatnich odcinkach South Parku: będą, obiecujemy! a póki co macie cycki i miękkie peniski). Trochę nie ogarniam szału na seriale, jaki ostatnimi czasy ogarnął internety; te wszystkie Sherlocki, doktory... matko, jakie to wszystko nudne! Jedyny serial, który oglądam regularnie i z niecierpliwością wyczekuję nowych odcinków, to kucyki. I większość seriali, jakie jestem w stanie oglądać nieco dłużej, są animowane...

Z tej okazji przedstawiam mały spis seriali animowanych, nie tylko takich totalnie dziewczyńskich (a na koniec to już w ogóle nie). Bo jestem dziecinna i bo mogę, o.

Klub Winx
Na dobry początek: jeb brokatem! Kiedy Klub Winx dopiero zaczynał istnieć, byłam w wieku gimnazjalnym i potwornie mnie mierził styl serialu. Bohaterki były szpetnie chude, półnagie i generalnie wyglądały jak nastoletnie dziwki. Poza tym cały świat był niewiarygodnie brzydki: tylko popatrzcie na magiczną szkołę w kolorze majtkowy róż stojącą w środku totalnie pustego lasu. Animacja była okropna, modele postaci wyglądały jak mangowe rzygi, historia sztampowa... Nie znosiłam tego serialu. Ale ponieważ niedawno strasznie mi się nudziło, postanowiłam zapełnić sobie czymś czas i obejrzałam prawie wszystkie sezony. Co muszę przyznać, to że z sezonu na sezon serial stawał się coraz lepszy. Pierwszy był porażką, drugi niewiele się różnił od pierwszego, ale od trzeciego w końcu coś zaczęło iść w kierunku poprawy. Ale największa rewolucja nastąpiła, gdy markę przejął Nickelodeon. O ile na plus należy policzyć o wiele ładniejszy design postaci (bohaterki wreszcie są kompletnie ubrane, także po przemianie) i świetne animacje (oglądanie transformacji to sama przyjemność), o tyle cała reszta to czyste zło. Wszystko się sprowadza do stałej formuły: jest fajnie, dzieje się coś złego, Winx ruszają na ratunek, transformacja, happy end. Cały kanon (jeśli w ogóle można o jakimkolwiek mówić) wrzucony do kosza, twórcy robią ze światem co im się podoba, nie zważając na nieścisłości i jawne debilizmy (siostra Bloom nie żyje? wskrześmy ją, będzie fajnie). Generalnie, z pewnością nie jest to najlepszy serial dla dzieci i z całą pewnością nie dałabym czegoś tak różowo-brokatowego swoim dzieciom, ale z nudów oglądać się da.

Mia i ja
Mia i ja to miks live action i animacji. Mia otrzymuje w spadku po zmarłych rodzicach tajemniczą księgę o magicznej krainie Centopii, zamieszkanej przez smoki, fauny i jednorożce. Dzięki czarodziejskiej bransoletce, może przenosić się do tego świata, w którym staje się elfem i razem z nowymi przyjaciółmi stara się rozwikłać słowa wyroczni i uratować ich od kłopotów. Choć Centopia jest dość dziwną i raczej opustoszałą magiczną krainą (poza elfami, jednorożcami, faunami, smokami i złymi mankulusami nie zamieszkuje jej kompletnie nikt), sprawia bardzo sympatyczne wrażenie i da się ją polubić. Czarny charakter tej opowieści jest za to świetnym przykładem zmarnowanego potencjału. Królowa Panthea pragnie zdobyć rogi jednorożców, które zapewnią jej urodę i młodość. Choć sama wygląda świetnie i sprawia odpowiednio groźne wrażenie, tak ciężko mi się bać kogoś, kto do spełnienia swoich mrocznych zachcianek posługuje się niemymi istotami, które wyglądają tak i wystarczy je spryskać wodą, by się skurczyły do rozmiarów myszy i uciekły. Z minusów rzuca się też w oczy koszmarne aktorstwo dzieci w scenach dziejących się w prawdziwym świecie. Poza tym jednak wsiąkłam całkowicie i z pewnością poleciłabym serial innym.

Dolina koni
Znów coś dla małoletnich miłośniczek koni. Serial opowiada o codziennym życiu w stadninie pełnej koni z farbowanymi grzywami i ich młodych jeźdźców. I... wiele więcej o nim powiedzieć nie można. Jest raczej mdły i - podobnie jak nowe Winx - obliczony na pewną formułę. Pies, kot i świnka coś robią, pies zaczyna opowiadać pouczającą historię o tym, jak coś tam jeźdźcy i ich konie kiedyś odwalili, koniec. Niektóre odcinki są całkiem sensowne, ale niektóre bywają dość dziwne, jak na przykład ten, w którym jedna z klaczy przytyła i uznała, że od teraz będzie anorektyczką. Może raczej powinni poruszyć ten temat w kontekście występujących w serialu dziewcząt, ONE dopiero wyglądają, jakby były mocno związane z ruchem pro-ana. Plus: złośliwie zauważyłam, że animatorzy najwyraźniej nie mają pojęcia, jak konie stawiają nogi w jakimkolwiek chodzie, bo animacje zawsze wyglądają okropnie, hłe, hłe.

Ranczo Leny
O, ten serial spodobał mi się od razu, choć i tu nie brak schematów, ale o nich za chwilę. Lena to dziewczyna pełna pasji, która zakłada ranczo, gdzie postanawia pomagać koniom z problemami. Prowadzi je wraz z przyjaciółmi i przy pomocy rodziców, jako że sama wciąż chodzi do szkoły. Pachnie mi to bardzo fabułą à la Heartland: młoda dziewczyna-zaklinaczka koni, zła rywalka w postaci bogatej, rozpuszczonej gówniary, która chce przejąć ranczo Leny, rozterki miłosne... A mimo to ogląda się z wielką przyjemnością. Strasznie podobają mi się animacje, niektóre ujęcia są po prostu piękne.
 
Dobra, będzie tego cukru, przejdźmy do bardziej... męskich seriali.
 
Clone Wars
Łojeja... Ależ mnie ten serial wynudził... I to po pierwszych kilku odcinkach. Słyszałam, że im dalej w las, tym jest fajniej, ale boooże, nieee chce mi się przez to brnąć. Sama nie wiem, co dokładnie mi w tym serialu nie leży. Może wygląd postaci? Jakoś tak paskudnie wyglądają w trzy de. Z żadną nie potrafię sympatyzować, a Ahsoka mnie po prostu wkurwia, niemal na równi z droidami bojowymi (roger, roger... GRRR GO ROGER YOURSELF). Umiarkowanie też ogarniam, co się tak właściwie dzieje na ekranie, jaki jest dokładny cel bohaterów, do czego dążą poza tym, że do skopania tyłków Sithom. No dobra, to są Gwiezde Wojny, tu się wszystko sprowadza do skopywania tyłków Sithom, ale... o, chyba wiem, w czym problem. Ja nie cierpię Jedi. Cały ten ich zakon kojarzy mi się z księżmi, którzy całe życie prowadzą w celibacie i oderwaniu od rzeczywistości, a mimo to mają czelność pouczać innych na ten temat z ambony. Tak. Matko, jak ja nie cierpię Jedi. SITHOWIE GÓRĄ. Oby epizod VII skupiał się na nich.

Futurama
Bwaaah, Bender, Bender, jak ja kocham Bendera! :D Ekhu, ten, no. Jak widać na pierwszy rzut oka, jest to serial twórców The Simpsons, których również lubię, ale chyba jednak wolę Futuramę. Wiecie, jak wyglądają halloweenowe odcinki Simpsonów? No to Futurama cała jest jak te halloweenowe odcinki: kompletnie pokręcona. Fry żył sobie spokojnie w dwudziestym pierwszym wieku jako dostawca pizzy, aż pewnego dnia przez przypadek dał się zamrozić i przespał kilka tysiącleci, by obudzić się w futurystycznym świecie, gdzie podróże w kosmos są czymś równie zwyczajnym, jak wypad do sklepu po bułki. Podejmuje pracę kosmicznego kuriera i razem z załogą świetnych postaci (takich jak Bender <3) lata od planety do planety, przeżywając masę zwariowanych przygód. Nie mogę powiedzieć tu nic ponad to, że uwielbiam ten serial. :3

South Park
Ech, kto nie słyszał o South Parku... W podstawówce znałam to jako "tę dziwną bajkę dla dorosłych, której nie wolno mi oglądać", potem w gimnazjum kolega pokazał odcinek "Make love, not Warcraft" jako projekt na angielskim i odkryłam, że jestem już na tyle duża, by to oglądać i nie nabawić się traumy. Choć czasem humor jest nieco zbyt... rubaszny... trudno nie docenić tej satyry na wszystko na świecie.

Family guy
Powiem krótko: nie ogarniam. Ale Stewie jest fajny.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Krótko o książkach, vol. 5

Jestem uzależniona od zaczynania nowych opek i zakładania blogasków, ratunku. W związku z fazą na smoki, jaka mi się ostatnio załączyła, przystąpiłam ochoczo do pisania czegoś w rodzaju spin-offa do powieści o Tyrpatorze. Opowiada o Avriel z Ludu Fiordów, z którego wywodzi się rodzina Tyrcia po mieczu. Smoki też będą, nawet całkiem sporo, ale to jeszcze trochę potrwa. Enyłej, zapraszam. Używam artów z Drakana, bo kocham tę grę, a ich klimat całkiem pasuje do opka.

http://opowiesci-z-archmaru.blogspot.com/
Kliku kliku
Zanim przejdę do książek, parę słów o zwierzakach, bo sporo się ostatnio dzieje. Wreszcie mam znośny aparat w telefonie i jestem w stanie zrobić gekonkom ładne, ostre zdjęcia. Póki co mam głównie Rancora, ale reszta też się doczeka.

Pan Rancorek wyglądał niewyraźnie, bo zbliżał się czas wylinki. Kiedy taka Luna wylinkuje, jest szast-prast i puf, gekonek nowy jak po praniu w Perwollu. Za to Rancorek będzie siedział nawet kilka dni ze skórą odłażącą mu od ciała i wyglądał jak zombie, zanim w końcu zachce mu się to wszystko z siebie zerwać. A jak już mu się zachce...

Tada! Świeżutki i błyszczący. Wreszcie udało mi się uchwycić jego cudne oczy. Ma zaspaną minę, bo wyciągnęłam go z terrarium, by pomóc mu z pozbyciem się resztek wylinki.

Jak już ciowiek wyjął, to równie dobrze można sobie trochę pozwiedzać...

A tu rancorkowy zez w całej okazałości. <3 Podobnie jak grube moriaczkowe dupsko. Kto by pomyślał, że ten najbardziej nieśmiały, prawie nic niejedzący przez pierwsze miesiące gekonek nagle urośnie do tak monstrualnych rozmiarów.

Puchacz za to już się prawie całkiem zadomowił, choć wciąż ze strachu wylatuje w kosmos, gdy ktoś kichnie. Za to w bezczelności nie ma sobie równych. Primo: uznał, że skoro ja śpię głównie po lewej stronie łóżka, to prawa jest zostawiona dla niego i w związku z tym śpimy razem. Secundo: ostatnio, jak przybył luby, obie strony łóżka były zajęte, więc niewiele myśląc, rozkokosił się na jego piersi i tam spał. Tertio: dziś uznał, że półka pod terrarium to świetna miejscówka, więc wkicnął tam, zwalił na podłogę wszystkie gekonkowe duperele i rozsiadł się niczym król po udanym podboju.

Moje łóżko!

Moja poducha!

Moja półka!

Zaraz... gdzie ja jestem?!

Dziś uszaty zobaczył z bliska podwórko. Pies był zachwycony, bo w domu Puchacz ucieka pod łóżko, zanim Kajka w ogóle zdąży go zauważyć. Królik z początku był nerwowy i czujny jak gajowy, ale w końcu mu się znudziło i zaczął szamać trawkę na zmianę z obmyślaniem planu ucieczki. Zagroda niby ma daszek, ale nie ufam temu smrodowi, jak by go zostawić samego na pięć minut, to na pewno by coś wykombinował.

No, tyle zwierzaków, czas na formalności.

Katarzyna Michalak "Czarny Książę"
Ta książka nie ma dobrych stron. Ani jednej. To istny pomnik grafomanii.
Podobno to jest romans historyczny, ale z definicją takowego nie ma to nic wspólnego: ani nie romans, bo wszelkie przedstawione relacje to czysta patologia, a nie romantyczne uczucia; ani nie historyczny, bo mamy miasto o nazwie Miasto (sic!) i te elementy filmów kostiumowych, które przypadły Michalak do gustu i żadnej wiedzy historycznej z tego wynieść nie można. Jeszcze to miał być kryminał, ale z tym też nie ma nic wspólnego. Intryga wygląda tak, jakby aŁtorka dopiero w połowie książki wpadła na pomysł, kto ma być zabójcą i nic się ze sobą nie łączy w żaden logiczny sens. Im mniej powiem o scenach erotycznych, tym lepiej. Ograniczę się do cytatu:
Dłoń popełzła w dół. Głos hipnotyzował:
- Ciii, cicho, dziecinko, spokojnie. Anka umyje maleńką cipusię. Anka zrobi dziecince dobrze. Rozewrzyj udka, kochana, wpuść Ankę, umyjemy dziewczynkę...
W sumie to trochę fascynujące. Za każdym razem, gdy wydaje mi się, że Michalak nie może już napisać nic gorszego, zaraz dochodzą mnie słuchy o kolejnym bublu, który wspina się na nowe wyżyny grafomanii i odrażających treści (chyba nie ma takiej książki Michalak, w której by ktoś nie był zgwałcony).
Ocena: 0/6

Elspeth Cooper "Pieśni Ziemi"
W sumie nie wiem, jak opisać tę książkę. Niby jest dobra, ale jednak nie do końca. Historia jest ciekawa, ale mam wrażenie, że jej potencjał nie został do końca wykorzystany. Główny bohater, który cudem uniknął śmierci na stosie, z początku opisywany jest jako ktoś naprawdę wyjątkowy, jeden z ostatnich ludzi zdolnych posługiwać się magią. A potem nagle się okazuje, że na innym kontynencie istnieje cała akademia czarowników, w której uczy się mnóstwo ludzi... Co jednak nie przeszkadza opisywać naszego bohatera jako ze wszech miar wspaniałego. Jego marysuizm szybko zaczyna drażnić. Świetnie macha mieczem, ma bardzo rzadki dar, jego moc jest potężna, bla, bla, bla... Główne niebezpieczeństwo całej historii jest dość niejasne. Najpierw dowiadujemy się sporo o innym świecie, rozdzierającym się Całunie, przez który istoty z tegoż przechodzą do prawdziwego świata, o tym, jakie to groźne i tak dalej. A pod koniec nagle się okazuje, że to tak naprawdę nie jest ważne, bo główne zagrożenie stwarza jakiś facet, którego nasz bohater spotkał przelotem na początku. No kurde, no. Istnieje jeszcze strasznie nudny wątek władz zakonu - tego, który o mało nie spalił naszego Gary Stu na stosie - który nie prowadzi absolutnie donikąd. Szczególnie mnie uderzyła jedna scena, w której w bardzo dramatyczny sposób umiera jeden z głównych zakonników... po czym paręnaście stron później okazuje się, że on jednak żyje, ma się dobrze i kontynuuje swoją nudną jak flaki z olejem krucjatę przeciw innemu zakonnikowi. Nie wiem, może to wszystko ma więcej sensu w dalszych tomach trylogii, ale nie zostały one w Polsce wydane, więc pewnie się o tym nie przekonam.
Ocena: 3,5/6

John Ringo "Tam będą smoki"
Zacznę od minusów, bo są z gatunku takich, co naprawdę kłują w oczy. Primo: nadużywanie kursywy. Pojawia się niemal w każdym zdaniu, po chwili coś takiego naprawdę potrafi drażnić. Secundo: Herzer. O matko świnto, jaki on jest idealny, jak mu wszystko wychodzi, jaki jest genialny, Boże, nawet przeszłość ma tragiczną. Jeden z najgorszych Garych Stu, jakiego kiedykolwiek widziałam. Nienawidzę go, a niestety większość książki opowiada o wydarzeniach z jego perspektywy, a nawet kiedy tego nie robi, to wszyscy pozostali bohaterowie rozpływają się nad tym, jaki on jest cudowny. Tertio: tematy okołokobiece. Panie Ringo, pan by najlepiej zrobił, gdyby nie próbował zgłębić tajemnic kobiecej psychiki i fizjologii. Uniknąłby pan takich kwiatków jak świeżo zgwałcona kobieta (nawiasem mówiąc, wyczuwam tu jakąś niezdrową obsesję na punkcie gwałtów, mówią o tym dosłownie wszyscy i przy każdej z dupy wziętej okazji) na głos rozważająca przy swoim byłym mężu, kiedy znów "wskoczy na konia" czy kobiety miesiączkujące równocześnie jak w zegarku.
Poza wszystkim powyższym muszę jednak przyznać, że ta książka jest... bardzo dobra. Nawet nieustanne ględzenie na temat historii i historycznych rekreacji jest bardzo wciągające. Że nie wspomnę o tym, jak bardzo spodobał mi się opisany tu świat. Ziemia, trzydziesty wiek, postęp cywilizacyjny, który sprawił, że nie ma chorób, ludzie żyją po kilkaset lat, rodzą się w sztucznych replikatorach i mogą dowolnie rzeźbić swoje ciało. Chcesz być centaurem, delfinem, mrówkojadem? Spoko. Marzy ci się talia osy, dająca objąć się jedną dłonią? Załatwione. Chciałbyś mieć skrzydła i móc latać? Nie ma problemu... Przynajmniej do czasu, gdy stojąca na czele wszystkiego Rada nie zacznie ze sobą walczyć, odcinając cały świat od niezbędnej energii. Nagle ludzie zostają uwięzieni w świecie średniowiecza, bez technologii i umiejętności do zrobienia czegokolwiek, bo do tej pory jakakolwiek praca była traktowana i uprawiana wyłącznie jako hobby.
Naprawdę, mimo wad, warto się zapoznać z tą książką.
Ocena: 4/6

John Ringo "Szmaragdowe morze"
Okej, przeszło mi. Przyznam bez bicia, że musiałam w połowie przerwać lekturę. Mam szczerze dość zachwytów nad doskonałym Herzerem. Nie, kurwa, ja bardzo przepraszam za ten pojazd osobisty, ale autor musi mieć niezłe kompleksy, skoro uznał za stosowne poświęcić całą chędożoną stronę za zachwyty innych postaci kutasem Herzera. POWAŻNIE. Scena w publicznej łaźni, pan doskonały się obnaża i wywiązuje się dialog w stylu:
- Och, panie Herzer, jakże wielki jest twój chuj.
- Ach, to naturalne, wynikiem genów jest mój chuj.
- Niemożliwe, kilka Przemian [coś w stylu zaawansowanej operacji plastycznej] musiał przejść twój chuj.
- Nah, zapewniam, że z natury wielki jest mój chuj. 
- Och, Herzerze, co prawda niedawno zostałam zgwałcona, lecz podnieca mnie twój chuj.
NO BOŻE ŚWIĘTY. Można napisać pracę magisterską na temat marysuowości Herzera. Dawno nie czułam tak silnej nienawiści do książkowej postaci. Nie jest w stanie tego złagodzić nawet silne skupienie się w tej części trylogii na smokach, wywernach i ich jeźdźcach (och, spoiler: Herzer zostaje jednym z nich, surprise, surprise). Mam dość. Szczerze dość. Książka leci w kąt i sięgnę po nią z powrotem dopiero, jak mi przejdzie.
Ocena: 3/6

Gordon R. Dickson "Smoczy rycerz", tom I i II
O matko, potrzebowałam takiej książki: lekkiej, przyjemnej i śmiechowej. I na dokładkę ze smokami, alleluja. Oczywiście, znów kupiłam książkę, nie sprawdziwszy, która to z kolei część cyklu (no co no, było napisane tom I i tom II, nie pomyślałam, że coś jeszcze mogło być przed nimi), więc z początku byłam nieco skonfundowana następującymi szybko po sobie wydarzeniami. Na szczęście autor okazał się na tyle uprzejmy, że stopniowo przypominał akcję z poprzedniego tomu, więc udało mi się bezboleśnie wsiąknąć w przedstawiony świat średniowiecznej Anglii, pełnej magii, smoków i mówiących wilków. Od razu widać, że cykl pisany jest z przymrużeniem oka, nie sprawia jednak nieprzyjemnego wrażenia usiłowania być śmiesznym na siłę (może za wyjątkiem żartu z Encyclopedią Britannicą). Jim zaś jest bohaterem, którego od razu polubiłam. Przypomina mi trochę Rincewinda ze Świata Dysku, z tą różnicą, że jest nieco bardziej rozgarnięty. Już czuję, że zbiera się kolejna seria do złożenia kolekcji na półce.
Ocena: 4,5/6

niedziela, 13 kwietnia 2014

Somnamskrybizm: Szpieg


Szpieg



W niemym zachwycie podziwiałam rzucającego się niecierpliwie na uwięzi smoka. Perłowobiałe łuski, mimo że matowe, bieliły się w słońcu jak świeży śnieg. Osadzony na długiej, smukłej szyi łeb miał iście szlachetny profil, z czołem ozdobionym sześcioma rogami i elegancką kryzą uszną. Wciąż drapał kamienną posadzkę orlimi szponami i machał nietoperzowatymi skrzydłami, jakby nie mogąc się doczekać lotu. Ciężka, stalowa obręcz na szyi łącząca go z ziemią grubym łańcuchem była w tej chwili jedyną skazą w jego doskonałym wyglądzie.
- Tak – powiedziałam z pełnym przekonaniem. – Ten będzie idealny.
Treser ze wzruszeniem ramion zabrał się za ubieranie smoka w rząd.
- Nie sądzisz, że biały smok będzie się rzucał w oczy podczas misji szpiegowskiej?
- Moim zadaniem nie jest skradanie się jak byle włamywacz – zauważyłam. – Zresztą, nie wlecę z nim do zamku.
Smocze siodło zajmowało niemal cały jego grzbiet. Tybinki wraz z poduszkami znajdowały się, w przeciwieństwie do końskiego siodła, całkowicie z tyłu, tuż za błoną skrzydeł. Jazda na smokach odbywała się bardziej na leżąco niż siedząco. Biała bestia nie protestowała przy mocowaniu kulbaki na miejscu, zapinania popręgu, podpierśnika i podogonia, lecz na widok ogłowia syknęła nieprzyjemnie.
- Przytrzymaj ją, bo mi jeszcze rękę odgryzie – poprosił treser.
Zbliżyłam się do pochylonego w niemej groźbie łba i pogładziłam smoka po szorstkim pysku. Najwyraźniej spodobała mu się ta pieszczota, bo momentalnie się rozluźnił. Treser szybkim ruchem założył na białą głowę uzdę. Nie była zbyt podobna do końskiej; obejmowała zaledwie jedną trzecią łba, by umożliwić smokowi otwieranie paszczy i zianie ogniem. Nie miała też wędzidła, a wodze prowadziły do jeźdźca przez stalowe kółka na skórzanej pętli umieszczonej w połowie długości szyi, by nie plątały się podczas lotu.
- Spokojnie, malutki – szepnęłam uspokajająco.
- To ona – poinformował mężczyzna, zapinając sprzączki. – Ma na imię Galaxia.
- Cześć, Galaxia.
Błękitne jak letnie niebo oko spojrzało na mnie i błysnęło trzecią powieką.
- Lepiej uważaj, by nic jej się nie stało – ostrzegł treser. – To oczko w głowie hrabiny. Uwielbia na nią patrzeć.
- Bez obaw. Nie spadnie jej z grzbietu ani jedna łuska.
Z pomocą mężczyzny wspięłam się na smoka i usadowiłam w siodle. Z przyzwyczajenia próbowałam wsunąć stopy w strzemiona, zapomniawszy, że nie używa się ich w jeździe na smokach. Wcisnęłam głębiej na głowę pilotkę i zsunęłam gogle na oczy. Pochyliłam się nad smukłym grzbietem i złapałam wodze, jednocześnie umieszczając stopy na klinach przy kulbace.
- Cóż, nie będę was zatrzymywał – powiedział treser i wyjął klucz do obręczy na szyi Galaxii. Na jego dźwięk smoczyca zaczęła jeszcze bardziej niecierpliwie dreptać w miejscu. – Ależ się nie może doczekać. Dawno nie latała, mam nadzieję, że cię nie zrzuci – zachichotał.
- Nie dam się. Do zobaczenia!
Ostatnie słowa porwał wiatr, gdy oswobodzona bestia wspięła się na tylne nogi i jednym potężnym susem wyskoczyła w powietrze. Z każdym machnięciem ogromnych skrzydeł, z każdym oddechem smoczych płuc pracujących jak kowalskie miechy czułam, jak ogarnia mnie coraz większa euforia. Od tak dawna nie dosiadałam żadnego smoka, że zapomniałam, jakim cudownym przeżyciem jest lot. Galaxia, szczęśliwa jeszcze bardziej ode mnie, pozwoliła sobie na chwilę radosnych akrobacji zakończonych wydaniem z siebie głośnego, długiego ryku. Śmiejąc się, poklepałam ją po karku.
 ______________________________________________________________

Zastanawiam się, czy kolor smoczycy w tym śnie był przypadkowy, czy też moja jaźń uznała, że z Puchacza byłby świetny smok. Notabene, moja postać w Amberze ma białego królika, który potrafi zmieniać się w miecz lub smoka właśnie. SYSKO SIEM ZE SOBOM ŁONCY.

W sumie we śnie było więcej fabuły uwzględniającej tytułowe szpiegowanie, ale poplątane to było i bez sensu, więc uznałam, że lepiej się skupić na tym, co Winifredy lubią najbardziej. A w ogóle to mam tyle dużo weny na opowiadanie ze świata Tyrcia, że ojeja i ojejku rety, muszę to wszystko spisać, póki jeszcze mam ochotę. Będą skrzydlate konie i wyścigi, i smoki, i w ogóle.

No i znowu mi się załączyła faza na smoki, ratunku. Chociaż nie, nie ratunku. Smoki są zajebiste.

 
Tyle muzyki w jednej notce, yay!


E: Jeszcze jedno małe ogłoszenie parafialne. Twórcy Duel of Champions to wuje i w ostatnim patchu zlikwidowali możliwość zarabiania seali i można je zdobyć już tylko za prawdziwą kasę, a ponieważ groszem nie śmierdzę, muszę kombinować.

  

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Pokaż mi...

Strasznie lubię przeglądać regały z książkami, najbardziej w antykwariatach, ale na drugim miejscu są półki w domach innych ludzi. Na większość blogów recenzenckich wchodzę tylko po to, by pooglądać cudze stosiki i regały. Ulegnę zatem blogaskowej modzie i zaprezentuję światu półki w moim pokoju. Strasznie nie lubię tego robić, ale ta notka będzie "rozwijana", bo przewiduję sporo zdjęć, a to zazwyczaj powoduje u mnie zacinanie się strony. ^^ Bez zbędnych wstępów, na które nie chce mi się wysilać: zaczynajmy!

Obecność tego gifa wcale nie oznacza, że zaczęłam lubić Twilight.