piątek, 23 maja 2014

Nudy

Ech, a takiego miałam fajnego streaka... W tym roku na każdy miesiąc przypadały cztery notki. Zepsułam combo. :c

Nudzi mi się tak przeraźliwie, że gdybym nie była na urlopie, to zaczęłabym się uczyć. Hehe, nie, nie zaczęłabym. Ale i tak nudzi mi się przeokropnie. Do tego stopnia, że ściągnęłam ścinki ze strychu i uszyłam Robecce nowe wdzianko. Wyszło gdzieś tak trzy razy brzydziej, niż miało wyjść. Miało też mieć mechaniczne skrzydełka (leżą tam z boku, przed kucykami), ale nie umiem ich zamontować na lalce.

Ee... no... krawcową to ty, Winky, nie zostaniesz.


Z ogłoszeń parafialnych: jestem na głodzie i pilnie zbieram na nowego lapka, który udźwignąłby wyśrubowane wymagania 7 days to die (mam nadzieję, że kiedyś się staną mniej wyśrubowane, bo w końcu to wciąż alfa). Ponieważ szlachta nie pracuje (tzn. chciałaby, ale nigdzie jej nie chcą/nie umie szukać/tam, gdzie ją chcą, to ona nie chce), jak zwykle reklamuję swoje paćki na szkle oraz oferuję małą wyprzedaż biblioteczki. Jak rzekł pewien mędrzec: ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka...

1. Cała trylogia "Wojny Rady" Ringo, 25zł [opchnięte] - nie przepuśćcie jedynej w swoim rodzaju okazji do przekonania się, jak wyglądają zachwyty nad kutasem największego Gary'ego Stu w dziejach! (Chyba nie umiem dobrze reklamować). Stan idealny, okładka miękka z obwolutą.

2. Takie o wydanie wszystkich siedmiu "Opowieści z Narnii", 30zł [rezerwacja] - stan "ujdzie w tłoku", czyli dobry, w porywach bardzo.




3. Mark Chadbourn "Koniec świata", 20zł - nie chce mi się robić własnego zdjęcia, ale stan jest bardzo dobry, przeczytane raz i składowane z namaszczeniem na półce, bo i lektura sympatyczna.

Koszty wysyłki jeszcze ogarnę, Narnia jest dość ciężka, więc pewnie z dycha by poszła za polecony priorytetowy + koperta bąbelkowa. Z odbiorem osobistym mogę się pofatygować do Łodzi lub okolic na trasie Łask-Łódź, może i do Wrocławia.

Póki perspektywa pogrania u siebie w Rogalika jest bardzo daleka, odkrywam na nowo przyjemność płynącą ze starych gier. Czuję się jak hipster: wszyscy wkoło rżną w Skyrimy, najnowsze Diablo i inne takie, a ja pykam w Black & White, pierwsze Simsy i Gothica II. Ech, zaraz przypominają mi się czasy, kiedy największą frajdą w tygodniu był wypad do sklepu po nowy numer "Kaczora Donalda", a swoją tożsamość określało się na podstawie horoskopów z "Witcha". Do tej pory pamiętam niemal wszystkie: w chińskim jestem kozą, w indiańskim - wilkiem, w celtyckim - lipą, w jakimś owadzim - ważką, a w poprzednim wcieleniu byłam zielarką z obecnego RPA, w 330 roku (to ostatnie akurat było w "Jestem" czy innym tego typu magazynie). A jakiego zacieszu na pysku dostałam, kiedy parę dni temu na spacerze z psem odkryłam w lesie szałas - prawie taki sam, jaki wiele lat temu zbudowałyśmy z siostrą i kuzynkami w Borach Tucholskich i ochrzciłyśmy go dumnym mianem Chatka Robinsona. Nasza była - oczywiście - lepsza: miała dach kryty mchem, tak że można było się w niej schować przed deszczem, malutkie taborety, palenisko... To były niezapomniane wakacje.

Chatka Robinsona, anno Domini 1998 lub coś koło tego. Zgadnijcie, która to ja.
Chatka... chatka. Anno Domini 2014.
Jak widać na powyższym obrazku, nie ma porównania. Nasza była lepsza!

3 komentarze:

  1. Ty, to ta dziewczynka w czapce? :>

    OdpowiedzUsuń
  2. Śliczne fotka i fajne wspomnienie.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń