czwartek, 26 czerwca 2014

Krótko o książkach, vol. 6

Dzisiaj będzie o książkach naprawdę krótko, bo ostatnio z czytaniem u mnie jest prawie tak źle, jak z pisaniem. Nie wiem, ogarnął mnie taki totalny mamtowdupizm, że nie rusza mnie kompletnie nic: ani nie złości, ani nie cieszy, ani nie smuci. Wreszcie mogę grać w gry, o których do tej pory tylko marzyłam? Don't care. Puchacz pogryzł mojego najcenniejszego kucyka? Don't care. Od ponad miesiąca nie napisałam ani linijki (to już na szczęście nieaktualne)? Don't care. Ech... Wiem, że to niedobrze, chyba nawet gorzej, niż gdyby było mi smutno, bo wtedy przynajmniej COŚ by mnie obchodziło, ale nie wiem, jak się obudzić z tego stanu.

Swoją drogą, odkryłam, że chyba nie nadaję się do gier typu MMO. Od dawna chciałam pograć w The Old Republic, teraz w końcu sobie zainstalowałam, zrobiłam śliczną łowczynię nagród i... BOJĘ SIĘ RUSZYĆ. D: Tak, wiem, że to jest tylko gra, ale TU SĄ PRAWDZIWI LUDZIE OMG. Nie wspominając o tym, że malutkich guziczków jest tu nieproporcjonalnie dużo do ilości wyjaśnień, jakich udziela tutorial. Ale cut scenki były epickie.

Cusz. Przejdźmy do książków.

Patrick Rothfuss "Strach mędrca. Część 1"
Pierwszy tom "Kronik królobójcy" był świetny i przyjęłam go bardzo entuzjastycznie. Drugi... męczę już chyba pół roku. Jezus Maria, ile można w kółko czytać o tym samym? Kiedy ten Kvothe wreszcie skończy te cholerne studia? Im bardziej nic się ciekawego nie dzieje, tym bardziej dociera do mnie merysujkowość głównego bohatera - w pierwszym tomie też była widoczna, ale nie przeszkadzała tak bardzo, ilość złych wydarzeń świetnie równoważyła wspaniałość Kvothego. Ale tutaj... na dobrą sprawę nie wiem, bo umarłam z nudów w połowie, a nie wydarzyło się kompletnie NIIIC ważnego. I pomyśleć, że tak naprawdę to jest 1/4 całej powieści, bo Rebis jest głupi, ma pryszcze i dzieli książki na sryliard tomów, by zbić więcej kasy.
MOŻE kiedyś spróbuję wrócić i doczytać do końca. Na razie jestem absolutnie, stuprocentowo niezainteresowana nudnymi jak flaki z olejem przygodami Kvothego na uczelni.
Ocena: 3/6

Licia Troisi "Kroniki Świata Wynurzonego. Nihal z Krainy Wiatru"
Ze wszystkich okładek książek Licii Troisi, ta trylogia podoba mi się najmniej. Smok jest jakiś taki... koślawy, a Nihal ma szpetny ryj i wdzianko jak kiepskiego fantasy lat 80, które kojarzy mi się wyłącznie z tym komiksem. Enyłej, w końcu, po dwóch trylogiach, poznajemy tę wielką i wspaniałą Nihal, nad której zajebistością rozpływały się wszystkie postaci "Wojen..." i "Legend Świata Wynurzonego". I co się okazuje? Że ze wszystkich irytujących bohaterów, ona jest najgorsza. Rany, co za tępa dzida, a na dokładkę merysujka, więc jesteśmy zmuszeni uważać jej wszystkie czyny za dobre. Kompletnie nie rozumiem, czemu tylko jeden rozdział ma tytuł "Głupi wybryk", bo KAŻDY wybryk Nihaluni jest tak durny, że nic, tylko sobie włosy z głowy rwać. No i oczywiście, mimo że całe życie nie robi nic, tylko ćwiczy wojaczkę, jest przepiękna, przezgrabna i ma wielkie cycki, które w ogóle jej nie przeszkadzają w walkach. Yyyyych.
Dlatego pewnie zdziwi was, że oceniam tę książkę na czwórkę. Cóż, mimo tej wszechobecnej słodyczy, potwornej naiwności, totalnie przewidywalnej fabuły i kompletnie emowatych głównych bohaterów, w książkach Troisi jest coś, co mi się po prostu podoba.
Ocena: 4/6

Richard Adams "Opowieści z Wodnikowego Wzgórza"
Próbowałam upolować tę książkę we wszystkich okolicznych antykwariatach i na Allegro (pojawiała się, ale w cenie od 70zł wzwyż...), ale się nie udało. Dlatego w akcie desperacji zassałam pdfa z chomika... i przekonałam się, że i tak kiedyś kupię tę książkę, mimo tego, że już ją raz przeczytałam. Coś tak pięknego po prostu MUSZĘ mieć na swojej półce. Kiedyś pisałam tu o "Wodnikowym Wzgórzu", że najbardziej w nim podobały mi się legendy z króliczego świata o El-Ahrerze, Frysie i Czarnym Króliku z Inle. Zbiór opowiadań zawierający same legendy o El-Ahrerze, Frysie i Czarnym Króliku to spełnienie marzeń. Nie umiem się rozpisywać o książkach, które uważam za idealne - ta jest.
Ocena: 6/6

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Let it gooo, Let it gooooooo! (rzygam tą piosenką, a jednocześnie nie mogę przestać jej nucić)

Pamiętacie, jak jeszcze całkiem niedawno żaliłam się, że straciłam wszystkich przyjaciół i tak bardzo bym chciała jakichś mieć?

Cóż... już nie chcę.

I nie chcę tu wyjść na jakąś arogancką merysujkę czy Shreka, który odgradza się od wszystkich ostrokołem (choć jeszcze parę kilo i będzie blisko). Nie chcę nikomu niczego udowadniać, bo nie mam w tym żadnego interesu. Po prostu pomyślałam o wszystkim na spokojnie i doszłam do wniosku, że w gruncie rzeczy teraz czuję się wspaniale. Nie potrzebuję się uszczęśliwiać na siłę czyimś towarzystwem, które prędzej czy później i tak zacznie mnie drażnić - nawet gdyby to był Viktor z LoLa albo, nie wiem, Daenerys do kompletu ze smokami (ją bym wypiżyła za drzwi, a smoki zostawiła sobie). Skoro istnieją ludzie aseksualni, którzy nie odczuwają potrzeby wiązania się i miziania z kimkolwiek, to może istnieją też... aprzyjacielni? Czemu o tym zjawisku nigdy nic nie słyszałam, czemu przez całe życie wmawiano mi, że jestem aspołeczna, alienuję się, a ja się dziwiłam, dlaczego żadna moja znajomość nie przetrwała kilku lat? 

Normalnie zaczynam się czuć jak mniejszość społeczna. Wszyscy usiłują mnie nawracać, jakby było po co, podczas gdy dobrze jest jak jest i czuję się świetnie. Gdybym ja jeszcze była wredna i zgryźliwa, ale nie, do każdej napotkanej osoby podchodzę z uśmiechem, bo przecież fajnie od czasu do czasu pogadać z kimś o tak zwanej dupie Maryny, wszystko jest pięknie, póki mam świadomość, że mogę w każdej chwili wrócić do swojej norki i w niej cieszyć się samotnością. Bo samotność nie jest zła. Jak może być zła, skoro tylko w niej mogę być naprawdę, stuprocentowo sobą?

Dlatego też uprasza się o niedyskryminację osób aspołecznych z wyboru. Gdyby jednak ktoś chciał mi wmówić, że absolutnie koniecznie muszę mieć przyjaciół i wychodzić do ludzi, i uspołeczniać się, i w ogóle, to polecam poniższy odcinek przygód Kubusia Puchatka. No i teraz będę siedzieć całą noc i oglądać, stara krowa...



Coś bym jeszcze napisała, bo to nie w moim stylu, pisać notkę tylko na jeden temat, ale nie mam weny. Głodna jestem. Zjadłabym kanapkę z Nutellą...

środa, 11 czerwca 2014

Diss na życie

Może wyda się to wam niemożliwe, ale JUŻ mi się znudził szablon na blogu. Poprawiłam szablonik na Archmarze i doszłam do wniosku, że wszędzie wyglądają tak samo, do urzygu. Chciałabym, żeby nowy szablon tutaj był jasny, przejrzysty, wyświetlał się prawidłowo przynajmniej na moim telefonie i zawierał w sobie co najmniej jednego smoka i króliczka. Niestety, póki co moje poszukiwania odpowiednich zdjęć czy grafik, za użycie których autor nie chciałby mnie powiesić, spełzają na niczym, a sama nie potrafię narysować smoka tak epickiego, jak bym chciała. Smut. :(

Im dłużej siedzę w internecie, tym bardziej dochodzę do wniosku, że mam tego wszystkiego coraz bardziej dość. Zbyt dużo informacji, którymi muszę się przejmować, bo jak nie, to omfg, wyjdę na debila, którego nie obchodzi niczyje nieszczęście poza własnym (które jest gówno warte bo - ulubiony tekst całego świata - INNI MAJĄ GORZEJ). Ale mam szczerze dość czytania w kółko o tej pieprzonej Deklaracji Sumienia, lekarzach-gnojach, gwałtach, dzieciach z gwałtów... DOŚĆ! Zamknij się, świecie, już o tym wszystkim słyszałam, zrozumiałam za pierwszym razem, odwal się i daj mi spokój! Wiem, że na całym świecie jest pełno ludzi nie tyle stereotypowo złych, co po prostu głupich... i dlatego chciałabym się od nich odizolować. Całkowicie. Dopadła mnie michalakoza: chcę wynieść się daleko stąd, w góry, do lasu, do małej chatki nad strumykiem, tak obrzydliwie ślicznej, jak na obrazach Thomasa Kinkade, gdzie nikt mnie nie znajdzie, gdzie nie dotrą żadne media, gdzie znajdę upragniony spokój i przeszkadzać mi będzie tylko mróz zimą i komary latem. Może wtedy w końcu znalazłabym w sobie dość weny, inspiracji i ochoty, by dokończyć którąkolwiek z moich powieści.

Słyszałam wiele złych słów na temat filmu "Into the wild": że bohater był głupi, że postąpił jak idiota. Zgadzam się, że źle się zabrał do realizacji swojego marzenia, bez przygotowania na wypadek wystąpienia nieprzewidzianych trudności, ale i tak kocham ten film i podziwiam i zazdroszczę temu facetowi, że miał odwagę rzucić całe swoje dotychczasowe, dobrze ułożone i wygodne życie w pizdu i zacząć żyć tak, jak sobie wymarzył.



Wiem, że pewnie chrzanię, jak zwykle zresztą... Ale kiedy zaczynam myśleć o tym ogromie presji, które wywiera na mnie współczesne życie w tym poronionym kraju - ucz się, studiuj, zrób karierę, zarabiaj powyżej średniej, uródź dzieci, bądź piękna, zgrabna, ubieraj się tak, a nie inaczej - to mam ochotę... po prostu je skończyć.

EDIT: Minimalizm. Smok. Króliczek. OSIĄGNĘŁAM DOSKONAŁOŚĆ.

sobota, 7 czerwca 2014

O Puchaczu słów kilka a także mała autokrytyka

Będę upierdliwa jak świeżo upieczeni rodzice spamujący całemu światu milionem zdjęć swojego nowo narodzonego dzieciaka. Różnica będzie tylko taka, że noworodki są paskudne, a Puchacz jest prześliczny. Przy okazji, anegdotka: parę dni temu natknęłam się na jeden z tych głupich obrazków z serii "just girly things" traktujący o cudownym zapachu niemowlaka. Pomyślałam sobie: wtf, kto się podnieca smrodem bobasów, błe, dziwne, ohyda, fuj. A potem sobie przypomniałam, jak bardzo lubię wąchać futerko mojego króliczka, kiedy się wygrzeje na słonku... ^^

Zostawmy jednak temat dzieci i przejdźmy do kogoś bliższego mojemu serduchu.

Niuch?

Imię dla Puchacza zostało wybrane jeszcze długo przed tym, jak pojawił się w moim domu. Ci, którym chce się zaglądać na blogaska z moim opkiem zapewne kojarzą królika albinosa o tymże imieniu, który towarzyszy głównej bohaterce, czyli mnie. Kiedy pojechaliśmy do sklepu zoologicznego i zobaczyłam za szybą białego, krótkowłosego króliczka z niebieskimi oczami, nie było już żadnych dyskusji - to z nim wrócę do domu, koniec, kropka.

Nawiasem mówiąc, każdy reaguje wielkim zdziwieniem po usłyszeniu jego imienia. Jak?! Puchacz? Ale on wcale nie jest puchaty! Jak to nie? Jego krótkie futerko jest w dotyku jak aksamit, mięciutkie i pluszowe. A jeśli takie wyjaśnienie nie wystarcza, to powiedzmy, że ma minę poważną jak sowa.

Hu-huu. Bardzo śmieszne.

Pierwszą rzeczą, jaką przeczytałam o rexach miniaturkach było to, że z charakteru są bardzo podobne do kotów. Do Puchacza ten opis pasuje jak ulał (luby wręcz śmieje się, że kupiłam kota zamiast królika): jest dość niezależny, nie ma czasu na zbyt długie pieszczoty, robi co mu się żywnie podoba, strąca na podłogę wszystko, co mu wpadnie w łapy i uwielbia kartonowe pudła (głównie jeść, ale i wysiadywać w/na nich). Ma też w sobie jakiś dziwny przymus wskakiwania na różne rzeczy. Gdy tylko coś zobaczy, po prostu MUSI spróbować na to wkicnąć, nawet jeśli obiektem jego zainteresowania jest ściana albo dwumetrowa szafa. Jednak najwięcej frajdy sprawia, gdy wieczorem dostaje totalnego zajoba i zapierdziela po pokoju wte i nazad, robiąc gwałtowne piruety w powietrzu, niekontrolowanie bryka i zarzuca łepkiem jak rumak.

Ponieważ niemożliwym jest uchwycenie Puchacza w ruchu, załączam zdjęcie, na którym leży, zmęczony po rutynowym zastrzyku w dupsko.

Puchadełko to najbardziej bezczelny potwór, jaki istnieje. Jak mu się nie podoba głaskanie, łapie rękę w ząbki i ją odsuwa. Mimo eleganckiej i wymoszczonej klatki, najbardziej lubi spać na moim łóżku. Kiedyś obudziłam się i tak mi się wydawało, że coś jest nie tak. Otwieram oczy... a tu Puchacz leży na mojej piersi i śpi w najlepsze. Innym razem wróciłam do pokoju ze szklanką herbaty, pochyliłam się nad nim, kładąc szklankę obok, a Puchacz, niewiele myśląc, zajrzał do środka i zaczął chłeptać moją herbatkę.

Moja. Zrób sobie nową.

Puchaczydło bywa nieznośne (amniamniam, jakie pyszne tapety), ale i tak jest kochane. Bardzo się różni od Manfreda - Maniek to była taka potulna krówka, której umiarkowanie chciało się brykać, ale jak tylko zobaczył wystawioną rękę, stopę albo cokolwiek, to natychmiast podbiegał i podsuwał łepek do głaskania. Ciekawe, czy dogadałby się z Puchaczem.

Z innych spraw... Pamiętacie primaaprilisową analizę na Czarnych owcach? Okropnie nie chce mi się już bawić w analizy, bo tak mało czasu jest, kiedy się chce jednocześnie czytać coś DOBREGO, pisać coś własnego i malować (PS znów ostatnio zarobiłam! Coraz bliżej nowy lapek... <3), ale od czasu do czasu, kiedy nie było nic do roboty, przeglądałam tę moją niewiarygodnie nudną pseudopowieść i z przyzwyczajenia komentowałam najdurniejsze fragmenty. Pomyślałam, że co się będę śmiać sama, równie dobrze mogę się tym z kimś podzielić. Nie ma sensu wskrzeszać analizatorni dla tego dziełka, więc co jakiś czas (długi czas, że tak pozwolę sobie zastrzec) będę wrzucać to tu.

Gwoli przypomnienia: w gimnazjum pomyślałam, że najwyższy czas napisać jakąś poważną powieść. Wymyśliłam jakiś z dupy wzięty tytuł, z dupy wziętego bohatera i wrzuciłam go w świat z jeszcze głębszej dupy, nie mając najmniejszego pomysłu na fabułę. Napisałam gdzieś tak ze 160 stron tego badziewia, zanim zdałam sobie sprawę, jak bardzo jest złe, wpadłam w depresję twórczą, ale potem zdałam sobie sprawę, że nie ma tego złego, w końcu odbębniłam prawie dwieście z obowiązkowych trzystu stron wprawek, a ponowna lektura uświadomiła mi, jaki ogrom głupich błędów popełniłam. Pierwsze dwa rozdziały zostały już zanalizowane na owieczkach, przed wami krótki ciąg dalszy. Więcej zamieszczę tylko jeśli podoba wam się ten pomysł poznęcania się nad twórczością z przeszłości.

POGRANICZE
CZYLI ANALIZA Z DUPY WZIĘTA

Osiem zachodów później dojechali do zakola rzeki... lecz ku ich zdziwieniu zakole już nie istniało. Rwący nurt zamienił je w starorzecze o kształcie olbrzymiej podkowy.
Gwendolyn przestąpił z nogi na nogę. Gienah spojrzał nań nie kryjąc zirytowania.
- A pomyślałeś może jak przejdziemy na drugi brzeg?
- Ech... zdaje się, że to przeoczyłem.
Nie, żeby w okolicy były jakieś mosty czy coś...

Zrezygnowani bohaterowie siadają na trawce i się nudzą. Gienah w pewnym momencie prosi Gwendolyna, by opowiedział mu o swoim, zwierzęcym punkcie widzenia na ludzi i bogów. Wstyd przyznać, ale w tym momencie wykazałam się mentalnością Olszańskiej i w... pysk? Gwendolyna włożyłam cały ten bełkot o wyższości zwierząt nad ludźmi, natury nad technologią i tego typu bzdur, którymi Gienah jest, jakżeby inaczej, urzeczony.

Gienah poczuł się trochę urażony takim zaszufladkowaniem, ale z drugiej strony zachwycała go mądrość Gwendolyna. Jego spojrzenie na świat było tak niesamowicie różne od wszystkich poglądów, które do tej pory słyszał. Więc tak wygląda to z perspektywy zwierząt- pomyślał. Wtem mimowolnie ścisnęło mu się serce na myśl o tym, co muszą przeżywać bezbronne istoty- czy to ludzie, czy zwierzęta- gdy dzieje się to, co opisał bułany ogier. I nasunęło się pytanie: czy człowiek żyje po to, aby doprowadzić świat do zniszczenia?
Spytał o to Gwendolyna, a ten odrzekł:
- Nie zadawaj zbyt wielu pytań, ani sobie, ani innym. Wiesz, że czasem prawda bywa bardziej bolesna od złudy.
- Ale nagle poczułem wstyd za to, że jestem człowiekiem.
- To dobrze, że zdajesz sobie sprawę z cierpienia, jakie zadają ludzie, ale nie powinieneś czuć się winny. Nie zadręczaj się tym dłużej. Chyba nie powinienem ci o tym opowiadać.
- Nie, proszę! Opowiedz mi więcej jeszcze kiedyś. Nigdy z nikim nie rozmawiałem o tego typu rzeczach.
- I bardzo dobrze, że tego nie robiłeś. Życie stale toczy się naprzód. 

 

Minął jeden zachód a podróżnicy nadal nie wiedzieli, jak przedostać się na drugą stronę rzeki.
Przez ten cały jeden dzień zdążyliby pojechać naokoło i znaleźć most – jest tam jeden w okolicy, całkiem duży, kamienny. Ale cóż – jedno już napisałam, nie chciało mi się tego kasować...

Gienah siedział na ziemi i rysował patykiem plan.
- Może zbudujemy jakąś improwizację mostu... nie, to się nie uda. Kończą mi się pomysły, tracimy tu cenny czas. Chyba powinniśmy zawrócić.
Wtf, chce budować most, zamiast iść do takiego, który już stoi i tylko czeka, aż ktoś po nim przejdzie? Boru, ale ja byłam głupia. xD

Wtem powietrze przeszył okrzyk zbliżony do głosu orła. Oboje spojrzeli w górę. Wysoko nad nimi leciało stado dziwnych, ogromnych ptaków.
- To gryfy- stwierdził Gwendolyn.- Migrują na południe. Ciekawe, czy mogłyby nas podwieźć.
Wiecie, co jest najśmieszniejsze? Wtedy na serio rozważałam możliwość spotkania z gryfami, które przeniosłyby na drugą stronę rzeki człowieka i konia... Niestety, potem wpadłam na jeszcze głupszy.

Od brzegów rzeki skradały się ku nim wodniki- stworzenia nie większe od łoża, smukłe, z długim ogonem i dziwnymi, błoniastymi wyrostkami, jak u tropikalnych ryb. Ich zielonkawo szara skóra lśniła od wody. (...)
- Mam pomysł.
- Jesteś szalony- stwierdził Gwendolyn i wycofał się z pola rażenia.
Gienah stanął naprzeciw największego wodnika, który patrzył nań wyłupiastymi, żółtymi oczami. Po dłuższej chwili takiej obserwacji czujność zwierzęcia przygasła. Młodzieniec ostrożnie zarzucił pętlę na jego szyję, a ten nie protestował, dopóki Gienah nie zbliżył się i nie poczuł zapachu człowieka.
Zapach człowieka musiał się wydać Gienahowi odrażający, zwłaszcza po gadkach, jakimi uraczył go koń.

Plan Gienaha obejmuje przepłynięcie na drugi brzeg przy pomocy złapanego wodnika. Szkoda, że jednak nie zdecydowałam się na gryfy, byłoby zabawniej. Do posłańca dociera, że jego bagaże się zmoczą, więc postanawia odczytać wiadomość od króla dla wieśniaków.

- Do mieszkańców... bla, bla, bla... ostatnie kilkanaście karawan... nie dotarły na czas... bla, bla... wyjaśnienia... podpisano... bla, bla. Hm, czyli król nie ma się kogo uczepić a farmerzy z Yochy byli najbliższym celem, gdyż nie przyjeżdżają na targowiska. Jakby to Hektora cokolwiek obchodziło. Trudno, muszę im to powiedzieć.
Tu jest tyle rzeczy nie tak, że aż nie wiem, od czego zacząć. Primo: król pisze list do jakichś wieśniaków mieszkających kawał drogi od pałacu. Secundo: list napisany jest w tak oficjalny sposób, że brakuje tylko „Pozdrawiam” na końcu. Tertio: król uważa kwestię kupców przyjeżdżających na targowisko z drugiego końca wyspy za tak pilną, że wysyła do nich posłańca z listem. Quatro: posłaniec wiezie do wieśniaków starannie zapieczętowany list, zamiast po prostu otrzymać ustne polecenie dowiedzenia się, o co chodzi. Quinto: posłaniec królewski, mieszkający z mamusią na farmie i wyglądający jak łachmyta – czy trzeba dodawać coś więcej?

Bohaterowie przepływają na drugą stronę rwącej rzeki przy pomocy wodnika, który zupełnie przypadkiem miał interes znaleźć się na tamtym brzegu. Gwendolyn jest wściekły i ma focha, w związku z czym kolejny dzień i noc spędzają na robieniu niczego. Lecz WTEM!

Gienah rozmyślał chwilę, po czym rzekł:
- Oho... pełnia się kończy.
Gwendolyn ze znudzeniem uniósł łeb, po czym stulił uszy i, pochyliwszy głowę, jął zasypiać.
Wtem wkoło rozległo się rozdzierające, wilcze wycie, które stawało się głośniejsze wraz z echem odbijającym się od drzew, skał, wszystkiego. Ogier podrzucił łbem a Gienah zerwał się na równe nogi. Miał wrażenie, że słyszy głosy tuż obok siebie, chciał dobyć miecza, ale ten leżał po drugiej stronie ogniska. Nieopodal zabrzmiał głośny szczek. Nie zważając na nic, posłaniec skoczył nad ogniem i błyskawicznie wyciągnął miecz z pochwy. Wycie przerodziło się we wściekły skowyt, Gwendolyn dreptał niespokojnie, z drzew wystartowały spłoszone ptaki. Wilcze głosy napływały z każdej strony, przerywane ohydnym warczeniem i charkotem. Nawet mrok wokół zdawał się gęstnieć, opadać, dusić jak całun rzucony na twarz zmarłego...
A wtedy wszystko jak nagle się zaczęło, tak nagle się skończyło.
Zaspoileruję i zdradzę, że wkrótce Gienah będzie miał do czynienia z wilkołakami. Dodałam ten element tylko po to, by w powieści zaistniał jakikolwiek konflikt, więc pasuje tu jak pięść do nosa. W ogóle na samym początku miejsce akcji przypominało średniowieczną Europę, ale potem nagle zmieniłam je w tropikalną dżunglę pełną papug i jaguarów, tylko po to, bym pod koniec uznała to za idiotyczny pomysł.

Następnego dnia w końcu docierają do wioski. Panuje tam wielkie poruszenie i wszyscy mieszkańcy grożą postaci więzionej w klatce na wozie.

- Co tu się dzieje?
Mężczyzna wskazał fajką na więzioną w klatce kobietę.
- Wiele cykli ukrywała swoją wilczą chorobę. Wilkołactwo- dodał uprzedzając pytanie młodzieńca.- Była brzemienna i wiesz, co urodziła? Małe wilczątka!
Gdy wóz przejechał opodal Gienaha ten zobaczył nad głowami skandujących ludzi, jak zrozpaczona kobieta tuli do serca piszczące, nagie szczenięta. Wzdrygnął się z obrzydzenia.
Niespodziewanie spodobała mi się ta scena. Muszę ją wykorzystać w jakimś lepszym tworze. ;P

Chłop kontynuował swą opowieść:
- To już wiele pełń, rozpleniły się jak szarańcza! Zeszłego zachodu musieliśmy podpalić zboża, by wilkołaki nie wdarły się do wioski! Strach wypuścić dzieci na dwór po zachodzie słońca, a gdy nie ma pełni nigdy nie możesz być pewien, czy ktoś, kto siedzi- dajmy na to- w karczmie nie jest zarażony. Król mógłby się łaskawie zainteresować tym, co się tu dzieje.
- Ja w tej właśnie sprawie!- wtrącił Gienah a mężczyzna zrobił wielkie oczy. Posłaniec wyprostował się i wyrecytował- Nasz drogi król Hektor Gongorij IV jest zaniepokojony faktem, iż wasi handlarze nie pojawiają się na targowiskach z cennymi dostawami jedzenia.
- Tak? To opowiedz mu o tym!- chłop wskazał na oddalający się wóz.
I tak oto posłaniec królewski przekazał swoją wiadomość – pierwszemu lepszemu napotkanemu na drodze wieśniakowi. Bo jakiś zarządca, wójt czy ktoś taki – meh, nie ma nikogo takiego.

- Tak? To opowiedz mu o tym!- chłop wskazał na oddalający się wóz.
- Jaka kara czeka tę kobietę?
- Zapewne straci zęby i paznokcie, które zostaną potem spalone.
Jeśli te dialogi kojarzą wam się z grami komputerowymi, to macie rację: wtedy wydawało mi się, że wzorowanie się na grach to genialny pomysł, bo są takie realistyczne i w ogóle. Och, słodka gimnazjalna naiwności.

Pitu-pitu, pierdu-pierdu, idziemy do karczmy.

Minął awanturujących się pijaków i klucząc między stolikami doszedł do lady. Pod ścianą stała tyłem do niego jakaś kobieta z czarną opaską na głowie, która przecierała brudną szmatką kufle. Młodzieniec chrząknął głośno, a ta natychmiast zarzuciła sobie kaptur na głowę i odwróciła się, wciąż wycierając kufel.
- Dziewczyno, czy macie tu wolne pokoje?- spytał rzucając jej zalotne spojrzenie.
- Dziesięć sztuk złota za jedną noc- odparła nie podnosząc wzroku.
Kurde, to chyba pięciogwiazdkowa ta karczma... Albo złoto ma kiepski kurs.