sobota, 26 lipca 2014

Małe szczęścia

Dawno się nie produkowałam i pewnie nikogo to nie obchodzi, ale whatevs, jak to mówi Draculaura (poza jednym naprawdę strasznym koszmarem śniło mi się dzisiaj, że uczęszczałam do Monster High, ale faza). Jakoś nie miałam ani czasu, ani weny, by coś skrobnąć na blogaska, a jak miałam, to pomysł był z gatunku "nobody cares, ale Winky ma ochotę". No i w sumie to jest jeden z nich.

Ostatnio pomyślałam sobie, że najwyższy czas zacząć pracować na MOJE dobre samopoczucie. Próbując zadowolić wszystkich, nie zadowolę nikogo, a tym właśnie jest przejmowanie się wszystkim wokół: próbą dogodzenia innym. No bo jak mogę nie interesować polityką i tym, co się w tym kraju dzieje?! Jak ja się ubieram?! Co ja czytam, a czego nie czytam, co oglądam, a czego nie?! Tak więc z pełnym spokojem i uśmiechem na gębie oznajmiam: wal się, świecie. Daj mi spokój, nie narzucaj się, jak i ja się nie narzucam. Twoja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się moja i vice versa. Trzymajmy się tego. Ok?

W szczegółach mój plan obejmuje:
- całkowite odcięcie się od źródeł informacji, które mogą wywoływać skoki ciśnienia - w tym celu wyczyściłam facebooka ze stron, które dotyczą kontrowersyjnych spraw i zaczęłam uciekać z pokoju, w którym nadają Wiadomości,
- nie wdawanie się w żadne dyskusje na "poważne" tematy - bo racja jest jak dupa, każdy ma swoją (acz tylko krowa nie zmienia poglądów, co nie znaczy, że mam ochotę się kopać z koniem),
- krytykę na zasadzie "lol wtf", bez zbędnego angażowania się emocjonalnego,
- ogólne odbieranie świata na zasadzie "lol wtf", bo nadmiar powagi jest przerażająco nudny, a nuda jest śmiertelna,
- skupianie się na tu i teraz, bez rozpamiętywania przeszłości i martwienia się o przyszłość,
- nie zawracanie sobie głowy sprawami, na które nie mam absolutnie żadnego wpływu.

W skrócie: to tak, jakbym wyprowadziła się do puszczy i martwiła wyłącznie tym, co się znajduje wokół mnie. Szczególnie, że jak patrzę na to, co się ostatnio w tym kraju wyrabia, to mam ochotę wylecieć do Nowej Zelandii - tam jest cisza, spokój i odludzie, tylko Peter Jackson od czasu do czasu przyleci "Hobbita" kręcić. Może takie podejście wyda się wielu egoistyczne, ale MAM-TO-GDZIEŚ. Całe chędożone życie myślałam wyłącznie o tym, jak zadowolić innych, mam już tego serdecznie dość.

Głęboki wdech, nie denerwuj się.
A właśnie, anegdotka: na zajęciach z jogi długo nie mogłam się nauczyć ćwiczeń oddechowych, konkretnie wstrzymywania oddechu na ponad minutę. Za nic nie umiałam oczyścić umysłu, pomedytować et cetera, nie mogłam przestać się skupiać na tym, że nie mogę oddychać. Aż nagle odkryłam sposób: mogę wytrzymać naprawdę długo, jeśli będę powtarzać w myślach potężnym głosem "I AM FIRE, I AM DEATH". Works every time.


Inna sprawa: przejrzałam sobie z nudów moją kolekcję kart Bella Sara (jestem zachwycona tym, że udało mi się zebrać wszystkie karty z dwóch serii) i pomyślałam, że jak oczywistych oczywistości by nie głosiły złote myśli pod obrazkami magicznych koni, wciąż są urocze i bardzo dla mnie pomocne. Spróbuję zatem trzymać się tych małych cohelizmów i dzięki nim realizować swój plan bycia i dążenia do szczęścia. Karta na dziś:


PS W poniedziałek idę na rozmowę o pracę w księgarni, trzymajcie kciuki, bym nie umarła ze strachu!

piątek, 4 lipca 2014

Sierotki

Zastanawiam się, jak to jest, że niemal każdy bohater książki czy filmu, a gry to już chyba w ogóle, zostaje w krótkim czasie pozbawiony rodziców.


Naprawdę, zaczynam mieć powoli dość tego, że jakiej książki się nie tknę, to główny bohater jest biedną sierotką albo za chwilę nią będzie, jak tylko autor pokaże nam wszystkie słodkopierdzące scenki jego wielkiej miłości do rodziców, którzy zaraz zostaną brutalnie zamordowani. Dlaczego? Czy poświęcenie kilku zdań - już nawet nie stron, ale zdań - rodzinie bohatera byłoby tak straszną ujmą na jego zajebistości? Czy jeśli bohatera nie będzie popychać żądza zemsty na mordercach jego rodziców, to momentalnie stanie się mniej przekonujący? A może problem leży w tym, że najbliższa rodzina bohatera to tylko takie irytujące przeszkadzajki, które trzeba wymyyyślić i opiiisać, i dać im jakąś rooolę, i obooooże, ile z nimi problemów, łatwiej ich zabić?

Z całą pewnością tak jest najłatwiej. Wystarczy, że będą identyfikowani wyłącznie jako pełne żalu wspomnienie głównego bohatera, co doda mu +50 do wzbudzania sympatii, no bo przecież biedna sierotka, której trzeba współczuć. Można też pójść na jeszcze większą łatwiznę i zaszczepić w naszym bohaterze totalny mamtowdupizm względem własnej przeszłości, ale to mu odbierze bonus do sympatii, a może poskutkować modyfikatorem bucery. Tak czy siak: sielanka, bo nie trzeba się wysilać i można od razu przejść do fascynujących przygód naszej cudownej sieroty.

Ale matko borska, jaki ten schemat już się zrobił przeraźliwie nudny! Mam dość sierotek, mam dość wymuszonej sympatii i egocentrycznego skupienia na postaci, która sama w sobie wcale nie jest tak interesująca. Wiecie, co jest dla mnie interesujące? Relacje i interakcje między bohaterami. Coś, co uwielbia mój luby: siedzenie przy ognisku i rozmowa. Jasne, bohater osierocony może mieć przyjaciół, może mieć do kogo gębę otworzyć, brak rodziny niczego tu nie wyklucza. Ale rodzice i rodzeństwo to pierwsi ludzie, z którymi mamy jakikolwiek kontakt. To od nich przejmujemy większość poglądów, zachowań, nawyków. Czemu autorzy tak chętnie pozbywają się tak świetnego materiału na nakreślenie osobowości głównego bohatera?

Cóż, świata nie zmienię, ale mogę obiecać jedno: jeśli będę pisać jakąś powieść, to jej bohater będzie miał rodzinę. Może nie biologiczną, może nie w komplecie, ale niezależnie od genów i ilości, nie zabiję ich bez sensu. No bo kurde mol, to jest takie przeraźliwie nudne! Może jestem w mniejszości, ale lubię poznawać proces "stawania się" bohatera (dlatego lubię nową trylogię Gwiezdnych Wojen). To jest dla mnie nawet ciekawsze od samego tego, co ma się stać z bohaterem. Chyba że przez półtora tomu nie może skończyć studiów (na ciebie patrzę, Kvothe), ale wiecie, o co chodzi.

Nie umiem w zakończenia, więc na do widzenia parę screenów ze Skyrima, którym się jaram jak atronach ognia.

Winifreda i Puchacz, zawsze razem!

Winifreda, Puchacz i sryliard kiczowatych filtrów z edytora zdjęć online.

Puchacz skyrimowy jest prawie tak nabzdyczony jak Puchacz oryginalny.

Zbliżenie na ryj Winifredy. Chciałam, żeby się uśmiechnęła, ale jak to zrobiła, to stwierdziłam, że jednak lepiej nie.