poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Melankolija

Ostatnio dzieje się ze mną coś dziwnego. Codziennie otwieram przeróżne pliki z niedokończonymi opkami/powieściami i nagle zdaję sobie sprawę, że od piętnastu minut wiszę z dłońmi nad klawiaturą, kompletnie nie wiedząc, co napisać. To znaczy, wiem CO, bez przygotowanego w głowie zarysu fabuły nawet nie siadam do kompa. Ale nie wiem... nie wiem, czego nie wiem, ale bardzo tego nie wiem. Może problem tkwi w tym, że kompletnie nic mnie nie motywuje do skończenia czegokolwiek? Że nie mam żadnej pewności co do tego, czy cały mój trud i wysiłek się opłaci? Że się nie opłaci pod względem finansowym to wiem na pewno - wystarczy wpisać w Google frazę "ile zarabia pisarz", by wpaść w depresję. A tak się nieszczęśliwie składa, że ja nie mam absolutnie żadnego pomysłu na siebie, oprócz tego nieszczęsnego pisania. I rzygam za każdym razem, jak ktoś mi mówi: "Wiesz, bez urazy, ale ty się z tego nie utrzymasz", bo to akurat WIEM. Co wcale nie czyni sprawy mniej przygnębiającej i beznadziejnej. No i jak ja mam się czuć teraz, kiedy okazuje się, że już nawet pisać nie potrafię? Że wszyscy mieli rację, kiedy obierali ścieżki kariery wiodące do łatwego zatrudnienia gdziekolwiek?

Ale brak perspektyw finansowych to nie jedyny problem. Boję się krytyki. Nie tej konstruktywnej, ale tej nic niewnoszącej, nastawionej wyłącznie na zmieszanie z błotem. Wiem, że jej nie uniknę. Jak mogę z własnej woli pchać się do czegoś takiego, kiedy za każdym razem jak na ulicy ktoś obcy powie coś niemiłego, to za rogiem wybucham płaczem? To jakbym prosiła się lincz, na każdego fana przypada co najmniej dwóch antyfanów, nad których motywacjami nie będę się rozwodzić, by nie zabrzmieć jak aŁtoreczka.

Sławy nie chcę i nigdy nie chciałam. Nie mam parcia na szkło, by się koniecznie unieśmiertelnić poprzez wydanie książki czy tego typu bzdury. Być może gdyby nie to, że zostanie pisarzem to mój jedyny plan na przyszłość (która nagle zrobiła się o wiele zbyt bliska), ograniczyłabym się do publikowania kolejnych rozdziałów powieści na blogu. Mnóstwo osób tak robi, wiele z nich ma dużo fanów. Moja pisanina nie jest ani lepsza, ani gorsza, by nie móc w ten sposób dotrzeć do czytelników - bo chciałabym, by dotarła. Do tych, którzy chcieliby wysłuchać moich opowieści. A nie jest powiedziane, że i tak nie mogłabym tego potem wydać... ale nie wiem, mam dużo wątpliwości. Zakodowało mi się we łbie, że żadne wydawnictwo nie wydrukuje niczego, co choćby przez chwilę wisiało w sieci (mądrości z forum literackiego w czasach gimbazjalnych). A jak czegoś nie wydam, to nie zostanę pisarzem. A moją aspiracją życiową, jak u chędożonego Sima, jest zostać pisarzem. Konflikt interesów. Nie wiem, co robić.

Gdybym jednak zrezygnowała z tego, że koniecznie muszę zostać wydana przez normalne (normalne = nie selfpublishingowe) wydawnictwo i ograniczyła się do bloga... Co z pieniędzmi? Jak bym się miała utrzymać? Nie wiem. Boję się każdej pracy, która wymaga kontaktu z ludźmi. Nie wytrzymam nerwowo tego, że ktoś nade mną stoi i mi patrzy na ręce, dosłownie czy w przenośni. Może własny biznes? Ale to jest cholernie trudne, te wszystkie faktury, podatki, sratki i inne duperele, o których nawet nie mam pojęcia. No i co to by miał być za biznes? Mam zainteresowania i pasje, które nikogo nie obchodzą. Kupca chętnego na obraz mam średnio raz na kwartał, musiałabym każde gówno po trzy tysiące spylać, a nikt nie jest na tyle głupi, by tyle płacić jakiejś nikomu nieznanej babie bez ASP czy innych wymaganych wpisów w CV.

Z tego wszystkiego nic nie sprawia mi przyjemności. Gry, książki, jedzenie... To ostatnie szczególnie, biorąc pod uwagę rygor narzuconej na całą rodzinę diety antycholesterolowej. Płakać mi się chce na widok ciemnego chleba, którego nienawidzę, a innego w domu nie ma.

Seans "Jak wytresować smoka 2" uświadomił mi dwie rzeczy. Primo: chciałabym móc codziennie chodzić w masce. Może nie tak niedorzecznej, jak ta Valki, ale jakiejś naprawdę epickiej. Maski kaleeshów są piękne. 

Secundo: chciałabym latać. Na przykład na lotni. Może to byłyby jedyne chwile w życiu, w których czułabym się silna i potężna.

Tak megamindowo, bo mi się przypomniało, że go uwielbiam.

7 komentarzy:

  1. Hej ;)
    Wiesz, jak tak czytam Twoje wypowiedzi, tak mnie teraz naszło jedno pytanie: czy Tobie nadal pisanie sprawia przyjemność?
    Oczywiście mogę się mylić, ostatecznie swoje wnioski wysnuwam tylko z tutejszych notek, ale odniosłam wrażenie, że trochę za bardzo skupiłaś na się celu zostania pisarką (czy to blogową, czy wydawnictwową, nieważne jaką ;>). W każdym razie, chyba najważniejsze to lubić pisać i czerpać radość z pisania, a nie bycia pisarką. Sądzę, że wena łatwiej by przyszła, gdybyś pisała ot tak, dla siebie, dla przyjemności, a nie by zostać pisarką. Nie pytaj siebie, czy trud się opłaci. Pisanie nie powinno być trudem. Jasne, że bywa to pracochłonne i w ogóle, ale w dalszym ciągu to hobby, przyjemność, a nie obowiązek. Przynajmniej według mnie pisanie nie powinno być obowiązkiem, bo traci sens. Nie twierdzę też, że można to robić "na przypał" i liczyć na pochwały. Szlifowanie warsztatu, research itp. też są ważne, jeżeli ma się nadzieję coś w tym osiągnąć, ale pisz także dla samej siebie, "for fun", że się tak wyrażę. Bo teraz mam wrażenie, że się zapętlujesz w pragnieniu zostania pisarką i zatracasz "fun", przez co właśnie nie możesz się zmusić ostatecznie do pisania.
    Trochę się rozpisałam, przepraszam, ale postanowiłam napisać, co myślę. Może Ci to pomoże, jeżeli faktycznie jest tak, jak mi się wydaje. A może po prostu przelecisz ten tekst wzrokiem i nie zwrócisz uwagi ;)
    A co do pieniędzy na życie, jakkolwiek to brutalne, chyba naprawdę musiałabyś gdzieś pójść pracować. Nie ma rady. Może właśnie do księgarni albo biblioteki, żeby mieć jakiś związek z książkami? A do ludzi może się w końcu przyzwyczaisz, jeżeli zaczniesz mieć z nimi kontakt ;)
    Pozdrawiam serdecznie,
    An-Elenel

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, możesz mieć rację... Ostatnio o pisaniu myślę niemal wyłącznie w kategoriach "JERZÓ MUSZĘ COŚ NAPISAĆ TYLE JESZCZE ZOSTAŁO DO NAPISANIA NIGDY TEGO NIE SKOŃCZĘ OMFG". Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam z tego "fun". :C Chyba muszę się jakoś ogarnąć.

      Usuń
  2. Winky... jeśli chodzi o motywację, to rzucam Ci garść linków (mi zwykle pomagają):
    http://vimeo.com/58659769
    http://www.martapisze.pl/2014/06/20-rzeczy-ktore-mozesz-zrobic-zeby-byc.html
    http://www.martapisze.pl/2014/05/jak-powinno-wygladac-twoje-zycie.html
    Mnie zwykle pomagają. :)
    Teraz słuchaj: może i jestem jakimś anonimem bez znaczenia, ale... DASZ SOBIE RADĘ! Nawet gdy Cię ktoś wyśmieje, to życie przecież toczy się dalej.
    A pod komentarzem An-Elenel podpisuję się rękami i nogami.
    Trzymaj się, Winky. :)

    S.

    OdpowiedzUsuń
  3. A nie myślałaś kiedyś o wyjeździe z Polski? Ja mieszkam aktualnie w Szkocji, gdzie pracuję jako sprzątaczka w małym hoteliku na totalnym pustkowiu. Wokół tylko góry, lasy, jezioro, najbliższy sklepik jest jakieś 7 mil stąd. Cisza, spokój, robota całkiem fajna (nikt Ci na ręce nie patrzy, bo sprzątanie jest dość łatwe). Możesz sobie zaoszczędzić sporo kasy, a do tego masz wręcz idealne miejsce do pisania! Wiem,co mówię, bo sama tutaj trochę piszę... No, ale to niezbyt lekka praca mimo wszystko, bo fizycznie trzeba wytrzymać :)
    Taka moja luźna sugestia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To brzmi zbyt pięknie, by mogło być prawdziwe, ale i tak chcę i zazdroszczę. <3

      O wyjeździe z tego porąbanego kraju myślę za każdym razem, jak pojawiają się newsy z frontu katotalibańskiego, ale trochę się boję, bo nie wiem, jak bym się odnalazła. I jak bym sobie poradziła z anglojęzycznymi urzędami, skoro nawet polskich nie ogarniam. xD

      Usuń
    2. Bo polskie urzędy to zUo :/ W angielskich człowiek zbyt wielkich problemów nie ma, bo tutaj urzędnicy naprawdę chcą pomóc, wykazują zupełnie inne podejście do ludzi. Ja wyjechałam z Polski rok temu, trochę w ciemno. Najpierw Londyn, gdzie znajomy mojej mamy trochę mi pomógł, ale większość załatwiałam sama. Konto w banku, potrzebne dokumenty, mieszkanie (bo pierwsze noce spędziłam w hostelu). Później miałam różne przygody, ale w końcu stwierdziłam, że chcę wyjechać do Szkocji, więc znalazłam ofertę pracy na gumtree i... Nie żałuję. Na początku myślałam, że praca sprzątaczki jest średnia ( bo w końcu pięć lat studiowałam, magistra zdobyłam, a koniec końców kible czyściłam), ale serio to polubiłam. Masz pokój, jesteś w nim sama i po prostu musisz go posprzątać. Kasa niezła, bo w tydzień zarabiasz ok. 200-250 funtów (najniższa krajowa!).
      Jak mam wolne dni, to łażę sobie po lesie. Tutaj są takie widoki... Tolkienowskie wręcz. Wiesz, człowiek się zastanawia, czy orkowie czasem nie zaatakują xDDD Smoki zapewne czułyby się tutaj idealnie, zwłaszcza te mniejsze, leśne.

      Usuń
    3. http://instagram.com/lady_froggy - moje konto na instagramie, tak dla potwierdzenia moich słów co do lasów. Większość fotek jest właśnie robiona w lasach otaczających hotelik :)

      Usuń