niedziela, 28 września 2014

D. i ja

Jeśli kiedyś spotkacie kogoś, kto uważa, że depresja to tylko taka moda, chęć zwrócenia na siebie uwagi albo przykrywka dla lenistwa, dajcie mu ode mnie w pysk. Nie tylko dlatego że kompletnie nie ma racji, ale też prezentuje podejście "jeśli problem mnie nie dotyczy, to on nie istnieje", a jest to nie dość, że potwornie wkurzające, to strasznie krzywdzące dla wszystkich, których ten problem jednak dotyka.

Depresja to nie moda i nie wyimaginowana przypadłość. To choroba. Równie prawdziwa i niemal tak wyniszczająca, jak rak.



Za każdym razem, kiedy ktoś dowiaduje się o mojej depresji, pojawia się pytanie: "Dlaczego jesteś smutna?". Cóż, chciałabym mieć jakiś powód, choćby po to, żeby móc zamknąć gęby wszystkim, którzy twierdzą, że nie mam prawa do bycia smutną, bo wszystko mam, niczego mi nie brakuje, no i ulubiony argument ludzkości: INNI MAJĄ GORZEJ. Owszem, zdaję sobie z tego sprawę. Ale to tylko sprawia, że czuję się JESZCZE gorzej. Bo jak ja śmiem czuć się źle, kiedy wokół mnie ludziom umierają najbliżsi, kiedy tracą cały majątek, kiedy zapadają na śmiertelną chorobę?

Depresja to podła suka, która wcale nie potrzebuje żadnego konkretnego powodu, by się człowieka uczepić i nie puszczać do końca życia. Bywa, że przez cały dzień czuję się dobrze, aż nagle kulę się na środku drogi i zaczynam niekontrolowanie płakać, myśląc, że nie chcę żyć. Czy mam powód, by akurat w tej chwili czuć się źle i chcieć się zabić? Oczywiście, że nie. Ale D. już tak ma: w najmniej spodziewanych momentach budzi wszystkie najgorsze lęki i wylewa na ciebie wiadro pomyj. Przypomina ci wszystkie niepowodzenia, wylicza twoje najgorsze wady, zwala na ciebie winę za wszystko, udowadnia ci, jak bardzo nie pasujesz do tego świata i jak bardzo innym zawadzasz. Bywa też, że do płaczu doprowadzają największe głupoty, jakie tylko można wymyślić.
Bo trafiło się na rodzynka w cieście.
Bo godzinny program czwarty raz przerywają reklamy.
Bo na obiad jarzynowa.
Bo ulubione skarpetki są w praniu.
Bo w pokoju lata komar.

Ale czasem o wiele gorsze od tych chwil załamania są długie okresy, kiedy po prostu nic człowieka nie obchodzi. Kiedy wszystko obojętnieje i nic ani nie powoduje smutku, ani nie sprawia radości. Kiedy dni mijają jeden po drugim, nie różniąc się od siebie niczym. Spędza się cały dzień, leżąc w łóżku i patrząc w sufit, bez zaangażowania oglądając telewizję albo raz po raz odwiedzając w kółko te same strony w internecie. Żeby tylko jakoś upłynął ten czas, który trzeba spędzić, będąc przytomnym. 


Oczywiście, jak każdą chorobę, depresję można leczyć. I chciałabym tu zamieścić jakąś inspirującą mowę, jak to wyzdrowiałam i moje życie zmieniło się na lepsze, ale, niestety, nie mogę. Walka z depresją nie jest łatwa. Nie wystarczy brać do skutku tabletki, by pewnego dnia się obudzić i zakrzyknąć: hurra! jestem zdrowy! Nie można zabić D. D. to ty. To walkę z sobą trzeba wygrać. Nawet ze wsparciem stada psychiatrów, psychologów, przyjaciół i prochów to się często wydaje niemożliwe. Powiedzieć człowiekowi z depresją: "Hej, uśmiechnij się!" to jak powiedzieć człowiekowi ze złamaną nogą: "Chodź pobiegać!". Dude, wymagasz ode mnie niemożliwego.

Ale to problem, który dotyka nie tylko bezpośredniego zainteresowanego. Każdy, kto próbuje ci pomóc - jak by się do tego nie zabierał - może poczuć się przygnębiony lub zirytowany faktem, że jego działania nie przynoszą żadnych skutków. Ale to nie jego wina, że zdajesz się być odporny na pocieszanie, wynajdywanie solucji i pełne dobrych chęci kopy w zad. Twoja też nie. Zaburzenia depresyjne niejedno mają imię - czasem postawienie trafnej diagnozy trwa kilka lub nawet kilkanaście lat. Ciężko się dokopać do źródła problemu. Ale trzeba próbować.


Karta na dziś:

środa, 24 września 2014

The end is near!

Myślałam, że proces zamawiania i kupowania nowego gekona potrwa jeszcze co najmniej kilka miesięcy, a tu mi nagle luby oznajmia, że hej, jutro przyjadę z gadem. Ok. xD

Nowy narybek jednak nie ma czerwonych oczu, ktoś nas ubiegł w rezerwacji. Ma za to najbardziej smocze oczy, jakie w życiu widziałam i piękne runy na ogonku. Kiedy przekładaliśmy go do nowego lokum, tak się szarpał, wyrywał i kwakał, że otrzymał z tego tytułu imię Armageddon.

Ziółta ziaba i jej runiczny ogonek.

Pyszczek się uśmiecha, lecz oczy łakną krwi..

Na żywo nie jest aż tak kurczaczkowo żółty, raczej pastelowo-bananowy. Jest jeszcze malutki, gdzieś tak o połowę mniejszy od dziewczyn, więc póki nie podrośnie, będzie mieszkał w kawalerce. Teraz czeka nas kilka tygodni oswajania tego przystojniaka. :3

Z innych informacji. Primo: oddam książki w dobre ręce.

Secundo: kurde, lektura Ferrinu, mimo że jest to książka beznadziejnie napisana i pełna patologii (serio, czy ta kobieta ma jakąś chorą fascynację gwałtem, że musi umieszczać co najmniej jeden w każdej swojej książce?), budzi we mnie pełno nostalgicznych uczuć. No bo to przeca opko jest. Na dokładkę sama zaczęłam przygodę z pisarstwem od niemal identycznych: ja jako główna bohaterka przenoszę się do świata fantazji i przeżywam tam mnóstwo przygód (tylko bez gwałtów). Jak tu nie czuć sentymentu do każdego innego podobnego tworu?

Tertio: dokonałam kolejnego odkrycia Ameryki w konserwie. Wiem, co przez całe życie robię nie tak. Dawno temu ktoś mi powiedział i wbiłam to sobie do głowy bardzo mocno, że najlepsza praca to nie taka, w której zarabiasz więcej od premiera (choć to też by było fajne), ale taka, która sprawia ci przyjemność. No i do tej pory wszystko fajnie. Tylko że dzisiejszy świat ma pilne zapotrzebowanie na specjalistów. Co w tym nie gra? Ano to, że ja się wszystkim interesuję powierzchownie. Powierzchownie interesuję się literaturą. Powierzchownie interesuję się zwierzętami. Powierzchownie interesuję się malowaniem. Powierzchownie interesuję się fantastyką. W żadnej, absolutnie żadnej dziedzinie nie jestem ekspertem. Mało tego - nie bardzo chcę być, bo wprost nienawidzę się uczyć, przyjmuję tylko taką wiedzę, którą zapamiętuję mimochodem. A jak powszechnie wiadomo, jeśli coś jest od wszystkiego, to jest do niczego. Dlatego mam 23 lata na karku i żyję na garnuszku rodziców, rzadko mając pieniądze na różne zachcianki, o utrzymaniu się nawet nie wspominając, podczas gdy moi rówieśnicy z podstawówki mają już pracę w zawodzie. Nie wiem, czy wszyscy są bardzo szczęśliwi, malując paznokcie w salonie albo kładąc papę na dachy, ale są samodzielni. I tego im cholernie zazdroszczę. Ale nie wiem, co na tym etapie mogę jeszcze zmienić. Trzeba było olać presję otoczenia, nie słuchać gadania, że do zawodówek idą same debile, pójść do technikum leśniczego, a nie do beznadziejnego, "elytarnego" liceum, z którego wyszłam z ciężką depresją (którą ówczesna pani psychiatra skwitowała machnięciem ręki i słowami "aa, to tylko takie nastoletnie Weltschmerzen, przejdzie jej") i dalej z tą depresją poszłam na jakieś cholerne studia, które gówno mi dadzą. I na dokładkę głowa mnie boli tak, że zaraz sobie chyba w łeb strzelę.

No ale dobra, muszę się zmusić do jakichś pozytywnych myśli, bo za tydzień wracam na te zasrane studia i jak nie odwrócę sobie czymś uwagi, to się chyba naprawdę zastrzelę. Także ten, miłość, radość i kucyki pony.

Karta na dziś:

Jak by udało mi się znaleźć dobrą pracę, w której nie czułabym się zestresowana ani skrępowana, i która dawałaby mi satysfakcję, to za pierwszą wypłatę kupiłabym wszystkie karty Bella Sara na świecie.

E: Steam mnie chyba lubi, bo co chwilę dostaję jakieś kupony. Oddam w dobre ręce kupony zniżkowe 25% na dwie gry: Heavy Bullets i Banished, oba ważne do 16 października. 

niedziela, 21 września 2014

Małe zoo

Ostatnio ciągle mam powtarzający się sen: że mam pięknego, karego konia. Chciałabym kiedyś urozmaicić swój inwentarz o konia... ale co innego kupić, a co innego utrzymać takie bydlątko, więc się raczej nie zapowiada, buu.

Tymczasem gekonki szaleją, królik bałagani, a pies tęskni za pańcią, która wyjechała do Anglii. Zaczynając od tych pierwszych: Luna ostatnio odkryła cudowność pudełka z mokrym ręcznikiem papierowym (no ba, cały dzień go obklejałam kamykami i muszelkami). Zrobiła sobie w nim swoje prywatne spa, z którego nie wychodzi już od dwóch dni. Jak na razie chyba tylko Rancorek odkryła prawdziwe przeznaczenie tego pudełka, to jest pomoc w wylinkowaniu, no ale co będę Lunie odmawiać przyjemności.

Cieeepło. <3

Moookro. <3

W Rancorka (Rancorię?) wstąpiło zaś nowe życie i na robale rzuca się z takim entuzjazmem, że przegryza je na pół (FUUUJ). Byłoby miło, gdyby wreszcie ogarnęła, do czego służy miska, no ale najwyraźniej nie można mieć wszystkiego.

Najmniej aktywna zaś zrobiła się Moria. Ciągle siedzi wciśnięta za górę tak, że widać tylko jej nogę pod dziwnym kątem. Ożywia się tylko wieczorami, jak przed terrarium przejdzie człowiek. Widać wtedy w górze takie wytrzeszczone oczyska mówiące: HYYY! CIOWIEK! DAJ ROBALA! Kiedy raz jej pomerdałam palcem przed oczami, nie dość, że się rzuciła i ugryzła, to jeszcze zaczęła przeżuwać.

Gekonkowa balanga, nananana!

Co do nowego mieszkańca, będzie prawdopodobnie miał na imię King in Yellow i wyglądał tak:

Czerwone kurwiki. <3

Gadzi bonus: Venom, wąż zbożowy lubego. Uwielbiam tego potwora, nie mogę wyjść z podziwu, jak duży urósł. Kiedy go kupowaliśmy, to była taka malutka, chudziutka glizda, która natychmiast po włożeniu do transportera zaryła się głęboko w kokosowe wióry i od czasu do czasu wyglądała spod nich jak peryskop. Udało mu się raz uciec z transporterka i schował się w pudełku gry Dawn of war, jak na prawdziwego nerda przystało. Teraz ma coś ponad metr, prawdopodobnie półtora, i uwielbia wpełzać za rękawy. Ciekawostka: Venomek boi się szczurów... Zawsze dostaje mrożone myszy, nie inaczej było ze szczurem, ale z jakiegoś powodu się go wystraszył. Akurat próbowałam spać, kiedy luby go karmił, a terrarium stoi tuż nad łóżkiem, więc to było ciekawe przeżycie: luby wymachujący mi martwym szczurem nad głową i odgłosy wystraszonego węża, który trzęsie ogonem, robiąc głośne "trrr", po czym "CPSSS!" gdy próbował odgonić intruza.

Zanim odezwie się tu jakiś napalony obrońca zwierząt: tak, wyobraźcie sobie, że węże też muszą jeść. Venom zawsze dostaje "mrożonki", czyli myszy, które zostały humanitarne zabite przed zamrożeniem. Psie/kocie żarcie z puszki też nie rośnie na drzewach - pokusiłabym się o stwierdzenie, że mięso z takiej karmy pochodzi z o wiele bardziej niehumanitarnego uboju. End of topic.

Za młodu był prawie czarny,
na starość wyjaśniał.

Wierzcie lub nie, ale na tym zdjęciu Venomek śpi.

Puchaczydło zaś jest niedobre i próbuje mi zeżreć cały pokój. Wiklinowy fotel się niedługo chyba zarwie, a prześcieradło mam pełne dziur. No ale jak tu się złościć na takiego małego buraka cukrowego, który rano wskakuje na łóżko i liże człowieka po twarzy?

Burak cukrowy w naturalnym
środowisku.

A Kajka siedzi na parapecie i wygląda na pańcię.

Kurde, żeby pies był bardziej
fotogeniczny ode mnie... xD

Hm, znowu mi wyszła notka, która ma w cholerę zdjęć, ale malutko tekstu. Jakoś tak... ostatnio nie umiem się za bardzo rozpisywać. Sorry.

wtorek, 16 września 2014

Krótko o książkach, vol. 7

Licia Troisi "Kroniki Świata Wynurzonego. Misja Sennara"
Cóż... Z tej trylogii będzie to chyba najsłabsza część. Nihal jest jeszcze bardziej irytującą merysujką, jej zachowanie i decyzje przyprawiają o facepalm za facepalmem, a w swej kiczowatości dorobiła się nawet tatuażu: skrzydeł na plecach. Nadal nie mam do tej dziuni ani krzty sympatii. Ale po tytule widać, że nie tylko o niej jest ta powieść: jej trulaw też przeżywa swoje przygody... które z kolei są potwornie nudne. Czy tego już nie było? Wydaje mi się, że w którejś z innych trylogii był identyczny schemat: para trulawów się rozdziela i w środkowym tomie przeżywają każdy swoją przygodę. Troisi chyba naprawdę skończyły się pomysły na tę serię. Dobrze, że wzięła się za coś innego, bo naprawdę, z tomu na tom coraz bardziej dobija ta nużąca wtórność.
Ocena: 3/6


Ari Marmell "Pakt złodziejki"
To była jedna z najbardziej męczących lektur w ostatnim czasie. Po opisie z tyłu spodziewałam się czegoś dużo, dużo lepszego, może w stylu "Zadania goblina", ale "Pakt złodziejki" okazał się być wręcz okropny. Autor popełnił trzy główne grzechy, które w moich oczach pogrzebały tę książkę.
1) Chronologia w cały świat. Rozdział 1: rok temu, Rozdział 2: obecnie, Rozdział 3: sześć lat temu... Nie da się w tym połapać i nie oszaleć. Jakiegoś wprowadzenia w świat nie ma. Są imiona i nazwy jakby francuskie, jest broń palna, są miecze, pudrowane peruki, biskupi... ale na dobrą sprawę nie wiem, co mam sobie wyobrażać. Losy bohaterki mnie nic a nic nie obchodzą, bo nie mam okazji jej dobrze poznać.
2) Autor zapomniał, że humor slapstickowy w prozie po prostu nie działa. Jak długi i barwny nie byłby opis miny faceta, który drugi raz z rzędu dostał kopa w jaja, brzmi to po prostu żenująco, a nie śmiesznie - tym bardziej, że za dwa rozdziały znowu dostaje kopa w jaja, ale nie czuje uderzenia, bo osłonił klejnoty mieszkiem z pieniędzmi (co, w moim rozumowaniu, powinno tylko zwiększyć ból, ale co ja tam wiem o bólu jąder).
3) Półdialogi złodziejki z siedzącym w jej głowie bogiem są przerażająco sztuczne. Mówię "półdialogi", bo bóg jest niemy i komunikuje się z dziewoją za pomocą emocji. Efekt jest taki, że bohaterka nieustannie gada do siebie w stylu: "No wiem, udało mi się dzięki tobie, gdyby nie twoja pomoc, rozmaśliłabym się na ścianie. Co?! Co to ma znaczyć, że już nigdy więcej mi nie pomożesz? Że niby ja z ciebie kpię?" I tak w kółko. W ogóle nienawidzę, gdy bohaterowie mówią do siebie na głos, ale TO to już jest szczyt sztuczności i nieporadności.
Ocena: 2/6

Andrzej Tucholski "Admiralette"
Co ja mogę napisać o tej książce, czego nie napisały już dziesiątki osób przede mną?
Cóż, dla mnie ta cieniutka powiastka była przede wszystkim śmiertelnie nudna. Ale tak serio, poważnie, przytłaczająco, niemiłosiernie NUDNA. Ostatnio tak się wymęczyłam przy "Wymazywaniu", ale "Admiralette" na szczęście nie muszę doczytywać do końca na zaliczenie przedmiotu. I poza tą nudą, "Admiralette" kompletnie niczym się nie wyróżnia. To opko, jakich miliony w internetach, z tą subtelną różnicą, że autor (czy może raczej aŁtor) każe sobie za nią słono płacić. Główna bohaterka to wkurzająca gówniara, oczywiście piękna, arogancka i inteligentna, choć głównie w oczach autora. Książka podzielona jest na trzy opowiadania, w których na dobrą sprawę nic się nie dzieje, a nawet jeśli, to akcja ginie, przytłoczona ogromem opisów. Wierzcie mi, to nie są zwykłe opisy. Cokolwiek autor opisuje, robi to maksymalnie szczegółowo, każda śrubeczka w mechanizmie, każda pojedyncza nitka w cumie, położenie każdego pryszcza na gębie każdej napotkanej przez bohaterkę postaci, a ramach bonusu: każda z tych kompletnie nieznaczących postaci ma swoje dłuuugie backstory. Gdyby usunąć z tej książki wszystkie te niepotrzebne zapychacze, całość dałoby się streścić na góra trzech stronach. Zresztą, nawet przy zastosowaniu mnóstwa środków mających na celu zwiększenie objętości powieści (czcionka większa niż w książeczkach dla dzieci, spore marginesy, mnogość pustych stron), wychodzi z tego coś, co wygląda bardziej na wstęp do czegoś, niż całość sama w sobie. No, ale oczywiście to nie mogła być jedna książka, MUSI BYĆ TRYLOGIA BO TYLKO TAK JEST TROO, więc czekamy na sequel!
Ocena: 1,5/6

Katarzyna Michalak "Powrót do Ferrinu"
Czy popełnię straszne bluźnierstwo, jak powiem, że tę książkę... czyta mi się całkiem przyjemnie?
Nie zrozumcie mnie opacznie - to zła książka jest. Zacznijmy od tego, że aŁtorkasia zastosowała naprawdę beznadziejny chwyt: wszystko, co zostało opisane w tomie pierwszym, nigdy się nie wydarzyło, Karolina/Anaela wraca do Ferrinu i jednocześnie cofa się w czasie do wydarzeń SPRZED wszystkiego, co było w "Grze o Ferrin". Po drugie: Anaela jest nieśmiertelnym pionkiem w grze, jaką toczy między sobą dwójka bóstw. W świetle dwóch powyższych faktów, ciężko nie mieć w dupie wszystkiego, co się dzieje, bo przecież zawsze bogowie mogą stwierdzić, że Anaela dała ciała i wczytają jej save'a, w związku z czym żadne z poprzednich wydarzeń nie miało miejsca. Po trzecie: NIE WIEM, CO SIĘ DZIEJE. A jak dodać do tego wydarzenia kompletnie niemające sensu i logicznego uzasadnienia, to podwójnie nie wiem, co się dzieje, o co chodzi, kto z kim i dlaczego. Jedyny plus jest taki, że tak naprawdę nie ma znaczenia, czy cokolwiek rozumiem - autorka, jak na grafomankę przystało, i tak będzie naginać rzeczywistość do swojego aktualnego widzimisię, a kto wie, ile jeszcze razy wystąpi motyw wczytywania save'a.
Ale tak jakoś... fajnie mi się to czyta. Nie bijcie.
Ocena: 2,5/6

Praca zbiorowa "Balsam dla duszy miłośnika koni"
Dla odmiany będzie coś ocenionego pozytywnie, hłe hłe.
W sumie nie mam tu wiele do powiedzenia. Książka jest tym, na co wygląda: balsamem dla duszy miłośnika koni. Składa się z mnóstwa krótkich opowiadań będących prawdziwymi historiami ludzi, którzy kochali konie. Niektóre zabawne, inne wzruszające, jeszcze inne pouczające. Jedyne, co mnie drażni w niektórych opowiadaniach, to natchnione, egzaltowane wynurzenia o Bogu i cudzie modlitwy... No ale cóż, cała seria "Balsamów dla duszy" została stworzona przez chrześcijan dla chrześcijan, więc trudno.
Ocena: 4/6







Ech... Nie chcę wracać na studia. Poza wszystkim, do czego przejdę za chwilę, mój wydział przeniósł się do nowego budynku, który jest wprost okropny, zwłaszcza w porównaniu z Pałacem Biedermanna, w którym kulturoznawstwo urzędowało do tej pory. Żegnajcie, drewniane schody kryte dywanami, żegnajcie, boazerie i ogromne okna, z których zimą pizgał nieludzki ziąb. Nawet za tym cholernym browarem i jego roztaczającym się nad parkiem smrodem będę tęsknić. Ostatni rok licencjatu spędzę w nowoczesnym badziewiu ze szklanymi podłogami, przez które faceci będą podglądać dziewczyny w sukienkach. *sigh*

Tia... Tylko ciągle zadaję sobie pytanie: po co to wszystko? Po cholerę mi w ogóle były studia? Żeby udowodnić rodzicom, że nie jestem gorsza od siostry i rówieśników? Nienawidzę się uczyć. Naprawdę, dogłębnie nienawidzę tego całego procesu ślęczenia nad trudnym (i nierzadko trudno dostępnym) materiałem, którego treść nawet mnie nie interesuje. Lubię się uczyć WYŁĄCZNIE poprzez praktykę. Nigdy nie czytam instrukcji, nieważne czy gier, czy urządzeń, lubię wszystko odkrywać metodą prób i błędów. Na studiach nie ma miejsca na metodę prób i błędów, masz temat do wykucia, tysiąc nieistniejących książek do znalezienia, a potem miesiąc na przeczytanie, zrozumienie i zapamiętanie absolutnie każdego akapitu z każdej z nich. Nienawidzę tego.

Ale jednocześnie nie mam kompletnie żadnego planu na to, co mogłabym robić poza tymi zasranymi studiami... i w ten sposób błędne koło się zatacza. Ani planu, ani odwagi, nic. Mam tylko kilka antydepresantów, które mają mi pomóc przetrwać.




E: VIKTOR VIKTOR VIKTOR

niedziela, 7 września 2014

Mechy, dziki i szturmowcy

Edytowałam poprzednią notkę, ale nie każdemu się chce scrollować, więc napiszę tu jeszcze raz: nowy szablon, ponieważ why the hell not. Chciałam coś z Viktorem, ale żaden rysunek w całych internetach (a dużo ich nie ma :c) mi nie odpowiadał, a sama nie bardzo umiem go narysować. No to postanowiłam przygarnąć mojego szturmowca-serduszkowca, bo obnoszenie się z nim na t-shircie to za mało. Przyzwyczajenie się do menu po lewej stronie zajmie mi trochę czasu... Z jakiegoś powodu, po wgraniu obrazka tła, biel przestaje być czystą bielą, co doprowadza mnie do szewskiej pasji, ale nie wiem, jak temu zaradzić. :c

Jeszcze jedna duperela, zanim przejdę do meritum. Ostatnio namiętnie gramy z lubym w Mount & Blade: Warband, a konkretnie w moda Warsword conquest (świetny, polecam nie tylko fanom Warhammera). On stworzył sobie postać orka, orzchcił dumnym mieniem Moriaczek i podbija Stary Świat na grzbiecie wiernego dzika nazwanego Generał Dzik. Luby lubi ignorować moje rady i szarżować samotnie na legion strzelców, co często kończy się tym, że szybko zostaje wykluczony z walki. Tak też się stało podczas starcia na pustyni z bandą szkieletów (btw, ogromna kobra z ludzką czaszką mogłaby wygrać konkurs na najbardziej niedorzecznego mounta w historii M&B, gdyby nie ta jednostka z moda Solid and Shade). Gdy obserwowaliśmy z góry pole bitwy, w pewnym momencie na szczyt wydmy przykopytkował Generał Dzik ze strzałą w tyłku i tam sobie stał majestatycznie, więc uznałam, że ten moment zasługuje na screena. Minęły ze dwa tygodnie, zdążyłam o wszystkim zapomnieć, uruchamiam sobie Steama... i jak zobaczyłam tego screena w biblioteczce, to spadłam z krzesła ze śmiechu. Sama nie wiem, co jest w tym takiego zabawnego, ale... po prostu JEST.

Generał Dzik w całej swej świńskiej chwale


Przeszła mi faza na konie, teraz mam fazę na... mechy. Tia. No cóż, mech to prawie jak cyborg, a poza tym, że się na tym kompletnie nie znam, to lubię sobie popatrzeć na wielkie, epickie, humanoidalne maszyny. Dobry do zaspokajania takich żądz jest Pacific Rim - bardzo przyjemnie się patrzy na te napieprzające się giganty, a historia bohaterów nie jest jednocześnie irytująco durna, jak bywa przy tego typu produkcjach (vide Transformersi, których obejrzałam jakieś pół godziny i mnie szlag przenajświętszy trafił). Trochę mniejsze mechy, za to z po prostu genialną historią, są w Na skraju jutra, filmie, który tak się spodobał lubemu, że poszedł na niego do kina dwa razy. Nie chcę spoilerować, więc powiem tylko, że dla fanów sci-fi to jest zdecydowanie pozycja obowiązkowa. Kurde, chyba zaraz sobie znowu obejrzę.

W gry z mechami czy innymi robotami nie grałam chyba jeszcze w ogóle. A nie, w Avatarze można wsiąść do mecha, ale to się chyba nie liczy. Póki co napalam się na Hawkena i morduję orki w Space marine (jak zobaczycie na multi chaos marine'a w kolorkach Fluttershy o nicku Winifreda von Puch, to będę ja), bo taki smarine to prawie jak mech.

A propos smarinesów, obczajcie ten epicki zwiastun do FANOWSKIEJ produkcji Lord Inquisitor. FANGAAASM

czwartek, 4 września 2014

O koniach, gekonach i simsach

Po pierwsze: wieści z frontu gekonkowego. Okazało się, że jest tak, jak podejrzewałam od dawna - Rancor jednak wcale nie jest samczykiem. Wszystko fajnie, ale tak już przywykliśmy do nazywania jej nie Bogą, a Rancorem, że już chyba tak jej zostanie. Będziemy mieć złego gekona-dżęderowca.

W związku z powyższym, rozwiązała się zagadka, czemu gekoniska coś jajec nie niosą, więc za bardzo niedługo sprawimy im męskiego towarzysza. A właściwie towarzysza teraz kupimy i będziemy go trzymać w osobnym terrarium, póki nie dorośnie, bo w terrarystycznym, w którym luby chce nabyć władcę haremu, mają teraz same młodziki. Tak czy siak, mam nadzieję, że niedługo będę mogła pokazać zdjęcia nowego smroda. :3

Niedawno nastąpiła wielka premiera The Sims 4. Przez dłuższy czas fakt powstawania tej gry była mi doskonale obojętna i jedynie przewróciłam oczami, myśląc, że to po prostu kolejny żenujący skok na kasę w wykonaniu EA Games. Jakiś czas temu ukazał się artykuł drobiazgowo wyliczający, czego w The Sims 4 będzie brakować w porównaniu z poprzednimi częściami... Ciężko było uwierzyć w brak tak bardzo kojarzących się z serią dupereli, jak np. baseny, duchy i włamywacze. A potem gra wyszła i spełniły się najgorsze koszmary fanów serii... Sama nie grałam, nie gram i nie mam najmniejszego zamiaru - od samego oglądania let's playów dostaję mentalnego raka, tak zła jest ta gra. Fajne są tak naprawdę dwie rzeczy: tworzenie sima i budowanie domów. Cała reszta to dno i cofnięcie się do czasów The Sims 1. Sim tak naprawdę ma trzy stadia rozwoju. 1) Niemowlę, które działa jak w jedynce - jest przedmiotem, który od czasu do czasu ryczy i można go podnieść tylko nad kołyską. 2) Dziecko. 3) Wszystko po dziecku, nieważne co, bo i nastolatek, i młody dorosły, i dorosły i nawet starzec wyglądają IDENTYCZNIE (no dobra, na starość włosy są odrobinę przyprószone siwizną). Serio? SERIO?! Takie numery, kiedy już w dwójce jako wielka rewolucja pojawiło się siedem faz rozwoju? Ach, co do rewolucji: szumnie zapowiadane i pompatycznie prezentowane emocje w The Sims 4 tak naprawdę nie mają żadnego wpływu na rozgrywkę. Sim w zależności od nastroju co najwyżej robi inną minę. To samo było w trójce.

Nie chce mi się dłużej na ten temat rozpisywać - pozostaje mi wyrazić nadzieję, że The Sims 4 okaże się totalną, finansową klapą i EA w końcu się ogarnie z tą swoją żenującą pazernością.

Tymczasem znalazłam miłe ujście tymczasowe dla mojej fazy na konie. Naściągałam sryliard modów ze wzorami maści oraz wyposażeniem dla koni i wzorując się na zdjęciach, maluję koniki. Potem uznałam, że należy im się godna prezentacja i ściągnęłam kolejny sryliard modów z pozami. Wyszły mi chyba znośnie, więc pomyślałam, że udostępnię je dla ogółu - nie chce mi się bawić w żadne strony z modami, jak modthesims czy thesimsresource, jak komuś innemu by się chciało - niech wrzuca, nie obrażę się. Jeśli się dobrze orientuję, wszystkie rzeczy z modów, które mają na sobie konie, powinny się wgrać razem z kuniem, ale jakby ktoś miał problemy, to spróbuję spakować wszystkie swoje końskie mody i też tu wrzucić. Nie korzystałam z żadnych dodatkowych sliderów poza jednym, na grubość ogona, ale to nie powinno niczego zepsuć.

Na razie mam małe stadko achał-tekinów (kocham achałki <3) i jedną samotną owieczkę, ale tak mi się to wszystko spodobało, że na pewno ich przybędzie.

Achał-tekin 1 / Akhal-teke 1


http://www.mediafire.com/download/ji8iuaom939o3tq/Akhal_teke_1.zip
Achał-tekin 2 / Akhal-teke 2



http://www.mediafire.com/download/o5ep1cxc9kpdddo/Akhal-teke_2.zip
 Achał-tekin 3 / Akhal-teke 3


http://www.mediafire.com/download/95rg0y99cfa8o6b/Akhal-teke_3.zip
 Achał-tekin 4 / Akhal-teke 4


http://www.mediafire.com/download/42tf08hwpe2101q/Akhal_teke_4.zip
 I na koniec...

Majesty z "Barbie i jej siostry w krainie kucyków" :)
Majesty from "Barbie & her sisters in a pony tale"


http://www.mediafire.com/download/uijq2wt4watnt15/Majesty.zip
More to come!

E: Nowy szablon, ponieważ why the hell not. Chciałam coś z Viktorem, ale żaden rysunek w całych internetach (a dużo ich nie ma :c) mi nie odpowiadał, a sama nie bardzo umiem go narysować. Przyzwyczajenie się do menu po lewej stronie zajmie mi trochę czasu... Z jakiegoś powodu, po wgraniu obrazka tła, biel przestaje być czystą bielą, co doprowadza mnie do szewskiej pasji, ale nie wiem, jak temu zaradzić. :c